Aktualności

Historia awanturnika, który pokochał Polskę już w księgarniach

odyseja_1200x900_1

Adrian Car­ton de Wiart jest uzna­wany za jed­nego z naj­od­waż­niej­szy ludzi XX wieku. Ranny kil­ka­dzie­siąt razy wete­ran wszyst­kich moż­li­wych wojen. Stra­cił oko, rękę, zła­mał krę­go­słup, a palce dłoni sam odciął sobie z bólu. Nigdy nie zdał woj­sko­wych egza­mi­nów, dwu­krot­nie roz­bił pilo­to­wany samo­lot i uciekł z wło­skiej nie­woli. W Chi­nach był doradcą Czang Kaj-szeka, z fiń­skim mar­szał­kiem Man­ner­he­imem sekun­do­wał w poje­dynku, a za przy­ja­ciela uzna­wali go Win­ston Chur­chill, Char­les de Gaulle i Józef Pił­sud­ski.

Tak o nim pisze Mał­go­rzata Szej­nert:

Bry­tyj­ski gene­rał, ary­sto­krata, przy­ja­ciel Chur­chilla, świa­dek Bitwy War­szaw­skiej, miło­śnik i prze­ni­kliwy kry­tyk Pola­ków, spę­dził wiele lat na bagnach pole­skich. Jaka pasja go tam przy­wio­dła? Auto­bio­gra­fia sza­lo­nego wojow­nika naresz­cie w Pol­sce.

Zafa­scy­no­wany pię­cioma pol­skimi woj­nami naraz przy­był nad Wisłę w 1920 roku. W Lon­dy­nie słusz­nie uznano, że naj­le­piej zro­zu­mie pol­ską men­tal­ność. Miał wró­cić po trzech tygo­dniach, został na kolej­nych dwa­dzie­ścia lat. Do jego samotni na pole­skich mokra­dłach można było dotrzeć jedy­nie łódką. Tam, wśród dzi­kich zwie­rząt i chło­pów obci­na­ją­cych paznok­cie sie­kierą, zastał go wrze­sień 1939 roku…

O tym twar­dzieli wspo­mina też Zie­mo­wit Szcze­rek:

De Wiart, w każ­dym razie, jest świad­kiem gigan­tycz­nego kawałka naszej histo­rii. Warto prze­czy­tać.

oraz Piotr Zycho­wicz:

Zawsze zasta­na­wia­łem się dla­czego wspo­mnie­nia gene­rała de Wiarta nie zostały wydane w naszym kraju. Teraz wresz­cie pol­ski czy­tel­nik będzie mógł poznać losy słyn­nego bry­tyj­skiego poszu­ki­wa­cza przy­gód, który osiadł na odcię­tej od świata wysepce na bagnach Pole­sia. Ta bra­wu­rowo napi­sana książka to praw­dziwy strzał w dzie­siątkę!

My Was zapra­szamy do lek­tury frag­mentu książki który znaj­dzie­cie poni­żej:

Słowo wstępne

Rad jestem, że mój drogi, stary przy­ja­ciel, gene­rał Sir Adrian Car­ton de Wiart, napi­sał tę książkę. Znam go od wielu lat; w cza­sie ostat­niej wojny mogłem mu ufać bez zastrze­żeń, wysoko oce­niam jego roz­wagę i służbę zarówno w kam­pa­nii nor­we­skiej, jak i w cza­sie, gdy był moim przed­stawicielem przy gene­rale Czang Kaj-szeku. Gene­rał Car­ton de Wiart był wie­lo­krot­nie odzna­czany za walecz­ność na polu walki oraz służbę dla swo­jego kraju, a w 1916 roku otrzy­mał Krzyż Wik­to­rii. Pomimo wielu ran i cięż­kich kon­tuzji zawsze wiódł ener­giczne, barwne i poży­teczne życie. Sta­nowi wzór rycer­sko­ści i honoru – jestem pewien, że jego opo­wieść zain­te­re­suje wszyst­kich, któ­rym bli­skie są czyny i myśli tego szla­chet­nego bry­tyj­skiego oficera i patrioty.

Win­ston S. Chur­chill

Przedmowa

Od kilku już lat moi przy­ja­ciele suge­ro­wali, że po­winienem spi­sać histo­rię swo­jego życia. Zawsze odpo­wiadałem: „Broń Boże!”. Sądzili, że moje życie musiało obfito­wać w przy­gody. Ja oce­nił­bym je raczej jako splot nie­szczęśliwych wypad­ków. Naj­bar­dziej nie­zwy­kłe w tym wszyst­kim wydaje mi się to, że je wszyst­kie prze­trwa­łem. Wsze­lako groźny wypa­dek, któ­rego dozna­łem wyjeżdża­jąc z Chin, oraz poczu­cie, że być może nie będę już mógł cho­dzić, spo­wo­do­wały, że posta­no­wi­łem się­gnąć pamię­cią do minio­nych lat i pod­jąć próbę spi­sa­nia tego, co zdo­łam z niej wydo­być. Ponie­waż nigdy nie pro­wa­dzi­łem dzien­nika, mogą się zda­rzyć pomyłki w dato­wa­niu, za które z góry prze­pra­szam. To wspo­mnie­nia czło­wieka, któ­remu sprzy­jał los – nie aspi­rują one do roli rela­cji o dzie­jach mi­litarnych czy poli­tycz­nych. Jakiś czas temu uba­wi­łem się set­nie, czy­ta­jąc w „Pun­chu”, że liczba wyda­wa­nych wojen­nych memu­arów nie­zbi­cie świad­czy o tym, że gene­ra­ło­wie są gotowi sprze­dać swoje życie tak samo chęt­nie w cza­sie pokoju, jak pod­czas wojny. Myślę, że oprócz wspo­mnia­nej moty­wa­cji kie­ruję się rów­nież sło­wami Lind­saya Gor­dona, które zawsze były mi bli­skie:
„Jeden z poetów, nie wiem, który, Tu czy tam śpiewa z prze­ko­na­niem,
Że spo­śród smut­ków naj­smut­niej­sze Jest lep­szych cza­sów wspo­mi­na­nie. Co spo­śród smut­ków naj­smut­niej­sze Być może, nie wiem; lecz wiem tyle: Roz­świe­tla czas obecny ten, Kto dziś wspo­mina czasy byłe”.

Rozdział I
Belgia, Anglia, Oxford

Moje nad­zwy­czaj uroz­ma­icone dzie­ciń­stwo oraz mie­szane pocho­dze­nie są naj­pew­niej powo­dem, dla któ­rego po­siadłem uży­teczny dar zapusz­cza­nia korzeni we wszyst­kich miej­scach, do któ­rych zapro­wa­dził mnie los. Uro­dzi­łem się w Bruk­seli jako Belg. Ojciec był wzię­tym praw­ni­kiem. Z kolei irlandz­kiej babci zawdzię­czam nie­wielką domieszkę bry­tyj­skiej krwi pły­nącą w żyłach. Nie pamię­tam niczego z mojego wcze­snego dzie­ciń­stwa; naj­wy­raź­niej obszerny, nakroch­ma­lony far­tuch mojej mamki zasła­niał mi cały wi­dok na świat. Moim pierw­szym praw­dzi­wym wspomnie­niem jest Alek­san­dria, dokąd rodzice zabrali mnie, kiedy mia­łem trzy lata. Wciąż mam przed oczami wzno­szące się nie­spo­koj­nie ku niebu pło­mie­nie, ostrze­ga­jące przed strasz­liwym zagro­że­niem – cho­lerą. Potem prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Anglii, która pozo­sta­wiła w mojej pamięci rozmaza­ne wspo­mnie­nie sen­nego, wiej­skiego kra­jo­brazu hrab­stwa Sur­rey, gdzie zosta­łem prze­isto­czony w małego Anglika, nauczy­łem się mówić po fran­cu­sku z wyraź­nym angiel­skim akcen­tem i gdzie naresz­cie udało mi się prze­ko­nać rodzi­ców do zamiany mojej pli­so­wa­nej spód­niczki i marynar­skiego kape­lu­sza na bar­dziej męski strój.
Mia­łem sześć lat, kiedy umarła moja matka. Ojciec posta­nowił wów­czas porzu­cić Europę i prze­pro­wa­dzić się do Ka­iru, gdzie zamie­rzał zająć się pra­wem mię­dzy­na­ro­do­wym.
Przy­je­chała tam rów­nież sio­stra mojego ojca wraz ze swo­ją rodziną, aby zaopie­ko­wać się nami, a także popra­co­wać nad moim fran­cu­skim akcen­tem.
Moje życie doznało nie lada zawi­ro­wa­nia, gdy w 1888 roku ojciec poznał i poślu­bił Angielkę, która dotrzy­my­wała to­warzystwa pew­nej turec­kiej księż­niczce w jej podróży za­granicznej. Moim dzie­cię­cym oczom wyda­wała się bar­dzo piękna, miała jed­nak mnó­stwo rygo­ry­stycz­nych zasad, które uwy­pu­klała jesz­cze sta­now­czość i wybu­chowe usposobie­nie. Wszy­scy krewni ojca musieli opu­ścić dom, ja zyska­łem przy­wi­leje wła­ściwe angiel­skiemu wycho­wa­niu – odro­binę bez­cen­nej swo­body oraz zachętę do upra­wia­nia sportu, któ­ry oka­zał się moją pierw­szą i nie­zmienną namięt­no­ścią.
Wcze­śniej pozwa­lano mi jeź­dzić na osiołku, zazwy­czaj wie­dzio­nym przez kogoś ze służby, teraz zaś sta­łem się właś­cicielem kuca, kuca do gry w polo. Zwie­rzę byłoby dosko­nałe, gdyby nie szpe­cił go pewien strasz­li­wie wsty­dliwy detal – szczu­rzy ogon. Miej­scowy foto­graf musiał być czło­wie­kiem nad­zwy­czaj domyśl­nym, ponie­waż gdy przy­je­chał zro­bić mi zdję­cie na moim rumaku, wyczuł moje zaże­no­wa­nie i życzli­wie przy­dał kucowi na pocze­ka­niu impo­nu­jący ogon.
Jesz­cze jeden pre­zent dał począ­tek mojej karie­rze sporto­wej. Była to nie­wielka, odtyl­cowo łado­wana strzelba – Flo­bert, przy pomocy któ­rej nęka­łem nie­szczę­sne egip­skie wró­ble.
W tym cza­sie zna­łem już trzy języki: fran­cu­ski, angiel­ski i arab­ski. Gdy jed­nak moja wło­ska guwer­nantka zaczęła mnie gnę­bić nauką jej ojczy­stej mowy, uzna­łem to za prze­sadę i pod­nio­słem bunt. Odwza­jem­niała moją anty­pa­tię, a ponie­waż nie miała auto­ry­tetu, więc jej rządy nie potrwa­ły długo. Następ­nie posłano mnie do szkoły pro­wa­dzo­nej przez fran­cu­skich księży, war­tej wspo­mnie­nia tylko dlate­go, że mogłem tam bez prze­szkód codzien­nie dosia­dać mo­jego rumaka.
W ówcze­snym Egip­cie, w któ­rym stale sza­lały roz­ma­ite zarazy, dzieci miały raczej nikłe szanse na prze­ży­cie. Cią­głe cho­roby zmu­siły mnie w końcu do porzu­ce­nia szkoły. Tra­fiłem w ręce nie­udol­nego guwer­nanta.
Nadej­ście lata przy­nio­sło mi jesz­cze wię­cej swo­body, po­nieważ ojciec wyna­jął dom nad morzem w Ram­leh nie­da­leko Alek­san­drii. Moja maco­cha ujaw­niła tam praw­dziwy talent instruk­torki pły­wa­nia – jej wyjąt­kowo sku­teczna metoda po­legała po pro­stu na wrzu­ce­niu mnie na głę­boką wodę.
Resztę moich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa wypełniająćwi­czenia w maleń­kiej sali gim­na­stycz­nej zbu­do­wa­nej w ogro­dzie, natrętny zwy­czaj łapa­nia żab oraz zami­ło­wa­nie do defilad, parad i wszyst­kiego, co wią­zało się z woj­skiem. Moje życie było zbyt samotne i dys­tyn­go­wane, abym mógł je nazwać praw­dzi­wie szczę­śli­wym – nie zazna­łem atmo­sfery poko­iku dzie­cin­nego, pulch­nej, uro­czej niani ani grza­nek z masłem na śnia­da­nie czy her­baty na pod­wie­czo­rek.
W tym cza­sie ojciec z powo­dze­niem kon­ty­nu­ował swoją karierę praw­ni­czą, sta­jąc się jedną z naj­więk­szych lokal­nych oso­bi­sto­ści. Póź­niej przy­jęto go do angiel­skiej pale­stry i został natu­ra­li­zo­wa­nym pod­da­nym bry­tyj­skim. Zmia­na oby­wa­tel­stwa zapewne spo­wo­do­wana była inte­re­sami zawo­do­wymi, bo mimo że ukoń­czył Sto­ny­hurst Col­lege w Anglii, to zawsze robił na mnie wra­że­nie cudzo­ziemca i wiem, że w duchu pozo­stał Bel­giem. Ojciec był wysoki, zadbany, inte­li­gentny i pra­co­wity, a także nad­zwy­czaj wiel­koduszny. Miał dwie cechy, które kłó­ciły się z jego prawni­czym powo­ła­niem: naiw­nie wie­rzył w czło­wieka i nikogo nie dys­kry­mi­no­wał. Był abso­lut­nie nie­po­radny: nie potrafił się nawet ogo­lić, a co dopiero zawią­zać sznu­ro­wa­dła – i po nim wła­śnie odzie­dzi­czy­łem bar­dzo nie­po­ręczny: zwy­czaj kupo­wa­nia wszyst­kiego tuzi­nami. Podzi­wia­łem go i szano­wałem, ale mimo naszych dobrych rela­cji nigdy nie sta­li­śmy się sobie bar­dzo bli­scy. Nasze zain­te­re­so­wa­nia pozo­sta­wały zbyt odle­głe, aby­śmy mogli się naprawdę dobrze rozu­mieć. Pod­czas gdy ojciec pre­fe­ro­wał ciężką pracę w gabi­ne­cie i zaci­sze domowe, ja wola­łem leniu­cho­wać i uwiel­bia­łem prze­by­wać na świe­żym powie­trzu.
Nie­wąt­pli­wie za namową mojej maco­chy ojciec posta­nowił posłać mnie do szkoły w Anglii. W 1891 roku od­prawiono mnie do Ora­tory School w Edg­ba­ston nie­da­leko Bir­ming­ham. Z mie­sza­nym uczu­ciem dumy i nie­po­koju wyru­szy­łem w nie­znane.
Na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w prze­cięt­nej szko­le publicz­nej pano­wały dość nie­cie­kawe warunki. Jedze­nie było marne, dys­cy­plina surowa, a do tego starsi ucznio­wie znę­cali się nad młod­szymi. Angiel­ski chło­pak, który prze­szedł już swoje w pod­sta­wówce, odbie­rał te szy­kany jako coś nie­zbyt przy­jem­nego, ale zara­zem oczy­wi­stego. Na ma­łym Belgu, który czuł się tam, a pew­nie także wyglą­dał, jak mała obca istota, wywie­rało to dru­zgo­cące wra­że­nie.
Cudzo­ziem­ców rzadko wita się w bry­tyj­skich szko­łach z otwar­tymi ramio­nami. Trak­to­wani są podejrz­li­wie, dopó­ki nie dowiodą, że potrafią zaadap­to­wać się do angiel­skiej tra­dy­cji i zwy­cza­jów. Wcze­śniej muszą bez słowa sprzeci­wu, a nawet z pozo­rami apro­baty zno­sić różne dzi­waczne poni­że­nia. Na szczę­ście oka­za­łem się wystar­cza­jąco twar­dy, a przy tym odkry­łem w sobie pasję i natu­ralny pociąg do tych angiel­skich gie­rek. Był to dobry spo­sób na zdoby­cie popu­lar­no­ści i nawet wyba­czono mi obce pocho­dze­nie,
o któ­rym zresztą rychło zapo­mniano.
Fun­da­to­rem mojej szkoły był kar­dy­nał New­man. Za moich cza­sów uczyło się w niej tylko stu chłop­ców; według mnie było nas sta­now­czo za mało. W póź­niej­szych latach bar­dzo rzadko zda­rzało mi się spo­tkać kolegę ze szkol­nej ławy.
Po kilku latach polu­bi­łem tę szkołę. Minęły czasy, kiedy się nade mną znę­cano, naukę ogra­ni­cza­łem do nie­zbęd­nego mini­mum, za to udzie­la­łem się we wszyst­kich zawo­dach spor­to­wych. W końcu zosta­łem kapi­ta­nem szkol­nej druży­ny fut­bo­lo­wej i kry­kieta. Wygra­łem tur­nieje w kometkę, te­nisa oraz w bilard i czu­łem, że świat należy do mnie.
Wbrew mnie­ma­niu cudzo­ziem­ców, a także nie­ma­łej licz­by Angli­ków sta­now­czo uwa­żam, że sport odgrywa niesły­chanie ważną rolę w wycho­wa­niu chłop­ców. Sport na wiele spo­so­bów pomaga w kształ­to­wa­niu cha­rak­teru, a przede wszyst­kim uczy współ­ży­cia w gru­pie i postę­po­wa­nia z ludź­mi w wieku doro­słym, co z pew­no­ścią jest bar­dzo przy­datną życiową umie­jęt­no­ścią.
Waka­cje dzie­li­łem pomię­dzy bel­gijskich kuzy­nów a nie­których szkol­nych kole­gów w Anglii.
W Bel­gii mam mnó­stwo krew­nych, ale naj­bliż­szymi i naj­droższymi dla mnie byli i nadal są moi dwaj kuzyni ró­wieśnicy, a współ­cze­śnie – znane oso­bi­sto­ści. Hra­bia Henri Car­ton de Wiart był pre­mie­rem rządu Bel­gii, a baron Edmond Car­ton de Wiart peł­nił przez pewien czas funk­cję sekre­ta­rza ds. poli­tycz­nych króla Leopolda II, zaś obec­nie jest dyrek­torem „La Societé Générale de Bel­gi­que”. Mieli wiele wspa­niałych posia­dło­ści, z któ­rych naj­bar­dziej lubi­łem Hasti­ères w Arde­nach, gdzie spę­dza­łem lato nad rzeką, na gór­skich wędrów­kach lub jak wszy­scy chłopcy w tym wieku – na bój­kach z rówie­śni­kami. Jedno wyda­rze­nie bole­śnie utkwiło mi w pamięci. Pod­czas świąt Bożego Naro­dze­nia jeź­dzi­łem na łyż­wach po zamar­z­nię­tym sta­wie na pery­fe­riach Bruk­seli, kiedy z pobli­skiego lasu dobiegł mnie huk wystrzału. Pobie­gem w tym kie­runku i napo­tka­łem mar­twego mężczy­znę, z rewol­we­rem w dłoni. Roz­chy­lone poły palta odkry­wały koszulę, z osma­loną pro­chem prze­strze­liną w miej­scu, które prze­szył pocisk. Pierw­szy raz naocz­nie zetkną­łem się ze śmier­cią, na doda­tek samo­bój­czą. Widok ten prze­śladował mnie póź­niej nocami – z pew­no­ścią nie uła­twiał poko­na­nia lęku przed ciem­no­ścią, któ­rego do dziś się nie pozby­łem.
W tym cza­sie już wła­ści­wie nie róż­ni­łem się od powściąg­liwych bry­tyj­skich chłop­ców, przez co wylewne uści­ski moich kon­ty­nen­tal­nych krew­nych nie­zmien­nie wpra­wiały mnie w zakło­po­ta­nie. Powi­nie­nem był się z tym oswoić – wszak był to jedy­nie naro­dowy oby­czaj – ale mimo wszyst­ko czu­łem się idio­tycz­nie.
W 1897 roku posta­no­wiono posłać mnie na Oxford i w przy­pływie opty­mi­zmu zapi­sano do Bal­liol Col­lege. Zlek­ce­wa­ży­łem egza­miny i prze­ży­łem dość przy­kry zawód, gdy za pierw­szym podej­ściem nie dosta­łem się do Smalls. Jed­nak pod­czas dru­giego podej­ścia wła­dze szkoły oka­zały mi wię­cej przy­chyl­no­ści i z małym opóź­nie­niem, na sku­tek upadku z konia, w stycz­niu roz­po­czą­łem naukę.
Po przy­ję­ciu do Bal­liol sądzi­łem, że dobre spra­wo­wa­nie w Smalls umoż­liwi mi spo­koj­nie prze­trwać seme­str lub dwa. Modli­łem się o pomyślny sezon kry­kieta i snu­łem plany na naj­bliż­sze trzy, cztery przy­jemne lata, zwień­czone być może wystę­pami w bar­wach uczel­nia­nej dru­żyny Blue.
Żyli­śmy dostat­nio, mie­li­śmy wyro­zu­mia­łych rodzi­ców, któ­rym nabija­li­śmy nie­bo­tyczne rachunki, i nauczy­li­śmy się odróż­niać dobre wino od sika­cza. Nie udało się nam jesz­cze zakosz­to­wać sła­bo­ści do kobiet, bowiem w tym cza­sie nie miały one wstępu na uni­wer­sy­tety.
Sta­no­wi­li­śmy amal­ga­mat mózgow­ców i mię­śnia­ków, i mimo że wielu spo­śród moich ówcze­snych kole­gów zrobi­ło karierę w Kościele, poli­tyce i sztuce, to wów­czas ocenia­łem ich przez pry­zmat suk­ce­sów w spo­rcie i umie­jęt­no­ści roz­po­zna­nia dobrego Bur­gunda, pozo­sta­jąc nie­czu­łym na gim­na­stykę ich umy­słów.
Seme­str letni przy­niósł mi spore suk­cesy w kry­kie­cie i zara­zem oka­zał się kata­strofą na polu nauki. Stu­dio­wa­łem prawo, sta­ra­jąc się speł­nić ojcow­skie marze­nie, lecz obla­łem pod­sta­wowe egza­miny. Uzna­łem, że moja kariera uni­wersytecka w Oxfor­dzie ma się ku koń­cowi, i zapra­gną­łem wstą­pić do Legii Cudzo­ziem­skiej – roman­tycz­nego przytu­liska dla nie­udacz­ni­ków. Jed­nak Bal­liol po raz wtóry oka­zał mi wspa­nia­ło­myśl­ność i w paź­dzier­niku pozwo­lił wró­cić na uczel­nię. Nie­spo­dzie­wa­nie doszły do nas wie­ści o wy­darzeniach w Afryce Połu­dnio­wej – wybuch wojny bur­skiej miło­sier­nie roz­strzy­gnął moje dyle­maty.
W tam­tej chwili na zawsze zro­zu­mia­łem, że wojaczkę mam we krwi. Byłem zde­cy­do­wany wal­czyć – wszystko jedno z kim lub o co. Nie wie­dzia­łem, dla­czego ta wojna wybu­chła, i nie obcho­dziło mnie, po któ­rej stro­nie miał­bym się bić. Gdyby mnie odrzu­cili Bry­tyj­czycy, to zacią­gnął­bym się do Burów. Nie czu­łem w sobie geniu­szu Napo­le­ona i nie mia­łem złu­dzeń, że swoim udzia­łem będę w sta­nie przewa­żyć szalę wyda­rzeń na jedną ze stron.
Teraz wiem, że żoł­nierz dosko­nały to taki, który wal­czy za swój kraj. Wal­czy, bo jego kraj pro­wa­dzi wojnę – i tylko dla­tego. Racje poli­tyczne i ide­olo­gię naj­le­piej pozo­sta­wić histo­ry­kom.
Moim naj­więk­szym pro­ble­mem było zna­le­zie­nie sposo­bu zacią­gnię­cia się do woj­ska. Wie­dzia­łem, że mój ojciec będzie prze­ciwny, ponie­waż bar­dzo zale­żało mu, bym został praw­ni­kiem. Poza tym spo­tka­łoby się to z dez­apro­batą mo­jej rodziny; Bel­gia, podob­nie jak więk­szość pań­stw europej­skich, sym­pa­ty­zo­wała z Burami, a ja pod­le­ga­łem pobo­rowi do armii bel­gijskiej. Jako cudzo­zie­miec i nie­peł­no­letni, nie speł­nia­łem kry­te­riów zaciągu do armii bry­tyj­skiej. Doszed­łem do wnio­sku, że jedyną szansą dla mnie jest poda­nie się za Bry­tyj­czyka i zacią­gnię­cie się pod fał­szy­wym nazwi­skiem. Posta­no­wi­łem także dodać sobie kilka lat.
Wszystko poszło jak z płatka. W biu­rze wer­bun­ko­wym pano­wał chaos i można było wyczuć, aż do prze­sady, za­potrzebowanie na świeże mięso armat­nie. Naza­ju­trz po­szedłem zacią­gnąć się raz jesz­cze, tym razem pod­szy­wa­jąc się za kolegę, któ­rego komi­sja lekar­ska odrzu­ciła z powodu krót­ko­wzrocz­no­ści.
Pełen entu­zja­zmu, pod nazwi­skiem Car­ton, wstą­pi­łem do pułku Paget’s Horse Yeoman­ry1. Więk­szość ofice­rów i pod­ofi cerów była zawo­do­wymi żoł­nie­rzami. Poczu­łem rozcza­rowanie, zastaw­szy tam atmos­ferę sta­now­czo zbyt łagodną i dżen­tel­meń­ską jak na moją żądzę krwi.
Pra­gną­łem życia suro­wego, pro­stego i twar­dego, wypeł­nionego trud­nymi doświad­cze­niami. Nie zachwy­cała mnie per­spek­tywa spę­dze­nia dwóch czy trzech mie­sięcy na na­uce musz­try, naj­pierw w Chel­sea, a potem w Col­che­ster, i wysłu­chi­wa­nia pouczeń prze­ło­żo­nych, że nikt nie rodzi się­żoł­nie­rzem, lecz się nim dopiero staje.
Osta­tecz­nie wyru­szy­li­śmy w drogę frach­tow­cem i już pierw­szej nocy speł­niło się moje pra­gnie­nie doświadcza­nia twar­dych warun­ków egzy­sten­cji. Żoł­nie­rze masowo zapa­dli na cho­robę mor­ską, a na mnie spa­dła prze­uro­cza powin­ność sprzą­ta­nia mesy, a nie­kiedy rów­nież latryn. Za­smakowałem nowych doświad­czeń.
Z ulgą scho­dzi­łem ze statku po tra­pie w Kapsz­ta­dzie, skąd uda­li­śmy się do bazy w obo­zie Maitland, kilka mil od wy­brzeża. Na miej­scu każdy z nas otrzy­mał konia, któ­rym miał się odtąd opie­ko­wać. Podo­fice­ro­wie wyko­rzy­sty­wali każ­dą nada­rza­jącą się oka­zję, by dać nam do zro­zu­mie­nia, co o nas myślą. W tym celu wręcz po mistrzow­sku wydo­by­wali z angielsz­czy­zny odpo­wied­nie słowa i zwroty. Ich nauki trwale zapa­dły mi w pamięci.
Pew­nego razu usi­ło­wa­łem wyszczot­ko­wać wyjąt­kowo krnąbr­nego konia, trak­tu­jąc go raczej deli­kat­nie, i kiedy pod­niosłem wzrok, ujrza­łem naszego star­szego sier­żanta, który przy­glą­dał się moim wysił­kom z sar­do­nicz­nym uśmie­chem i w końcu zapy­tał, czy nie uwa­żam, iż „…łasko­czę kobietę”.
Wysłano nas do doków po odbiór nowych koni, które wła­śnie przy­pły­nęły z Austra­lii – naprawdę dziki tabun – mia­łem dopro­wa­dzić czte­rech takich „dzi­ku­sów” do obozu. Kiedy prze­pro­wa­dzi­łem konie przez zabu­do­wa­nia Kapszta­du, mia­łem ich tak ser­decz­nie dość, że wypu­ści­łem wszyst­kie wolno zaraz za mia­stem i do bazy wró­ci­łem z pustymi rękami. Na szczę­ście, w ciem­no­ściach nikt niczego nie za­uważył. To były dni pełne luzu.
Nastały tygo­dnie mono­ton­nego szko­le­nia, które stu­dziły mój zapał do wojaczki i zamiast niej dostar­czały kon­serw woło­wych, bisz­kop­tów i moc­nej her­baty. Nie zoba­czy­łem nie­przy­ja­ciela, nie usły­sza­łem świ­stu poci­sków, a nim wyru­szyliśmy ku rzece Oranje, zacho­ro­wa­łem na febrę i zna­la­złem się w szpi­talu. Moja żoł­nier­ska duma doznała upo­ko­rze­nia.
Wyzdro­wia­łem szyb­ciej, niż mi roko­wano, i dołą­czy­łem do miej­sco­wego kor­pusu, który aku­rat sta­cjo­no­wał w pobliżu. Przy prze­pra­wie przez rzekę Buro­wie mieli nas jak na dłoni i dosta­łem paskudny postrzał w brzuch, a drugi jesz­cze gor­szy – w kro­cze. Nie­tak­towny oficer, który mnie przesłu­chiwał, usi­ło­wał się dowie­dzieć, czy Burów było wielu. Od­powiedziałem mu, że „nie­wielu, za to świet­nie strze­lali”.
Tra­fiłem do tego samego szpi­tala, który dopiero co opuści­łem. Lekarz pochy­lił się nade mną i krę­cąc z powagą głową, nie pozo­sta­wiał mi złu­dzeń co do mojego stanu. Dla mnie naj­waż­niej­sze było jed­nak to, że żyję. Nie­stety przy tej oka­zji odkryto moją praw­dziwą toż­sa­mość, powia­do­miono rodzi­ców i ode­słano do domu jako „nie­zdol­nego do służby woj­sko­wej”.
Nie sądzę, że kto­kol­wiek mógłby sobie wyobra­zić bar­dziej nie­cie­kawą przy­godę z wojaczką: wra­ca­łem bez lau­rów, a moje samo­po­czu­cie wię­dło z każdą prze­bytą milą, kiedy zasta­na­wia­łem się, jak zare­aguje ojciec. On jed­nak zdo­był się na wyro­zu­mia­łość, pusz­cza­jąc w nie­pa­mięć cały epi­zod, i posłał mnie z powro­tem do Oxfordu, gdzie z po­wodu moich ran byłem przyj­mo­wany jak boha­ter wojen­ny. Choć nie zasłu­ży­łem spe­cjal­nie na laury, było to mimo wszystko miłe. Mimo całej tej wrzawy czu­łem się jed­nak nie­pew­nie i byłem zanie­po­ko­jony. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że nigdy nie zostanę praw­ni­kiem. Zebra­łem się na odwagę i na Boże Naro­dze­nie poje­cha­łem do Kairu pro­sić ojca, by pozwo­lił mi zostać zawo­do­wym żoł­nie­rzem. Ojciec, widząc jak mi na tym zależy i że czuję ku temu praw­dziwe powo­łanie, roz­trop­nie się zgo­dził, a ja poczu­łem, jakby w moje życie wstą­pił nowy duch.
Wspo­mi­na­jąc mój pobyt w Oks­for­dzie, nigdy nie uważa­łem go za czas zmar­no­wany. Nie zdo­by­łem tam za wiele wie­dzy pod­ręcz­ni­ko­wej, za to zawar­łem przy­jaź­nie w naj­lepszym moż­li­wym okre­sie, po któ­rym pozo­stają one na całe życie. Tra­fiłem do szer­szego i bar­dziej zło­żo­nego śro­dowiska od tego, jakie spo­tkał­bym w San­dhurst, gdy­bym zaraz po szkole wstą­pił do aka­de­mii woj­sko­wej. Myślę, że pomo­gło mi to nie tylko wyro­bić sobie peł­niej­sze spoj­rze­nie na życie, ale także nauczyło tole­ran­cji.
Spo­śród moich oks­fordz­kich przy­ja­ciół do naj­bar­dziej nie­zwy­kłych postaci nale­żał z pew­no­ścią Aubrey Her­bert4. Bły­sko­tliwy, odważny do sza­leń­stwa, ślepy jak kura był naj­więk­szym flej­tu­chem, jakiego zna­łem. Jego węzeł od krawa­ta zazwy­czaj znaj­do­wał się w pobliżu uszu, zamiast spo­czy­wać na sto­ją­cym koł­nie­rzyku koszuli. Miał tak słaby wzrok, że czy­tając, prak­tycz­nie wodził nosem po papie­rze. Dla­tego nos miał wiecz­nie uma­zany farbą dru­kar­ską. By móc czy­tać nocami, za­palał dwie lampy naf­towe, które umiesz­czał o trzy cale z obu stron głowy, na wyso­ko­ści uszu. Uwiel­biał nawet naj­głup­sze eska­pady, o ile nie wią­zały się z nie­bez­pie­czeń­stwem. Jego sła­bo­ścią było wspi­na­nie się po para­pe­tach okien­nych, naj­chęt­niej na naj­wyż­sze pię­tro, z któ­rych śpie­wał wło­skie pio­senki o miło­ści, czym nie­kiedy wywo­ły­wał obu­rze­nie mimo­wol­nej publicz­no­ści. Zazwy­czaj miał na nogach pepegi, zaś ele­gant­sze obu­wie zakła­dał tylko w cza­sie odwie­dzin matki. Pióra uży­wał nie­mal wyłącz­nie do zło­że­nia swo­jego dzi­wacz­nego pod­pisu. Pracę dyplo­mową, za którą otrzy­mał wyróż­nie­nie, napi­sała mu na spe­cjalne zle­ce­nie maszy­nistka z Lon­dynu.
Aubrey był zroz­pa­czony, że nie mógł wyru­szyć na wojnę bur­ską, zaś kiedy z niej wró­ci­łem, prze­sia­dy­wał u mnie go­dzinami, wypy­tu­jąc o moje prze­ży­cia. Wziął udział w wiel­kiej woj­nie i wie­lo­krot­nie umknął kostu­sze dzięki cudow­nym przy­pad­kom, które przy­da­rzają się wyłącz­nie tym, któ­rym śmierć na woj­nie nie jest pisana. Gdy potem zna­lazł się w Tur­cji jako atta­ché w naszej amba­sa­dzie w Kon­stan­ty­no­polu, zauro­czyła go Alba­nia. Zako­chał się w tym kraju, jego miesz­kańcach i jego pro­ble­mach. Sobie tylko zna­nymi spo­so­bami zyskał pozy­cję kogoś w rodzaju nie­ko­ro­no­wa­nego króla.
John Buchan, który w tym cza­sie także stu­dio­wał w Oks­fordzie, wzo­ro­wał na Her­ber­cie postać Sandy’ego Arbuth­nota w swo­jej książce Gre­en­man­tle i opi­sał go w swo­ich Wspo­mnie­niach jako „naj­cu­dow­niej­szego i najwspanialsze­go nie­do­bitka z cza­sów rycer­skich”.
Jako czło­nek Par­la­mentu oży­wiał Izbę Gmin cię­tymi ko­mentarzami. Pod­czas debaty o wygłu­pach Kon­fe­ren­cji Po­kojowej zapy­tał: „Czy to prawda, że wście­kli­zna dotarła już do Paryża?”. W cza­sie I wojny świa­to­wej dosta­łem od niego nader uro­czy list, w któ­rym nazwał mnie „geniu­szem od­wagi”. Ode­bra­łem to ze wzru­sze­niem i przy­ją­łem jako kom­plement. Szkoda, że ze stratą dla Anglii i przy­ja­ciół umarł przed­wcze­śnie.
Z pozo­sta­łych przy­ja­ciół naj­chęt­niej wspo­mi­nam Ame­rykanina Toma Connolly’ego (w tam­tych cza­sach była to rzad­kość na Oxfor­dzie), Nobby’ego Arglesa, naszego zna­komitego ster­nika z Bal­liol, oraz Char­liego Meade’a. Char­lie był cichym i łagod­nym czło­wie­kiem, który póź­niej odkrył w sobie pasję do upra­wia­nia alpi­ni­zmu. Napi­sał na ten te­mat kilka świet­nych ksią­żek.
Nie­któ­rzy z rówie­śni­ków, któ­rzy nie nale­żeli wtedy do kręgu moich naj­bliż­szych kole­gów, rów­nież zosta­wili swój ślad na kar­tach histo­rii. Ray­mond Asqu­ith zgi­nął w 1918 roku, pro­wa­dząc swo­ich ludzi do boju; Wil­liam Tem­ple, bała­ga­niarz, wiecz­nie zanie­dbany; obecny Lord Beve­ridge, który w tam­tych cza­sach nie ujaw­niał jesz­cze zdol­ności zna­ko­mi­tego eko­no­mi­sty; Lord Hen­ley, który wraz z dwójką towa­rzy­szy prze­szedł osiem­dzie­siąt mil z Cam­bridge do Oxfordu w 23 godziny i 45 minut, docie­ra­jąc na metę na Mag­da­len Bridge z pięt­na­sto­mi­nu­tową rezerwą cza­sową; bra­cia Char­lie i Jimmy Tom­kin­son. Char­les starto­wał w repre­zen­ta­cji wio­ślar­skiej Oxfordu, a Jimmy zdo­był sławę jako zna­ko­mity gracz w squ­asha. Był tak świetny, że dosłow­nie nikt nie mógł mu dorów­nać. Ich ojciec, czynny spor­t­sman, stra­cił życie, nie­szczę­śli­wie spa­da­jąc z konia pod­czas goni­twy z prze­szko­dami, w wieku 72 lat.
Pamię­ta­jąc, że mój epi­zo­dyczny pobyt w murach Oxfor­du nie zaowo­co­wał god­nymi wzmianki osią­gnię­ciami, tym bar­dziej poczu­łem się zaszczy­cony, kiedy po pięć­dzie­się­ciu latach uczel­nia ta przy­znała mi dok­to­rat hono­ris causa, któ­rego dedy­ka­cja brzmiała:
„Oto sławny wycho­wa­nek Bal­liol, który prze­rwał stu­dia by wyru­szyć na wojnę z Burami w Afryce Połu­dnio­wej, gdzie został dwu­krot­nie ranny, a dziś ma za sobą wię­cej prze­by­tych kam­pa­nii wojen­nych, niż nie­je­den oficer w ogó­le mógł o nich prze­czy­tać; przy­nio­sły mu one dzie­więć ran, a który od dziś jest dok­to­rem hono­ris causa swo­jego dawne­go uni­wer­sy­tetu”.

Książka “Moja Ody­seja” już w księ­gar­niach!
Moż­li­wość zaku­pie­nia tutaj.

odyseja

 

Może też zainteresują cię te tematy