Ciekawostki

Lewis. Władca-Zza-Morza

Jack – Cli­ve Sta­ples – Lewis uro­dził się dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go dnia listo­pa­da u wybrze­ży Morza Irlandz­kie­go, a dokład­niej w sto­łecz­nym mie­ście Irlan­dii Pół­noc­nej – Bel­fa­ście – w rodzi­nie zarów­no adwo­kac­kiej, jak i głę­bo­ko wie­rzą­cej.

Obec­nie koja­rzyć moż­na owe rejo­ny z dość skan­da­licz­ny­mi i awan­tur­ni­czy­mi dzia­ła­nia­mi ostat­nich lat, lecz gdy Cli­ve przy­szedł na świat, była to spo­koj­na, zasad­ni­czo mało wyra­zi­sta kra­ina.
Jego ojciec parał się zawo­dem praw­ni­czym, mat­ka zaś zaj­mo­wa­ła się domem, a sama była cór­ką pro­te­stanc­kie­go duchow­ne­go, acz przede wszyst­kim wiel­ką miło­śnicz­ką lite­ra­tu­ry, co póź­niej prze­rzu­ci­ło się na jej dwie lato­ro­śle. Albert i Flo­ra Lewi­so­wie rów­nież wła­da­li pió­rem i sta­ra­li się pro­wa­dzić aktyw­ność twór­czą, choć nigdy nie uda­ło im się osią­gnąć więk­sze­go suk­ce­su. Ponad­to, gdy Cli­ve ujrzał świa­tło dzien­ne, cze­kał tam już na nie­go star­szy o trzy lata brat War­ren Hamil­ton, piesz­czo­tli­wie zwa­ny War­niem. Wła­śnie z nim Jack spę­dzał naj­wię­cej cza­su dzie­ciń­stwa i razem wymy­śli­li cudow­ną kra­inę Boxen, gdzie żyły mówią­ce, magicz­ne zwie­rzę­ta.

Kto raz został kró­lem w Narnii, na zawsze nim pozo­sta­nie.

Lew, cza­row­ni­ca i sta­ra sza­fa

Czy­tel­ni­cza pasja Lewi­sa z kolei pobu­dza­na była od naj­młod­szych lat, bowiem w jego rodzin­nym domo­stwie znaj­do­wa­ło się kil­ka biblio­tek, a sto­sy ksią­żek leża­ły nie­mal­że w każ­dym kącie. Cli­ve wspo­mi­nał potem, że książ­ki, jakie pod­ów­czas naj­bar­dziej cenił, napi­sa­ne zosta­ły przez Beatrix Pot­ter i Edith Nes­bit – do tego nale­ży rów­nież doko­op­to­wać „Wyspę skar­bów” Rober­ta Louisa Ste­ven­so­na.

Miesz­kań­cy domu w Bel­fa­ście nie stro­ni­li rów­nież od zwie­rząt. Z lat dzie­ciń­stwa Lewis wspo­mi­nał czę­sto york­shi­re terie­ra Tima, oswo­jo­ną mysz Tom­my czy kanar­ka Pete­ra. Jed­nak to z psem bawił się naj­wię­cej, wca­le czę­sto zaś w ber­ka, ucie­ka­jąc przez całe domo­stwo, przy wtó­rze szcze­ka­ją­ce­go zwie­rzę­cia.
Uczęsz­czał też na spa­ce­ry i wyciecz­ki rowe­ro­we. Szcze­gól­nie upodo­bał sobie cykli­stycz­ne podró­że nad zato­kę Bel­fast Lough, gdzie do nie­ma­łe­go por­tu przy­bi­ja­ły okrę­ty z odle­głych kra­in, a to z pew­no­ścią pobu­dza­ło mło­dzień­czą wyobraź­nię. Podob­no snuł wów­czas wizje pery­pe­tii mor­skich mary­na­rzy, co nie­wąt­pli­wie mia­ło wpływ na powsta­nie wie­le lat póź­niej „Podró­ży »Wędrow­ca do Świ­tu”«”.

War­to pod­kre­ślić, że Bel­fast leżał w oto­cze­niu prze­pięk­nych warun­ków przy­rod­ni­czych, choć samo mia­sto było cokol­wiek sza­re, leni­we i bez­barw­ne – za wyjąt­kiem brud­nych a hała­śli­wych sek­to­rów prze­my­sło­wych oraz por­tu – to za nim roz­cią­ga­ły się malow­ni­cze kra­jo­bra­zy, świad­czą­ce o pra­sta­rej magii tych ziem. Lewis wszyst­ko to oczy­wi­ście dostrze­gał, mimo że pamięć w lwiej czę­ści pod­su­wa­ła mu wspo­mnie­nia dłu­żą­cych się desz­czo­wych pór.

Ojciec Clive’a, Albert Lewis, zali­czał się w poczet ludzi poryw­czych i skłon­nych do wer­bal­nych awan­tur, dla­te­go też i Jack, i War­nie, nie mie­li zeń w dzie­ciń­stwie zbyt dobre­go kon­tak­tu, choć zaprze­cza­ją, aby ich rodzic sto­so­wał jaką­kol­wiek prze­moc fizycz­ną. Ich rodzin­ne wię­zi umac­nia­ła zawsze kocha­ją­ca mat­ka, Flo­ra, któ­ra dba­ła o dobre wycho­wa­nie oraz sza­cu­nek swych dzie­ci.
Nie­ste­ty, wła­śnie z nią wią­żą się naj­smut­niej­sze wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, acz nie są powo­do­wa­ne jej nega­tyw­ny­mi czy destruk­tyw­ny­mi dzia­ła­nia­mi. W sierp­niu 1908 roku u pani Lewis zdia­gno­zo­wa­no nowo­twór jamy brzusz­nej. Pew­nej nocy, gdy nie­speł­na dzie­się­cio­let­ni, scho­ro­wa­ny wte­dy Jack leżał pod koł­drą (pobo­le­wał go ząb, a gło­wę roz­sa­dzał ból), dowie­dział się – za spra­wą pogrą­żo­ne­go w roz­pa­czy ojca – o tym, że Flo­ra opu­ści­ła ziem­ski padół. Owo zda­rze­nie wywar­ło ogrom­ny wpływ na kształt psy­chi­ki chłop­ca, Lewis nigdy też do koń­ca nie pogo­dził się ze śmier­cią mat­ki.

Lewis jako dziec­ko

Nie­dłu­go po tym incy­den­cie, chło­piec został wysła­ny na dru­gi brzeg Morza Irlandz­kie­go, mia­no­wi­cie do angiel­skiej szko­ły z inter­na­tem; suro­wej i nie­przy­stęp­nej Wynard House w Wat­ford, cele­bru­ją­cej nie­po­praw­ne war­to­ści dżen­tel­meń­skie. Lewis – wiel­ce stę­sk­nio­ny za bez­tro­skim domem – szcze­rze jej nie zno­sił, opi­sy­wał ją nawet jako „obóz kon­cen­tra­cyj­ny”. I nie ma się co dzi­wić, bowiem pro­wa­dził ją gniew­ny, trud­ny w obej­ściu dyrek­tor, nie­ja­ki wie­leb­ny Robert Capron.

W Wynard House sto­so­wa­no cie­le­sne kary, popu­lar­ną meto­dę sta­no­wił na przy­kład tzw. trzci­no­wy patyk, a nie­trud­no było na nie­go zasłu­żyć. Aby zaskar­bić sobie nie­przy­chyl­ność nauczy­ciel­skiej kadry, wystar­czy­ło zła­mać jeden z punk­tów suro­we­go regu­la­mi­nu zasad i powin­no­ści, obo­wią­zu­ją­cych uczniów.

Cli­ve wpraw­dzie nie nale­żał do roz­ra­bia­ków, ale z racji swej wraż­li­wo­ści raz zda­rzy­ło mu się na wła­snej skó­rze poznać „smak trzcin­ki”. Gdy jeden z chłop­ców umie­ścił nad drzwia­mi wolu­min, a nauczy­ciel wkra­cza­jąc do środ­ka został nim ude­rzo­ny, Jack zaru­mie­nił się, co wycho­waw­ca ode­brał jako odzew sumie­nia.

Jedy­ną pozy­tyw­ną rze­czą, jaką Cli­ve wyniósł z owej szko­ły było samo­dziel­ne się­gnię­cie po Biblię oraz prze­czy­ta­nie jej. Lewis zaczął głę­bo­ko wie­rzyć, że Jezus daje ludziom nadzie­ję, sam zaczął żyć tym prze­ko­na­niem i to wła­śnie ono w trud­nych chwi­lach dawa­ło mu siłę do prze­trwa­nia w tak nie­przy­ja­znych warun­kach. Samo­dziel­nie rów­nież ukła­dał modli­twy, raczej też stro­nił od pre­ten­sjo­nal­nych wspól­nych modłów.

Na szczę­ście edu­ka­cja w Wynard House nie trwa­ła prze­sad­nie dłu­go, ponie­waż szko­łę roz­wią­za­no z powo­du bra­ku zain­te­re­so­wa­nych uczniów, a Jack mógł wresz­cie na powrót cie­szyć się domo­wym cie­płem. Wła­śnie w nim zgłę­biał powie­ści scien­ce fic­tion, opo­wie­ści miło­sne i wojen­ne, nie moż­na tak­że zapo­mnieć o jego uko­cha­nej i wie­lo­krot­nie stu­dio­wa­nej Biblii. Czy­tać uwiel­biał, wspo­ma­ga­jąc się kanap­ka­mi, naj­chęt­niej z tru­skaw­ko­wym dże­mem.

W 1910 roku został wysła­ny przez ojca do Cam­brid­ge Col­le­ge, leżą­ce­go nie­opo­dal Bel­fa­stu, bo zale­d­wie pół­to­ra kilo­me­tra od rodzin­ne­go domo­stwa. Nie musiał już dłu­żą­cy­mi się mie­sią­ca­mi prze­by­wać w wil­go­ci i ciem­no­ści Wynard House, ponie­waż nowa szko­ła była zupeł­nie odmien­nym miej­scem, dodat­ko­wo teraz mógł na week­en­dy wra­cać do domu.
Nie­ste­ty nie­dłu­go potem zapadł na groź­ną cho­ro­bę płuc. Albert zmar­twio­ny sta­nem zdro­wot­nym syna posta­no­wił więc prze­nieść chłop­ca do Cher­bo­urg Scho­ol w Malvern – słyn­nym kuror­cie, uro­czej loka­cji sły­ną­cej z licz­nych her­ba­ciar­ni lecz­ni­czych, w ser­cu Anglii, gdzie mło­dy Lewis spo­koj­nie wędro­wał po nie­groź­nych duk­tach i tury­stycz­nych ścież­kach.
W samej szko­le nie było wie­lu uczniów, co przy­czy­ni­ło się do tego, że nauczy­cie­le mogli poświę­cać wię­cej cza­su kon­kret­nym jed­nost­kom, dzię­ki cze­mu edu­ka­cja sta­wa­ła się bliż­sza mło­dym umy­słom.

Jack chło­nął niby gąb­ka poglą­dy i pasje swych men­to­rów – dowie­dział się o Lon­dy­nie, jego teatrach, zafa­scy­no­wał się twór­czo­ścią Wergi­liu­sza i Home­ra, a przede wszyst­kim to tam obu­dził w sobie smy­kał­kę do mitów Pół­no­cy. Jed­nak owa pasja, zain­te­re­so­wa­nie nor­dyc­ki­mi kra­ina­mi z folk­lo­ru, przy­czy­ni­ła się do stę­pie­nia chrze­ści­jań­skiej wia­ry, zaś kon­cert Richar­da Wagne­ra inspi­ro­wa­ny mito­lo­gią skan­dy­naw­ską, na któ­ry zabrał go ojciec, sta­no­wił kolej­ny sto­pień do upad­ku reli­gij­no­ści Lewi­sa. Zaczął nawet wie­rzyć, że wsze­la­kie kul­ty są sztucz­ny­mi i zby­tecz­ny­mi paso­ży­ta­mi ludz­kiej psy­chi­ki.

Po raz wtó­ry jed­nak Cli­ve nie miał szczę­ścia do ośrod­ka edu­ka­cyj­ne­go. W miej­sco­wo­ści zain­fe­ko­wał się tak poważ­nie, iż wylą­do­wał w szpi­ta­lu, gdzie – przez cho­ro­bę – został zmu­szo­ny zda­wać wstęp­ne egza­mi­ny do Malvern Col­le­ge, któ­re zresz­tą zdał z bar­dzo obie­cu­ją­cym wyni­kiem.

Mło­dy Lewis

Rok 1913 zaob­fi­to­wał roz­po­czę­ciem stu­diów w ogrom­nej insty­tu­cji, peł­nej zasad oraz prze­pi­sów, w któ­rej nader waż­ki oka­zał się duch rywa­li­za­cji. Jako że Jack uro­dził się z wadą kciu­ka, nie mógł popraw­nie chwy­tać piłek, ani trzy­mać rakie­ty bądź kija do kry­kie­ta. Nie patrzo­no na to zbyt­nio przy­chyl­nie i przy­czy­ni­ło się zapew­ne do nie­wiel­kiej sym­pa­tii jego rówie­śni­ków.

Nie­mniej, tam­tej­sza edu­ka­cja przy­czy­ni­ła się do pozna­nia łacin­ni­ka, Henry’ego Wake­ly­na Smi­tha, któ­ry zara­ził mło­de­go Lewi­sa poezją Mil­to­na, Hora­ce­go i Yeat­sa.

W 1914 roku na zle­ce­nie ojca zaprze­stał tam nauki i prze­niósł się na pry­wat­ną edu­ka­cję do Sur­rey, gdzie wpa­ja­niem wie­dzy w mło­dy umysł Jac­ka miał zająć się nie­ja­ki Wil­liam Kirk­pa­trick. On to zmu­szał Clive’a do samo­dziel­ne­go ucze­nia i ście­ra­nia się poglą­dów.

Pomi­mo wiel­kich wyma­gań, nowy men­tor Lewi­sa oka­zał się inte­li­gent­nym i mądrym czło­wie­kiem, mają­cym ogrom­ny wpływ na for­mo­wa­nie się wie­dzy i myśle­nia Jac­ka. Jego meto­dy naucza­nia wyda­wa­ły się dość eks­cen­trycz­ne, lecz przy­no­si­ły nie tyl­ko zamie­rzo­ne efek­ty, ale też owo­co­wa­ły otwar­ciem umy­słu mło­dzień­ca na nie­zna­ne dotąd doświad­cze­nia.

Cie­ka­wym jest na przy­kład fakt, że Kirk­pa­trick kazał Clive’owi tłu­ma­czyć „Ilia­dę” z gre­ki na angiel­ski, co przy­czy­ni­ło się do tego, iż Lewis obu­dził w sobie talent poli­glo­tycz­ny. Nie tyl­ko opa­no­wał język Sokra­te­sa, ale rów­nież Molie­ra, Goethe­go czy Dan­te­go, któ­rych mógł i czy­tał w ory­gi­na­le.

Imć Wil­liam jako ate­ista sil­nie oddzia­łu­ją­cy na świa­to­po­gląd Jac­ka przy­czy­nił się do wyzby­cia chrze­ści­jań­stwa ze świa­do­mo­ści chłop­ca. Pani Kirk­pa­trick z kolei zabie­ra­ła go do teatrów i księ­garń. Dzię­ki jed­nej z takich wypraw, w 1916 roku na stra­ga­nach przy­le­ga­ją­cych do dwor­ca kole­jo­we­go wypa­trzył „Phan­ta­stes” George’a Mac­Do­nal­da – i to ona otwo­rzy­ła przed nim dro­gę do uwiel­bie­nia twór­czo­ści szkoc­kie­go pro­za­ika. Jego, Mac­Do­nal­da, głę­bo­kie chrze­ści­jań­stwo sta­ło się czyn­ni­kiem ponow­nie cią­gną­cym Lewi­sa ku wie­rze.

Tego same­go roku zdał z wyróż­nie­niem egza­mi­ny i zdo­był sty­pen­dium nauko­we na uni­wer­sy­te­cie w Oks­for­dzie. Tak wła­śnie roz­po­czął rela­cję z mia­stem, któ­re potem sta­ło się istot­nym miej­scem w jego życiu. W kole­gium otrzy­mał wca­le przy­tul­ne lokum – pod­ło­gę zaście­la­ły gru­be dywa­ny, w rogu stał komi­nek z zawsze goto­wą do zapa­rze­nia her­ba­tą, był tam też for­te­pian i cięż­kie drew­nia­ne sto­ły. W jego poko­ju podob­no miesz­kał nie­gdyś Per­cy Bys­she Shel­ly, a Lewis czę­sto roz­my­ślał o twór­czo­ści poety i o tym, co pora­biał gdy tam miesz­kał.
Oks­ford sta­no­wił dla Jac­ka tak­że wyzwo­le­nie spod cięż­kiej aury Bel­fa­stu – mia­sto posia­da­ło cha­rak­te­ry­stycz­ny kli­mat, wypeł­nia­ły je licz­ne kra­mi­ki, księ­gar­nie i her­ba­ciar­nie, wystar­czy­ło cza­sem wejść w jed­na ulicz­kę, aby poczuć się jak w minio­nych wie­kach.

Cli­ve nie zaba­wił tam jed­nak bar­dzo dłu­go i tym razem nie spo­wo­do­wa­ła tego nagła cho­ro­ba, lecz woj­na. Sądził, że jeże­li przy­stą­pi do angiel­skiej armii na ochot­ni­ka, będzie uczest­ni­czył w czymś chwa­leb­nym, czymś, co pojed­na naro­dy i uwol­ni je od przy­szłych kon­flik­tów. Sro­go się roz­cza­ro­wał.

Na szko­le­niu woj­sko­wym poznał Edwar­da Fran­ci­sa Moore’a, piesz­czo­tli­wie zwa­ne­go Pad­dym, i to on stał się jego bli­skim towa­rzy­szem. Poznał jego mat­kę Jan­nie, któ­ra póź­niej ode­gra­ła klu­czo­wą rolę w świa­do­mo­ści płcio­wej i roz­wo­ju emo­cjo­nal­nym Lewi­sa.

W wie­ku dzie­więt­na­stu lat został wysła­ny na linię fron­tu w Arras i cenił bra­ter­skie uczu­cia żoł­nie­rzy oraz ide­ał wspól­nej spra­wy. Z cza­sem jed­nak odkrył, że woj­na ma na celu tyl­ko śmierć, a jej głów­ny­mi instru­men­ta­mi są ból i cier­pie­nie, oglą­da­ne przez Jac­ka na co dzień. Zabaw­ne wyda­je się więc to, że mimo pogłę­bia­ją­cych się pacy­fi­stycz­nych poglą­dów, uda­ło mu się wziąć do nie­wo­li pra­wie sześć­dzie­się­ciu Niem­ców.

Sytu­acja pogor­szy­ła się w 1917 roku, gdy machi­na wojen­na, któ­ra mia­ła zakoń­czyć wszyst­kie świa­to­we kon­flik­ty, sta­ła się tak napraw­dę ich zarze­wiem. Lewis widział sto­sy tru­pów, roz­ma­ite cho­ro­by i błot­ni­sty cha­os oko­pów.

W kwiet­niu obok Jac­ka wybuchł pocisk, zabi­ja­jąc jed­ne­go z przy­ja­ciół, jego same­go zaś raniąc w rękę, twarz i nogę. Wyda­rze­nie to zakoń­czy­ło krwa­wy roz­dział w życiu Clive’a, bowiem poważ­nie ran­ny został ode­sła­ny do domu.

Zaję­li się nim wów­czas pań­stwo Kirk­pa­tric­ko­wie i pani Moore, lecz nie ojciec, któ­ry popadł nie­mal w alko­ho­lizm. Gdy zaś oka­za­ło się, że jego rany wyma­ga­ją dal­sze­go lecze­nia, mat­ka Edwar­da prze­pro­wa­dzi­ła się bli­żej Jac­ka, aby móc się nim opie­ko­wać.

Pod­czas rekon­wa­le­scen­cji Lewis ukoń­czył zbór wier­szy „Duchy wię­zie­nia”, nad któ­ry­mi pra­co­wał we Fran­cji, acz osta­tecz­nie prze­mia­no­wał je na „Duchy w nie­wo­li” i wydał pod pseu­do­ni­mem Cli­ve Hamil­ton. Nie­ste­ty, owa twór­czość nie przy­ję­ła się zbyt dobrze, co sku­tecz­nie znie­chę­ci­ło męż­czy­znę do pisa­nia na jakiś czas.
Wkrót­ce powró­cił na stu­dia, gdzie pogłę­biał wie­dzę z łaci­ny i gre­ki, czy­tał w mię­dzy­cza­sie Szek­spi­ra i Edwar­da Gib­bo­na.
Wieść o śmier­ci Paddy’ego spra­wi­ła, że zało­żył w Oks­for­dzie dom, w któ­rym zamiesz­kał wraz z panią Moore i jej cór­ką Mau­re­en. Lewis zacho­wy­wał się w sto­sun­ku do nich jak rodzo­na – do tego wzo­ro­wa – rodzi­na.

Uczel­nię ukoń­czył z wyróż­nie­niem pierw­sze­go stop­nia oraz pre­sti­żo­wą nagro­dą za esej. Nie pozwo­li­ło mu to jed­nak zna­leźć pra­cy na uni­wer­sy­te­cie, dla­te­go kon­ty­nu­ował stu­dia – uczył się sta­ro­an­giel­skie­go, filo­zo­fii i uko­cha­nej lite­ra­tu­ry – a umoż­li­wi­ły mu to fun­du­sze prze­sy­ła­ne przez ojca.

Sprzy­ja­ją­ce warun­ki pra­cy poja­wi­ły się w 1925 roku, gdy ogło­szo­no wakat na sta­no­wi­sko wykła­dow­cy filo­lo­gii angiel­skiej w oks­fordz­kim kole­gium Mag­da­len. Jack zło­żył poda­nie, zaś w maju tego same­go roku lokal­na gaze­ta z dumą ogło­si­ła przy­zna­nie mu eta­tu. Loka­cja poło­żo­na była w uro­kli­wym miej­scu, nie­opo­dal par­ku z danie­la­mi, co przy­czy­ni­ło się do tego, że Lewis uwiel­biał spę­dzać czas w swym miesz­ka­niu w pobli­żu, gdzie sko­ro świt mógł parzyć czaj­nik her­ba­ty, pykać faj­kę i podzi­wiać roz­cią­ga­ją­ce się za oknem uro­ki natu­ry.
Cli­ve był lubia­nym przez stu­den­tów wykła­dow­cą. Wspo­mi­na się, że wykład zaczy­nał jesz­cze zanim wszedł do sali – na kory­ta­rzu – a gdy doń zawi­tał, cią­gnął wywód dalej, jak­by nie wyda­rzy­ło się nic nie­zwy­kłe­go. Mówił sta­now­czym, rze­czo­wym, przej­mu­ją­cym tonem, noso­wym gło­sem, lek­ko zabar­wio­nym irlandz­kim akcen­tem. Jack podob­no koń­czył wykład rów­no pięć minut przed cza­sem, brał wów­czas kape­lusz oraz nie­odzow­ną laskę i non­sza­lanc­ko wycho­dził.

Jego dobra repu­ta­cja spra­wia­ła, że zwró­cił na sie­bie uwa­gę inne­go nowo mia­no­wa­ne­go wykła­dow­cy – nauczy­cie­la języ­ka sta­ro­an­giel­skie­go, Joh­na Ronal­da Reu­ela Tol­kie­na – zafa­scy­no­wa­ne­go skan­dy­naw­ski­mi baśnia­mi i cel­tyc­ki­mi mita­mi, któ­re przy­wo­ła­ły w Lewi­sie wspo­mnie­nia i mia­ły wiel­ki wpływ na jego twór­czość.

Tol­kien zor­ga­ni­zo­wał gru­pę czy­tel­ni­ków Kol­bi­tar, któ­rzy przy komin­ku czy­ta­li po sta­ro­nor­dyj­sku i zaj­mo­wa­li się języ­ka­mi Pół­no­cy. Lewi­so­wi bar­dzo przy­pa­dły do gustu owe spo­tka­nia, choć począt­ko­wo czuł się na nich odro­bi­nę nie­swo­jo z racji sła­bej zna­jo­mo­ści języ­ka, ale więk­szość sag oraz mitów znał już z mło­do­ści – dodat­ko­wo był to przed­miot jego zain­te­re­so­wań.
W 1929 roku Lewis, trzy­dzie­sto­jed­no­la­tek, przez lek­tu­ry mię­dzy inny­mi G.K. Che­ster­to­na oraz krę­gi zna­jo­mych (Tol­kien, Gre­eves, Bar­field) nawró­cił się na wia­rę chry­stu­so­wą.
Pomi­mo że rok był dla Clive’a owoc­ny inte­lek­tu­al­nie i ducho­wo, we wrze­śniu zmarł jego ojciec, i cho­ciaż nie byli moc­no zwią­za­ni, śmierć Alber­ta wstrzą­snę­ła nim tak bar­dzo, że posta­no­wił zacie­śnić przy­jaź­nie. Przy­bli­żył się choć­by do Tol­kie­na, co było moc­nym bodź­cem do pisa­nia.

Lewis w 1932 roku pra­co­wał nad „Błą­dze­niem piel­grzy­ma”, książ­ką w któ­rej kry­ty­ko­wał współ­cze­sne mu poli­tycz­ne i filo­zo­ficz­ne poku­sy, odno­sił się tak­że do wyda­rzeń i poglą­dów kwit­ną­cych na świ­cie – pisał o Mark­so­lu­dziach (mark­sizm), Mus­so­li­nach (wło­ski faszyzm) czy Swa­stach (hitle­ryzm). Nosi­ła pod­ty­tuł „Ale­go­rycz­na obro­na chrze­ści­jań­stwa, rozu­mu i roman­ty­zmu” – a jako że była zgrab­nie napi­sa­ną saty­rą, przy­ję­ła się bar­dzo dobrze.

Jego domem sta­ło się „Kilns” w Heading­ton w Oks­for­dzie, gdzie prak­tycz­nie miesz­kał do koń­ca życia, tam też zaj­mo­wał się panią Moore, a w grud­niu 1932 po odej­ściu ze służ­by woj­sko­wej (przej­ściu na eme­ry­tu­rę) dołą­czył do nich War­nie. Czę­stym gościem domo­stwa był rów­nież Fred Paxford, któ­re­go pesy­mi­stycz­ne uspo­so­bie­nie sta­ło się inspi­ra­cją do stwo­rze­nia posta­ci Bło­to­smęt­ka w „Srebr­nym krze­śle”.

W owym domu Lewis napi­sał swe arcy­dzie­ło, „Ale­go­ria miło­ści”, nad któ­rą pra­co­wał od koń­ca lat 20. XX wie­ku. Był to prze­gląd histo­rii meta­fo­rycz­nej lite­ra­tu­ry miło­snej od wcze­snych Wie­ków Śred­nich aż po cza­sy Szek­spi­ra – ona to przy­nio­sła mu mię­dzy­na­ro­do­we zna­cze­nia i dzię­ki niej uda­ło mu się poznać redak­to­ra Oxford Uni­ver­si­ty Press, Char­le­sa Wil­liam­sa.

W 1937 roku Tol­kien wydał „Hob­bi­ta” i zda­wa­ło się, że Lewis nie­dłu­go zosta­nie dale­ko w tyle z pisar­stwem wzglę­dem swe­go przy­ja­cie­la, lecz on pra­co­wał już nad pierw­szą fan­ta­stycz­no­nau­ko­wą powie­ścią „Z mil­czą­cej pla­ne­ty”, otwie­ra­ją­cą try­lo­gię, a zosta­ła ona wyda­na w 1938., uzy­sku­jąc przy­chyl­ne recen­zje, zarów­no Tol­kie­na, jak i wpły­wo­we­go kry­ty­ka tam­tych lat, Hugha Walpole’a.

Rok póź­niej Lewis przy­łą­czył się do klu­bu Inklin­gów. Spo­tka­nia czwart­ko­we gru­py, któ­rej człon­ka­mi byli mię­dzy inny­mi Cli­ve i War­nie Lewi­so­wie, Tol­kien, Char­les Wil­liams, Hugo Dyson, Nevill Coghill, pier­wot­nie odby­wa­ły się w miesz­ka­niu Jac­ka.

Cza­sa­mi nie­któ­rzy sto­wa­rzy­sze­ni spo­ty­ka­li się tak­że na począt­ku tygo­dnia, przed porą lun­chu w oks­fordz­kim „Pod orłem i Dziec­kiem”, miej­scem przy­cią­ga­ją­cym Inklin­gów nie wyłącz­nie spe­cy­ficz­ną aurą, lecz rów­nież eks­cen­trycz­nym wła­ści­cie­lem pubu, Char­le­sem Bla­gro­vem, raczą­cym ich swy­mi opo­wie­ścia­mi o tym, jak to nie­gdyś bywa­ło w Oks­for­dzie. W gru­pie Lewis czuł się bez­piecz­nie i zawsze towa­rzy­szy­ło mu dobre samo­po­czu­cie, wspo­ma­ga­ne kuflem angiel­skie­go piwa i moc­nym tyto­niem.

Co cie­ka­we, regu­lar­nie uczęsz­cza­ją­cy do kin i teatrów Jack, widział obraz Wal­ta Disneya –„Kró­lew­na śnież­ka” – i uznał go za bar­dzo przy­jem­ne wido­wi­sko.

Mimo natło­ku pra­cy albo nowych pomy­słów nie zaprze­stał wędró­wek po bry­tyj­skich wsiach, z rado­ścią uwal­niał się od pro­ble­mów wiel­kie­go świa­ta – w takich realiach, pro­win­cjo­nal­ne­go spo­ko­ju, wena przy­nio­sła mu pomysł na „Pro­blem cier­pie­nia”, dzie­ło o chrze­ści­jań­skiej reak­cji na ból i cier­pie­nie. Lewis wysta­wiał w książ­ce, że cier­pie­nie może być narzę­dziem Boga i swo­istą pró­bą dla czło­wie­ka, skut­ku­ją­cą pozy­tyw­ny­mi efek­ta­mi.

We wrze­śniu 1939 roku wybu­chła II Woj­na Świa­to­wa, kil­ku jego przy­ja­ciół wstą­pi­ło do woj­ska, on sam nato­miast pozo­stał w Oks­for­dzie, gdzie sta­rał się egzy­sto­wać tak, jak­by się nic nie sta­ło. Na tro­ski zwią­za­ne z woj­ną zaś Jack miał spraw­dzo­ne reme­dium – pisar­stwo oraz prze­my­śle­nia twór­cze, a ich efek­tem było napi­sa­nie pod koniec tego okre­su „Listów sta­re­go dia­bła do mło­de­go”, epi­sto­lar­ne – nomen omen – dzie­ło, w któ­rym nie ma per­spek­ty­wy Boga, ani oso­by wie­rzą­cej, tyl­ko dia­bel­skiej. Zasad­ni­czo to pora­dy odno­śnie do zwa­bia­nia ludzi na ciem­ną stro­nę i nisz­cze­nie w nich wia­ry.

Trzy­dzie­ści jeden fik­cyj­nych listów pisa­nych sys­te­ma­tycz­nie i spraw­nie Cli­ve publi­ko­wał w odci­na­kach na łamach cza­so­pi­sma „The Guar­dian”, w for­mie książ­ko­wej uka­za­ły się 1942 roku, a ich nakład sprze­dał się bły­ska­wicz­nie.

Popu­lar­ność i nie­koń­czą­ce się dodru­ki utwo­ru mogły wynik­nąć tak­że z poja­wia­nia się Lewi­sa na ante­nie radia BBC, gdzie na przy­kład wygła­szał mowy poświę­co­ne spra­wom chrze­ści­jań­skim i moral­nym, zysku­jąc tym samym repu­ta­cję dobre­go i prze­ko­nu­ją­ce­go ora­to­ra. Od 1941 roku wygła­szał rów­nież wykła­dy co śro­dę o 19.45. Jego radio­wa aktyw­ność zosta­ła póź­niej wyda­na na papie­rze, w tomach „Roz­mo­wy na ante­nie”, „Zacho­wa­nie chrze­ści­jań­skie” oraz „Poza oso­bo­wo­ścią”.

“Listy sta­re­go dia­bła do mło­de­go” przy­pie­czę­to­wa­ły arty­stycz­ną reno­mę, jaką Lewis zdo­był wśród czy­tel­ni­ków, cze­go owo­cem była wiel­ka kore­spon­den­cja.
W 1941 pomógł stu­den­tom stwo­rzyć Socra­tic Club, któ­re­mu prze­wod­ni­czył do 1954 roku. Dzia­łal­ność klu­bu pole­ga­ła na aktyw­no­ści dys­ku­syj­nej, któ­ra opie­ra­ła się na deba­tach mię­dzy wie­rzą­cym mów­cą a ora­to­rem wąt­pią­cym lub ate­istą. Jako gło­si­ciel sło­wa, Lewis odno­sił dru­zgo­czą­ce zwy­cię­stwa i stał się moc­nym prze­ciw­ni­kiem aż do tego stop­nia, że z cza­sem bra­ko­wa­ło dla nie­go kontr­ro­zmów­ców.

Zawsze też cie­szył się zmy­sło­wy­mi przy­jem­no­ścia­mi – wybor­nym alko­ho­lem (acz w nie­prze­sad­nych ilo­ściach), obfi­tym posił­kiem i tyto­niem dobrej pró­by.
W 1943 roku uka­za­ła się jego dru­ga fan­ta­stycz­no­nau­ko­wa część try­lo­gii, „Pere­lan­dra”, lecz nie zosta­ła tak dobrze przy­ję­ta, jak jej poprzed­nicz­ka. Według kry­ty­ków zabra­kło w niej wart­kiej akcji i dłu­ży­ła się, za to ocie­ka­ła wyso­ki­mi walo­ra­mi ale­go­rycz­ny­mi. Uzna­no też, że sta­ra się prze­my­cić prze­sad­nie dużo ide­ałów chry­stu­so­wych.

Jack nie prze­jął się drob­ną poraż­ką aż tak bar­dzo, wolał sku­piać się na ofia­ro­wy­wa­niu jed­nej dzie­sią­tej swych docho­dów na cele dobro­czyn­ne, a gdy dzie­ci pod­czas woj­ny zosta­ły ewa­ku­owa­ne na wieś, pro­po­no­wał przy­chodź­com swój dom. Miesz­ka­ją­ca w „Kilns” pani Moore tak­że mia­ła sła­bość do mło­dych ludzi, nie­ste­ty ta sła­bość spra­wia­ła, że wca­le czę­sto przy­dzie­la­ła im obo­wiąz­ki domo­we.

W taki spo­sób w „Kilns” poja­wi­ła się June Fle­wett, szes­na­sto­let­nia kato­licz­ka, dzię­ki któ­rej więk­szość infor­ma­cji o Cli­vie z lat czter­dzie­stych XX wie­ku zosta­ła dalej prze­ka­za­na.
Wobec wspo­mnia­nej powy­żej – jako­by przy­bra­nej mat­ki Lewi­sa – pani Moore, Jack zacho­wy­wał się niczym rodzo­ny syn. Słał jej łóż­ko, wysłu­chi­wał licz­nych narze­kań oraz czy­tał do snu – to wła­śnie owa oso­bli­wa rela­cja, pod­szy­ta obo­wiąz­kiem bądź winą, zbu­do­wa­ła w nim strach i oba­wę przed płcią pięk­ną.
„Ta obrzy­dli­wa siła”, zwień­cze­nie try­lo­gii scien­ce fic­tion Lewi­sa, wyko­rzy­sty­wa­ła ele­men­ty typo­we dla fan­ta­sy i po słab­szej poprzed­nicz­ce ponow­nie wynio­sła twór­czość auto­ra na pie­de­stał. Cli­ve zamiast cele­bro­wać suk­ces wolał pisać trak­ta­ty ese­istycz­ne, jak opu­bli­ko­wa­ne w 1943 roku „Oba­le­nie czło­wie­ka”, czy­li obro­na praw natu­ral­nych, nie­zwy­kle istot­nych w pozo­sta­łych utwo­rach Lewi­sa.

Po wie­lu oso­bi­stych doświad­cze­niach w 1947 roku Jack wydał „Cuda”, wca­le poważ­ną, teo­lo­gicz­no-filo­zo­ficz­ną książ­kę o sen­sie i moż­li­wo­ściach ist­nie­nia innych świa­tów niż ten, któ­ry odczu­wa­my i widzi­my zmy­sła­mi.

Utwór wywo­łał nie­ma­ły szum w krę­gach aka­de­mic­kich, a deba­ta na jego temat z udzia­łem Eli­za­beth Anscom­be, będą­cej w opo­zy­cji wobec Lewi­sa, przy­czy­ni­ła się do pogłę­bie­nia się w nim nie­zro­zu­mie­nia kobiet. Pod­czas dys­ku­sji pod­niósł sro­mot­ną poraż­kę, któ­ra moc­no utem­pe­ro­wa­ła jego dumę, a tak­że spra­wi­ła, że skrył się nie­co w cień.

Pomi­mo że po raz pierw­szy zasta­na­wiał się nad napi­sa­niem książ­ki dla dzie­ci w 1939 roku, kie­dy jed­no z ewa­ku­owa­nych dzie­ci zafa­scy­no­wa­ło się sza­fą w „Kilns” i zapy­ta­ło Lewi­sa, „co za nią jest, czy jest tam jakieś inne wyj­ście?” – Jack dłu­go się zasta­na­wiał nad isto­tą ple­ców mebla: złud­nie odle­głych, a jed­nak bli­skich. Pasję tajem­ni­czy­mi przej­ścia­mi wzma­ga­ły lek­tu­ry „Ciot­ki i Ana­bel” Edith Nes­bit czy „Tajem­ni­cze­go ogro­du” Fran­ces Hodg­son Bur­nett, namięt­nie czy­ta­nych przez nie­go w dzie­ciń­stwie.

Zaczął prze­kształ­cać frag­men­ty i moty­wy biblij­ne, sto­su­jąc chrze­ści­jań­ską sym­bo­li­kę, posił­ko­wał się wspo­mnie­nia­mi z dzie­ciń­stwa i inspi­ra­cja­mi z lite­ra­tu­ry oraz folk­lo­ru, two­rząc swe naj­now­sze dzie­ło. Ukoń­czo­na w 1948 roku na świę­ta Boże­go Naro­dze­nia powieść „Lew, cza­row­ni­ca i sta­ra sza­fa” co cie­ka­we zosta­ła moc­no skry­ty­ko­wa­na przez Tol­kie­na i nie znik­nę­ła w nie­by­cie tyl­ko dzię­ki innym przy­ja­cio­łom Lewi­sa, któ­rzy przy­ję­li dzie­ło cie­pło. Pro­blem z książ­ką miał rów­nież wydaw­ca, oba­wia­ją­cy się o repu­ta­cję Lewi­sa, dotych­czas auto­ra poważ­nych trak­ta­tów i głę­bo­kich roz­wa­żań.

I cho­ciaż począt­ko­wo mia­ła to być samo­dziel­na książ­ka, autor po jej wyda­niu od razu zabrał się za pisa­nie następ­nej – „Księ­cia Kaspia­na” – mają­cej w zało­że­niu przed­sta­wiać mit kosmo­go­nicz­ny Narnii, lecz sta­ła się nie­bez­po­śred­nią kon­ty­nu­acją. O począt­kach magicz­nej kra­iny mówi zaś „Sio­strze­niec Cza­ro­dzie­ja”.

Wszyst­kie powie­ści z cyklu uka­zy­wa­ły się co roku przez sie­dem lat. Wspo­mnia­ny „Sio­strze­niec Cza­ro­dzie­ja” przed­sta­wiał powsta­nie Narnii i pełen jest auto­te­ma­tycz­nych moty­wów, „Koń i jego chło­piec” to opo­wieść o kse­no­fo­bii i oba­wie przed nie­zna­nym, ale­go­rycz­nie odwo­łu­ją­ca się do Bli­skie­go Wscho­du. „Ksią­żę Kaspian” poka­zu­je upa­dek ide­ałów i woj­nę domo­wą, wewnętrz­ne roz­dar­cie i poja­wie­nie się nowe­go wro­ga, a do tego mit artu­riań­ski – bazu­ją­cy na arche­ty­pie mło­de­go wład­cy, zdol­ne­go wynieść pań­stwo ponad wszyst­kie pań­stwo­wo-spo­łecz­ne pro­ble­my. „Podróż »Wędrow­ca do Świ­tu«” to powrót do dzie­cię­cej fascy­na­cji morzem oraz odle­gły­mi wypra­wa­mi, bada­niem nie­zna­ne­go wscho­du i poko­na­niem cza­ją­ce­go się w nie­oswo­jo­nych regio­nach zła – to wła­śnie na kar­tach tej powie­ści po raz pierw­szy dostrze­ga się ist­nie­nie swo­iste­go raju („Praw­dzi­wej Narnii”). „Srebr­ne krze­sło” z kolei odwo­łu­je się do dorob­ku hero­ic fan­ta­sy, ale wpro­wa­dza też wie­le ele­men­tów z daw­nych wie­rzeń ludów Pół­no­cy. „Ostat­nia bitwa” sta­no­wi swo­istą kon­klu­zję, meta­fo­rycz­ne przed­sta­wie­nie chrze­ści­jań­skie­go koń­ca świa­ta i wstą­pie­nia wie­rzą­cych do nie­ba.

Kry­ty­cy z począt­ku nie­zbyt przy­chyl­nie patrzy­li na książ­ki dla młod­szych, uwa­ża­jąc przede wszyst­kim, iż Lewis jest pisa­rzem dla doro­słych. Jed­nak atrak­cyj­ność owych powie­ści prze­wa­ży­ła, a Jack zaczął otrzy­my­wać sto­sy listów od dzie­ci i proś­by o napi­sa­nie kolej­nych czę­ści.

W stycz­niu 1951 roku na gry­pę zmar­ła pani Moore, co zasmu­ci­ło Clive’a, ale i uwol­ni­ło go od coraz trud­niej­szych obo­wiąz­ków i swo­iste­go łań­cu­cha.

Lewis przez dłu­gi okres pra­gnął awan­su i taka ewen­tu­al­ność poja­wi­ła się w roku 1955, gdy w Mag­da­len w Cam­brid­ge stwo­rzo­no kate­drę lite­ra­tu­ry śre­dnio­wiecz­nej i rene­san­so­wej.
Wcze­śniej jed­nak – bowiem w roku 1950 – Lewis otrzy­mał zwy­kłą por­cję listów z wyra­za­mi podzi­wu, proś­ba­mi o auto­gra­fy, a nawet o rady w spra­wach oso­bi­stych. Jed­na wia­do­mość szcze­gól­nie zwró­ci­ła jego uwa­gę i wykwi­tła z niej żywa kore­spon­den­cja, podej­mu­ją­ca wie­le roz­ma­itych dys­kur­sów na prze­róż­ne tema­ty, Jack zawsze sto­so­wał w swych odpo­wie­dziach nie­pod­wa­żal­ne argu­men­ty i bodaj to przy­czy­ni­ło się do zain­te­re­so­wa­nia swą oso­bą Joy David­man Gre­sham. Z ową kobie­tą wkrót­ce zaczę­ła łączyć Lewi­sa tajem­ni­cza więź. Dość oso­bli­wa zwa­żyw­szy na fakt, że dotych­czas stro­nił od uczu­cio­wych związ­ków z płcią prze­ciw­ną, mimo że przy­jaź­nił się z Doro­thy L. Say­ers, Pene­lo­pą Moore i Rose Macau­lay. Joy zda­wa­ła się to zmie­niać.

Joy uro­dzi­ła się w 1915 roku w Nowym Jor­ku i miłość do lite­ra­tu­ry spra­wia­ła, że będąc nauczy­ciel­ką po magi­ste­rium angli­sty­ki, wykształ­ci­ła w sobie zacię­cie poetyc­kie, któ­re zaowo­co­wa­ło wyda­niem w 1939 zbio­ru wier­szy, „Listy do towa­rzy­stwa”, wyróż­nio­ne nagro­dą poetyc­ką Yale Uni­ver­si­ty. Z kolei jej powieść – Anya – o życiu ukra­iń­skich Żydów na począt­ku XX wie­ku zosta­ła gorą­co przy­ję­ta przez kry­ty­kę. Dzia­ła­ła w par­tii komu­ni­stycz­nej, gdzie pozna­ła swe­go męża, kobie­cia­rza z pro­ble­mem alko­ho­lo­wym, z któ­rym docze­ka­ła się dwóch synów – Davi­da i Dougla­sa.

Na sku­tek zanie­dby­wa­nia rodzi­ny przez Wil­lia­ma Gre­sha­ma, mał­żeń­stwo Joy zaczę­ło się roz­pa­dać. Gdy pew­ne­go wie­czo­ru mąż nie wró­cił – uprze­dza­jąc tele­fo­nicz­nie, że nie wie, czy to kie­dy­kol­wiek nastą­pi – kobie­ta dozna­ła roz­dar­cia i obja­wie­nia, któ­re prze­war­to­ścio­wa­ło jej dotych­cza­so­we życie. I mimo że pogo­dzi­ła się z part­ne­rem i odzy­ska­ła wia­rę w Boga, to nie­dłu­go potem jej zwią­zek ponow­nie prze­żył kry­zys – wła­śnie wte­dy się­gnę­ła po książ­kę Lewi­sa, po lek­tu­rze któ­rej napi­sa­ła list do auto­ra, gdy zaś otrzy­ma­ła odpo­wiedź, posta­no­wi­ła poznać Jac­ka.

Uda­ło jej się to, kie­dy odwie­dzi­ła Anglię i spo­tka­ła się z nim na lun­chu w „Kilns”. Cli­ve był tak urze­czo­ny jej oso­bą, że posta­no­wił zapro­sić ją na waka­cje do domo­stwa, na co kobie­ta przy­sta­ła. War­nie­go zachwy­ci­ło, iż Joy nie jest typo­wą deli­kat­ną damą, tyl­ko taką, któ­ra potra­fi pić piwo i żar­to­wać.

Kolej­ne spo­tka­nie odby­ło się w 1952 roku, po czym Jack zapro­sił ją na Boże Naro­dze­nie do Oks­for­du, na co zresz­tą chęt­nie się zgo­dzi­ła. W tym cza­sie Joy otrzy­ma­ła list od męża, oświad­cza­ją­cy, że Wil­liam poko­chał inną kobie­tę i pro­si o roz­wód. Pora­dzi­ła się w tej spra­wie Lewi­sa, któ­ry pro­po­no­wał roz­wód, lecz kobie­ta w zgo­dzie z chrze­ści­jań­skim cre­do posta­no­wi­ła rato­wać mał­żeń­stwo. Nie­ste­ty, mąż nie zaprze­stał roman­su z tam­tą kobie­tą, a na domiar złe­go popadł w alko­ho­lizm. Joy zro­zu­mia­ła, że czas go opu­ścić. Roz­wio­dła się, zabra­ła synów i prze­nio­sła się do Anglii.

Dzie­ci posła­ła do pre­sti­żo­wej Dane Court w Sur­rey, w czym nie­wąt­pli­wie finan­so­wo wspie­rał ją Lewis. Sama zaś para­ła się dzien­ni­kar­stwem, acz nie był to dlań intrat­ny fach. W 1953 roku zabra­ła do „Kilns” chłop­ców, a wizy­ta oka­za­ła się iście owoc­na – Lewis był zachwy­co­ny werwą drze­mią­cą w lato­ro­ślach Joy. Cli­ve zna­lazł z nimi wspól­ny język i razem z War­niem nauczył ich kil­ku prak­tycz­nych obo­wiąz­ków w obej­ściu oraz gry w sza­chy.

David, wyzna­ją­cy w póź­niej­szym okre­sie juda­izm, był wiel­kim wyzwa­niem dla Lewi­sa, ale oka­za­ło się, że Jack to oso­ba wiel­ce tole­ran­cyj­na, nigdy nie­prze­ja­wia­ją­ca reli­gij­nych bigo­te­rii.
Po wizy­cie Lewis wciąż pisał, chłop­cy uczy­li się, a Joy two­rzy­ła wier­sze i udzie­la­ła się w pra­sie – skoń­czy­ła książ­kę „Dym na górze”, opa­trzo­ną autor­skim wstę­pem Lewi­sa, któ­ra choć sprze­da­wa­ła się nie naj­go­rzej, nie wycią­gnę­ła kobie­ty z dłu­gów finan­so­wych. Te z kolei dały Jac­ko­wi impuls do dzia­ła­nia – wycią­gnął do Joy pomoc­ną dłoń i latem 1955 roku pisar­ka wpro­wa­dzi­ła się do domu odle­głe­go od „Kilns” zale­d­wie o pół­to­ra kilo­me­tra. Czynsz usłuż­nie opła­cał zaś Cli­ve, pomi­mo sprze­ci­wów Ame­ry­kan­ki.

Wyda­wa­ło się, że wszyst­ko zaczy­na się ukła­dać, acz mini­ster­stwo wewnętrz­ne w 1956 roku odmó­wi­ło kobie­cie odno­wie­nia wiz. Jedy­ną wów­czas dro­gą, aby otrzy­mać bry­tyj­skie oby­wa­tel­stwo było mał­żeń­stwo.

Powia­da­ją, że były to wyłącz­nie kwe­stie prag­ma­tycz­ne, mają­ce na celu spra­wić, żeby Joy mogła pozo­stać w Anglii, lecz ślub 23 kwiet­nia – w dzień św. Jerze­go i wigi­lię uro­dzin Szek­spi­ra – wyda­wał się wstę­pem do cze­goś więk­sze­go. Pobra­li się w oks­fordz­kim urzę­dzie sta­nu cywil­ne­go.

Jed­na­ko­woż nie był to tak dobry rok, jak prze­wi­dy­wa­no. Nie­mal­że w przed­dzień prze­pro­wadz­ki do „Kilns”, Joy prze­wró­ci­ła się we wła­snym miesz­ka­niu i tra­fi­ła do szpi­ta­la, gdzie leka­rze wykry­li raka. Nowo­twór zaata­ko­wał już inne czę­ści cia­ła – i nikt nie dawał jej wiel­kich nadziei.

Joy prze­nie­sio­no do Chur­chill Hospi­tal, gdzie pró­bo­wa­no ją leczyć, syno­wie zaś zosta­li pod skrzy­dła­mi Clive’a. W tym cza­sie Lewis sta­rał się zała­twić u bisku­pa zgo­dę na ślub kościel­ny, argu­men­tu­jąc swą proś­bę cał­kiem prze­ko­nu­ją­co. Nie­ste­ty, duchow­ny odmó­wił.

Sytu­acja odmie­ni­ła się odro­bi­nę, gdy w pro­gach „Kilns” zja­wił się były stu­dent Jac­ka, ówcze­śnie angli­kań­ski duchow­ny, Peter Bide, któ­ry miał modlić się o uzdro­wie­nie Joy, ale został przez Lewi­sa prze­ko­na­ny do udzie­le­nia mał­żeń­stwa. W czwar­tek 21 mar­ca 1957 roku o jede­na­stej rano na oddzia­le Wing­field Hospi­tal para złą­czy­ła się chrze­ści­jań­skim węzłem mał­żeń­skim.

Tydzień póź­niej Joy wybła­ga­ła leka­rzy o wypis ze szpi­ta­la, pra­gnę­ła umrzeć w domu, w „Kilns”. Wśród bli­skich. Po powro­cie Lewis opie­ko­wał się nią i dzieć­mi, a dosko­na­le zda­wał sobie spra­wę, co prze­ży­wa­ją.

Joy pew­ne­go dnia jed­nak zaczę­ła czuć się lepiej, roz­wój raka się zaha­mo­wał i odzy­ska­ła tro­chę sił nim minął 1957 rok – uwa­ża­li, że to cud. Kobie­ta mia­ła zamiar wspie­rać męża, od tej pory zaj­mo­wa­ła się domo­stwem i finan­sa­mi.

W 1958 roku Lewis zabrał żonę do Walii, a potem Irlan­dii Pół­noc­nej na spóź­nio­ny mie­siąc mio­do­wy, pod­czas któ­re­go dużo spa­ce­ro­wa­li i śmia­li się.

W paź­dzier­ni­ku 1959 roku Joy poszła na ruty­no­we bada­nia, na prze­świe­tle­niu odkry­to, że rak powró­cił i ma się cał­kiem dobrze. Roz­wi­jał się w zastra­sza­ją­cym tem­pie i w całym cie­le. Cier­pia­ła.
Na począt­ku kwiet­nia 1960 posta­no­wi­li – Jack i Joy – że pomi­mo cho­ro­by wyru­szą do Gre­cji – zwie­dzi­li Myke­ny i Ate­ny – po powro­cie kobie­ta wró­ci­ła do rekon­wa­le­scen­cji, ale jej orga­ny stop­nio­wo prze­sta­wa­ły funk­cjo­no­wać. 13 lip­ca Joy Lewis zga­sła.

Jack, podob­nie jak chłop­cy, któ­ry­mi się póź­niej opie­ko­wał, był moc­no zdru­zgo­ta­ny. Pogrzeb odbył się 18 lip­ca i była to chwi­la, w któ­rej Cli­ve pra­wie zwąt­pił w Boga, co może wyłącz­nie świad­czyć o głę­bo­kich uczu­ciach, jaki­mi obda­rzał Joy.

Życie z Joy było dla nie­go wspa­nia­łym okre­sem a war­to przy­po­mnieć, że i wów­czas two­rzył nie­ma­ło – powsta­ła mię­dzy inny­mi jedy­na w jego dorob­ku auto­bio­gra­ficz­na książ­ka, „Zasko­czo­ny Rado­ścią” – o mło­do­ści, postę­pach uni­wer­sy­tec­kich i chrze­ści­jań­stwie. Powstał też utwór „Czte­ry miło­ści”, czy­li esej o tym, że na świe­cie ist­nie­je wie­le rodza­jów miło­ści.

Nie­dłu­go potem sta­rał się wró­cić do życia sprzed pozna­nia Joy, acz wie­lu jego przy­ja­ciół roze­szło się, on zaś powró­cił do dłu­gich spa­ce­rów, czy­ta­nia i głę­bo­kich modlitw. Poznał tak­że swe­go przy­szłe­go asy­sten­ta, Wal­te­ra Hoope­ra, rów­nież poprzez kore­spon­den­cję, a spo­ty­kał się z nim czę­sto.

Jego stan zdro­wia nie był naj­lep­szy, zwłasz­cza, że nie pro­wa­dził naj­zdrow­sze­go try­bu życia, zaprze­stał spa­ce­rów i nie sto­so­wał się do zale­ceń die­te­tycz­nych leka­rza. Ponad­to wciąż ćmił faj­kę.
Ostat­nią książ­ką napi­sa­ną przez Lewi­sa były „Listy o modli­twie”, epi­sto­lar­ny cykl fabu­lar­nie skie­ro­wa­ny do wyima­gi­no­wa­ne­go przy­ja­cie­la, wyja­śnia­ją­cy sens modli­twy. Po jego śmier­ci opu­bli­ko­wa­no wpraw­dzie jesz­cze kil­ka jego wcze­śniej nie­wy­da­nych dzieł, acz żad­ne z nich nie było jego ostat­nim utwo­rem.

W koń­cu zre­zy­gno­wał z pra­cy w Cam­brid­ge i wró­cił na sta­łe do „Kilns”, gdzie chwi­lę potem moc­no pod­upadł na zdro­wiu – tra­fił nawet do kli­ni­ki, gdzie zła­pał go atak ser­ca, śpiącz­ka, i choć wie­lu myśla­ło, że nad­szedł jego czas, pew­ne­go dnia wstał i zapy­tał, dla­cze­go wszy­scy wyglą­da­ją na zanie­po­ko­jo­nych. W obiek­cie pozo­stał trzy mie­sią­ce. Roz­ma­wiał ze sta­ry­mi i nowy­mi przy­ja­ciół­mi oraz odpi­sy­wał na wciąż nie­ga­sną­cą kore­spon­den­cję.

Jack czuł się coraz gorzej i jed­ne­go dnia, za radą bra­ta, poszedł się poło­żyć. Gdy ten zaniósł mu her­ba­tę, Cli­ve wyglą­dał na zado­wo­lo­ne­go, ale jak­by sen­ne­go i peł­ne­go obaw. O pią­tej trzy­dzie­ści War­nie zna­lazł go na pod­ło­dze nie­przy­tom­ne­go i czuł, jak ula­tu­je zeń życie.

W dzień śmier­ci Lewi­sa – 22 listo­pa­da 1963 – zamor­do­wa­no pre­zy­den­ta Kennedy’ego, nato­miast w Kali­for­nii odszedł Aldo­us Hux­ley, autor „Nowe­go wspa­nia­łe­go świa­ta”. Owe wyda­rze­nia przy­ćmi­ły opusz­cze­nie świa­ta przez twór­cę Narnii.

Wia­do­mo, że pogrzeb oks­fordz­kie­go mistrza wcho­dził w poczet cichych, skrom­nych, chłod­nych a sło­necz­nych pochów­ków. „Jeśli zaś cho­dzi o Asla­na, nie­któ­rzy powia­da­ją, że sły­sze­li, jak ryczy cały dzień, od Oks­for­du po krań­ce Zie­mi”. Jego ojciec z kolei, Wład­ca-Zza-Morza, powró­cił do Praw­dzi­wej Narnii.

Biblio­gra­fia

C.S. Lewis. Piel­grzym rado­ści”, Elż­bie­ta Wia­ter, Kra­ków 2013.
„C.S. Lewis: od Narnii do Ewan­ge­lii”, Paolo Guli­sa­no, tł. J. Sko­czy­las, Poznań 2006.
„C.S. Lewis: chło­piec, któ­ry spi­sał dzie­je Narnii”, Micha­el Whi­te, tł. I. Scha­roch, War­sza­wa 2007.
„Inklin­go­wie: C.S. Lewis, J.R.R. Tol­kien, Char­les Wil­liams i ich przy­ja­cie­le”, Hum­ph­rey Car­pen­ter, tł. Z.A. Kró­lic­ki, Poznań 2000.
„Lewis. Czło­wiek, któ­ry stwo­rzył Narnię”, Micha­el Coren, tł. A. Syl­wa­no­wicz, Poznań 2005.
„Tol­kien i C.S. Lewis. Histo­ria nie­zwy­kłej przy­jaź­ni”, Colin Duriez, tł. A. Rud­nik, Kra­ków 2011.

Przy­go­to­wał Adrian Turzań­ski

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy