Aktualności

Siostrzyczka musi umrzeć – mroczny dreszczowiec osadzony w Norwegii

Dresz­czo­wiec, któ­ry spra­wi, że każ­da mat­ka zacznie się lękać o swo­ją cór­kę –i każ­da cór­ka o swo­ją mat­kę. Zapo­znaj­cie się z frag­men­tem powie­ści Sio­strzycz­ka musi umrzeć.

Nor­we­gia, Ber­gen. Meret­te Schul­man uwiel­bia swój zawód psy­cho­lo­ga – do momen­tu, kie­dy spo­ty­ka mło­dzień­ca o wyraź­nie socjo­pa­tycz­nym zabu­rze­niu oso­bo­wo­ści. Aksel nie tyl­ko wyzna­je jej, że już jako czter­na­sto­la­tek zabił swo­ją przy­bra­ną sio­strę, ale wyglą­da też na to, że zaczy­na krę­cić się przy cór­ce Meret­te, Julii. Gdy zni­ka bez śla­du przy­ja­ciół­ka Julii, Marie, a Meret­te dowia­du­je się o zagad­ko­wych wypad­kach uto­nięć mło­dych kobiet, ogar­nia ją pani­ka …

Fre­da Wolff to pseu­do­nim pary pisa­rzy: Ulri­ke Gerold i Wol­fra­ma Häne­la. Uro­dze­ni w 1956 roku, stu­dio­wa­li w Ber­li­nie ger­ma­ni­sty­kę i dzia­ła­li w kil­ku teatrach, a następ­nie zaję­li się pisar­stwem. Obec­nie miesz­ka­ją i pra­cu­ją głów­nie w Hano­we­rze, a od ponad 20 lat piszą w jed­nym miesz­ka­niu i przy jed­nym sto­le, nie tocząc przy tym bojów czę­ściej, niż jest to nie­zbęd­ne.

Dla H. – jak zawsze

Pro­log

Och, jak zim­no! Przej­mu­ją­cy ziąb wywo­łu­je dresz­cze, choć czu­je wyraź­nie, jak po jej czo­le spły­wa pot. Drę­czy ją pra­gnie­nie, robi jej się nie­do­brze. Co gor­sza – musi się czym prę­dzej wysi­kać.

Ręce ma zwią­za­ne na ple­cach, taśma samo­przy­lep­na wrzy­na się bole­śnie w skó­rę na prze­gu­bach dło­ni.

Rów­nież nogi są cia­sno owi­nię­te taśmą. Tak jak­by ktoś wolał nie ryzy­ko­wać, że uda jej się uwol­nić. Zadar­ta spód­nicz­ka odsła­nia bio­dra, z T-shir­tu pozo­sta­ły strzę­py.

Zde­spe­ro­wa­na, gwał­tow­nym ruchem prze­krę­ca się na bok, ude­rza­jąc przy tym twa­rzą o pod­ło­gę, a wte­dy jakaś drza­zga roz­ci­na jej war­gę. Natych­miast czu­je cie­płą struż­kę ciek­ną­cą po pod­bród­ku, instynk­tow­nie pró­bu­je zli­zać ją języ­kiem i kosz­tu­je wyra­zi­ste­go sma­ku krwi.

Nie ma naj­mniej­sze­go poję­cia, jak dłu­go pozo­sta­wa­ła nie­przy­tom­na. Nie wie w ogó­le, gdzie się znaj­du­je ani jak się tu dosta­ła. Całe pomiesz­cze­nie tonie w mro­ku, uda­je jej się jed­nak dostrzec męt­ny zarys drzwi dzię­ki wąskiej smu­dze świa­tła w szpa­rze pod nimi. Wyglą­da na to, że nie ma tu żad­ne­go okna. Wresz­cie jej wzrok oswa­ja się z ciem­no­ścią. Teraz widzi jesz­cze jakąś prze­wró­co­ną pusz­kę z far­bą, puste butel­ki po piwie, opa­ko­wa­nie po piz­zy z przy­le­pio­ny­mi do nie­go reszt­ka­mi sera i kula­wy stół, któ­re­go bra­ku­ją­cą nogę zastę­pu­ją pla­sti­ko­we skrzyn­ki, usta­wio­ne jed­na na dru­giej.

Nie uda­je jej się odczy­tać napi­su na skrzyn­kach – jest na to za ciem­no. Zaschnię­ta na beto­nie far­ba z pusz­ki poły­sku­je sła­bo, jak­by zawie­ra­ła jakiś skład­nik flu­ore­scen­cyj­ny. Pod tyl­ną ścia­ną coś leży. Sądząc po roz­mia­rach i kształ­cie, może to być czy­jeś sku­lo­ne cia­ło.

Nie wpa­da jej na razie do gło­wy żaden inny pomysł, jak tyl­ko cze­kać. Cze­kać, aż to coś się poru­szy, wyda jaki­kol­wiek dźwięk. Jed­nak wokół panu­je cisza. Sły­szy tyl­ko bicie wła­sne­go ser­ca, co jesz­cze potę­gu­je odgłos pul­so­wa­nia krwi w skro­niach. Napię­cie para­li­żu­je ją bez resz­ty. Dopie­ro po chwi­li uświa­da­mia sobie, że ma przed sobą sta­rą sieć rybac­ką ciśnię­tą nie­dba­le w kąt. I to pozwa­la jej wresz­cie ode­tchnąć głę­bo­ko z ulgą.

W pomiesz­cze­niu jest gorą­co, panu­je zaduch, cuch­nie stę­chli­zną. Sło­na­wą wodą. Ropą. Może to han­gar na łodzie, usy­tu­owa­ny w jakiejś zatocz­ce mię­dzy ska­ła­mi, przy­cho­dzi jej na myśl. Odle­gły poszum, docie­ra­ją­cy teraz do jej uszu, sta­no­wi zapew­ne odgłos przy­bo­ju pomię­dzy szkie­ra­mi.

Nie­mal w tym samym momen­cie wyda­je jej się, że sły­szy krzyk mewy. Ale tyl­ko prze­lot­nie. Potem roz­brzmie­wa rap­tow­nie draż­nią­ce brzę­cze­nie jakie­goś koma­ra, któ­re zagłu­sza wszel­kie inne dźwię­ki. Nawet to dud­nie­nie w gło­wie, zda­ją­ce nasi­lać się z każ­dą chwi­lą, tak że aż nie może zebrać myśli.

Dopie­ro gdy komar kąsa ją tuż pod okiem, przy­cho­dzi olśnie­nie: muszę krzyk­nąć, wezwać pomoc. Ale jej głos to nie­wie­le wię­cej niż ochry­płe skrze­cze­nie. Ma tak sucho w ustach, że nie może nawet ich otwo­rzyć. Dopie­ro dru­ga pró­ba oka­zu­je się bar­dziej uda­na.

– Ratun­ku! Jest tam kto? Je…

Jestem tutaj, chce zakrzyk­nąć. Jestem tu, czy ktoś mnie sły­szy?

Ury­wa jed­nak w środ­ku zda­nia. Może rze­czy­wi­ście jest tu ktoś, przy­cho­dzi jej do gło­wy. Ktoś, kto mnie pil­nu­je. Na zewnątrz, przed han­ga­rem. Ktoś, kto tyl­ko cze­ka na moment, kie­dy dam jakiś znak życia. A jeśli usły­szy, że wzy­wam pomo­cy, wpad­nie tu i mnie zała­twi…

Ogar­nia ją lęk. Wszyst­kie mię­śnie napi­na­ją się bole­śnie. Zaczy­na drżeć jak w febrze i przy­gry­za opuch­nię­tą war­gę. Zno­wu czu­je w ustach smak krwi i powra­ca­ją mdło­ści.

– Ratun­ku! – wyrzu­ca z sie­bie powtór­nie i tym razem brzmi to raczej jak roz­pacz­li­we łka­nie niż praw­dzi­we woła­nie o pomoc.

Ale ona i tak już wie. Przed han­ga­rem nie ma niko­go. Nie ma też co się łudzić nadzie­ją, że zja­wi się ktoś, aby ją uwol­nić. Ani że czy­jaś ręka potrzą­śnie nią i zbu­dzi z kosz­mar­ne­go snu.

Bo ten kosz­mar dzie­je się napraw­dę. I jest tyl­ko jed­na oso­ba, któ­ra w ogó­le wie, gdzie ona się teraz znaj­du­je. Ten, kto jej to zro­bił. Jest naj­zu­peł­niej pew­na, że tą oso­bą jest męż­czy­zna. I nie jest pew­na, czy rze­czy­wi­ście chce, aby on tu wró­cił.

Nagle zda­je sobie spra­wę, że ten męż­czy­zna to prze­cież jej jedy­na szan­sa. Jeśli on nie zja­wi się tu ponow­nie, cze­ka ją… pew­na śmierć. Śmierć z pra­gnie­nia. Śmierć gło­do­wa. Albo też zgi­nie pożar­ta przez jakieś zwie­rzę­ta, któ­re wcze­śniej czy póź­niej zawę­dru­ją tu i natkną się na han­gar. Kuny. Szczu­ry. Może jakiś zabłą­ka­ny lis. Albo bez­pań­ski pies.

To nie­zno­śne koła­ta­nie w gło­wie nasi­li­ło się już do tego stop­nia, że zno­wu ogar­nia ją panicz­ny lęk przed utra­tą świa­do­mo­ści. Despe­rac­ko usi­łu­je zigno­ro­wać ból i sku­pić całą uwa­gę na czymś innym. Na jakimś imie­niu. Nazwie miej­sco­wo­ści. Na dacie i miej­scu uro­dze­nia. Ma metr sześć­dzie­siąt dzie­więć wzro­stu, waży pięć­dzie­siąt osiem kilo­gra­mów, jest blon­dyn­ką, ma sza­re oczy, żad­nych zna­ków szcze­gól­nych, ulu­bio­ne danie to laza­nia, ulu­bio­ny tru­nek whi­skey sour, ulu­bio­ny aktor Colin Far­rell, ulu­bio­na aktor­ka Pene­lo­pe Cruz, ulu­bio­ne zespo­ły muzycz­ne Snow Patrol, Arc­tic Mon­keys, Razi­ka. W tej kolej­no­ści. Nie, naj­pierw Arc­tic Mon­keys, po nich Snow Patrol. Wszyst­ko jed­no – przy­wo­łu­je się do porząd­ku – prze­cież to nie­waż­ne, cho­dzi o to, aby nie dać się tej postę­pu­ją­cej nie­mo­cy, nie prze­sta­wać z nią wal­czyć. A więc dalej. Lubi poezję Syl­wii Plath. I nigdy nie zro­zu­mie, jak ktoś mógł kie­dy­kol­wiek uznać Peer Gyn­ta za wiel­ką lite­ra­tu­rę. Jakiś czas temu wygło­si­ła refe­rat na temat tego dra­ma­tu, utrzy­mu­jąc przy tym, że Peer Gynt cho­dził zapew­ne cały­mi dnia­mi naćpa­ny, od rana do wie­czo­ra. I nadal jest prze­ko­na­na, że mia­ła pod tym wzglę­dem rację… Dalej! Aktu­al­nie nie ma sta­łe­go part­ne­ra, ale miesz­ka z cęt­ko­wa­nym kotem, któ­re­go nie­daw­no przy­gar­nę­ła i któ­re­mu musi jesz­cze zna­leźć jakieś imię. Zimą relak­so­wa­ła się w szwedz­kim ośrod­ku nar­ciar­skim Idre Fjäll, a ostat­nie lato spę­dzi­ła we Fran­cji nad Atlan­ty­kiem. W miej­sco­wo­ści o nazwie…

Jakoś na H… Zno­wu ogar­nia ją pani­ka, bo nie potra­fi sobie przy­po­mnieć nazwy tej miej­sco­wo­ści. Na pół­noc od Biar­ritz… jed­na miej­sco­wość to Cap­bre­ton, a… Hos­se­gor! No wła­śnie! Tok myśli ury­wa się rap­tow­nie, a ona widzi teraz sie­bie samą jak na fil­mie. Znaj­du­je się na jakiejś klat­ce scho­do­wej, za nią roz­le­ga­ją się nagle czy­jeś kro­ki, widzi cień, sil­ne ramię chwy­ta jak w klesz­cze jej gło­wę, odci­na­jąc dopływ powie­trza, jed­no­cze­śnie dłoń przy­ci­ska jej do twa­rzy jakąś szma­tę czy chust­kę, a potem… Nie wie, co potem. Nic nie pamię­ta, nie może sobie przy­po­mnieć, co było dalej.

Nadal doku­cza jej ziąb. I nadal chce jej się sikać. Koła­ta­nie w gło­wie prze­ro­dzi­ło się w usta­wicz­ny ból, któ­ry pul­su­ją­cą falą roz­cho­dzi się teraz po ramio­nach i pier­siach, zapa­la­jąc pod powie­ka­mi jaskra­we bły­ski świa­tła, gdy tyl­ko zamy­ka oczy. Nie czu­je już rąk ani nóg, tak jak­by prze­sta­ły być czę­ścią jej cia­ła. Miej­sca na twa­rzy, gdzie ugryzł ją komar, swę­dzą nie­mi­ło­sier­nie.

Jak dłu­go tu leży? Ile upły­nę­ło cza­su? Nie ma zie­lo­ne­go poję­cia. W każ­dym razie smu­ga świa­tła pod drzwia­mi zdą­ży­ła posza­rzeć, pusz­ka po far­bie, stół i sieć rybac­ka led­wo już maja­czą w ciem­no­ści. Pró­bu­je liczyć. Jest lato, dni są dłu­gie, słoń­ce zacho­dzi dopie­ro oko­ło pół­no­cy. Kie­dy zosta­ła uśpio­na, było wcze­sne popo­łu­dnie, a więc musia­ło minąć co naj­mniej sie­dem godzin, odkąd tu leży, może nawet wię­cej.

Hos­se­gor, powta­rza sobie nie­ocze­ki­wa­nie w myślach, tak jak­by mia­ło jakie­kol­wiek zna­cze­nie, czy uda jej się zacho­wać tę nazwę w pamię­ci, czy też nie. Tam­ta dro­ga na pla­żę wio­dą­ca przez doli­nę usia­ną wydma­mi, gorą­ce roz­dy­go­ta­ne powie­trze i… Pamięć pod­su­wa jej rap­tem inną sce­nę: oto ktoś znie­nac­ka przy­cią­ga ją do sie­bie… jego chry­pli­wy szept… jego skó­ra, lep­ka od potu… dło­nie na jej cie­le, usta na jej wło­sach, szyi, powo­li scho­dzą niżej, suną po jej pier­siach, po brzu­chu…

Musia­ła przy­snąć na krót­ko. Zapaść w drzem­kę, jak­by w uciecz­ce przed świa­tem, któ­ry nie może być real­ny. Kie­dy sły­szy zgrzyt klu­cza prze­krę­ca­ne­go w zam­ku, nie zda­je sobie w pierw­szej chwi­li spra­wy z tego, gdzie jest. W następ­nym momen­cie ośle­pia ją jaskra­wy snop świa­tła latar­ki skie­ro­wa­nej pro­sto w jej twarz. A jed­nak on wró­cił, przy­cho­dzi jej na myśl. Trze­ba się ode­zwać, powie­dzieć coś. On musi udzie­lić mi odpo­wie­dzi, wyja­śnić, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Nie może jed­nak wydo­być z sie­bie gło­su, jedy­nie jej oddech ule­ga przy­śpie­sze­niu – sama sły­szy wyraź­nie, jak zie­je.

Męż­czy­zna nachy­la się nad nią, a ona dostrze­ga, choć nie­zbyt wyraź­nie, maskę na jego twa­rzy. Czer­wo­na czap­ka z pom­po­nem, bul­wia­sty nos, krza­cza­ste brwi, poma­lo­wa­ne na bia­ło. Bia­ła pla­sti­ko­wa bro­da, taka jak u jar­marcz­nych kukie­łek. Kra­snal, przy­cho­dzi jej rap­tem na myśl. Kra­snal z baj­ki.

Kra­snal przy­ty­ka jej do ust butel­kę z wodą, a ona pije tak łap­czy­wie, że więk­szość pły­nu ście­ka po pod­bród­ku na porwa­ny T-shirt. Krztu­si się, nie może opa­no­wać nagłe­go kasz­lu, mimo­wol­nie odda­je przy tym mocz i odczu­wa ulgę, ale tyl­ko przez moment. Bo oto pro­mień świa­tła wędru­je po jej cie­le, a głos zza maski mówi cicho:

– Zafaj­da­na świ­nia!

– Prze­pra­szam… – uda­je jej się wykrztu­sić. – Ale…

Kra­snal uno­si dłoń na znak, że nie chce słu­chać jej tłu­ma­cze­nia. Na kciu­ku nosi srebr­ny sygnet z jakimś wymyśl­nym gra­we­run­kiem, zapew­ne cel­tyc­kim. Prze­gub ręki zdo­bio­ny jest tatu­ażem, któ­ry przy­wo­dzi jej na myśl trum­nę: jakiś pro­sto­kąt z krzy­żem. Z oglą­da­nych pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych zapa­mię­ta­ła, że tego typu infor­ma­cje mogą się oka­zać bar­dzo waż­ne. Kra­snal ze srebr­nym sygne­tem na pal­cu i tatu­ażem na prze­gu­bie ręki. Nie, nie kra­snal, ale jakiś typ w masce kra­sna­la, popra­wia się w duchu. To prze­cież róż­ni­ca.

Kra­snal bie­rze teraz do ręki nóż i prze­ci­na jej wię­zy na nogach. Sta­ra się przy tym usil­nie nie dotknąć mokrych miejsc na jej cie­le. Tak jak­by musiał się zma­gać z sil­nym uczu­ciem wstrę­tu.

Następ­nie prze­ci­na taśmę na nad­garst­kach, a ona zaczy­na odczu­wać wyraź­nie mro­wie­nie w pal­cach, do któ­rych ponow­nie dopły­wa krew.

Zala­tu­je od nie­go piwem i czymś jesz­cze. Potem! Czuć też jakiś tani dez­odo­rant.

Poma­ga jej wstać i przez chwi­lę musi ją pod­trzy­my­wać, dopó­ki nie zdo­ła sama utrzy­mać rów­no­wa­gi.

Nie­ocze­ki­wa­nie przy­ci­ska jej do ust ostrze noża.

– Niech ci przy­pad­kiem nie przyj­dzie do gło­wy krzy­czeć – mam­ro­cze pod nosem. I natych­miast doda­je: – Zresz­tą i tak nic by to nie dało. Tu nikt cię nie usły­szy. Zamek jest dale­ko stąd, za sied­mio­ma góra­mi i sied­mio­ma rze­ka­mi, a twój ksią­żę zna­lazł już sobie inną oblu­bie­ni­cę. Nie zja­wi się, żeby pośpie­szyć ci z pomo­cą.

Wyglą­da chy­ba na to, że zamie­rza ura­czyć ją jakąś baj­ką…

– Prze­stań! – Jej szept brzmi nadal ochry­ple. – Bła­gam, powiedz mi tyl­ko, cze­go chcesz. Nie wiem, kim jesteś. Nie zro­bi­łam ci nic złe­go. Dla­cze­go…

– Masz słu­chać, co mówię – prze­ry­wa jej. – I nie zada­wać żad­nych pytań. Tyl­ko słu­chać. Zada­wa­nie pytań nic ci nie da. – Sta­je za jej ple­ca­mi i wypy­cha ją na zewnątrz.

Zapadł już pra­wie zmrok, ale księ­życ oble­wa całą oko­li­cę zim­nym, jakimś nie­rze­czy­wi­stym bla­skiem. Nie­co bar­dziej na pra­wo stoi zanie­dba­na altan­ka. Drew­nia­na kład­ka pro­wa­dzi poprzez gęste sito­wie nad wodę. Lśnią­ce gła­zy spo­czy­wa­ją na dnie zato­ki, widzi je jako czar­ne cie­nie, w odda­li wyda­je się prze­zie­rać jasny zarys linii kipie­li.

– Cze­go ode mnie chcesz? – wykrztu­sza z trwo­gą, kie­dy męż­czy­zna, trzy­ma­jąc ją moc­no za ramię, a w dru­giej ręce nadal ści­ska­jąc nóż, przy­pro­wa­dza ją na koniec kład­ki.

Jest wyso­ki, co naj­mniej o gło­wę wyż­szy od niej i poru­sza się z kocią zwin­no­ścią, co ozna­cza, że jest wyspor­to­wa­ny. Mło­dy, nie­wie­le star­szy ode mnie, przy­cho­dzi jej na myśl. Jego głos jest jej cał­ko­wi­cie nie­zna­ny. Ale to wra­że­nie może być myl­ne. Maska zmie­nia prze­cież głos. Ta idio­tycz­na maska potę­gu­je też zresz­tą jej strach, bar­dziej niż sam nóż.

– Cze­go ode mnie chcesz? – powta­rza, uświa­da­mia­jąc sobie, że głos jej drży.

– Teraz nauczysz się pły­wać – odpo­wia­da męż­czy­zna. – Sio­strzycz­ka musi umieć pły­wać, w prze­ciw­nym razie uto­nie. Roz­bie­raj się! – rzu­ca roz­ka­zu­ją­cym tonem.

– Co takie­go? Po co? Nie chcę, ja…

– Roz­bie­raj się!

Ostrze noża wska­zu­je teraz na jej teni­sów­ki.

Nachy­lo­na, trzę­są­cy­mi się ręka­mi roz­wią­zu­je sznu­ro­wa­dła i po chwi­li czu­je pod sto­pa­mi chłod­ny dotyk zmur­sza­łych desek kład­ki.

Ostrze noża wędru­je po jej nogach w górę, do skra­ju spód­ni­cy, któ­rą wła­śnie śpiesz­nie pod­cią­gnę­ła na uda.

– Dalej!

Nie­ła­two zdjąć tę obci­słą spód­ni­cę. Zno­wu dostrze­ga mokre pla­my na ubra­niu i uświa­da­mia sobie, że zaczer­wie­ni­ła się ze wsty­du.

– Dalej!

Zaczy­na ścią­gać przez gło­wę T-shirt i dostrze­ga, że męż­czy­zna patrzy na sta­nik, pod któ­rym odzna­cza­ją się wyraź­nie stward­nia­łe od zim­na sut­ki.

– Cze­go chcesz? – wyrzu­ca z sie­bie ponow­nie, czu­jąc, jak po twa­rzy ciek­ną jej łzy.

Męż­czy­zna nie odpo­wia­da, ale ona widzi, że nóż w jego dło­ni drży lek­ko.

Się­ga ręko­ma za sie­bie, aby roz­piąć sta­nik.

– Nie, zostaw! – sły­szy spod maski jego zmie­nio­ny, jak­by zdy­sza­ny głos. – Wystar­czy.

Jed­no­cze­śnie chwy­ta ją obu­rącz i popy­cha moc­no, a ona zata­cza się w tył i spa­da z kład­ki. Sły­szy jesz­cze jego okrzyk: – Płyń! – i momen­tal­nie pochła­nia ją woda. Instynk­tow­nie zaczy­na gorącz­ko­wo machać ręka­mi i noga­mi, dopó­ki nie wypły­wa na powierzch­nię.

Przez krót­ką chwi­lę widzi nad sobą jego cień na kład­ce. Potem zno­wu ośle­pia ją snop świa­tła latar­ki.

– Płyń! Poka­żę ci dokąd!

Odwra­ca się więc i pły­nie posłusz­nie w kie­run­ku wska­zy­wa­nym przez latar­kę. Jakieś wodo­ro­sty ocie­ra­ją się o jej nogi. Pocie­sza­ją­ce jest to, że chłód wody łago­dzi swę­dze­nie, pamiąt­kę po ugry­zie­niu koma­ra. Kie­dy zanu­rza w niej twarz na nie­co dłu­żej, niż wyma­ga tego wła­ści­wa kolej­ność ruchów, docie­ra do niej zno­wu jego krzyk: – Płyń! Masz pły­nąć!

Im bar­dziej odda­la się od brze­gu, tym chłod­niej­sza sta­je się woda. Czu­je już, jak mię­śnie zaczy­na­ją odma­wiać jej posłu­szeń­stwa. Pró­bu­je zacho­wać kon­tro­lę nad odde­chem i odna­leźć odpo­wied­ni rytm. Od naj­bliż­szej wysep­ki dzie­li ją jakieś sto metrów, z pew­no­ścią nie wię­cej. A tyle wła­śnie wyno­sił dystans na uni­wer­sy­tec­kich zawo­dach pły­wac­kich; poko­na­ła go wte­dy w cią­gu minu­ty i dwu­dzie­stu sied­miu sekund.

Snop świa­tła latar­ki już jej nie dosię­ga, ale woli się nie odwra­cać, aby spraw­dzić, czy męż­czy­zna stoi nadal na pomo­ście. Ska­ły ster­czą­ce z wody wzno­szą się przed nią niczym mrocz­na ścia­na.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy