Aktualności

Wykład noblowski Olgi Tokarczuk

W wyni­ku skan­da­lu wokół oso­by z bez­po­śred­nie­go oto­cze­nia człon­ków Aka­de­mii Szwedz­kiej posta­no­wio­no w zeszłym roku nie przy­zna­wać Nagro­dy Nobla w dzie­dzi­nie lite­ra­tu­ry. W zamian obie­ca­no w roku bie­żą­cym wyło­nić aż dwóch lau­re­atów. Aka­de­mia Szwedz­ka po upo­ra­niu się z wewnętrz­ny­mi pro­ble­ma­mi i solen­nych zapew­nie­niach o popra­wie sytu­acji przy­stą­pi­ła do speł­nia­nia obiet­ni­cy. 10 paź­dzier­ni­ka ogło­szo­no, że lite­rac­kie­go Nobla za rok 2018 otrzy­mu­je Olga Tokar­czuk, a lau­re­atem za rok 2019 zosta­je Peter Hand­ke.

Uro­czy­ste wrę­cze­nie nagród jest jesz­cze przed pol­ską pisar­ką. Cere­mo­nia odbę­dzie się 10 grud­nia w Sztok­hol­mie. Ale Olga Tokar­czuk w sto­li­cy Szwe­cji już jest. 7 grud­nia w Sali Gieł­dy Aka­de­mii Szwedz­kiej autor­ka mię­dzy inny­mi Bie­gu­nów, Ksiąg Jaku­bo­wych czy powie­ści Pro­wadź swój pług przez kości umar­łych wygło­si­ła prze­mó­wie­nie czy też wykład noblow­ski, w któ­rym mówi­ła o bar­dzo oso­bi­stych doświad­cze­niach i prze­ko­na­niach, o kon­dy­cji współ­cze­snej lite­ra­tu­ry, komer­cja­li­za­cji pisar­stwa, sztucz­no­ści ety­kiet gatun­ko­wych, o róż­nych rodza­jach snu­cia opo­wie­ści, w tym o feno­me­nie seria­li i wie­lu, wie­lu innych spra­wach.

Noblist­ka esej odczy­ta­ła w języ­ku pol­skim. W sie­ci moż­na zna­leźć nagra­nia z wystą­pie­nia. Poni­żej pre­zen­tu­je­my zaś zapis prze­mó­wie­nia.

Czu­ły nar­ra­tor

Pierw­sze zdję­cie, jakie świa­do­mie prze­ży­łam, to zdję­cie mojej mat­ki, jesz­cze zanim mnie uro­dzi­ła. Zdję­cie jest nie­ste­ty czar­no-bia­łe, przez co ginie wie­le szcze­gó­łów, sta­jąc się zale­d­wie sza­ry­mi kształ­ta­mi. Świa­tło jest mięk­kie i desz­czo­we, chy­ba wio­sen­ne i naj­pew­niej sączy się przez okno, utrzy­mu­jąc pokój w led­wie zauwa­żal­nym bla­sku. Mama sie­dzi przy sta­rym radiu, takim, któ­re mia­ło zie­lo­ne oko i dwa pokrę­tła – jed­no do regu­lo­wa­nia gło­śno­ści, dru­gie do wyszu­ki­wa­nia sta­cji.

To radio sta­ło się potem towa­rzy­szem moje­go dzie­ciń­stwa i z nie­go dowie­dzia­łam się o ist­nie­niu kosmo­su. Krę­ce­nie ebo­ni­to­wą gał­ką prze­su­wa­ło deli­kat­ne czuł­ki anten i w ich zasięg tra­fia­ły roz­ma­ite sta­cje – War­sza­wa, Lon­dyn, Luk­sem­burg albo Paryż. Cza­sa­mi jed­nak dźwięk zamie­rał, jak­by pomię­dzy Pra­gą a Nowym Jor­kiem, Moskwą a Madry­tem czuł­ki ante­ny natra­fia­ły na czar­ne dziu­ry. Wte­dy prze­cho­dził mnie dreszcz. Wie­rzy­łam, że poprzez to radio odzy­wa­ją się do mnie inne ukła­dy sło­necz­ne i galak­ty­ki, któ­re wśród trza­sków i szu­mów wysy­ła­ją mi wia­do­mo­ści, a ja nie umiem ich roz­szy­fro­wać.

Wpa­tru­jąc się w to zdję­cie jako kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka, byłam prze­ko­na­na, że mama szu­ka­ła mnie, krę­cąc gał­ką radia. Niczym czu­ły radar pene­tro­wa­ła nie­skoń­czo­ne obsza­ry kosmo­su pró­bu­jąc dowie­dzieć się, kie­dy i skąd przy­bę­dę. Jej fry­zu­ra i ubiór (duży dekolt w łód­kę) wska­zu­ją, kie­dy zro­bio­no to zdję­cie – to począ­tek lat sześć­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku. Patrzą­ca gdzieś poza kadr, nie­co zgar­bio­na kobie­ta, widzi coś, co nie jest dostęp­ne oglą­da­ją­ce­mu to zdję­cie. Jako dziec­ko rozu­mia­łam to tak, że ona patrzy w czas. Na tym zdję­ciu nic się nie dzie­je, to foto­gra­fia sta­nu, nie pro­ce­su. Kobie­ta jest smut­na, zamy­ślo­na, jak­by nie­obec­na. Kie­dy ją potem pyta­łam o ten smu­tek – a robi­łam to wie­le razy, żeby zawsze usły­szeć to samo – mama odpo­wia­da­ła, że jest smut­na, bo jesz­cze się nie uro­dzi­łam, a ona już do mnie tęsk­ni. – Jak możesz do mnie tęsk­nić, sko­ro mnie jesz­cze nie ma? – pyta­łam.

Wie­dzia­łam już, że tęsk­ni się za kimś, kogo się utra­ci­ło, że tęsk­no­ta jest efek­tem stra­ty. – Ale może też być odwrot­nie – odpo­wia­da­ła. – Jeże­li się do kogoś tęsk­ni, to on już jest. Ta krót­ka wymia­na zdań gdzieś na zachod­niej pol­skiej pro­win­cji pod koniec lat 60 XX w., wymia­na zdań mię­dzy moją mamą i mną, jej małym dziec­kiem, utkwi­ła mi na zawsze w pamię­ci i dała zapas mocy na całe życie. Wynio­sła bowiem moje ist­nie­nie poza zwy­czaj­ną mate­rial­ność świa­ta i przy­pad­ko­wość, poza przy­czy­nę i sku­tek oraz pra­wa praw­do­po­do­bień­stwa. Umie­ści­ła je nie­ja­ko poza cza­sem, w słod­kim pobli­żu wiecz­no­ści. Zro­zu­mia­łam moim dzie­cię­cym umy­słem, że jest mnie wię­cej niż sobie do tej pory wyobra­ża­łam. I nawet, jeże­li powiem: „Jestem nie­obec­na”, to i tak na pierw­szym miej­scu znaj­du­je się: „Jestem” – naj­waż­niej­sze i naj­dziw­niej­sze sło­wo świa­ta. W ten spo­sób nie­re­li­gij­na mło­da kobie­ta, moja mama, dała mi coś, co kie­dyś nazy­wa­no duszą, a więc wypo­sa­ży­ła w naj­lep­sze­go na świe­cie czu­łe­go nar­ra­to­ra.

Świat jest tka­ni­ną, któ­rą przę­dzie­my codzien­nie na wiel­kich kro­snach infor­ma­cji, dys­ku­sji, fil­mów, ksią­żek, plo­tek, aneg­dot. Dziś zasięg pra­cy tych kro­sien jest ogrom­ny – za spra­wą Inter­ne­tu pra­wie każ­dy może brać udział w tym pro­ce­sie, odpo­wie­dzial­nie i nie­od­po­wie­dzial­nie, z miło­ścią i nie­na­wi­ścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmier­ci. Kie­dy zmie­nia się ta opo­wieść – zmie­nia się świat. W tym sen­sie świat jest stwo­rzo­ny ze słów. To, jak myśli­my o świe­cie i – co chy­ba waż­niej­sze – jak o nim opo­wia­da­my, ma więc olbrzy­mie zna­cze­nie. Coś, co się wyda­rza, a nie zosta­je opo­wie­dzia­ne, prze­sta­je ist­nieć i umie­ra. Wie­dzą o tym bar­dzo dobrze nie tyl­ko histo­ry­cy, ale tak­że (a może przede wszyst­kim) wszel­kiej maści poli­ty­cy i tyra­ni. Ten, kto ma i snu­je opo­wieść – rzą­dzi. Dziś pro­blem pole­ga – zda­je się – na tym, że nie mamy jesz­cze goto­wych nar­ra­cji nie tyl­ko na przy­szłość, ale nawet na kon­kret­ne „teraz”, na ultra­szyb­kie prze­mia­ny dzi­siej­sze­go świa­ta.

Bra­ku­je nam języ­ka, bra­ku­je punk­tów widze­nia, meta­for, mitów i nowych baśni. Jeste­śmy za to świad­ka­mi, jak te nie­przy­sta­ją­ce, zardze­wia­łe i ana­chro­nicz­ne sta­re nar­ra­cje pró­bu­je się wprzę­gnąć do wizji przy­szło­ści, może wycho­dząc z zało­że­nia, że lep­sze sta­re coś niż nowe nic, albo pró­bu­jąc w ten spo­sób pora­dzić sobie z ogra­ni­cze­niem wła­snych hory­zon­tów. Jed­nym sło­wem – bra­ku­je nam nowych spo­so­bów opo­wia­da­nia o świe­cie.

Żyje­my w rze­czy­wi­sto­ści wie­lo­gło­so­wych nar­ra­cji pierw­szo­oso­bo­wych i zewsząd docho­dzi nas wie­lo­gło­so­wy szum. Mówiąc „pierw­szo­oso­bo­we” mam na myśli ten rodzaj opo­wie­ści, któ­ry zata­cza wąskie krę­gi wokół „ja” twór­cy, piszą­ce­go mniej lub bar­dziej wprost tyl­ko o sobie i poprzez sie­bie. Uzna­li­śmy, że ten rodzaj zin­dy­wi­du­ali­zo­wa­ne­go punk­tu widze­nia, głos z „ja”, jest naj­bar­dziej natu­ral­ny, ludz­ki, uczci­wy, nawet jeże­li rezy­gnu­je z szer­szej per­spek­ty­wy.

Opo­wia­dać w tak rozu­mia­nej pierw­szej oso­bie to tkać abso­lut­nie nie­po­wta­rzal­ny wzór, jedy­ny w swo­im rodza­ju, to mieć jako jed­nost­ka poczu­cie auto­no­mii, być świa­do­mym sie­bie i swo­je­go losu. To jed­nak zna­czy tak­że budo­wać opo­zy­cję: „ja” i „świat”, a ta bywa alie­nu­ją­ca. Myślę, że nar­ra­cja pro­wa­dzo­na w pierw­szej oso­bie jest bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­na dla współ­cze­snej opty­ki, w któ­rej jed­nost­ka peł­ni rolę subiek­tyw­ne­go cen­trum świa­ta.

Cywi­li­za­cja Zacho­du jest w dużej mie­rze zbu­do­wa­na i opar­ta wła­śnie na owym odkry­ciu „ja”, któ­re sta­no­wi jed­ną z naj­waż­niej­szych miar rze­czy­wi­sto­ści. Czło­wiek jest tu głów­nym akto­rem, a jego osąd – mimo, że jeden z wie­lu – trak­to­wa­ny jest zawsze z uwa­gą i powa­gą. Opo­wieść snu­ta w pierw­szej oso­bie wyda­je się być jed­nym z naj­więk­szych odkryć cywi­li­za­cji ludz­kiej, jest czy­ta­na z namasz­cze­niem i darzo­na zaufa­niem.

Ten rodzaj opo­wie­ści, kie­dy widzi­my świat ocza­mi jakie­goś „ja” i słu­cha­my świa­ta w jego imie­niu, budu­je więź z nar­ra­to­rem jak żaden inny i każe posta­wić się w jego nie­po­wta­rzal­nej pozy­cji. Nie da się prze­ce­nić tego, co pierw­szo­oso­bo­wa nar­ra­cja zro­bi­ła dla lite­ra­tu­ry i w ogó­le dla ludz­kiej cywi­li­za­cji – prze­ro­bi­ła opo­wieść o świe­cie jako miej­scu dzia­łań hero­sów czy bóstw, na któ­re nie mamy wpły­wu, na naszą indy­wi­du­al­ną histo­rię i odda­ła sce­nę ludziom takim samym jak my. Na doda­tek, z taki­mi samy­mi jak my łatwo się ziden­ty­fi­ko­wać, dzię­ki cze­mu pomię­dzy nar­ra­to­rem opo­wie­ści a czy­tel­ni­kiem czy słu­cha­czem rodzi się emo­cjo­nal­ne poro­zu­mie­nie, bazu­ją­ce na empa­tii. Ta zaś ze swej natu­ry zbli­ża i niwe­lu­je gra­ni­ce – bar­dzo łatwo jest zatrzeć w powie­ści gra­ni­ce mię­dzy „ja” nar­ra­to­ra i „ja” czy­tel­ni­ka, a powieść, któ­ra „wcią­ga” wręcz liczy na to, że gra­ni­ca ta zosta­nie znie­sio­na i unie­waż­nio­na, i to czy­tel­nik, dzię­ki empa­tii, sta­nie się na jakiś czas nar­ra­to­rem.

Lite­ra­tu­ra sta­ła się więc polem wymia­ny doświad­czeń, ago­rą, gdzie każ­dy może opo­wie­dzieć swój wła­sny los albo dać głos swo­je­mu alter ego. Jest to przy tym prze­strzeń demo­kra­tycz­na – każ­dy może się wypo­wie­dzieć, każ­dy może też doko­nać kre­acji „gło­su, któ­ry mówi”. Chy­ba jesz­cze nigdy w histo­rii czło­wie­ka tak wie­lu ludzi nie zaj­mo­wa­ło się pisa­niem i opo­wia­da­niem.

Wystar­czy spoj­rzeć na pierw­sze z brze­gu sta­ty­sty­ki. Kie­dy odwie­dzam tar­gi książ­ki, widzę jak wie­le wyda­wa­nych ksią­żek doty­czy wła­śnie tego – autor­skie­go ja. Instynkt eks­pre­sji – może rów­nie sil­ny, jak inne instynk­ty, któ­re pro­jek­tu­ją nasze życie – naj­peł­niej obja­wia się w sztu­ce. Chce­my być zauwa­że­ni, chce­my poczuć się wyjąt­ko­wi. Nar­ra­cje typu: „Opo­wiem ci moją histo­rię”, „Opo­wiem ci histo­rię mojej rodzi­ny”, ewen­tu­al­nie „Opo­wiem ci, gdzie byłam” to dziś naj­po­pu­lar­niej­sze gatun­ki lite­rac­kie. Jest to feno­men na wiel­ką ska­lę tak­że i dla­te­go, że dzi­siaj powszech­nie potra­fi­my posłu­gi­wać się pismem i wie­lu ludzi osią­ga tę kie­dyś zastrze­żo­ną dla nie­licz­nych umie­jęt­ność wyra­że­nia sie­bie same­go w sło­wie i opo­wie­ści. Para­dok­sal­nie jed­nak wyglą­da to na chór zło­żo­ny z samych soli­stów – gło­sy nakła­da­ją się na sie­bie, rywa­li­zu­ją o uwa­gę, poru­sza­ją po podob­nych trak­tach, osta­tecz­nie wza­jem­nie się zagłu­sza­jąc. Wie­my o nich wszyst­ko, jeste­śmy w sta­nie utoż­sa­mić się z nimi i prze­żyć ich życie jak swo­je.

Mimo to jed­nak doświad­cze­nie czy­tel­ni­cze zaska­ku­ją­co czę­sto jest nie­kom­plet­ne i roz­cza­ro­wu­ją­ce, bo oka­zu­je się, że eks­pre­sja autor­skie­go „ja” nie daje gwa­ran­cji uni­wer­sal­no­ści. Cze­go nam bra­ku­je, to – jak się zda­je – para­bo­licz­ny wymiar opo­wie­ści. Boha­ter para­bo­li jest bowiem zara­zem sobą, czło­wie­kiem żyją­cym w okre­ślo­nych warun­kach histo­rycz­nych czy geo­gra­ficz­nych, a jed­no­cze­śnie wykra­cza dale­ko poza ten kon­kret, sta­jąc się Każ­dym i Wszę­dzie.

Kie­dy czy­tel­nik śle­dzi czy­jąś histo­rię opi­sa­ną w powie­ści, może utoż­sa­miać się z losem opi­sy­wa­nej posta­ci i roz­wa­żać jej sytu­ację jak swo­ją, w para­bo­li zaś musi zre­zy­gno­wać zupeł­nie ze swo­jej odręb­no­ści i stać się tym Każ­dym. W tym wyma­ga­ją­cym psy­cho­lo­gicz­nie zabie­gu para­bo­la, znaj­du­jąc dla róż­nych losów wspól­ny mia­now­nik, uni­wer­sa­li­zu­je nasze doświad­cze­nie, a jej nie­do­sta­tecz­na obec­ność jest świa­dec­twem bez­rad­no­ści.

Być może, żeby nie uto­nąć w wie­lo­ści tytu­łów i nazwisk zaczę­li­śmy dzie­lić ogrom­ne lewia­ta­no­we cia­ło lite­ra­tu­ry na gatun­ki, któ­re trak­tu­je­my jak dzie­dzi­ny w spo­rcie, a pisa­rzy i pisar­ki jak wyspe­cja­li­zo­wa­nych zawod­ni­ków. Ogól­ne sko­mer­cja­li­zo­wa­nie ryn­ku lite­rac­kie­go dopro­wa­dzi­ło do podzia­łu na bran­że – odtąd odby­wa­ją się tar­gi i festi­wa­le lite­ra­tu­ry takiej czy sia­kiej, zupeł­nie osob­no, two­rząc klien­te­lę czy­tel­ni­ków, któ­rzy chęt­nie zatrza­sku­ją się w kry­mi­na­le, fan­ta­sy czy scien­ce-fic­tion. Cechą szcze­gól­ną tej sytu­acji jest, że to, co mia­ło jedy­nie pomóc księ­ga­rzom i biblio­te­ka­rzom w upo­rząd­ko­wa­niu na pół­kach ogro­mu wyda­wa­nych ksią­żek, a czy­tel­ni­kom poma­ga­ło zorien­to­wać się w wiel­ko­ści ofer­ty, sta­ło się abs­trak­cyj­ny­mi kate­go­ria­mi, w któ­re już nie tyl­ko wrzu­ca się zaist­nia­łe dzie­ło, ale według któ­rych zaczy­na­ją pisać sami pisa­rze.

Coraz czę­ściej gatun­ko­we dzie­ło przy­po­mi­na forem­kę do cia­sta, któ­ra pro­du­ku­je bar­dzo podob­ne rezul­ta­ty, ich prze­wi­dy­wal­ność uwa­ża­na jest za cno­tę, ich banal­ność za osią­gnię­cie.

Czy­tel­nik wie, cze­go ma się spo­dzie­wać i dosta­je dokład­nie to, co chciał. Zawsze intu­icyj­nie byłam prze­ciw­ko takim porząd­kom, ponie­waż pro­wa­dzą one do ogra­ni­cza­nia wol­no­ści pisar­skiej, do nie­chę­ci wobec eks­pe­ry­men­tu i trans­gre­sji, któ­ra jest istot­ną cechą two­rze­nia w ogó­le. I zupeł­nie wyklu­cza­ją z pro­ce­su twór­cze­go wszel­ką eks­cen­trycz­ność, bez któ­rej nie ma sztu­ki. Dobra książ­ka nie musi się opo­wia­dać za swo­ją gatun­ko­wą przy­na­leż­no­ścią. Podział na gatun­ki jest wyni­kiem sko­mer­cja­li­zo­wa­nia całej lite­ra­tu­ry i efek­tem trak­to­wa­nia jej jako pro­duk­tu do sprze­da­ży z całą filo­zo­fią bran­du, tar­ge­tu i tym podob­nych wyna­laz­ków współ­cze­sne­go kapi­ta­li­zmu. Może­my mieć dziś wiel­ką satys­fak­cję, że jeste­śmy świad­ka­mi powsta­nia nowe­go spo­so­bu opo­wia­da­nia świa­ta, jaki nie­sie ze sobą serial fil­mo­wy, a któ­re­go ukry­tym zada­niem jest wpro­wa­dzić nas w trans. Oczy­wi­ście ten spo­sób opo­wia­da­nia ist­niał już w mitach i opo­wie­ściach home­ryc­kich, a Her­ku­les, Achil­les czy Ody­se­usz to bez wąt­pie­nia pierw­si seria­lo­wi boha­te­ro­wie. Jed­nak nigdy wcze­śniej nie zagar­nął on dla sie­bie tak dużo prze­strze­ni i nie wpły­wał tak istot­nie na zbio­ro­wą wyobraź­nię.

Pierw­sze dwie deka­dy XXI w. z pew­no­ścią nale­żą do seria­li. Ich wpływ na spo­so­by opo­wia­da­nia (i przez to też rozu­mie­nia) świa­ta jest rewo­lu­cyj­ny. Serial w dzi­siej­szej posta­ci nie tyl­ko roz­cią­gnął uczest­ni­cze­nie w nar­ra­cji w obrę­bie cza­su, gene­ru­jąc jego róż­ne tem­pa, odno­gi i aspek­ty, ale wniósł tak­że swo­je nowe porząd­ki. Ponie­waż w wie­lu przy­pad­kach jego zada­niem jest utrzy­ma­nie uwa­gi widza jak naj­dłu­żej – nar­ra­cja seria­lo­wa mno­ży wąt­ki, spla­ta­jąc je ze sobą w naj­bar­dziej nie­praw­do­po­dob­ny spo­sób tak bar­dzo, iż w obli­czu bez­rad­no­ści się­ga się nawet po sta­ry zabieg nar­ra­cyj­ny, skom­pro­mi­to­wa­ny kie­dyś przez kla­sycz­ną ope­rę: „deus ex machi­na”. Wymy­śla­jąc kolej­ne odcin­ki czę­sto zmie­nia się całą psy­cho­lo­gię posta­ci ad hoc, żeby lepiej paso­wa­ła do poja­wia­ją­cych się wyda­rzeń. Postać łagod­na i peł­na rezer­wy na począt­ku zmie­nia się pod koniec w mści­wą i gwał­tow­ną, postać dru­go­pla­no­wa sta­je się pierw­szo­pla­no­wą, zaś głów­ny boha­ter, do któ­rej zdą­ży­li­śmy się już przy­wią­zać, tra­ci zna­cze­nie lub wręcz zni­ka ku naszej naj­więk­szej kon­ster­na­cji.

Poten­cjal­ne zaist­nie­nie kolej­ne­go sezo­nu stwa­rza koniecz­ność otwar­tych zakoń­czeń, w któ­rych nie ma szans poja­wić się i wybrzmieć do koń­ca owo tajem­ni­cze kathar­sis, któ­re było prze­ży­ciem wewnętrz­nej prze­mia­ny, speł­nie­nia się, satys­fak­cją z uczest­ni­cze­nia w akcie opo­wie­ści. Taki rodzaj kom­pli­ko­wa­nia i nie­koń­cze­nia, cią­głe­go odra­cza­nia nagro­dy, jaką jest kathar­sis, uza­leż­nia i hip­no­ty­zu­je. Fabu­la inter­rup­ta wymy­ślo­na daw­no temu i zna­na z opo­wie­ści Sze­he­re­za­dy powró­ci­ła w seria­lach w wiel­kim sty­lu, zmie­nia­jąc naszą wraż­li­wość i nio­sąc prze­dziw­ne psy­cho­lo­gicz­ne skut­ki, odry­wa­jąc nas od wła­sne­go życia i hip­no­ty­zu­jąc niczym używ­ka. Jed­no­cze­śnie serial wpi­su­je się w nowy, roz­wle­kły i nie­upo­rząd­ko­wa­ny rytm świa­ta, w jego cha­otycz­ną komu­ni­ka­cję, jego nie­sta­łość i płyn­ność. Ta for­ma opo­wie­ści chy­ba naj­bar­dziej twór­czo szu­ka dziś nowej for­mu­ły. W tym sen­sie odby­wa się w seria­lu poważ­na pra­ca nad nar­ra­cja­mi przy­szło­ści, nad dopa­so­wa­niem opo­wie­ści do nowej rze­czy­wi­sto­ści. Lecz nade wszyst­ko żyje­my w świe­cie natło­ku infor­ma­cji sprzecz­nych ze sobą, wza­jem­nie się wyklu­cza­ją­cych, wal­czą­cych na kły i pazu­ry. Nasi przod­ko­wie wie­rzy­li, że dostęp do wie­dzy przy­nie­sie ludziom nie tyl­ko szczę­ście, dobro­byt, zdro­wie i bogac­two, ale stwo­rzy spo­łe­czeń­stwo rów­ne i spra­wie­dli­we. To, cze­go według nich bra­ko­wa­ło świa­tu to była powszech­na mądrość, pły­ną­ca z wie­dzy.

Jan Amos Komen­ski, wiel­ki peda­gog XVII w., ukuł ter­min „pan­so­fia”, w któ­rym zawarł idee moż­li­wej omni­scjen­cji, wie­dzy uni­wer­sal­nej, któ­ra pomie­ści w sobie wszel­kie moż­li­we pozna­nie. Było to tak­że i przede wszyst­kim marze­nie o wie­dzy dostęp­nej każ­de­mu. Czyż dostęp do infor­ma­cji o świe­cie nie zmie­ni nie­pi­śmien­ne­go chło­pa w reflek­syj­ną jed­nost­kę świa­do­mą sie­bie i świa­ta? Czy wie­dza na wycią­gnię­cie ręki nie spra­wi, że ludzie sta­ną się roz­waż­ni i mądrze pokie­ru­ją swo­im życiem?

Kie­dy powstał Inter­net wyda­wa­ło się, że idee te będą wresz­cie mogły zre­ali­zo­wać się w spo­sób total­ny. Wiki­pe­dia, któ­rą podzi­wiam i wspie­ram, mogła­by wydać się Komen­skie­mu, podob­nie jak wie­lu myśli­cie­lom tego nur­tu, speł­nie­niem marzeń ludz­ko­ści – oto two­rzy­my i otrzy­mu­je­my ogrom­ny zasób wie­dzy nie­ustan­nie uzu­peł­nia­nej, odświe­ża­nej i demo­kra­tycz­nie dostęp­nej, prak­tycz­nie z każ­de­go miej­sca na Zie­mi. Speł­nio­ne marze­nia czę­sto nas roz­cza­ro­wu­ją. Oka­za­ło się, że nie jeste­śmy w sta­nie unieść tego ogro­mu infor­ma­cji, któ­ra zamiast jed­no­czyć, uogól­niać i uwal­niać – róż­ni­cu­je, dzie­li, zamy­ka w bań­kach, two­rzy wie­lość opo­wie­ści nie­przy­sta­ją­cych do sie­bie albo wręcz wro­gich sobie, anta­go­ni­zu­ją­cych.

Na doda­tek Inter­net, pod­da­ny zupeł­nie bez reflek­sji pro­ce­som ryn­ko­wym i odda­ny gra­czom-mono­po­li­stom, ste­ru­je gigan­tycz­ny­mi ilo­ścia­mi danych, któ­re wyko­rzy­sty­wa­ne są cał­kiem nie „pan­so­ficz­nie”, ku sze­ro­kie­mu dostę­po­wi do wie­dzy, ale prze­ciw­nie, słu­żąc przede wszyst­kim pro­gra­mo­wa­niu zacho­wań użyt­kow­ni­ków, cze­go dowie­dzie­li­śmy się po afe­rze Cam­brid­ge Ana­ly­ti­ca. Zamiast usły­szeć har­mo­nię świa­ta, usły­sze­li­śmy kako­fo­nię dźwię­ków, szum nie do znie­sie­nia, w któ­rym roz­pacz­li­wie pró­bu­je­my dosłu­chać się jakiejś naj­cich­szej melo­dii, naj­słab­sze­go cho­ciaż ryt­mu. Para­fra­za szek­spi­row­skie­go cyta­tu jak nigdy pasu­je dzi­siaj do tej kako­fo­nicz­nej rze­czy­wi­sto­ści: Inter­net to coraz czę­ściej opo­wieść idio­ty peł­na wście­kło­ści i wrza­sku. Tak­że bada­nia poli­to­lo­gów prze­czą nie­ste­ty intu­icjom Jana Amo­sa Komen­skie­go, opar­tych na prze­ko­na­niu, że im wię­cej powszech­nie dostęp­nej wie­dzy o świe­cie, tym poli­ty­cy bar­dziej posłu­gu­ją się roz­sąd­kiem i podej­mu­ją roz­waż­ne decy­zje.

Wyglą­da na to, że wca­le nie jest to taka pro­sta spra­wa. Wie­dza może przy­tła­czać, a jej skom­pli­ko­wa­nie i nie­jed­no­znacz­ność, powo­du­je powsta­wa­nie roż­ne­go rodza­ju mecha­ni­zmów obron­nych – od zaprze­cze­nia i wypar­cia, aż po uciecz­kę w pro­ste zasa­dy myśle­nia uprasz­cza­ją­ce­go, ide­olo­gicz­ne­go, par­tyj­ne­go.

Kate­go­ria fake new­sów i fake upów sta­wia nowe pyta­nia o to, czym jest fik­cja. Czy­tel­ni­cy, któ­rzy wie­le razy dali się oszu­kać, zdez­in­for­mo­wać czy wypro­wa­dzić w pole, nabie­ra­ją powo­li spe­cy­ficz­nej ner­wi­co­wej idio­syn­kra­zji. Reak­cją na takie zmę­cze­nie fik­cją może być ogrom­ny suk­ces lite­ra­tu­ry non-fic­tion, któ­ra w tym wiel­kim cha­osie infor­ma­cyj­nym krzy­czy ponad naszy­mi gło­wa­mi: „Opo­wia­dam wam praw­dę, tyl­ko praw­dę”. „Moja opo­wieść opar­ta jest na fak­tach!”.

Fik­cja stra­ci­ła zaufa­nie czy­tel­ni­ków, odkąd kłam­stwo sta­ło się nie­bez­piecz­ną bro­nią maso­we­go raże­nia, nawet jeśli wciąż pozo­sta­je pry­mi­tyw­nym narzę­dziem. Nader czę­sto spo­ty­kam się z tym peł­nym nie­do­wie­rza­nia pyta­niem: „Czy to praw­da, co pani napi­sa­ła?”. Za każ­dym razem mam wte­dy wra­że­nie, że wiesz­czy ono koniec lite­ra­tu­ry. To nie­win­ne z punk­tu widze­nia czy­tel­ni­ka pyta­nie, dla pisar­skich uszu brzmi napraw­dę apo­ka­lip­tycz­nie. Cóż mam odpo­wie­dzieć? Jak wytłu­ma­czyć onto­lo­gicz­ny sta­tus Han­sa Castor­pa, Anny Kare­ni­ny czy Misia Puchat­ka? Uwa­żam tego typu czy­tel­ni­czą cie­ka­wość za cywi­li­za­cyj­ny regres. To upo­śle­dze­nie umie­jęt­no­ści wie­lo­wy­mia­ro­we­go (kon­kret­ne­go, histo­rycz­ne­go, ale i sym­bo­licz­ne­go, i mitycz­ne­go) uczest­ni­cze­nia w łań­cu­chu wyda­rzeń zwa­nym naszym życiem. Życie two­rzą wyda­rze­nia, lecz dopie­ro wte­dy, gdy potra­fi­my je zin­ter­pre­to­wać, pró­bo­wać zro­zu­mieć i nadać im sens, zamie­nia­ją się one w doświad­cze­nie.

Wyda­rze­nia są fak­ta­mi, ale doświad­cze­nie jest czymś nie­wy­ra­żal­nie innym. To ono, nie zaś wyda­rze­nie, jest mate­rią nasze­go życia. Doświad­cze­nie jest fak­tem pod­da­nym inter­pre­ta­cji i umiesz­czo­nym w pamię­ci. Odwo­łu­je się tak­że do pew­nej pod­sta­wy, jaką mamy w umy­śle, do głę­bo­kiej struk­tu­ry zna­czeń, na któ­rej potra­fi­my roz­piąć nasze wła­sne życie i przyj­rzeć mu się dokład­nie. Wie­rzę, że rolę takiej struk­tu­ry peł­ni mit. Mit jak wia­do­mo nigdy się nie wyda­rzył, ale dzie­je się zawsze. Dziś dzia­ła już nie tyl­ko poprzez przy­go­dy antycz­nych hero­sów, ale prze­ni­ka do wszech­obec­nych i jak naj­bar­dziej popu­lar­nych opo­wie­ści współ­cze­sne­go kina, gier, lite­ra­tu­ry. Życie miesz­kań­ców Olim­pu prze­nio­sło się do Dyna­stii, a hero­icz­ne czy­ny boha­te­rów obsłu­gu­je Lara Croft.

W tym gorą­cym podzia­le na praw­dę i fałsz opo­wieść o naszym doświad­cze­niu, jaką two­rzy lite­ra­tu­ra, ma swój wła­sny wymiar. Nigdy spe­cjal­nie nie entu­zja­zmo­wa­łam się pro­stym roz­gra­ni­cze­niem na fic­tion i non-fic­tion, chy­ba, że uzna­my je tyl­ko za dekla­ra­tyw­ne i uzna­nio­we. W morzu wie­lu defi­ni­cji fik­cji, naj­bar­dziej podo­ba mi się ta, któ­ra jest jed­no­cze­śnie naj­star­sza i pocho­dzi od Ary­sto­te­le­sa.

Fik­cja jest zawsze jakimś rodza­jem praw­dy. Do prze­ko­na­nia tra­fia mi też roz­róż­nie­nie rela­cji wobec fabu­ły, któ­rej doko­nał pisarz i ese­ista Edward Mor­gan For­ster. Pisał on, że kie­dy mówi­my „Umarł mąż, a potem umar­ła żona” – to jest to rela­cja. Kie­dy zaś mówi­my „Umarł mąż, a potem ze smut­ku umar­ła żona” – to mamy fik­cję. Każ­de fabu­la­ry­zo­wa­nie jest przej­ściem od pyta­nia – „Co było potem?” do pró­by jego zro­zu­mie­nia opar­tym na naszym ludz­kim doświad­cze­niu: „Dla­cze­go tak się sta­ło?”.

Lite­ra­tu­ra zaczy­na się od owe­go „Dla­cze­go?”, nawet jeśli mie­li­by­śmy na to pyta­nie odpo­wia­dać bez prze­rwy zwy­czaj­nym: „Nie wiem”. Lite­ra­tu­ra sta­wia więc pyta­nia, na któ­re nie da się odpo­wie­dzieć przy pomo­cy Wiki­pe­dii, wykra­cza bowiem poza same fak­ty i wyda­rze­nia, odwo­łu­jąc się bez­po­śred­nio do nasze­go ich doświad­cza­nia.

Moż­li­we jest jed­nak, że powieść i lite­ra­tu­ra w ogó­le sta­ją się na naszych oczach czymś zgo­ła mar­gi­nal­nym wobec innych spo­so­bów nar­ra­cji. Że waga obra­zu i nowych form bez­po­śred­nie­go prze­ka­zy­wa­nia doświad­cze­nia – kina, foto­gra­fii, vir­tu­al reali­ty i augmen­ted reali­ty – sta­nie się poważ­ną alter­na­ty­wą dla tra­dy­cyj­ne­go czy­ta­nia. Czy­ta­nie jest dość skom­pli­ko­wa­nym psy­cho­lo­gicz­nym pro­ce­sem per­cep­cji. Uprasz­cza­jąc: Naj­pierw naj­bar­dziej nie­uchwyt­na treść jest kon­cep­tu­ali­zo­wa­na i wer­ba­li­zo­wa­na, zamie­nia­na w zna­ki i sym­bo­le, a potem nastę­pu­je jej „odko­do­wa­nie” na powrót z języ­ka na doświad­cze­nie.

Wyma­ga to pew­nej kom­pe­ten­cji inte­lek­tu­al­nej. A przede wszyst­kim wyma­ga uwa­gi i sku­pie­nia, umie­jęt­no­ści coraz rzad­szych w dzi­siej­szym skraj­nie roz­pra­sza­ją­cym świe­cie. Ludz­kość prze­szła dłu­gą dro­gę w spo­so­bach prze­ka­zy­wa­nia i współ­dzie­le­nia wła­sne­go doświad­cze­nia, od oral­no­ści, zda­nej na żywe sło­wo i ludz­ką pamięć, po rewo­lu­cję Guten­ber­ga, kie­dy opo­wieść zosta­ła powszech­nie zapo­śred­ni­czo­na przez pismo i w ten spo­sób utrwa­lo­na i sko­dy­fi­ko­wa­na oraz moż­li­wa do powie­la­nia bez zmian. Naj­więk­szym osią­gnię­ciem tej zmia­ny był moment, w któ­rym myśle­nie jako takie utoż­sa­mi­li­śmy z pismem, czy­li kon­kret­nym spo­so­bem uży­wa­nia idei, kate­go­rii czy sym­bo­li. Dziś – to jasne – sto­imy w obli­czu podob­nie zna­mien­nej rewo­lu­cji, kie­dy doświad­cze­nie może być prze­ka­zy­wa­ne bez­po­śred­nio, bez pomo­cy sło­wa dru­ko­wa­ne­go.

Nie ma już potrze­by pro­wa­dzić dzien­ni­ka podró­ży, kie­dy moż­na foto­gra­fo­wać i wysy­łać te foto­gra­fie za pomo­cą por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych w świat, zaraz i każ­de­mu. Nie ma potrze­by pisać list, sko­ro łatwiej jest zadzwo­nić. Po co czy­tać gru­be powie­ści, sko­ro moż­na zanu­rzyć się w seria­lu? Zamiast wyjść na mia­sto, żeby roze­rwać się przy­ja­ciół­mi, lepiej zagrać w grę. Się­gnąć po auto­bio­gra­fię? Nie ma sen­su, sko­ro śle­dzę życie cele­bry­tów na Insta­gra­mie i wiem o nich wszyst­ko. To już nawet nie obraz jest dzi­siaj naj­więk­szym prze­ciw­ni­kiem tek­stu, jak myśle­li­śmy jesz­cze w XX w., mar­twiąc się wpły­wem kina i tele­wi­zji. To zupeł­nie inny wymiar doświad­cza­nia świa­ta – oddzia­łu­ją­cy bez­po­śred­nio na nasze zmy­sły.

Nie chcę szki­co­wać tu jakiejś cało­ścio­wej wizji kry­zy­su opo­wie­ści o świe­cie. Czę­sto jed­nak doskwie­ra mi poczu­cie, że świa­tu cze­goś bra­ku­je. Że doświad­cza­jąc go przez szy­by ekra­nów, przez apli­ka­cje, sta­je się jakiś nie­re­al­ny, dale­ki, dwu­wy­mia­ro­wy, dziw­nie nie­okre­ślo­ny, mimo że dotar­cie do każ­dej kon­kret­nej infor­ma­cji jest zdu­mie­wa­ją­co łatwe. Męczą­ce „ktoś”, „coś”, „gdzieś”, „kie­dyś” może dziś być bar­dziej nie­bez­piecz­ne niż wygła­sza­ne z abso­lut­ną pew­no­ścią bar­dzo kon­kret­ne i okre­ślo­ne idee – zie­mia jest pla­ska, szcze­pion­ki zabi­ja­ją, ocie­ple­nie kli­ma­tycz­ne jest bzdu­rą, a demo­kra­cja w wie­lu kra­jach nie jest zagro­żo­na. „Gdzieś” toną jacyś ludzie, pró­bu­ją­cy prze­pra­wić się przez morze. „Gdzieś” od „jakie­goś” cza­su trwa „jakaś” woj­na. W natło­ku infor­ma­cji poje­dyn­cze prze­ka­zy tra­cą kon­tu­ry, roz­wie­wa­ją się w naszej pamię­ci i sta­ją się nie­re­al­ne, zni­ka­ją.

Zalew obra­zów prze­mo­cy, głu­po­ty, okru­cień­stwa, mowy nie­na­wi­ści, roz­pacz­li­wie rów­no­wa­żo­ne są przez wszel­kie „dobre wia­do­mo­ści”, ale nie są one w sta­nie ujarz­mić doj­mu­ją­ce­go wra­że­nia, któ­re trud­no jest nawet zwer­ba­li­zo­wać: Coś jest ze świa­tem nie tak. To poczu­cie, zare­zer­wo­wa­ne kie­dyś tyl­ko dla neu­ro­tycz­nych poetów, dziś sta­je się epi­de­mią nie­okre­ślo­no­ści, sączą­cym się zewsząd nie­po­ko­jem. Lite­ra­tu­ra jest jed­ną z nie­wie­lu dzie­dzin, któ­re pró­bu­ją nas przy­trzy­mać przy kon­kre­cie świa­ta, ponie­waż ze swej natu­ry jest zawsze „psy­cho­lo­gicz­na”. Sku­pia się bowiem na wewnętrz­nych racjach i moty­wach posta­ci, ujaw­nia ich doświad­cze­nie w żaden inny spo­sób nie­do­stęp­ne dla dru­gie­go czło­wie­ka lub zwy­czaj­nie pro­wo­ku­je Czy­tel­ni­ka do psy­cho­lo­gicz­nej inter­pre­ta­cji ich zacho­wań. Tyl­ko lite­ra­tu­ra jest w sta­nie pozwo­lić nam wejść głę­bo­ko w życie dru­giej isto­ty, rozu­mieć jej racje, dzie­lić jej uczu­cia, prze­żyć jej los. Opo­wieść zawsze zata­cza krę­gi wokół sen­su. Nawet jeże­li nie wyra­ża tego wprost, nawet kie­dy pro­gra­mo­wo odże­gnu­je się od poszu­ki­wa­nia zna­cze­nia, sku­pia­jąc się na for­mie, na eks­pe­ry­men­cie, kie­dy doko­nu­je for­mal­nej rebe­lii, poszu­ku­jąc nowych środ­ków wyra­zu.

Czy­ta­jąc nawet naj­bar­dziej beha­wio­ry­stycz­nie i oszczęd­nie napi­sa­ną opo­wieść, nie potra­fi­my powstrzy­mać się od pytań: „Dla­cze­go tak się dzie­je?”, „Co to zna­czy?”, „Jaki jest tego sens?’, „Do cze­go to pro­wa­dzi?” Moż­li­we jest nawet, że nasz umysł wyewo­lu­ował ku opo­wie­ści jako pro­ce­so­wi nada­wa­nia sen­su milio­nom bodź­ców, któ­re nas ota­cza­ją i nawet pod­czas snu wciąż bez­u­stan­nie i nie­zmor­do­wa­nie snu­je swo­je nar­ra­cje.

Opo­wieść jest więc porząd­ko­wa­niem w cza­sie nie­skoń­czo­nej ilo­ści infor­ma­cji, usta­la­jąc ich związ­ki z prze­szło­ścią, teraź­niej­szo­ścią i przy­szło­ścią, odkry­wa­niem ich powta­rzal­no­ści i ukła­da­niem ich w kate­go­riach przy­czy­ny i skut­ku. Bio­rą w tej pra­cy udział i rozum, i emo­cje. Nic dziw­ne­go, że jed­nym z naj­wcze­śniej­szych odkryć doko­na­nych przez opo­wie­ści, było fatum, któ­re oprócz tego, że jawi­ło się zawsze ludziom jako prze­ra­ża­ją­ce i nie­ludz­kie, wpro­wa­dza­ło jed­nak w rze­czy­wi­stość porzą­dek i nie­zmien­ność.

Sza­now­ni Pań­stwo, kobie­ta ze zdję­cia, moja mama, któ­ra tęsk­ni­ła do mnie, choć mnie jesz­cze było, kil­ka lat póź­niej czy­ta­ła mi baj­ki. W jed­nej z nich, autor­stwa Han­sa Chri­stia­na Ander­se­na, wyrzu­co­ny na śmiet­nik imbryk skar­żył się, że okrut­nie został potrak­to­wa­ny przez ludzi – pozby­li się go, gdy tyl­ko obe­rwa­ło mu się ucho. A prze­cież mógł­by jesz­cze im słu­żyć, gdy­by ludzie nie byli tacy per­fek­cyj­ni i wyma­ga­ją­cy. Wtó­ro­wa­ły mu inne popsu­te przed­mio­ty, snu­jąc praw­dzi­wie epic­kie opo­wie­ści ze swo­je­go małe­go przed­mio­to­we­go życia. Będąc dziec­kiem słu­cha­łam tej baj­ki z wypie­ka­mi na twa­rzy i ze łza­mi w oczach, bo wie­rzy­łam głę­bo­ko, że przed­mio­ty mają swo­je pro­ble­my, uczu­cia i nawet jakieś życie spo­łecz­ne, cał­kiem porów­ny­wal­ne do nasze­go, ludz­kie­go. Tale­rze w kre­den­sie mogły ze sobą roz­ma­wiać, sztuć­ce w szu­fla­dzie sta­no­wi­ły coś w rodza­ju rodzi­ny.

Podob­nie zwie­rzę­ta były tajem­ni­czy­mi, mądry­mi i samo­świa­do­my­mi isto­ta­mi, z któ­ry­mi łączy­ła nas od zawsze ducho­wa więź i głę­bo­kie podo­bień­stwo. Ale i rze­ki, lasy, dro­gi tak­że mia­ły swój byt – były żywy­mi isto­ta­mi, któ­re mapu­ją naszą prze­strzeń i budu­ją poczu­cie przy­na­leż­no­ści, tajem­ni­czy Raum­ge­ist. Żywy był też kra­jo­braz, któ­ry nas ota­czał, i Słoń­ce i Księ­życ i wszyst­kie cia­ła nie­bie­skie. Cały widzial­ny i nie­wi­dzial­ny świat. Kie­dy zaczę­łam w to wąt­pić?

Poszu­ku­ję w swo­im życiu jakie­goś momen­tu, w któ­rym jak za spra­wą jed­ne­go klik­nię­cia, wszyst­ko sta­ło się inne, mniej zniu­an­so­wa­ne, prost­sze. Szept świa­ta umilkł, zastą­pi­ły go hała­sy mia­sta, szmer kom­pu­te­rów, grzmot prze­la­tu­ją­cych nad gło­wą samo­lo­tów i męczą­cy bia­ły szum oce­anów infor­ma­cji. Od jakie­goś momen­tu w swo­im życiu zaczy­na­my widzieć świat we frag­men­tach, wszyst­ko osob­no, w kawał­kach odle­głych od sie­bie niczym galak­ty­ki, a rze­czy­wi­stość, w jakiej żyje­my w tym nas upew­nia: leka­rze leczą nas według spe­cjal­no­ści, podat­ki nie mają związ­ku z odśnie­ża­niem dro­gi, któ­rą jeź­dzi­my do pra­cy, obiad nijak się ma do wiel­kich ferm hodow­la­nych, a nowa bluz­ka do obskur­nych fabryk gdzieś w Azji. Wszyst­ko jest od sie­bie oddzie­lo­ne, żyje osob­no, bez związ­ku.

Żeby łatwiej nam było to znieść, dosta­je­my nume­ry, iden­ty­fi­ka­to­ry, kar­ty, topor­ne pla­sti­ko­we toż­sa­mo­ści, któ­re pró­bu­ją nas zre­du­ko­wać do użyt­ko­wa­nia jakiejś jed­nej cząst­ki tej cało­ści, któ­rą prze­sta­li­śmy już dostrze­gać. Świat umie­ra, a my nawet tego nie zauwa­ża­my. Nie zauwa­ża­my, że świat sta­je się zbio­rem rze­czy i wyda­rzeń, mar­twą prze­strze­nią, w któ­rej poru­sza­my się samot­ni i zagu­bie­ni, mio­ta­ni czy­imiś decy­zja­mi, znie­wo­le­ni nie­zro­zu­mia­łym fatum, poczu­ciem bycia igrasz­ką wiel­kich sił histo­rii czy przy­pad­ku. Nasza ducho­wość zani­ka albo sta­je się powierz­chow­na i rytu­al­na. Albo po pro­stu sta­je­my się wyznaw­ca­mi pro­stych sił – fizycz­nych, spo­łecz­nych, eko­no­micz­nych, któ­re poru­sza­ją nami jak­by­śmy byli zom­bie.

I w takim świe­cie rze­czy­wi­ście jeste­śmy zom­bie. Dla­te­go tęsk­nię do tam­te­go świa­ta od imbry­ka.

Całe życie fascy­nu­ją mnie wza­jem­ne sie­ci powią­zań i wpły­wów, któ­rych naj­czę­ściej nie jeste­śmy świa­do­mi, lecz odkry­wa­my je przy­pad­kiem, jako zadzi­wia­ją­ce zbie­gi oko­licz­no­ści, zbież­no­ści losu, te wszyst­kie mosty, śru­by, spa­wy i łącz­ni­ki, któ­re śle­dzi­łam w „Bie­gu­nach”. Fascy­nu­je mnie koja­rze­nie fak­tów, szu­ka­nie porząd­ków. W grun­cie rze­czy – jestem o tym prze­ko­na­na – pisar­ski umysł jest umy­słem syn­te­tycz­nym, któ­ry z upo­rem zbie­ra wszyst­kie okru­chy, pró­bu­jąc z nich na nowo skle­ić uni­wer­sum cało­ści.

Jak pisać, jak kon­stru­ować swo­ją opo­wieść, żeby umia­ła unieść tę wiel­ką kon­ste­la­cyj­ną for­mę świa­ta? Oczy­wi­ście zda­ję sobie spra­wę, że nie jest moż­li­wy powrót do takiej opo­wie­ści o świe­cie, jaką zna­my z mitów, baśni i legend, kie­dy prze­ka­zy­wa­na sobie z ust do ust utrzy­my­wa­ła świat w ist­nie­niu.

Dziś ta opo­wieść musia­ła­by być dużo bar­dziej wie­lo­wy­mia­ro­wa i skom­pli­ko­wa­na. Wie­my prze­cież rze­czy­wi­ście o wie­le wię­cej, zna­my nie­sa­mo­wi­te powią­za­nia rze­czy pozor­nie odle­głych. Przyj­rzyj­my się pew­ne­mu momen­to­wi w histo­rii świa­ta. Jest to dzień, kie­dy od nabrze­ża por­tu Palos w Hisz­pa­nii, 3 sierp­nia 1492 roku, odbi­ja nie­du­ża kara­we­la o nazwie „San­ta Maria”. Dowo­dzi nią Krzysz­tof Kolumb. Świe­ci słoń­ce, po nabrze­żu krę­cą się jesz­cze mary­na­rze, a robot­ni­cy por­to­wi ładu­ją na sta­tek ostat­nie skrzy­nie z pro­wian­tem. Jest gorą­co, ale wie­ją­cy z zacho­du lek­ki wie­trzyk, ratu­je żegna­ją­ce rodzi­ny przed zasłab­nię­ciem. Mewy prze­cha­dza­ją się uro­czy­ście po ram­pie, uważ­nie śle­dząc poczy­na­nia czło­wie­ka.

Ten moment, któ­ry teraz widzi­my poprzez czas, dopro­wa­dził do śmier­ci 56 mln z bli­sko 60 mln rdzen­nych Ame­ry­ka­nów. Ich popu­la­cja sta­no­wi­ła wte­dy ok. 10 proc. całej lud­no­ści zie­mi. Euro­pej­czy­cy nie­świa­do­mie przy­wieź­li ze sobą śmier­tel­ne pre­zen­ty – cho­ro­by i bak­te­rie, na któ­re rodo­wi­ci miesz­kań­cy Ame­ry­ki nie byli odpor­ni. Do tego doszło bez­par­do­no­we nie­wo­le­nie i zabi­ja­nie. Zagła­da trwa­ła lata i zmie­ni­ła kraj. Tam, gdzie kie­dyś rosła faso­la i kuku­ry­dza, ziem­nia­ki i pomi­do­ry, na nawad­nia­nych w wyra­fi­no­wa­ny spo­sób polach upraw­nych, wró­ci­ła dzi­ka roślin­ność. Pra­wie sześć­dzie­siąt milio­nów hek­ta­rów upraw­nej zie­mi z bie­giem lat zamie­ni­ło się w dżun­glę. Roślin­ność rege­ne­ru­jąc się, pochło­nę­ła ogrom­ne ilo­ści dwu­tlen­ku węgla, przez co osłabł efekt cie­plar­nia­ny. To zaś obni­ży­ło glo­bal­ną tem­pe­ra­tu­rę Zie­mi.

Jest to jed­na z wie­lu nauko­wych hipo­tez wyja­śnia­ją­cych nasta­nie małej epo­ki lodo­wej w Euro­pie, któ­ra pod koniec XVI w. przy­nio­sła dłu­go­trwa­łe ochło­dze­nie kli­ma­tu. Mała epo­ka lodo­wa odmie­ni­ła gospo­dar­kę Euro­py.

W cią­gu następ­nych dekad mroź­ne i dłu­gie zimy, chłod­ne lata i inten­syw­ne opa­dy zmniej­szy­ły wydaj­ność tra­dy­cyj­nych form rol­nic­twa. W Euro­pie Zachod­niej małe rodzin­ne gospo­dar­stwa pro­du­ku­ją­ce żyw­ność na wła­sne potrze­by, oka­za­ły się nie­wy­daj­ne. Nastą­pi­ły fale gło­du i koniecz­ność spe­cja­li­za­cji pro­duk­cji. Anglia czy Holan­dia naj­bar­dziej dotknię­te ochło­dze­niem, nie mogąc wią­zać swej gospo­dar­ki z rol­nic­twem, zaczę­ły roz­wi­jać han­del i prze­mysł. Zagro­że­nie sztor­ma­mi skło­ni­ło Holen­drów do osu­sza­nia polde­rów i prze­kształ­ca­nia stref pod­mo­kłych i płyt­kich stref mor­skich w ląd. Prze­su­nię­cie na połu­dnie zasię­gu wystę­po­wa­nia dor­sza, kata­stro­fal­ne dla Skan­dy­na­wii, oka­za­ło się korzyst­ne dla Anglii i Holan­dii – dzię­ki temu pań­stwa te zaczę­ły wyra­stać na potę­gi mor­skie i han­dlo­we. Zna­czą­ce ochło­dze­nie szcze­gól­nie dotkli­wie było odczu­wa­ne w kra­jach skan­dy­naw­skich. Urwa­ła się łącz­ność z zie­lo­ną Gren­lan­dią i Islan­dią, suro­we zimy zmniej­szy­ły zbio­ry i zapa­no­wa­ły lata gło­du i nie­do­stat­ku. Szwe­cja zwró­ci­ła więc łako­my wzrok na połu­dnie wda­jąc się w woj­ny z Pol­ską (zwłasz­cza, że zamarzł Bał­tyk, przez co łatwo było się prze­zeń prze­pra­wić armii) i anga­żu­jąc się w woj­nę trzy­dzie­sto­let­nią w Euro­pie.

Wysił­ki naukow­ców, pró­bu­ją­cych lepiej rozu­mieć naszą rze­czy­wi­stość, uka­zu­ją ją jako wza­jem­nie spój­ną i gęsto powią­za­ną sieć wpły­wów. To już nie tyl­ko słyn­ny „efekt moty­la”, któ­ry jak wie­my pole­ga na tym, że mini­mal­ne zmia­ny w warun­kach począt­ko­wych jakie­goś pro­ce­su, mogą dać w przy­szło­ści kolo­sal­ne i nie­obli­czal­ne rezul­ta­ty, ale nie­skoń­czo­na ilość moty­li i ich skrzy­deł, cią­gle w ruchu. Potęż­na fala życia, któ­ra wędru­je poprzez czas.

Odkry­cie „efek­tu moty­la” koń­czy według mnie epo­kę nie­za­chwia­nej ludz­kiej wia­ry we wła­sną swo­ją spraw­czość, zdol­ność kon­tro­li, a tym samym poczu­cie supre­ma­cji w świe­cie. Nie odbie­ra to czło­wie­ko­wi jego mocy jako budow­ni­cze­go, zdo­byw­cy i wyna­laz­cy, uzmy­sła­wia jed­nak, że rze­czy­wi­stość jest bar­dziej skom­pli­ko­wa­na, niż kie­dy­kol­wiek mogło się czło­wie­ko­wi wyda­wać. I że jest on zale­d­wie małą cząst­ką tych pro­ce­sów.

Mamy coraz wię­cej dowo­dów na ist­nie­nie spek­ta­ku­lar­nych i cza­sem bar­dzo zaska­ku­ją­cych zależ­no­ści w ska­li całe­go glo­bu. Jeste­śmy wszy­scy – my, rośli­ny zwie­rzę­ta, przed­mio­ty – zanu­rze­ni w jed­nej prze­strze­ni, któ­rą rzą­dzą pra­wa fizycz­ne. Ta wspól­na prze­strzeń ma swój kształt, a pra­wa fizycz­ne rzeź­bią w niej nie­po­li­czal­ną ilość form nie­ustan­nie do sie­bie nawią­zu­ją­cych. Nasz układ krwio­no­śny przy­po­mi­na sys­te­my dorze­czy rzek, budo­wa liścia jest podob­na do sys­te­mów ludz­kiej komu­ni­ka­cji, ruch galak­tyk – wir spły­wa­ją­cej wody w naszych umy­wal­kach. Roz­wój spo­łe­czeństw – kolo­nie bak­te­rii. Mikro- i makro­ska­la uka­zu­je nie­skoń­czo­ny sys­tem podo­bieństw. Nasza mowa, myśle­nie, twór­czość nie są czymś abs­trak­cyj­nym i ode­rwa­nym od świa­ta, ale kon­ty­nu­acją na innym pozio­mie jego nie­ustan­nych pro­ce­sów prze­mia­ny.

Zasta­na­wiam się tutaj cały czas, czy moż­li­we jest zna­le­zie­nie dzi­siaj pod­wa­lin pod nową opo­wieść uni­wer­sal­ną, cało­ścio­wą, nie­wy­klu­cza­ją­cą, zako­rze­nio­ną w natu­rze, peł­ną kon­tek­stów i jed­no­cze­śnie zro­zu­mia­łą.

Czy moż­li­wa jest taka opo­wieść, któ­ra wyszła­by poza nie­ko­mu­ni­ka­tyw­ne wię­zie­nie wła­sne­go „ja”, odsło­ni­ła więk­szy obszar rze­czy­wi­sto­ści i uka­za­ła wza­jem­ne związ­ki? Któ­ra umia­ła­by się zdy­stan­so­wać od udep­ta­ne­go oczy­wi­ste­go i banal­ne­go cen­trum „powszech­nie podzie­la­nych opi­nii” i potra­fi­ła spoj­rzeć na spra­wy eks-cen­trycz­nie, spo­za cen­trum?

Cie­szę się, że lite­ra­tu­ra cudow­nie zacho­wa­ła sobie pra­wo do wszel­kich dzi­wactw, do fan­ta­sma­go­rii, pro­wo­ka­cji, do gro­te­ski i wariac­twa. Marzą mi się wyso­kie punk­ty widze­nia i sze­ro­kie per­spek­ty­wy, w któ­rych kon­tekst wykra­cza dale­ko poza to, cze­go mogli­by­śmy się spo­dzie­wać. Marzy mi się język, któ­ry potra­fi wyra­zić naj­bar­dziej nie­ja­sną intu­icję, marzy mi się meta­fo­ra, któ­ra prze­kra­cza kul­tu­ro­we róż­ni­ce, i w koń­cu gatu­nek, któ­ry sta­nie się pojem­ny i trans­gre­syj­ny, a jed­no­cze­śnie uko­cha­ją go czy­tel­ni­cy.

Marzy mi się tak­że nowy rodzaj nar­ra­to­ra – „czwar­to­oso­bo­we­go”, któ­ry oczy­wi­ście nie spro­wa­dza się tyl­ko do jakie­goś kon­struk­tu gra­ma­tycz­ne­go, ale potra­fi zawrzeć w sobie zarów­no per­spek­ty­wę każ­dej z posta­ci, jak i umie­jęt­ność wykra­cza­nia poza hory­zont każ­dej z nich, któ­ry widzi wię­cej i sze­rzej, któ­ry jest w sta­nie zigno­ro­wać czas.

O tak, jego ist­nie­nie jest moż­li­we. Czy zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, kim jest ten cudow­ny opo­wia­dacz, któ­ry w Biblii woła wiel­kim gło­sem: „Na począt­ku było sło­wo”? Któ­ry opi­su­je stwo­rze­nie świa­ta, jego pierw­szy dzień, kie­dy cha­os został oddzie­lo­ny od porząd­ku? Któ­ry śle­dzi serial powsta­wa­nia kosmo­su? Któ­ry zna myśli Boga, zna jego wąt­pli­wo­ści i bez drże­nia ręki sta­wia na papie­rze to nie­by­wa­łe zda­nie: „I uznał Bóg, że to było dobre”. Kim jest to, któ­re wie, co sądził Bóg?

Wyjąw­szy wszel­kie wąt­pli­wo­ści teo­lo­gicz­ne, może­my uznać tę figu­rę tajem­ni­cze­go i czu­łe­go nar­ra­to­ra za cudow­ną i zna­mien­ną. To punkt, per­spek­ty­wa, z któ­rej widzi się wszyst­ko. Widzieć wszyst­ko to uznać osta­tecz­ny fakt wza­jem­ne­go powią­za­nia rze­czy ist­nie­ją­cych w całość, nawet jeże­li te związ­ki nie są jesz­cze przez nas pozna­ne. Widzieć wszyst­ko ozna­cza też zupeł­nie inny rodzaj odpo­wie­dzial­no­ści za świat, ponie­waż sta­je się oczy­wi­ste, że każ­dy gest „tu” jest powią­za­ny z gestem „tam”, że decy­zja pod­ję­ta w jed­nej czę­ści świa­ta poskut­ku­je efek­tem w innej jego czę­ści, że roz­róż­nie­nie na „moje” i „two­je” zaczy­na być dys­ku­syj­ne.

Nale­ża­ło­by więc uczci­wie opo­wia­dać tak, żeby uru­cho­mić w umy­śle czy­tel­ni­ka zmysł cało­ści, zdol­ność sca­la­nia frag­men­tów w jeden wzór, odkry­wa­nia w drob­ni­cy zda­rzeń całych kon­ste­la­cji. Snuć histo­rię, żeby było jasne, iż wszy­scy i wszyst­ko zanu­rzo­ne jest w jed­nym wspól­nym wyobra­że­niu, któ­re za każ­dym obro­tem pla­ne­ty pie­czo­ło­wi­cie pro­du­ku­je­my w naszych umy­słach. Lite­ra­tu­ra ma taką moc. Musie­li­by­śmy porzu­cić te nie­skom­pli­ko­wa­ne kate­go­rie wyso­kiej i niskiej lite­ra­tu­ry, popu­lar­nej i niszo­wej, z przy­mru­że­niem oka potrak­to­wać podział na gatun­ki.

Zre­zy­gno­wać z okre­śle­nia „lite­ra­tu­ry naro­do­we”, wie­dząc dobrze, że kosmos lite­ra­tu­ry jest jeden niczym idea unus mun­dus, wspól­nej rze­czy­wi­sto­ści psy­chicz­nej, w któ­rej jed­no­czy się nasze ludz­kie doświad­cze­nie, zaś Autor i Czy­tel­nik peł­nią rów­no­waż­ną rolę, pierw­szy przez to, że two­rzy, dru­gi zaś dzię­ki temu, że doko­nu­je nie­ustan­nej inter­pre­ta­cji. Może powin­ni­śmy zaufać frag­men­to­wi, jako że frag­men­ty two­rzą kon­ste­la­cje zdol­ne opi­sać wię­cej i w bar­dziej zło­żo­ny spo­sób, wie­lo­wy­mia­ro­wo. Nasze opo­wie­ści mogły­by się w nie­skoń­czo­ny spo­sób odno­sić do sie­bie, a ich boha­te­ro­wie wcho­dzić ze sobą w rela­cje. Myślę, że cze­ka nas przede­fi­nio­wa­nie tego, co rozu­mie­my dziś pod poję­ciem reali­zmu, i poszu­ki­wa­nie takie­go, któ­ry pozwo­lił­by nam prze­kro­czyć gra­ni­ce nasze­go ego i prze­nik­nąć przez ten szy­bo-ekran, przez któ­ry widzi­my świat.

Potrze­ba rze­czy­wi­sto­ści jest dziś prze­cież obsłu­gi­wa­na przez media, por­ta­le spo­łecz­no­ścio­we, bez­po­śred­nie rela­cje w inter­ne­cie. Może to, co nie­uchron­nie nas cze­ka, to jakiś neo­sur­re­alizm, na nowo roz­ło­żo­ne punk­ty widze­nia, któ­re nie będą się bały zmie­rzyć z para­dok­sem i pój­dą pod prąd wobec pro­ste­go porząd­ku przy­czy­no­wo skut­ko­we­go. O, tak, nasza rze­czy­wi­stość już sta­ła się sur­re­al­na. Jestem też pew­na, że wie­le opo­wie­ści doma­ga się prze­pi­sa­nia w nowych inte­lek­tu­al­nych kon­tek­stach, inspi­ru­jąc się nowy­mi teo­ria­mi nauko­wy­mi. Ale rów­nie waż­ne wyda­je mi się cią­głe nawią­zy­wa­nie do mitu i całe­go ludz­kie­go ima­gi­na­rium.

Taki powrót do zwar­tych struk­tur mito­lo­gii, mógł­by przy­nieść jakieś poczu­cie sta­ło­ści w tym nie­do­okre­śle­niu, w któ­rym dziś żyje­my. Wie­rzę, że mity sta­no­wią budu­lec naszej psy­che i nie da się ich zigno­ro­wać (co naj­wy­żej moż­na być nie­świa­do­mym ich wpły­wu). Zapew­ne wkrót­ce poja­wi się jakiś geniusz, któ­ry będzie mógł skon­stru­ować zupeł­nie inną, nie­wy­obra­żal­ną dziś jesz­cze nar­ra­cję, w któ­rej zmie­ści się wszyst­ko, co istot­ne.

Taki spo­sób opo­wia­da­nia z pew­no­ścią nas zmie­ni, porzu­ci­my sta­re kre­pu­ją­ce per­spek­ty­wy i otwo­rzy­my się na nowe, któ­re prze­cież ist­nia­ły gdzieś tu zawsze, ale byli­śmy na nie śle­pi. W Dok­to­rze Fau­stu­sie Tomasz Mann pisał o kom­po­zy­to­rze, któ­ry wymy­ślił nowy rodzaj total­nej muzy­ki będą­cej w sta­nie zmie­nić ludz­kie myśle­nie. Ale Mann nie opi­sał tego, na czym mia­ła­by pole­gać ta muzy­ka, stwo­rzył tyl­ko wyobra­że­nie, jak mogła­by ona brzmieć. Może wła­śnie na tym pole­ga rola arty­stów – dać przed­smak tego, co mogło­by ist­nieć i w ten spo­sób spra­wić, że mogło­by ono stać się wyobra­żo­nym. A to, co wyobra­żo­ne, jest pierw­szym sta­dium ist­nie­nia.

Piszę fik­cję, ale nigdy nie jest to coś wyssa­ne­go z pal­ca. Kie­dy piszę, muszę wszyst­ko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę prze­pu­ścić przez sie­bie wszyst­kie isto­ty i przed­mio­ty obec­ne w książ­ce, wszyst­ko, co ludz­kie i poza ludz­kie, żyją­ce i nie­ob­da­rzo­ne życiem. Każ­dej rze­czy i oso­bie muszę przyj­rzeć się z bli­ska, z naj­więk­szą powa­gą i uoso­bić je we mnie, sper­so­na­li­zo­wać. Do tego wła­śnie słu­ży mi czu­łość – czu­łość jest bowiem sztu­ką uosa­bia­nia, współ­od­czu­wa­nia, a więc nie­ustan­ne­go odnaj­do­wa­nia podo­bieństw.

Two­rze­nie opo­wie­ści jest nie­koń­czą­cym się oży­wia­niem, nada­wa­niem ist­nie­nia tym wszyst­kim okru­chom świa­ta, jaki­mi są ludz­kie doświad­cze­nia, prze­ży­te sytu­acje, wspo­mnie­nia. Czu­łość per­so­na­li­zu­je to wszyst­ko, do cze­go się odno­si, pozwa­la dać temu głos, dać prze­strzeń i czas do zaist­nie­nia, i eks­pre­sji. To czu­łość spra­wia, że imbryk zaczy­na mówić. Czu­łość jest tą naj­skrom­niej­szą odmia­ną miło­ści. To ten jej rodzaj, któ­ry nie poja­wia się w pismach ani w ewan­ge­liach, nikt na nią nie przy­się­ga, nikt się nie powo­łu­je. Nie ma swo­ich emble­ma­tów ani sym­bo­li, nie pro­wa­dzi do zbrod­ni ani zazdro­ści. Poja­wia się tam, gdzie z uwa­gą i sku­pie­niem zaglą­da­my w dru­gi byt, w to, co nie jest „ja”.

Czu­łość jest spon­ta­nicz­na i bez­in­te­re­sow­na, wykra­cza dale­ko poza empa­tycz­ne współ­od­czu­wa­nie. Jest raczej świa­do­mym, choć może tro­chę melan­cho­lij­nym, współ­dzie­le­niem losu. Czu­łość jest głę­bo­kim prze­ję­ciem się dru­gim bytem, jego kru­cho­ścią, nie­po­wta­rzal­no­ścią, jego nie­od­por­no­ścią na cier­pie­nie i dzia­ła­nie cza­su. Czu­łość dostrze­ga mię­dzy nami wię­zi, podo­bień­stwa i toż­sa­mo­ści. Jest tym try­bem patrze­nia, któ­re uka­zu­je świat jako żywy, żyją­cy, powią­za­ny ze sobą, współ­pra­cu­ją­cy, i od sie­bie współ­za­leż­ny. Lite­ra­tu­ra jest wła­śnie zbu­do­wa­na na czu­ło­ści wobec każ­de­go inne­go od nas bytu. To jest pod­sta­wo­wy psy­cho­lo­gicz­ny mecha­nizm powie­ści. Dzię­ki temu cudow­ne­mu narzę­dziu, naj­bar­dziej wyra­fi­no­wa­ne­mu spo­so­bo­wi ludz­kiej komu­ni­ka­cji, nasze doświad­cze­nie podró­żu­je poprzez czas i tra­fia do tych, któ­rzy się jesz­cze nie uro­dzi­li, a któ­rzy kie­dyś się­gną po to, co napi­sa­li­śmy, co opo­wie­dzie­li­śmy o nas samych i o naszym świe­cie.

Nie mam poję­cia, jak będzie wyglą­da­ło ich życie, kim będą. Czę­sto o nich myślę z poczu­ciem winy i wsty­du. Kry­zys kli­ma­tycz­ny i poli­tycz­ny, w któ­rym dzi­siaj pró­bu­je­my się odna­leźć i któ­re­mu pra­gnie­my się prze­ciw­sta­wić, ratu­jąc świat, nie wziął się zni­kąd. Czę­sto zapo­mi­na­my, że nie jest to jakieś fatum i zrzą­dze­nie losu, ale rezul­tat bar­dzo kon­kret­nych posu­nięć i decy­zji eko­no­micz­nych, spo­łecz­nych i świa­to­po­glą­do­wych (w tym reli­gij­nych). Chci­wość, brak sza­cun­ku do natu­ry, ego­izm, brak wyobraź­ni, nie­koń­czą­ce się współ­za­wod­nic­two, brak odpo­wie­dzial­no­ści spro­wa­dzi­ły świat do sta­tu­su przed­mio­tu, któ­ry moż­na ciąć na kawał­ki, uży­wać i nisz­czyć.

Dla­te­go wie­rzę, że muszę opo­wia­dać tak, jak­by świat był żywą, nie­ustan­nie sta­ją­cą się na naszych oczach jed­no­ścią, a my jego – jed­no­cze­śnie małą i potęż­ną – czę­ścią.

źró­dło: Olga Tokar­czuk

Przy­go­to­wał Oskar Grze­lak

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy