Aktualności

Komornik #2 Rewers Michała Gołkowskiego – fragment książki

Naj­ja­śniej­szy blask zawsze rzu­ca naj­głęb­szy cień.

Tam, gdzie nie się­ga świa­tło Łaski Pań­skiej, roz­cią­ga­ją się jało­we pust­ko­wia spo­wi­te­go w wiecz­ną, zim­ną noc Rewer­su. Zatrzy­ma­na w pół obro­tu Zie­mia zasty­gła w ter­mi­nal­nym pacie pomię­dzy siła­mi Dobra i Zła.

Wraz z Eze­kie­lem Siód­mym odważ się wejść tam, gdzie oba­wia­ją się stą­pać nawet Anio­ło­wie. Znajdź w sobie siłę, by spoj­rzeć w twarz temu, co od zawsze cza­iło się pod two­im łóż­kiem.

Apo­ka­lip­sa, owszem, nie uda­ła się – co do tego nikt nie ma wąt­pli­wo­ści.

Teraz oka­zu­je się, jak kolo­sal­ne były roz­mia­ry zanie­dbań.

Zapra­sza­my do lek­tu­ry frag­men­tu naj­now­szej książ­ki Micha­ła Goł­kow­skie­go

Mia­sto Boha­te­rów było ciche i ciem­ne.
Opu­sto­sza­łe, wyzię­bio­ne blo­ki z wiel­kiej pły­ty wzno­si­ły się wokół mnie, niczym nagrob­ki na gigan­tycz­nym cmen­ta­rzu: obo­jęt­ne, mil­czą­ce i zim­ne.
Puste okna patrzy­ły szy­der­czo, jak brnę przez uli­ce, zna­cząc śnieg śla­dem krwi z prze­strze­lo­ne­go uda.
– Dorwę cię… – wark­ną­łem przez zęby.
Wie­dzia­łem jed­nak, że to tyl­ko takie czcze pie­prze­nie. Nie mia­łem szans go dorwać. Nie mia­łem szans w tym sta­nie, tu i teraz, zro­bić nic kon­struk­tyw­ne­go. Zdech­nąć w głu­pi spo­sób – o, to tak. Ale nie­wie­le wię­cej.
Ponad mia­stem po raz kolej­ny ponio­sło się echo strza­łów z Twier­dzy, któ­re­mu znów odpo­wie­dział chó­ral­ny sko­wyt demo­nów. Pomiot Rewer­su ścią­gał z naj­głęb­szych cze­lu­ści opusz­czo­nej metro­po­lii, czu­jąc leją­cą się teraz sze­ro­kim stru­mie­niem świe­żą krew i nara­sta­ją­cy strach.
Cho­le­ra jasna. Nie potrze­bo­wa­łem Azra­ela, żeby to wie­dzieć: skre­wi­łem. Skre­wi­łem kon­cer­to­wo.
Jonasz, oczy­wi­ście, zdą­żył rzu­cić się ku bra­mie, gdy wycią­gną­łem broń i dałem ognia. Zbyt dłu­go już ści­ga­łem tego zła­ma­sa, żeby cho­ciaż przez chwi­lę żywić nadzie­ję, że nie dał rady się uchy­lić. Ale za to byłem pewien, pewien, że przy­naj­mniej go zaha­czy­łem! Widzia­łem, jak śrut się­ga go w ramię!
Popę­dzi­łem za nim od razu, co tchu – ale to tyl­ko tak się ład­nie mówi.
Praw­da jest taka, że gdy jest się w pomiesz­cze­niu peł­nym prze­ra­żo­nych, wście­kłych ludzi, kie­dy każ­dy pró­bu­je coś zro­bić, więk­szość strze­la, inni wrzesz­czą, a spo­ra część albo już umie­ra, albo zaraz zacznie… No, wte­dy nawet poko­na­nie głu­pich kil­ku kro­ków sta­je się nie­wy­obra­żal­nie skom­pli­ko­wa­ną, akro­ba­tycz­ną ody­se­ją.
Przy­mkną­łem oczy, po raz kolej­ny ana­li­zu­jąc to, co się wyda­rzy­ło i szu­ka­jąc błę­dów w oce­nie.
Byłem już we wro­tach, gdy coś z zewnątrz wpa­dło na mnie i wepchnę­ło z powro­tem do środ­ka. Mach­ną­łem na odlew gla­diu­sem, któ­ry zdą­żył znów zga­snąć, a teraz po raz kolej­ny strze­lił pło­mie­niem, jak źle usta­wio­ny pal­nik gazo­wy.
Przed twa­rzą mignę­ły mi kły i pazu­ry, klin­ga wgry­zła się w ciel­sko demo­na; isto­ta zakwi­cza­ła, pró­bu­jąc się­gnąć mnie zębi­ska­mi, ale strze­li­łem ją tyl­ko pro­sto w pysk ręko­je­ścią trzy­ma­ne­go w dru­gim ręku obrzy­na.
Zrzu­ci­łem z sie­bie wierz­ga­ją­ce i rzu­ca­ją­ce się ciel­sko, zerwa­łem na nogi i po raz kolej­ny miot­ną­łem ku wyj­ściu. Z nie­wie­le lep­szym skut­kiem, bo ktoś znów zaczął strze­lać na oślep, a kule zabęb­ni­ły o żela­zną pły­tę. Zanur­ko­wa­łem szczu­pa­kiem na zie­mię, pro­sto w czy­jeś fla­ki. Robiąc łok­cia­mi popeł­złem ku prze­świ­to­wi mię­dzy wro­ta­mi, aż w koń­cu wyto­czy­łem się na dwór, pro­sto na lodo­wa­to zim­ny śnieg.
Uświa­do­mi­łem, sobie, że miecz znów się nie pali; tyl­ko sła­ba, pur­pu­ro­wa poświa­ta peł­ga­ła wokół klin­gi. Co jest, do cho­le­ry?! Gdy tyl­ko o nim pomy­śla­łem, od razu roz­ja­rzył się z peł­ną mocą, jak gdy­by pró­bu­jąc udo­wod­nić mi, że nie­po­trzeb­nie się mar­twię i w ogó­le wszyst­ko jest w naj­lep­szym porząd­ku.
A nie było. Oj, nie było.
Zerwa­łem się i pod­nio­słem pło­ną­ce ostrze wyso­ko nad gło­wę, żeby okrąg świa­tła się­gnął jak naj­da­lej. W ciem­no­ściach wiły się i prze­le­wa­ły psy­cho­de­licz­ne kształ­ty, któ­re odsko­czy­ły od razu, niczym spa­rzo­ne, poza zasięg pur­pu­ro­we­go bla­sku. Omi­ja­ły mnie z dale­ka, ale i tak stop­nio­wo prze­su­wa­ły w kie­run­ku bra­my do Twier­dzy… A dale­ko, dale­ko przede mną widać było ucie­ka­ją­ce­go Jona­sza.
– Dorwę cię… – wark­ną­łem i pokuś­ty­ka­łem jego śla­dem.
Udo krwa­wi­ło paskud­nie, rege­ne­ra­cja ni cho­le­ry nie dzia­ła­ła, gla­dius co i rusz przy­ga­sał. Ciem­ność wokół kłę­bi­ła się i ska­ka­ła ku mnie, for­mu­jąc kształ­ty, na widok któ­rych sam Hie­ro­nim Bosch dostał­by twór­cze­go orga­zmu. Wszyst­ko to zacho­wy­wa­ło for­mę nie dłu­żej, jak jed­no oka­mgnie­nie, potem znów zapa­da­jąc się w amor­ficz­ną, lep­ką masę cie­nia.
Płyn­ny mrok prze­su­wał się i kawa­łek po kawał­ku pełzł coraz bli­żej i bli­żej w kie­run­ku Twier­dzy, roz­bły­sku­ją­cej ognia­mi despe­rac­kiej, ale chy­ba już ostat­niej obro­ny.
Nie, nie czu­łem z tego tytu­łu zado­wo­le­nia. O dzi­wo dla mnie same­go, nie było nawet zło­śli­wej satys­fak­cji. Mor­mos i jego ban­da wyko­le­jeń­ców zasłu­ży­li na śmierć, owszem – nato­miast oba­wia­łem się, że nie ona była im pisa­na, i było mi ich pra­wie szko­da.
Pra­wie.
W mia­rę, jak odda­la­łem się od for­tu, robi­ło się coraz spo­koj­niej. Demo­ny zosta­ły z tyłu, bar­dzo słusz­nie przed­kła­da­jąc pro­stą, w porów­na­niu do mnie bez­bron­ną zdo­bycz ponad żela­zo i ogień gla­diu­sa. Tyl­ko beto­no­wa Gło­wa wciąż wyła i zło­rze­czy­ła baso­wym gło­sem, wyry­ku­jąc ku puste­mu nie­bu obe­lgi na całą ludz­kość i brak spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej.
Jonasz mignął mi jesz­cze raz i dru­gi na odle­głym skrzy­żo­wa­niu. Widzia­łem go, jak powłó­cząc nogą i zata­cza­jąc się niczym pija­ny brnie przez śnieg, upa­da, pod­no­si i kuś­ty­ka dalej.
Nawet, gdy ginął mi z oczu, to czu­łem go. Kil­ka mikro­sko­pij­nych kawał­ków pło­ną­ce­go meta­lu musia­ło wgryźć się w jego mar­twe cia­ło, a ich ema­na­cja była dla mnie niczym boja nawi­ga­cyj­na pośród bez­kre­su czar­nej pust­ki.
Dopó­ki tych śru­cin nie wydłu­bie, albo nie zga­sną same, będę iść za nim na azy­mut. A potem… potem i tak będę ści­gać go dalej. Po śla­dzie, po zapa­chu, na wyczu­cie. Na śle­py traf. Ale tym razem skur­wie­lo­wi nie odpusz­czę.
I w koń­cu go doj­dę.
W gło­wie mi się krę­ci­ło, płu­ca pali­ły ogniem, ser­ce ska­ka­ło, jak osza­la­łe. Orga­nizm, przy­zwy­cza­jo­ny przez cały czas Po do cią­głych dostaw łatwo przy­swa­jal­nej i zawsze dostęp­nej ener­gii z Góry, dosta­wał teraz naj­czyst­szej wody pier­dol­ca: ale jak to?! Zmę­cze­nie?! Utra­ta krwi?!
Czu­łem się, jak­bym pierw­szy raz w życiu pró­bo­wał prze­biec ćwierć­ma­ra­ton. I to bez jakie­go­kol­wiek przy­go­to­wa­nia. Po latach żywie­nia się wyłącz­nie w fast­fo­odach.
Zabił­bym teraz za podwój­ne­go bur­ge­ra z fryt­ka­mi i colą.
– No i chuj bomb­ki strze­lił. – sap­ną­łem w koń­cu, czu­jąc, że dalej po pro­stu nie dam rady.
Zatrzy­ma­łem się, zato­czy­łem i był­bym upadł, gdy­by nie prze­krzy­wio­ny znak dro­go­wy, o któ­ry się cięż­ko wspar­łem. Dysza­łem, jak miech kowal­ski, przed ocza­mi lata­ły kolo­ro­we pla­my – nie dam rady, po pro­stu nie dam rady, muszę się zatrzy­mać. Opa­trzeć ranę, jakoś zale­czyć.
Jonasz od razu zaczął zyski­wać odle­głość. No tak, w koń­cu był mar­twy, więc zmę­cze­nie go nie bra­ło. Mógł tak leźć prak­tycz­nie bez koń­ca, dopó­ki nie zedrze sobie pode­szew stóp i nie popę­ka­ją mu wię­za­dła w kola­nach. A ja mia­łem do ogar­nię­cia całą fizjo­lo­gię i bilans ener­ge­tycz­ny cia­ła.
Odkuś­ty­ka­łem na bok, żeby nie ster­czeć tak na głów­nej uli­cy. Potrzeb­na była mi rela­tyw­nie spo­koj­na meta, żeby się ogar­nąć i odpo­cząć… Nauczo­ny ponu­rym doświad­cze­niem, ruszy­łem pomię­dzy blo­ki.
Śnieg zale­gał tu grub­szą war­stwą, nie było widać aż tylu oznak byt­no­ści czło­wie­ka. Ot, tu i ówdzie tyl­ko nit­ka śla­dów prze­ci­na­ła pustą połać pomię­dzy kil­ku­na­sto­pię­tro­wy­mi potwor­ka­mi, a poza tym nic. Zupeł­na cisza, bez­ruch. Mar­twy spo­kój.
Roz­glą­da­łem się, pró­bu­jąc zro­zu­mieć nie­gdy­siej­szy układ osie­dla. W koń­cu wypa­trzy­łem to, cze­go szu­ka­łem: ciem­niej­szy pro­sto­kąt zej­ścia do węzła cie­płow­ni­cze­go, teraz w dużej mie­rze przy­sy­pa­ny bia­łym puchem.
Drzwi ustą­pi­ły za trze­cim razem, orząc pół­ko­li­stą bruz­dę w głę­bo­kim do pół łyd­ki, zmar­z­nię­tym śnie­gu. Odpa­li­łem gla­diu­sa i wsu­ną­łem w szcze­li­nę. Poma­cha­łem w lewo i pra­wo: ot, taki ata­wi­stycz­ny odruch, pró­ba prze­pę­dze­nia potwo­rów, któ­re mogą cza­ić się w ciem­nych kątach.
Wyso­ki, prze­ni­kli­wy wrzask prze­brzmiał echem uła­mek sekun­dy po tym, jak uświa­do­mi­łem sobie, że nie była to bez­piecz­na myśl. Echo ponio­sło się pomię­dzy blo­ka­mi, zamar­ło wśród śnie­gu.
Szarp­ną­łem za skrzy­dło obie­ma ręka­mi, otwo­rzy­łem czy­stą siłą i despe­ra­cją. Wci­sną­łem przez szcze­li­nę do środ­ka, zamkną­łem za sobą i od razu odwró­ci­łem do nich ple­ca­mi, tak­su­jąc spoj­rze­niem zala­ne pur­pu­ro­wym bla­skiem pomiesz­cze­nie.
Ktoś tu kie­dyś miesz­kał. W rogu widać było zetla­ły bar­łóg z koców i śpi­wo­rów, w kącie ponie­wie­ra­ły się pusz­ki po kon­ser­wach. Na pry­mi­tyw­nym sto­li­ku wciąż stał samo­war z doro­bio­ną prze­dłu­żo­ną rurą komi­na, któ­ra musia­ła ogrze­wać nie­du­że pomiesz­cze­nie. Kil­ka pude­łek świec, zaka­pa­ny ste­ary­ną świecz­nik. Parę­na­ście ksią­żek, na ścia­nie przy­kle­jo­ny świę­ty obra­zek.
Prze­sze­dłem powo­li bli­żej, zaglą­da­jąc w ciem­ne kąty. O, była nawet pla­sti­ko­wa skrzyn­ka z reszt­ką zaso­bów: parę chiń­skich zupek, dwie roz­dę­te pusz­ki z nie­zna­ną zawar­to­ścią. Butel­ka do poło­wy wypeł­nio­na zamar­z­nię­tą wodą.
Miesz­kał tu ktoś sobie, a potem wyszedł po zaopa­trze­nie i nie wró­cił. Histo­ria, jakich były na świe­cie już dzie­siąt­ki, set­ki milio­nów – a mimo to mnie to ude­rzy­ło. Aż gar­dło nie wie­dzieć cze­mu ści­snę­ło się wzru­sze­niem. Odwra­ca­jąc zna­ny afo­ryzm: śmierć milio­nów to może i sta­ty­sty­ka, ale śmierć jed­nost­ki jest wciąż tra­ge­dią.
Umo­co­wa­łem pło­ną­ce­go na mini­mal­ny ogień gla­diu­sa pomię­dzy dwie­ma rura­mi, sam usia­dłem cięż­ko na posła­niu. Ogień powo­li ogrze­wał pomiesz­cze­nie, a ja nie chcia­łem brać się przed­wcze­śnie za opa­try­wa­nie rany tyl­ko po to, żeby dostać zawa­łu z zim­na. Bez ścią­gnię­cia ocie­pla­nych spodni i bie­li­zny ter­micz­nej się nie obej­dzie, a jakoś nie mia­łem ocho­ty się nie­po­trzeb­nie chło­dzić.
Potrzeb­nie zresz­tą też nie.
Kie­dy zro­bi­ło się nie­co cie­plej, ścią­gną­łem jed­ną nogaw­kę i obej­rza­łem ranę. Krew już zaschła, zle­pia­jąc wszyst­ko w jed­ną burą masę, więc wyglą­da­ło to napraw­dę paskud­nie.
Wes­tchną­łem cięż­ko. No cóż, igła w dłoń, będzie­my się szyć – a potem spró­bu­je­my pod­le­czyć magią.
*
Zamru­ga­łem ner­wo­wo i szarp­ną­łem się na posła­niu. Musia­łem przy­snąć, nawet nie wie­dzieć kie­dy… Na szczę­ście ogień nie zgasł, klin­ga gla­diu­sa wciąż jarzy­ła się peł­ga­ją­cy­mi pło­my­ka­mi. Noga bola­ła nie­co mniej, więc moja kura­cja cza­ra­mi musia­ła zadzia­łać.
Nie mia­łem ocho­ty wycho­dzić spod cie­płych kocy i ple­dów. Nakry­łem się szczel­niej na gło­wę, zosta­wia­jąc sobie tyl­ko dziur­kę na oczy i nos. Pole­żę jesz­cze tro­chę, a póź­niej…
Sta­ła w głę­bi pomiesz­cze­nia, za plą­ta­ni­ną rur i zawo­rów. Widzia­łem dokład­nie jej koszul­kę noc­ną w uśmiech­nię­te zającz­ki i się­ga­ją­ce za ramio­na pło­we wło­ski. Nawet uło­że­nie pal­ców, gdy jej rącz­ki wisia­ły wzdłuż cia­ła, było iden­tycz­ne jak u niej.
Ale to nie mogła być ona.
Nie­zmier­nie powo­li wysu­pła­łem ze śpi­wo­ra rękę, się­gną­łem po gla­diu­sa. W ciem­no­ści, któ­rą była jej twarz, pobla­ski­wa­ły dwa punk­ci­ki oczu, jak u dzi­kie­go zwie­rzę­cia nocą. Patrzy­ła na mnie, czu­łem to, a w gło­wie kłę­bił się cały hura­gan myśli i uczuć.
To nie była ona. Ale przez te wszyst­kie lata tyle razy w chwi­lach sła­bo­ści wyłem do puste­go nie­ba, bła­ga­jąc obo­jęt­ne­go Boga i jego służ­bi­stych Anio­łów, żeby pozwo­li­li mi ją jesz­cze raz, tyl­ko raz zoba­czyć!… że ser­ce aż rwa­ło się daw­no nie odczu­wa­nym bólem.
Uto­pił­bym świat we krwi, żeby móc ją jesz­cze raz – pie­przo­ny, ostat­ni raz! – objąć i przy­tu­lić. Ale to nie była ona.
Dłoń dotknę­ła ręko­je­ści mie­cza, pal­ce zaplo­tły się wokół wyrzeź­bio­nej w drew­nie ręko­je­ści. Pło­mień drgnął, zako­ły­sał się. Wraz z nim zatań­czy­ły w pomiesz­cze­niu cie­nie, per­spek­ty­wa na chwi­lę popły­nę­ła, ucie­kła ostrość widze­nia.
Gdy przy­cią­gną­łem klin­gę bli­żej i pod­nio­słem się na posła­niu, już jej nie było.
– Pie­kło i sza­ta­ni… – mruk­ną­łem przez ści­śnię­te gar­dło.
Wie­dzia­łem, że nie zosta­nę w tej piw­nicz­ce ani chwi­li dłu­żej. I to nie tyl­ko dla­te­go, że Jonasz był z minu­ty na minu­tę coraz dalej ode mnie.
Ubra­łem się i wysze­dłem z powro­tem na kłu­ją­cy w policz­ki mróz. Uda­ło mi się odzy­skać mini­mum cie­pła i sił, poza tym ener­gia Góry jakoś musia­ła się tu mimo wszyst­ko prze­są­czać, bo czu­łem się nie­mal­że świe­żo.
Przy­mkną­łem oczy… Tak, wyczu­wa­łem śru­ci­ny wyraź­nie – nie­co sła­biej te już gasną­ce, powbi­ja­ne w cia­ła i stal w przed­sion­ku Twier­dzy; o wie­le moc­niej te tkwią­ce w cie­le Jona­sza. Wciąż palą­ce go świę­tym ogniem, nie dają­ce spo­ko­ju i chwi­li wytchnie­nia.
Cze­mu ich nie wycią­gnął? Trud­no powie­dzieć. Ale jeśli tra­fi­łem go w lewy bark, to mógł zwy­czaj­nie nie mieć czym – mało kto potra­fi ope­ro­wać sam sie­bie, tym bar­dziej postrze­lo­ną ręką. Nawet, jeśli nie żyje. A prze­cież jego pra­wa dłoń nadal gni­ła sobie gdzieś na wschód od ruin Mia­sta, obok jego i moje­go nie­do­szłe­go gro­bu.
Ruszy­łem na prze­łaj przez zasy­pa­ny śnie­giem plac zabaw.
Noga wciąż dawa­ła o sobie tro­chę znać, więc zna­la­złem sobie kawał dłu­giej, meta­lo­wej rur­ki, na któ­rej opie­ra­łem się, niczym na lasce sza­ma­na. Dla dopeł­nie­nia obra­zu nasa­dzi­łem jesz­cze na szczyt kostu­ra ludz­ki cze­rep, a potem aż zachi­cho­ta­łem nad wła­sną głu­po­tą. Nie­wie­le było potrze­ba, żeby czło­wiek wró­cił do pier­wot­ne­go zesta­wu zacho­wań i przed­sta­wia­nia swo­jej oso­by.
Tak, byłem posłań­cem zagła­dy i się z tym nie ukry­wa­łem.
Nie, nie słu­ży­łem siłom Dobra – tego byłem pewien już od daw­na.
Dopie­ro tutaj, w Rewer­sie, rze­czy sta­wa­ły się tym, czym były napraw­dę.
Nim wysze­dłem z Mia­sta Boha­te­rów, w sakwie u boku kle­ko­ta­ło mi już pół tuzi­na cze­re­pów, a ja roz­glą­da­łem się za czymś odpo­wied­nio epic­kim, żeby zro­bić z tego nara­mien­nik. Odwró­co­ne zasa­dy? Nega­tyw wszyst­kie­go, co do tej pory? Nie ma pro­ble­mu. Prze­ży­łem tam, prze­ży­ję i tu.
– Kie­dy wej­dziesz mię­dzy wro­ny… – wark­ną­łem z ponu­rym zado­wo­le­niem.
A potem zoba­czy­łem przed sobą nie­rów­ny, zyg­za­ku­ją­cy ślad. Świe­ży ślad. Ktoś szedł tędy nie­daw­no, zata­cza­jąc się i nie mogąc ustać na nogach – a nie­trud­no było zgad­nąć, kto taki.
Więc po raz kolej­ny byłem na tro­pie Jona­sza, niczym myśli­wy podą­ża­ją­cy za postrze­lo­ną zwie­rzy­ną.
Marsz przez śnieg nie nale­żał do łatwych. Tu i ówdzie potwo­rzy­ły się z nie­go zaspy, kie­dy indziej znów pod pozor­nie cien­ką war­stew­ką bie­li kry­ły się wyrwy i jamy. Na szczę­ście mia­łem przed sobą klu­czą­cy ślad moje­go Dłuż­ni­ka, więc tyl­ko uśmie­cha­łem się zło­śli­wie, widząc miej­sca, gdzie Jonasz musiał potknąć się o nie­wi­docz­ne na pierw­szy rzut oka żela­stwo i wyło­żyć jak dłu­gi, albo pośli­znąć i wpaść w wykrot.
Gdy wysze­dłem na reszt­ki sta­rej auto­stra­dy, mia­łem już pew­ność: Jonasz parł rów­no na wschód.
Splu­ną­łem ze zło­ścią na zie­mię, mar­nu­jąc w ten spo­sób odro­bi­nę cen­nej wody i cie­pła. Pokrę­ci­łem gło­wą i rzu­ci­łem mu w ślad:
– Bodaj­byś wresz­cie zdechł.
Co było zro­bić? Ruszy­łem za nim.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy