Aktualności

Historia awanturnika, który pokochał Polskę już w księgarniach

Adrian Car­ton de Wiart jest uzna­wa­ny za jed­ne­go z naj­od­waż­niej­szy ludzi XX wie­ku. Ran­ny kil­ka­dzie­siąt razy wete­ran wszyst­kich moż­li­wych wojen. Stra­cił oko, rękę, zła­mał krę­go­słup, a pal­ce dło­ni sam odciął sobie z bólu. Nigdy nie zdał woj­sko­wych egza­mi­nów, dwu­krot­nie roz­bił pilo­to­wa­ny samo­lot i uciekł z wło­skiej nie­wo­li. W Chi­nach był dorad­cą Czang Kaj-sze­ka, z fiń­skim mar­szał­kiem Man­ner­he­imem sekun­do­wał w poje­dyn­ku, a za przy­ja­cie­la uzna­wa­li go Win­ston Chur­chill, Char­les de Gaul­le i Józef Pił­sud­ski.

Tak o nim pisze Mał­go­rza­ta Szej­nert:

Bry­tyj­ski gene­rał, ary­sto­kra­ta, przy­ja­ciel Chur­chil­la, świa­dek Bitwy War­szaw­skiej, miło­śnik i prze­ni­kli­wy kry­tyk Pola­ków, spę­dził wie­le lat na bagnach pole­skich. Jaka pasja go tam przy­wio­dła? Auto­bio­gra­fia sza­lo­ne­go wojow­ni­ka naresz­cie w Pol­sce.

Zafa­scy­no­wa­ny pię­cio­ma pol­ski­mi woj­na­mi naraz przy­był nad Wisłę w 1920 roku. W Lon­dy­nie słusz­nie uzna­no, że naj­le­piej zro­zu­mie pol­ską men­tal­ność. Miał wró­cić po trzech tygo­dniach, został na kolej­nych dwa­dzie­ścia lat. Do jego samot­ni na pole­skich mokra­dłach moż­na było dotrzeć jedy­nie łód­ką. Tam, wśród dzi­kich zwie­rząt i chło­pów obci­na­ją­cych paznok­cie sie­kie­rą, zastał go wrze­sień 1939 roku…

O tym twar­dzie­li wspo­mi­na też Zie­mo­wit Szcze­rek:

De Wiart, w każ­dym razie, jest świad­kiem gigan­tycz­ne­go kawał­ka naszej histo­rii. War­to prze­czy­tać.

oraz Piotr Zycho­wicz:

Zawsze zasta­na­wia­łem się dla­cze­go wspo­mnie­nia gene­ra­ła de Wiar­ta nie zosta­ły wyda­ne w naszym kra­ju. Teraz wresz­cie pol­ski czy­tel­nik będzie mógł poznać losy słyn­ne­go bry­tyj­skie­go poszu­ki­wa­cza przy­gód, któ­ry osiadł na odcię­tej od świa­ta wysep­ce na bagnach Pole­sia. Ta bra­wu­ro­wo napi­sa­na książ­ka to praw­dzi­wy strzał w dzie­siąt­kę!

My Was zapra­sza­my do lek­tu­ry frag­men­tu książ­ki któ­ry znaj­dzie­cie poni­żej:

Słowo wstępne

Rad jestem, że mój dro­gi, sta­ry przy­ja­ciel, gene­rał Sir Adrian Car­ton de Wiart, napi­sał tę książ­kę. Znam go od wie­lu lat; w cza­sie ostat­niej woj­ny mogłem mu ufać bez zastrze­żeń, wyso­ko oce­niam jego roz­wa­gę i służ­bę zarów­no w kam­pa­nii nor­we­skiej, jak i w cza­sie, gdy był moim przed­stawicielem przy gene­ra­le Czang Kaj-sze­ku. Gene­rał Car­ton de Wiart był wie­lo­krot­nie odzna­cza­ny za walecz­ność na polu wal­ki oraz służ­bę dla swo­je­go kra­ju, a w 1916 roku otrzy­mał Krzyż Wik­to­rii. Pomi­mo wie­lu ran i cięż­kich kon­tuzji zawsze wiódł ener­gicz­ne, barw­ne i poży­tecz­ne życie. Sta­no­wi wzór rycer­sko­ści i hono­ru – jestem pewien, że jego opo­wieść zain­te­re­su­je wszyst­kich, któ­rym bli­skie są czy­ny i myśli tego szla­chet­ne­go bry­tyj­skie­go ofice­ra i patrio­ty.

Win­ston S. Chur­chill

Przedmowa

Od kil­ku już lat moi przy­ja­cie­le suge­ro­wa­li, że po­winienem spi­sać histo­rię swo­je­go życia. Zawsze odpo­wiadałem: „Broń Boże!”. Sądzi­li, że moje życie musia­ło obfito­wać w przy­go­dy. Ja oce­nił­bym je raczej jako splot nie­szczęśliwych wypad­ków. Naj­bar­dziej nie­zwy­kłe w tym wszyst­kim wyda­je mi się to, że je wszyst­kie prze­trwa­łem. Wsze­la­ko groź­ny wypa­dek, któ­re­go dozna­łem wyjeżdża­jąc z Chin, oraz poczu­cie, że być może nie będę już mógł cho­dzić, spo­wo­do­wa­ły, że posta­no­wi­łem się­gnąć pamię­cią do minio­nych lat i pod­jąć pró­bę spi­sa­nia tego, co zdo­łam z niej wydo­być. Ponie­waż nigdy nie pro­wa­dzi­łem dzien­nika, mogą się zda­rzyć pomył­ki w dato­wa­niu, za któ­re z góry prze­pra­szam. To wspo­mnie­nia czło­wie­ka, któ­re­mu sprzy­jał los – nie aspi­ru­ją one do roli rela­cji o dzie­jach mi­litarnych czy poli­tycz­nych. Jakiś czas temu uba­wi­łem się set­nie, czy­ta­jąc w „Pun­chu”, że licz­ba wyda­wa­nych wojen­nych memu­arów nie­zbi­cie świad­czy o tym, że gene­ra­ło­wie są goto­wi sprze­dać swo­je życie tak samo chęt­nie w cza­sie poko­ju, jak pod­czas woj­ny. Myślę, że oprócz wspo­mnia­nej moty­wa­cji kie­ru­ję się rów­nież sło­wa­mi Lind­saya Gor­do­na, któ­re zawsze były mi bli­skie:
„Jeden z poetów, nie wiem, któ­ry, Tu czy tam śpie­wa z prze­ko­na­niem,
Że spo­śród smut­ków naj­smut­niej­sze Jest lep­szych cza­sów wspo­mi­na­nie. Co spo­śród smut­ków naj­smut­niej­sze Być może, nie wiem; lecz wiem tyle: Roz­świe­tla czas obec­ny ten, Kto dziś wspo­mi­na cza­sy byłe”.

Rozdział I
Belgia, Anglia, Oxford

Moje nad­zwy­czaj uroz­ma­ico­ne dzie­ciń­stwo oraz mie­szane pocho­dze­nie są naj­pew­niej powo­dem, dla któ­re­go po­siadłem uży­tecz­ny dar zapusz­cza­nia korze­ni we wszyst­kich miej­scach, do któ­rych zapro­wa­dził mnie los. Uro­dzi­łem się w Bruk­se­li jako Belg. Ojciec był wzię­tym praw­ni­kiem. Z kolei irlandz­kiej bab­ci zawdzię­czam nie­wiel­ką domiesz­kę bry­tyj­skiej krwi pły­ną­cą w żyłach. Nie pamię­tam nicze­go z moje­go wcze­sne­go dzie­ciń­stwa; naj­wy­raź­niej obszer­ny, nakroch­ma­lo­ny far­tuch mojej mam­ki zasła­niał mi cały wi­dok na świat. Moim pierw­szym praw­dzi­wym wspomnie­niem jest Alek­san­dria, dokąd rodzi­ce zabra­li mnie, kie­dy mia­łem trzy lata. Wciąż mam przed ocza­mi wzno­szą­ce się nie­spo­koj­nie ku nie­bu pło­mie­nie, ostrze­ga­ją­ce przed strasz­liwym zagro­że­niem – cho­le­rą. Potem prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Anglii, któ­ra pozo­sta­wi­ła w mojej pamię­ci rozmaza­ne wspo­mnie­nie sen­ne­go, wiej­skie­go kra­jo­bra­zu hrab­stwa Sur­rey, gdzie zosta­łem prze­isto­czo­ny w małe­go Angli­ka, nauczy­łem się mówić po fran­cu­sku z wyraź­nym angiel­skim akcen­tem i gdzie naresz­cie uda­ło mi się prze­ko­nać rodzi­ców do zamia­ny mojej pli­so­wa­nej spód­nicz­ki i marynar­skiego kape­lu­sza na bar­dziej męski strój.
Mia­łem sześć lat, kie­dy umar­ła moja mat­ka. Ojciec posta­nowił wów­czas porzu­cić Euro­pę i prze­pro­wa­dzić się do Ka­iru, gdzie zamie­rzał zająć się pra­wem mię­dzy­na­ro­do­wym.
Przy­je­cha­ła tam rów­nież sio­stra moje­go ojca wraz ze swo­ją rodzi­ną, aby zaopie­ko­wać się nami, a tak­że popra­co­wać nad moim fran­cu­skim akcen­tem.
Moje życie dozna­ło nie lada zawi­ro­wa­nia, gdy w 1888 roku ojciec poznał i poślu­bił Angiel­kę, któ­ra dotrzy­my­wa­ła to­warzystwa pew­nej turec­kiej księż­nicz­ce w jej podró­ży za­granicznej. Moim dzie­cię­cym oczom wyda­wa­ła się bar­dzo pięk­na, mia­ła jed­nak mnó­stwo rygo­ry­stycz­nych zasad, któ­re uwy­pu­kla­ła jesz­cze sta­now­czość i wybu­cho­we usposobie­nie. Wszy­scy krew­ni ojca musie­li opu­ścić dom, ja zyska­łem przy­wi­le­je wła­ści­we angiel­skie­mu wycho­wa­niu – odro­bi­nę bez­cen­nej swo­bo­dy oraz zachę­tę do upra­wia­nia spor­tu, któ­ry oka­zał się moją pierw­szą i nie­zmien­ną namięt­no­ścią.
Wcze­śniej pozwa­la­no mi jeź­dzić na osioł­ku, zazwy­czaj wie­dzio­nym przez kogoś ze służ­by, teraz zaś sta­łem się właś­cicielem kuca, kuca do gry w polo. Zwie­rzę było­by dosko­na­łe, gdy­by nie szpe­cił go pewien strasz­li­wie wsty­dli­wy detal – szczu­rzy ogon. Miej­sco­wy foto­graf musiał być czło­wie­kiem nad­zwy­czaj domyśl­nym, ponie­waż gdy przy­je­chał zro­bić mi zdję­cie na moim ruma­ku, wyczuł moje zaże­no­wa­nie i życzli­wie przy­dał kuco­wi na pocze­ka­niu impo­nu­ją­cy ogon.
Jesz­cze jeden pre­zent dał począ­tek mojej karie­rze sporto­wej. Była to nie­wiel­ka, odtyl­co­wo łado­wa­na strzel­ba – Flo­bert, przy pomo­cy któ­rej nęka­łem nie­szczę­sne egip­skie wró­ble.
W tym cza­sie zna­łem już trzy języ­ki: fran­cu­ski, angiel­ski i arab­ski. Gdy jed­nak moja wło­ska guwer­nant­ka zaczę­ła mnie gnę­bić nauką jej ojczy­stej mowy, uzna­łem to za prze­sadę i pod­nio­słem bunt. Odwza­jem­nia­ła moją anty­pa­tię, a ponie­waż nie mia­ła auto­ry­te­tu, więc jej rzą­dy nie potrwa­ły dłu­go. Następ­nie posła­no mnie do szko­ły pro­wa­dzo­nej przez fran­cu­skich księ­ży, war­tej wspo­mnie­nia tyl­ko dlate­go, że mogłem tam bez prze­szkód codzien­nie dosia­dać mo­jego ruma­ka.
W ówcze­snym Egip­cie, w któ­rym sta­le sza­la­ły roz­ma­ite zara­zy, dzie­ci mia­ły raczej nikłe szan­se na prze­ży­cie. Cią­głe cho­ro­by zmu­si­ły mnie w koń­cu do porzu­ce­nia szko­ły. Tra­fiłem w ręce nie­udol­ne­go guwer­nan­ta.
Nadej­ście lata przy­nio­sło mi jesz­cze wię­cej swo­bo­dy, po­nieważ ojciec wyna­jął dom nad morzem w Ram­leh nie­da­le­ko Alek­san­drii. Moja maco­cha ujaw­ni­ła tam praw­dzi­wy talent instruk­tor­ki pły­wa­nia – jej wyjąt­ko­wo sku­tecz­na meto­da po­legała po pro­stu na wrzu­ce­niu mnie na głę­bo­ką wodę.
Resz­tę moich wspo­mnień z dzie­ciń­stwa wypełniająćwi­czenia w maleń­kiej sali gim­na­stycz­nej zbu­do­wa­nej w ogro­dzie, natręt­ny zwy­czaj łapa­nia żab oraz zami­ło­wa­nie do defilad, parad i wszyst­kie­go, co wią­za­ło się z woj­skiem. Moje życie było zbyt samot­ne i dys­tyn­go­wa­ne, abym mógł je nazwać praw­dzi­wie szczę­śli­wym – nie zazna­łem atmo­sfery poko­iku dzie­cin­ne­go, pulch­nej, uro­czej nia­ni ani grza­nek z masłem na śnia­da­nie czy her­ba­ty na pod­wie­czo­rek.
W tym cza­sie ojciec z powo­dze­niem kon­ty­nu­ował swo­ją karie­rę praw­ni­czą, sta­jąc się jed­ną z naj­więk­szych lokal­nych oso­bi­sto­ści. Póź­niej przy­ję­to go do angiel­skiej pale­stry i został natu­ra­li­zo­wa­nym pod­da­nym bry­tyj­skim. Zmia­na oby­wa­tel­stwa zapew­ne spo­wo­do­wa­na była inte­re­sa­mi zawo­do­wy­mi, bo mimo że ukoń­czył Sto­ny­hurst Col­le­ge w Anglii, to zawsze robił na mnie wra­że­nie cudzo­ziem­ca i wiem, że w duchu pozo­stał Bel­giem. Ojciec był wyso­ki, zadba­ny, inte­li­gent­ny i pra­co­wi­ty, a tak­że nad­zwy­czaj wiel­koduszny. Miał dwie cechy, któ­re kłó­ci­ły się z jego prawni­czym powo­ła­niem: naiw­nie wie­rzył w czło­wie­ka i niko­go nie dys­kry­mi­no­wał. Był abso­lut­nie nie­po­rad­ny: nie potra­fił się nawet ogo­lić, a co dopie­ro zawią­zać sznu­ro­wa­dła – i po nim wła­śnie odzie­dzi­czy­łem bar­dzo nie­po­ręcz­ny: zwy­czaj kupo­wa­nia wszyst­kie­go tuzi­na­mi. Podzi­wia­łem go i szano­wałem, ale mimo naszych dobrych rela­cji nigdy nie sta­li­śmy się sobie bar­dzo bli­scy. Nasze zain­te­re­so­wa­nia pozo­sta­wa­ły zbyt odle­głe, aby­śmy mogli się napraw­dę dobrze rozu­mieć. Pod­czas gdy ojciec pre­fe­ro­wał cięż­ką pra­cę w gabi­ne­cie i zaci­sze domo­we, ja wola­łem leniu­cho­wać i uwiel­bia­łem prze­by­wać na świe­żym powie­trzu.
Nie­wąt­pli­wie za namo­wą mojej maco­chy ojciec posta­nowił posłać mnie do szko­ły w Anglii. W 1891 roku od­prawiono mnie do Ora­to­ry Scho­ol w Edg­ba­ston nie­da­le­ko Bir­ming­ham. Z mie­sza­nym uczu­ciem dumy i nie­po­ko­ju wyru­szy­łem w nie­zna­ne.
Na począt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych w prze­cięt­nej szko­le publicz­nej pano­wa­ły dość nie­cie­ka­we warun­ki. Jedze­nie było mar­ne, dys­cy­pli­na suro­wa, a do tego star­si ucznio­wie znę­ca­li się nad młod­szy­mi. Angiel­ski chło­pak, któ­ry prze­szedł już swo­je w pod­sta­wów­ce, odbie­rał te szy­ka­ny jako coś nie­zbyt przy­jem­ne­go, ale zara­zem oczy­wi­ste­go. Na ma­łym Bel­gu, któ­ry czuł się tam, a pew­nie tak­że wyglą­dał, jak mała obca isto­ta, wywie­ra­ło to dru­zgo­cą­ce wra­że­nie.
Cudzo­ziem­ców rzad­ko wita się w bry­tyj­skich szko­łach z otwar­ty­mi ramio­na­mi. Trak­to­wa­ni są podejrz­li­wie, dopó­ki nie dowio­dą, że potra­fią zaadap­to­wać się do angiel­skiej tra­dy­cji i zwy­cza­jów. Wcze­śniej muszą bez sło­wa sprzeci­wu, a nawet z pozo­ra­mi apro­ba­ty zno­sić róż­ne dzi­wacz­ne poni­że­nia. Na szczę­ście oka­za­łem się wystar­cza­ją­co twar­dy, a przy tym odkry­łem w sobie pasję i natu­ral­ny pociąg do tych angiel­skich gie­rek. Był to dobry spo­sób na zdoby­cie popu­lar­no­ści i nawet wyba­czo­no mi obce pocho­dze­nie,
o któ­rym zresz­tą rychło zapo­mnia­no.
Fun­da­to­rem mojej szko­ły był kar­dy­nał New­man. Za moich cza­sów uczy­ło się w niej tyl­ko stu chłop­ców; według mnie było nas sta­now­czo za mało. W póź­niej­szych latach bar­dzo rzad­ko zda­rza­ło mi się spo­tkać kole­gę ze szkol­nej ławy.
Po kil­ku latach polu­bi­łem tę szko­łę. Minę­ły cza­sy, kie­dy się nade mną znę­ca­no, naukę ogra­ni­cza­łem do nie­zbęd­ne­go mini­mum, za to udzie­la­łem się we wszyst­kich zawo­dach spor­to­wych. W koń­cu zosta­łem kapi­ta­nem szkol­nej druży­ny fut­bo­lo­wej i kry­kie­ta. Wygra­łem tur­nie­je w komet­kę, te­nisa oraz w bilard i czu­łem, że świat nale­ży do mnie.
Wbrew mnie­ma­niu cudzo­ziem­ców, a tak­że nie­ma­łej licz­by Angli­ków sta­now­czo uwa­żam, że sport odgry­wa niesły­chanie waż­ną rolę w wycho­wa­niu chłop­ców. Sport na wie­le spo­so­bów poma­ga w kształ­to­wa­niu cha­rak­te­ru, a przede wszyst­kim uczy współ­ży­cia w gru­pie i postę­po­wa­nia z ludź­mi w wie­ku doro­słym, co z pew­no­ścią jest bar­dzo przy­dat­ną życio­wą umie­jęt­no­ścią.
Waka­cje dzie­li­łem pomię­dzy bel­gijskich kuzy­nów a nie­których szkol­nych kole­gów w Anglii.
W Bel­gii mam mnó­stwo krew­nych, ale naj­bliż­szy­mi i naj­droższymi dla mnie byli i nadal są moi dwaj kuzy­ni ró­wieśnicy, a współ­cze­śnie – zna­ne oso­bi­sto­ści. Hra­bia Hen­ri Car­ton de Wiart był pre­mie­rem rzą­du Bel­gii, a baron Edmond Car­ton de Wiart peł­nił przez pewien czas funk­cję sekre­ta­rza ds. poli­tycz­nych kró­la Leopol­da II, zaś obec­nie jest dyrek­torem „La Socie­té Généra­le de Bel­gi­que”. Mie­li wie­le wspa­niałych posia­dło­ści, z któ­rych naj­bar­dziej lubi­łem Hasti­ères w Arde­nach, gdzie spę­dza­łem lato nad rze­ką, na gór­skich wędrów­kach lub jak wszy­scy chłop­cy w tym wie­ku – na bój­kach z rówie­śni­ka­mi. Jed­no wyda­rze­nie bole­śnie utkwi­ło mi w pamię­ci. Pod­czas świąt Boże­go Naro­dze­nia jeź­dzi­łem na łyż­wach po zamar­z­nię­tym sta­wie na pery­fe­riach Bruk­seli, kie­dy z pobli­skie­go lasu dobiegł mnie huk wystrza­łu. Pobie­gem w tym kie­run­ku i napo­tka­łem mar­twe­go mężczy­znę, z rewol­we­rem w dło­ni. Roz­chy­lo­ne poły pal­ta odkry­wały koszu­lę, z osma­lo­ną pro­chem prze­strze­li­ną w miej­scu, któ­re prze­szył pocisk. Pierw­szy raz naocz­nie zetkną­łem się ze śmier­cią, na doda­tek samo­bój­czą. Widok ten prze­śladował mnie póź­niej noca­mi – z pew­no­ścią nie uła­twiał poko­na­nia lęku przed ciem­no­ścią, któ­re­go do dziś się nie pozby­łem.
W tym cza­sie już wła­ści­wie nie róż­ni­łem się od powściąg­liwych bry­tyj­skich chłop­ców, przez co wylew­ne uści­ski moich kon­ty­nen­tal­nych krew­nych nie­zmien­nie wpra­wia­ły mnie w zakło­po­ta­nie. Powi­nie­nem był się z tym oswo­ić – wszak był to jedy­nie naro­do­wy oby­czaj – ale mimo wszyst­ko czu­łem się idio­tycz­nie.
W 1897 roku posta­no­wio­no posłać mnie na Oxford i w przy­pływie opty­mi­zmu zapi­sa­no do Bal­liol Col­le­ge. Zlek­ce­wa­ży­łem egza­mi­ny i prze­ży­łem dość przy­kry zawód, gdy za pierw­szym podej­ściem nie dosta­łem się do Smalls. Jed­nak pod­czas dru­giego podej­ścia wła­dze szko­ły oka­za­ły mi wię­cej przy­chyl­no­ści i z małym opóź­nie­niem, na sku­tek upad­ku z konia, w stycz­niu roz­po­czą­łem naukę.
Po przy­ję­ciu do Bal­liol sądzi­łem, że dobre spra­wo­wa­nie w Smalls umoż­li­wi mi spo­koj­nie prze­trwać semestr lub dwa. Modli­łem się o pomyśl­ny sezon kry­kie­ta i snu­łem pla­ny na naj­bliż­sze trzy, czte­ry przy­jem­ne lata, zwień­czo­ne być może wystę­pa­mi w bar­wach uczel­nia­nej dru­ży­ny Blue.
Żyli­śmy dostat­nio, mie­li­śmy wyro­zu­mia­łych rodzi­ców, któ­rym nabija­li­śmy nie­bo­tycz­ne rachun­ki, i nauczy­li­śmy się odróż­niać dobre wino od sika­cza. Nie uda­ło się nam jesz­cze zakosz­to­wać sła­bo­ści do kobiet, bowiem w tym cza­sie nie mia­ły one wstę­pu na uni­wer­sy­te­ty.
Sta­no­wi­li­śmy amal­ga­mat mózgow­ców i mię­śnia­ków, i mimo że wie­lu spo­śród moich ówcze­snych kole­gów zrobi­ło karie­rę w Koście­le, poli­ty­ce i sztu­ce, to wów­czas ocenia­łem ich przez pry­zmat suk­ce­sów w spo­rcie i umie­jęt­no­ści roz­po­zna­nia dobre­go Bur­gun­da, pozo­sta­jąc nie­czu­łym na gim­na­sty­kę ich umy­słów.
Semestr let­ni przy­niósł mi spo­re suk­ce­sy w kry­kie­cie i zara­zem oka­zał się kata­stro­fą na polu nauki. Stu­dio­wa­łem pra­wo, sta­ra­jąc się speł­nić ojcow­skie marze­nie, lecz obla­łem pod­sta­wo­we egza­mi­ny. Uzna­łem, że moja karie­ra uni­wersytecka w Oxfor­dzie ma się ku koń­co­wi, i zapra­gną­łem wstą­pić do Legii Cudzo­ziem­skiej – roman­tycz­ne­go przytu­liska dla nie­udacz­ni­ków. Jed­nak Bal­liol po raz wtó­ry oka­zał mi wspa­nia­ło­myśl­ność i w paź­dzier­ni­ku pozwo­lił wró­cić na uczel­nię. Nie­spo­dzie­wa­nie doszły do nas wie­ści o wy­darzeniach w Afry­ce Połu­dnio­wej – wybuch woj­ny bur­skiej miło­sier­nie roz­strzy­gnął moje dyle­ma­ty.
W tam­tej chwi­li na zawsze zro­zu­mia­łem, że wojacz­kę mam we krwi. Byłem zde­cy­do­wa­ny wal­czyć – wszyst­ko jed­no z kim lub o co. Nie wie­dzia­łem, dla­cze­go ta woj­na wybu­chła, i nie obcho­dzi­ło mnie, po któ­rej stro­nie miał­bym się bić. Gdy­by mnie odrzu­ci­li Bry­tyj­czy­cy, to zacią­gnął­bym się do Burów. Nie czu­łem w sobie geniu­szu Napo­le­ona i nie mia­łem złu­dzeń, że swo­im udzia­łem będę w sta­nie przewa­żyć sza­lę wyda­rzeń na jed­ną ze stron.
Teraz wiem, że żoł­nierz dosko­na­ły to taki, któ­ry wal­czy za swój kraj. Wal­czy, bo jego kraj pro­wa­dzi woj­nę – i tyl­ko dla­te­go. Racje poli­tycz­ne i ide­olo­gię naj­le­piej pozo­sta­wić histo­ry­kom.
Moim naj­więk­szym pro­ble­mem było zna­le­zie­nie sposo­bu zacią­gnię­cia się do woj­ska. Wie­dzia­łem, że mój ojciec będzie prze­ciw­ny, ponie­waż bar­dzo zale­ża­ło mu, bym został praw­ni­kiem. Poza tym spo­tka­ło­by się to z dez­apro­ba­tą mo­jej rodzi­ny; Bel­gia, podob­nie jak więk­szość państw europej­skich, sym­pa­ty­zo­wa­ła z Bura­mi, a ja pod­le­ga­łem pobo­ro­wi do armii bel­gijskiej. Jako cudzo­zie­miec i nie­peł­no­let­ni, nie speł­nia­łem kry­te­riów zacią­gu do armii bry­tyj­skiej. Doszed­łem do wnio­sku, że jedy­ną szan­są dla mnie jest poda­nie się za Bry­tyj­czy­ka i zacią­gnię­cie się pod fał­szy­wym nazwi­skiem. Posta­no­wi­łem tak­że dodać sobie kil­ka lat.
Wszyst­ko poszło jak z płat­ka. W biu­rze wer­bun­ko­wym pano­wał cha­os i moż­na było wyczuć, aż do prze­sa­dy, za­potrzebowanie na świe­że mię­so armat­nie. Naza­jutrz po­szedłem zacią­gnąć się raz jesz­cze, tym razem pod­szy­wa­jąc się za kole­gę, któ­re­go komi­sja lekar­ska odrzu­ci­ła z powo­du krót­ko­wzrocz­no­ści.
Pełen entu­zja­zmu, pod nazwi­skiem Car­ton, wstą­pi­łem do puł­ku Paget’s Hor­se Yeomanry1. Więk­szość ofice­rów i pod­ofi cerów była zawo­do­wy­mi żoł­nie­rza­mi. Poczu­łem rozcza­rowanie, zastaw­szy tam atmos­fe­rę sta­now­czo zbyt łagod­ną i dżen­tel­meń­ską jak na moją żądzę krwi.
Pra­gną­łem życia suro­we­go, pro­ste­go i twar­de­go, wypeł­nionego trud­ny­mi doświad­cze­nia­mi. Nie zachwy­ca­ła mnie per­spek­ty­wa spę­dze­nia dwóch czy trzech mie­się­cy na na­uce musz­try, naj­pierw w Chel­sea, a potem w Col­che­ster, i wysłu­chi­wa­nia pouczeń prze­ło­żo­nych, że nikt nie rodzi się­żoł­nie­rzem, lecz się nim dopie­ro sta­je.
Osta­tecz­nie wyru­szy­li­śmy w dro­gę frach­tow­cem i już pierw­szej nocy speł­ni­ło się moje pra­gnie­nie doświadcza­nia twar­dych warun­ków egzy­sten­cji. Żoł­nie­rze maso­wo zapa­dli na cho­ro­bę mor­ską, a na mnie spa­dła prze­uro­cza powin­ność sprzą­ta­nia mesy, a nie­kie­dy rów­nież latryn. Za­smakowałem nowych doświad­czeń.
Z ulgą scho­dzi­łem ze stat­ku po tra­pie w Kapsz­ta­dzie, skąd uda­li­śmy się do bazy w obo­zie Maitland, kil­ka mil od wy­brzeża. Na miej­scu każ­dy z nas otrzy­mał konia, któ­rym miał się odtąd opie­ko­wać. Podo­fice­ro­wie wyko­rzy­sty­wa­li każ­dą nada­rza­ją­cą się oka­zję, by dać nam do zro­zu­mie­nia, co o nas myślą. W tym celu wręcz po mistrzow­sku wydo­by­wa­li z angielsz­czy­zny odpo­wied­nie sło­wa i zwro­ty. Ich nauki trwa­le zapa­dły mi w pamię­ci.
Pew­ne­go razu usi­ło­wa­łem wyszczot­ko­wać wyjąt­ko­wo krnąbr­ne­go konia, trak­tu­jąc go raczej deli­kat­nie, i kie­dy pod­niosłem wzrok, ujrza­łem nasze­go star­sze­go sier­żan­ta, któ­ry przy­glą­dał się moim wysił­kom z sar­do­nicz­nym uśmie­chem i w koń­cu zapy­tał, czy nie uwa­żam, iż „…łasko­czę kobie­tę”.
Wysła­no nas do doków po odbiór nowych koni, któ­re wła­śnie przy­pły­nę­ły z Austra­lii – napraw­dę dzi­ki tabun – mia­łem dopro­wa­dzić czte­rech takich „dzi­ku­sów” do obo­zu. Kie­dy prze­pro­wa­dzi­łem konie przez zabu­do­wa­nia Kapszta­du, mia­łem ich tak ser­decz­nie dość, że wypu­ści­łem wszyst­kie wol­no zaraz za mia­stem i do bazy wró­ci­łem z pusty­mi ręka­mi. Na szczę­ście, w ciem­no­ściach nikt nicze­go nie za­uważył. To były dni peł­ne luzu.
Nasta­ły tygo­dnie mono­ton­ne­go szko­le­nia, któ­re stu­dzi­ły mój zapał do wojacz­ki i zamiast niej dostar­cza­ły kon­serw woło­wych, bisz­kop­tów i moc­nej her­ba­ty. Nie zoba­czy­łem nie­przy­ja­cie­la, nie usły­sza­łem świ­stu poci­sków, a nim wyru­szyliśmy ku rze­ce Oran­je, zacho­ro­wa­łem na febrę i zna­la­złem się w szpi­ta­lu. Moja żoł­nier­ska duma dozna­ła upo­ko­rze­nia.
Wyzdro­wia­łem szyb­ciej, niż mi roko­wa­no, i dołą­czy­łem do miej­sco­we­go kor­pu­su, któ­ry aku­rat sta­cjo­no­wał w pobli­żu. Przy prze­pra­wie przez rze­kę Buro­wie mie­li nas jak na dło­ni i dosta­łem paskud­ny postrzał w brzuch, a dru­gi jesz­cze gor­szy – w kro­cze. Nie­tak­tow­ny oficer, któ­ry mnie przesłu­chiwał, usi­ło­wał się dowie­dzieć, czy Burów było wie­lu. Od­powiedziałem mu, że „nie­wie­lu, za to świet­nie strze­la­li”.
Tra­fiłem do tego same­go szpi­ta­la, któ­ry dopie­ro co opuści­łem. Lekarz pochy­lił się nade mną i krę­cąc z powa­gą gło­wą, nie pozo­sta­wiał mi złu­dzeń co do moje­go sta­nu. Dla mnie naj­waż­niej­sze było jed­nak to, że żyję. Nie­ste­ty przy tej oka­zji odkry­to moją praw­dzi­wą toż­sa­mość, powia­do­mio­no rodzi­ców i ode­sła­no do domu jako „nie­zdol­ne­go do służ­by woj­sko­wej”.
Nie sądzę, że kto­kol­wiek mógł­by sobie wyobra­zić bar­dziej nie­cie­ka­wą przy­go­dę z wojacz­ką: wra­ca­łem bez lau­rów, a moje samo­po­czu­cie wię­dło z każ­dą prze­by­tą milą, kie­dy zasta­na­wia­łem się, jak zare­agu­je ojciec. On jed­nak zdo­był się na wyro­zu­mia­łość, pusz­cza­jąc w nie­pa­mięć cały epi­zod, i posłał mnie z powro­tem do Oxfor­du, gdzie z po­wodu moich ran byłem przyj­mo­wa­ny jak boha­ter wojen­ny. Choć nie zasłu­ży­łem spe­cjal­nie na lau­ry, było to mimo wszyst­ko miłe. Mimo całej tej wrza­wy czu­łem się jed­nak nie­pew­nie i byłem zanie­po­ko­jo­ny. Nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że nigdy nie zosta­nę praw­ni­kiem. Zebra­łem się na odwa­gę i na Boże Naro­dze­nie poje­cha­łem do Kairu pro­sić ojca, by pozwo­lił mi zostać zawo­do­wym żoł­nie­rzem. Ojciec, widząc jak mi na tym zale­ży i że czu­ję ku temu praw­dzi­we powo­łanie, roz­trop­nie się zgo­dził, a ja poczu­łem, jak­by w moje życie wstą­pił nowy duch.
Wspo­mi­na­jąc mój pobyt w Oks­for­dzie, nigdy nie uważa­łem go za czas zmar­no­wa­ny. Nie zdo­by­łem tam za wie­le wie­dzy pod­ręcz­ni­ko­wej, za to zawar­łem przy­jaź­nie w naj­lepszym moż­li­wym okre­sie, po któ­rym pozo­sta­ją one na całe życie. Tra­fiłem do szer­sze­go i bar­dziej zło­żo­ne­go śro­dowiska od tego, jakie spo­tkał­bym w San­dhurst, gdy­bym zaraz po szko­le wstą­pił do aka­de­mii woj­sko­wej. Myślę, że pomo­gło mi to nie tyl­ko wyro­bić sobie peł­niej­sze spoj­rze­nie na życie, ale tak­że nauczy­ło tole­ran­cji.
Spo­śród moich oks­fordz­kich przy­ja­ciół do naj­bar­dziej nie­zwy­kłych posta­ci nale­żał z pew­no­ścią Aubrey Herbert4. Bły­sko­tli­wy, odważ­ny do sza­leń­stwa, śle­py jak kura był naj­więk­szym flej­tu­chem, jakie­go zna­łem. Jego węzeł od krawa­ta zazwy­czaj znaj­do­wał się w pobli­żu uszu, zamiast spo­czy­wać na sto­ją­cym koł­nie­rzy­ku koszu­li. Miał tak sła­by wzrok, że czy­tając, prak­tycz­nie wodził nosem po papie­rze. Dla­te­go nos miał wiecz­nie uma­za­ny far­bą dru­kar­ską. By móc czy­tać noca­mi, za­palał dwie lam­py naf­to­we, któ­re umiesz­czał o trzy cale z obu stron gło­wy, na wyso­ko­ści uszu. Uwiel­biał nawet naj­głup­sze eska­pa­dy, o ile nie wią­za­ły się z nie­bez­pie­czeń­stwem. Jego sła­bo­ścią było wspi­na­nie się po para­pe­tach okien­nych, naj­chęt­niej na naj­wyż­sze pię­tro, z któ­rych śpie­wał wło­skie pio­sen­ki o miło­ści, czym nie­kie­dy wywo­ły­wał obu­rze­nie mimo­wol­nej publicz­no­ści. Zazwy­czaj miał na nogach pepe­gi, zaś ele­gant­sze obu­wie zakła­dał tyl­ko w cza­sie odwie­dzin mat­ki. Pió­ra uży­wał nie­mal wyłącz­nie do zło­że­nia swo­je­go dzi­wacz­ne­go pod­pi­su. Pra­cę dyplo­mo­wą, za któ­rą otrzy­mał wyróż­nie­nie, napi­sa­ła mu na spe­cjal­ne zle­ce­nie maszy­nist­ka z Lon­dy­nu.
Aubrey był zroz­pa­czo­ny, że nie mógł wyru­szyć na woj­nę bur­ską, zaś kie­dy z niej wró­ci­łem, prze­sia­dy­wał u mnie go­dzinami, wypy­tu­jąc o moje prze­ży­cia. Wziął udział w wiel­kiej woj­nie i wie­lo­krot­nie umknął kostu­sze dzię­ki cudow­nym przy­pad­kom, któ­re przy­da­rza­ją się wyłącz­nie tym, któ­rym śmierć na woj­nie nie jest pisa­na. Gdy potem zna­lazł się w Tur­cji jako atta­ché w naszej amba­sa­dzie w Kon­stan­ty­no­po­lu, zauro­czy­ła go Alba­nia. Zako­chał się w tym kra­ju, jego miesz­kańcach i jego pro­ble­mach. Sobie tyl­ko zna­ny­mi spo­so­ba­mi zyskał pozy­cję kogoś w rodza­ju nie­ko­ro­no­wa­ne­go kró­la.
John Buchan, któ­ry w tym cza­sie tak­że stu­dio­wał w Oks­fordzie, wzo­ro­wał na Her­ber­cie postać Sandy’ego Arbuth­nota w swo­jej książ­ce Gre­en­man­tle i opi­sał go w swo­ich Wspo­mnie­niach jako „naj­cu­dow­niej­sze­go i najwspanialsze­go nie­do­bit­ka z cza­sów rycer­skich”.
Jako czło­nek Par­la­men­tu oży­wiał Izbę Gmin cię­ty­mi ko­mentarzami. Pod­czas deba­ty o wygłu­pach Kon­fe­ren­cji Po­kojowej zapy­tał: „Czy to praw­da, że wście­kli­zna dotar­ła już do Pary­ża?”. W cza­sie I woj­ny świa­to­wej dosta­łem od nie­go nader uro­czy list, w któ­rym nazwał mnie „geniu­szem od­wagi”. Ode­bra­łem to ze wzru­sze­niem i przy­ją­łem jako kom­plement. Szko­da, że ze stra­tą dla Anglii i przy­ja­ciół umarł przed­wcze­śnie.
Z pozo­sta­łych przy­ja­ciół naj­chęt­niej wspo­mi­nam Ame­rykanina Toma Connolly’ego (w tam­tych cza­sach była to rzad­kość na Oxfor­dzie), Nobby’ego Argle­sa, nasze­go zna­komitego ster­ni­ka z Bal­liol, oraz Char­lie­go Meade’a. Char­lie był cichym i łagod­nym czło­wie­kiem, któ­ry póź­niej odkrył w sobie pasję do upra­wia­nia alpi­ni­zmu. Napi­sał na ten te­mat kil­ka świet­nych ksią­żek.
Nie­któ­rzy z rówie­śni­ków, któ­rzy nie nale­że­li wte­dy do krę­gu moich naj­bliż­szych kole­gów, rów­nież zosta­wi­li swój ślad na kar­tach histo­rii. Ray­mond Asqu­ith zgi­nął w 1918 roku, pro­wa­dząc swo­ich ludzi do boju; Wil­liam Tem­ple, bała­ga­niarz, wiecz­nie zanie­dba­ny; obec­ny Lord Beve­ridge, któ­ry w tam­tych cza­sach nie ujaw­niał jesz­cze zdol­ności zna­ko­mi­te­go eko­no­mi­sty; Lord Hen­ley, któ­ry wraz z dwój­ką towa­rzy­szy prze­szedł osiem­dzie­siąt mil z Cam­bridge do Oxfor­du w 23 godzi­ny i 45 minut, docie­ra­jąc na metę na Mag­da­len Brid­ge z pięt­na­sto­mi­nu­to­wą rezer­wą cza­so­wą; bra­cia Char­lie i Jim­my Tom­kin­son. Char­les starto­wał w repre­zen­ta­cji wio­ślar­skiej Oxfor­du, a Jim­my zdo­był sła­wę jako zna­ko­mi­ty gracz w squ­asha. Był tak świet­ny, że dosłow­nie nikt nie mógł mu dorów­nać. Ich ojciec, czyn­ny spor­t­sman, stra­cił życie, nie­szczę­śli­wie spa­da­jąc z konia pod­czas goni­twy z prze­szko­da­mi, w wie­ku 72 lat.
Pamię­ta­jąc, że mój epi­zo­dycz­ny pobyt w murach Oxfor­du nie zaowo­co­wał god­ny­mi wzmian­ki osią­gnię­cia­mi, tym bar­dziej poczu­łem się zaszczy­co­ny, kie­dy po pięć­dzie­się­ciu latach uczel­nia ta przy­zna­ła mi dok­to­rat hono­ris cau­sa, któ­rego dedy­ka­cja brzmia­ła:
„Oto sław­ny wycho­wa­nek Bal­liol, któ­ry prze­rwał stu­dia by wyru­szyć na woj­nę z Bura­mi w Afry­ce Połu­dnio­wej, gdzie został dwu­krot­nie ran­ny, a dziś ma za sobą wię­cej prze­by­tych kam­pa­nii wojen­nych, niż nie­je­den oficer w ogó­le mógł o nich prze­czy­tać; przy­nio­sły mu one dzie­więć ran, a któ­ry od dziś jest dok­to­rem hono­ris cau­sa swo­je­go dawne­go uni­wer­sy­te­tu”.

Książ­ka “Moja Ody­se­ja” już w księ­gar­niach!
Moż­li­wość zaku­pie­nia tutaj.

odyseja

 

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy