Felieton

Lemowe neologizmy

Lem był geniu­szem i każ­dą oraz każ­de­go, kto temu zaprze­czy, skłon­na będę zapro­sić do poga­węd­ki na nie­ubi­tej zie­mi. Ile­kroć myślę bowiem o tym, co nam po Lemie pozo­sta­ło, ude­rza mnie to, jak rzad­ko się zda­rza, by ewo­lu­cja dopro­wa­dzi­ła do osa­dze­nia tak licz­nych talen­tów w jed­nym cie­le. Z pew­no­ścią jest bowiem wie­lu znaw­ców fizy­ki, mają­cych mgli­ste poję­cie o lite­ra­tu­rze; wie­lu zna­ko­mi­tych leka­rzy, nie­wie­le robią­cych sobie z filo­zo­fii oraz wie­le lite­rac­kich talen­tów, któ­re mimo wspa­nia­łe­go warsz­ta­tu, mało mają do prze­ka­za­nia. U Lema, pod jed­ną zale­d­wie czasz­ką, mie­ści­ło się tyle bar­dzo róż­nej wie­dzy i talen­tów tech­nicz­nych, medycz­nych, filo­zo­ficz­nych i lite­rac­kich, że aż dech zapie­ra.

Jed­ną z licz­nych wisie­nek na wie­lo­pię­tro­wym tor­cie Lemo­we­go geniu­szu są jego neo­lo­gi­zmy, któ­rych ogrom­ną licz­bę, niczym rodzyn­ki w pysz­nym cie­ście, roz­sy­pał po kar­tach swo­ich ksią­żek. Jed­na z bada­czek jego twór­czo­ści nali­czy­ła ich oko­ło dwóch tysię­cy. Naj­więk­szą ich kopal­nią są książ­ki: Baj­ki robo­tów, Cybe­ria­da, Dzien­ni­ki gwiaz­do­we jed­nak nie­ma­ła ich licz­ba poja­wia się też i w innych dzie­łach, jak np. Powrót z Gwiazd, Sola­ris, Eden.

Neo­lo­gi­zmy są u Lema czę­sto zna­ko­mi­tym uzu­peł­nie­niem opi­sy­wa­ne­go świa­ta, a nie­kie­dy wręcz bar­dzo istot­ną jego czę­ścią, odzwier­cie­dla­ją bowiem jego cha­rak­ter. Jed­no­cze­śnie zasłu­gu­ją one na wiel­kie uzna­nie z warsz­ta­to­we­go, języ­ko­znaw­cze­go punk­tu widze­nia. Są tak­że for­mą inte­lek­tu­al­nej zaba­wy, czę­sto wywo­łu­ją efekt humo­ry­stycz­ny lub efekt zasko­cze­nia (bądź jed­no i dru­gie), jak wów­czas, gdy Lem two­rzy neo­lo­gizm, zesta­wia­jąc archa­izm z zupeł­nie futu­ry­stycz­nym poję­ciem (sztan­da­ro­wy przy­kład: cybe­ry­cerz).

Trud­no sobie wyobra­zić fan­ta­sty­kę opi­su­ją­cą przy­szłe, rów­no­le­głe czy nie­ist­nie­ją­ce świa­ty bez neo­lo­gi­zmów. Co wię­cej, neo­lo­gizm może być waż­nym środ­kiem osią­ga­nia wła­ści­we­go efek­tu kre­acji świa­ta w jej dwóch pod­sta­wo­wych “typach”. W pierw­szym z nich mamy do czy­nie­nia z rze­czy­wi­sto­ścią, któ­ra jest prze­dłu­że­niem naszej, dobrze nam zna­nej – jej logicz­ną cią­gło­ścią. Na potrze­by takie­go świa­ta autor kreu­je z regu­ły neo­lo­gi­zmy w posta­ci słów nowych, ale zro­zu­mia­łych dla czy­tel­ni­ka. Z kolei w typie dru­gim, w któ­rym mamy do czy­nie­nia ze świa­tem ode­rwa­nym od naszej rze­czy­wi­sto­ści (nawet, jeśli jest pro­jek­cją naszej przy­szło­ści, to i tak w zamy­śle auto­ra nie mamy go rozu­mieć), neo­lo­gi­zmy mogą być zupeł­nie nie­zro­zu­mia­łe – zarów­no dla czy­tel­ni­ka, jak i np. dla głów­ne­go boha­te­ra. Jest to jeden ze spo­so­bów wykre­owa­nia atmos­fe­ry zagu­bie­nia, z któ­re­go sko­rzy­stał Lem, pisząc Powrót z gwiazd. W książ­ce tej zało­ga stat­ku kosmicz­ne­go powra­ca na Zie­mię w ponad sto lat od jej opusz­cze­nia (na pokła­dzie w tym cza­sie, wsku­tek zja­wi­ska dyla­ta­cji cza­su, minę­ło lat zale­d­wie 10) i odnaj­du­je świat dia­me­tral­nie innym, niż był, gdy go opusz­cza­li. Inność ta ude­rza nie tyl­ko pod wzglę­dem roz­wo­ju tech­no­lo­gicz­ne­go, któ­ry przez 127 lat był nie­unik­nio­ny, ale tak­że głę­bo­ki­mi prze­mia­na­mi spo­łecz­ny­mi i w spo­so­bie myśle­nia ludzi, w ich prio­ry­te­tach. Nagro­ma­dze­nie neo­lo­gi­zmów, któ­rych nie może roz­szy­fro­wać ani głów­ny boha­ter, ani czy­tel­nik, ma zbu­do­wać kli­mat wyob­co­wa­nia, zagu­bie­nia i nie­pew­no­ści i uda­je się to Lemo­wi zna­ko­mi­cie. Lem two­rzył jed­nak tak­że i neo­lo­gi­zmy prze­zna­czo­ne dla pierw­sze­go typu świa­tów, zarów­no w swo­ich opo­wia­da­niach czy powie­ściach, jak i w ese­jach, w któ­rych opi­sy­wał nam swo­je fascy­nu­ją­ce pro­gno­zy przy­szło­ści.

Jak wspo­mnia­łam, naj­wię­cej neo­lo­gi­zmów odna­leźć może­my w gro­te­skach Lema; Baj­kach robo­tów, Cybe­ria­dzie, Dzien­ni­kach gwiaz­do­wych. W naj­głęb­szej war­stwie wczy­tu­je­my się w nich roz­wa­ża­nia nad toż­sa­mo­ścią czło­wie­ka, wyznacz­ni­ka­mi czło­wie­czeń­stwa, wol­ną wolą, ogra­ni­cze­nia­mi nauki i moż­li­wo­ści poznaw­czych, a tak­że nad tym, jak mógł­by wyglą­dać świat przy­szło­ści zamiesz­ka­ny przez ludzi lub isto­ty post­ludz­kie. W war­stwie nie­co płyt­szej odkry­wa­my peł­ne wyobraź­ni i humo­ru opo­wiast­ki, któ­rym prze­róż­ne zgrab­ne zaba­wy sło­wo­twór­cze przy­da­ją jesz­cze rumień­ców. Są to dzie­siąt­ki, a nawet set­ki komicz­nych, prze­wrot­nych imion, nazw wła­snych i okre­śleń zako­rze­nio­nych w naszym języ­ku (czę­sto – w sta­ro­polsz­czyź­nie), ale jed­no­cze­śnie nowa­tor­skich i zaska­ku­ją­cych.

Rezy­gnu­jąc w tym miej­scu z dogłęb­nej ana­li­zy języ­ko­wej (kto wie, może zosta­wię ją sobie na uro­dzi­ny Lema w przy­szłym roku), chcia­ła­bym zapre­zen­to­wać Wam nie­wiel­ką prób­kę języ­ko­wych zdol­no­ści i kre­atyw­no­ści pisa­rza, zwra­ca­jąc jed­no­cze­śnie uwa­gę na wiel­kie zróż­ni­co­wa­nie wytwo­rzo­nych przez nie­go neo­lo­gi­zmów od słów brzmią­cych zna­jo­mo, któ­rym jed­nak Lem nada­je inne zna­cze­nia, przez twór­cze zło­że­nia zna­nych nam okre­śleń, po zupeł­nie nowe, nie­kie­dy cał­kiem nie­zro­zu­mia­łe wyra­zy.

aero­mo­bil – pojazd zna­ny nam jako śli­zgo­wiec, poja­wia­ją­cy się na kar­tach Sola­ris,

ark­tan – robot prze­zna­czo­ny do pra­cy w warun­kach ark­tycz­nych,

awruk – okrzyk bojo­wy rodu Selek­try­tów, głę­bo­ko zako­rze­nio­ny w języ­ku sta­ro­pol­skim,

bal­du­ry i badu­bi­ny – isto­ty dosko­na­łe, w jakie mie­li się prze­kształ­cić miesz­kań­cy odwie­dzo­nej przez Ijo­na Tiche­go pla­ne­ty Pin­ty w efek­cie cią­głe­go zanu­rze­nia w wodzie. W prak­ty­ce nikt żad­ne­go bal­du­ra ani badu­bi­na nie widział na oczy,

betry­za­cja – poja­wia­ją­cy się w powie­ści Powrót z gwiazd zabieg usu­wa­nia z psy­chi­ki czło­wie­ka nie­po­rzą­da­nych w przed­sta­wio­nym świe­cie skłon­no­ści do agre­sji,

bez­ro­bot – bez­ro­bo­ty były źró­dłem nie­po­ko­jów spo­łecz­nych w Cybe­ria­dzie, dla czy­tel­ni­ka są z kolei dość abs­trak­cyj­ną wizją robo­ta, któ­ry niczym się nie zaj­mu­je,

bla­da­wiec – bla­daw­ce, czy­li ludzie, zosta­ły wypar­te przez robo­ty, któ­re zalud­nia­ją (a raczej: zaro­bo­ca­ją) świat Bajek robo­tów i Cybe­ria­dy,

cyber­koń – wia­do­mo: koń, ino na pod­ze­spo­łach,

cyber­ma­ta – arma­ta z cyber­ne­tycz­ne­go świa­ta; strasz­li­wa broń robo­tów z Cybe­ria­dy i Bajek,

cyber­na­to­rzy – impe­ra­to­rzy cyber­ne­tycz­ni, porów­ny­wal­nie rząd­ni wła­dzy jak ci, któ­rzy są zna­ni ludz­ko­ści,

cyber­nant­ki i cyber­ne­rzy – panie robot­ki i pano­wie robo­ty odpo­wie­dzial­ni za dobre wycho­wa­nie, ogła­dę i zdol­no­ści racho­wa­nia naj­młod­szych robo­tów odda­nych pod ich opie­kę,

cybor­gia – tak, tak, dokład­nie to, o czym myśli­cie,

cybe­row­ni­ca – robo­tycz­na isto­ta żeń­ska para­ją­ca się gusła­mi i magią,

cyber­nar­dyn – jed­no z wie­lu zwie­rząt zamiesz­ku­ją­cych świat robo­tów, przy­po­mi­na­ją­ce nie­co jed­ną z psich ras zna­nych współ­cze­śnie,

cyber­gaj – jed­na ze zna­nych robo­tom gier,

cyber­ka – taniec wyko­ny­wa­ny przez robo­ty, zbli­żo­ny do jed­ne­go z pol­skich tań­ców naro­do­wych,

cyber­ma­tyzm – cho­ro­ba sta­wów robo­cich,

dłu­goń – obok grzy­bisk, mimo­idów, syme – triad, asy­me­triad, pacie­rzow­ców i chy­żych dłu­go­nie były jed­ny­mi z wie­lu form przyj­mo­wa­nych przez frag­men­ty powierzch­ni mag­mo­we­go oce­anu opi­sa­nych przez naukow­ców bada­ją­cych pla­ne­tę Sola­ris…

duble­ty – miesz­kań­cy pla­ne­ty Eden,

Elek­try­bałt – cyber­ne­tycz­ny poeta o robo­ciej duszy,

elek­try­ce­rze – oczy­wi­ście – to ryce­rze dosia­da­ją­cy cyber­ko­ni,

fan­to­ma­ty­ka – ina­czej wir­tu­al­na rze­czy­wi­stość,

gra­sza­ki a tak­że: natą­gwie, kam­bu­ze­le, ści­śnię­ta, wytrzop­ki, gry­zma­ki, rymun­dy, trzep­ce, pćmy, plu­kwy, fili­dro­ny, nędzio­ły, nupaj­ki, nur­kow­ni­ce, pćmy, mur­kwie i zamry – prze­róż­ne ele­men­ty świa­ta robo­cie­go, z któ­rych część znik­nę­ła na sku­tek bez­tro­skiej zaba­wy dwóch kon­struk­to­rów: Trur­la i Kla­pau­cju­sza, któ­rzy testu­jąc maszy­nę, co potra­fi­ła zro­bić wszyst­ko na “N”, o mało nie dopro­wa­dzi­li do koń­ca świa­ta…

matry­cju­szow­ski (ród matry­cju­szow­ski) – szla­chet­ny ród z kart Cybe­ria­dy,

mecha­no­au­to­mat, pul­so­mo­tor – nazwy maszyn z kart powie­ści Lema,

pucy­bu­ter – kom­pu­ter do czysz­cze­nia butów,

robo­sioł (obda­rzo­ne elek­try­czą­cym gło­sem) – kolej­ny przed­sta­wi­ciel robo­ciej fau­ny, przy­po­mi­na­ją­cy dobrze zna­ne nam zwie­rzę pocią­go­we z rodzi­ny konio­wa­tych,

sepul­ka – tu posłu­żę się cyta­tem z Wiki­pe­dii, któ­ry udał się dość zgrab­ny: słu­żą do sepu­le­nia i odgry­wa­ją wiel­ką rolę w cywi­li­za­cji Ardry­tów: odnie­sie­nia do nich poja­wia­ją się nagmin­nie w sztu­ce i rekla­mie. Ijo­no­wi Tiche­mu nie uda­ło się usta­lić szcze­gó­łów, gdyż sepul­ki są tema­tem tabu – sama roz­mo­wa o nich jest trak­to­wa­na jako wiel­ki nie­takt. Z pozo­ru może się wyda­wać, że sepul­ki mają zwią­zek ze sfe­rą ero­tycz­ną (wiel­kie obu­rze­nie wywo­ły­wa­ły pró­by zaku­pu ich, czy uży­cia przez Ijo­na Tiche­go, jako oso­bę samot­ną), jed­nak zaprze­cza­ją temu sami Ardry­ci. Według Lema, sepul­ki są bar­dzo podob­ne do mur­kwi, a kolo­ry­stycz­nie tro­chę przy­po­mi­na­ją pćmy łagod­ne. Ich funk­cja użyt­ko­wa jest oczy­wi­ście inna.

synor­pan – instru­ment muzycz­ny.

Dziś to już wszyst­ko o neo­lo­gi­zmach Lema, muszę zosta­wić sobie coś do przy­szłe­go roku. Jeśli nie chce­cie tak dłu­go cze­kać, war­to poszu­kać infor­ma­cji samo­dziel­nie. W 2006 roku wyszedł nawet słow­nik neo­lo­gi­zmów Lema; nie był jed­nak wzna­wia­ny i nie­ła­two go zdo­być.

Dzię­ku­ję Wam za wspól­ną wędrów­kę po twór­czo­ści Lema – tego­rocz­ny Kawer­nia­ny Tydzień Lemow­ski powo­li dobie­ga koń­ca. Jutro zapra­szam Was na wień­czą­cy go kon­kurs, a za rok – na kolej­ne obcho­dy uro­dzin Mistrza.

Na koniec naszpi­ko­wa­ny neo­lo­gi­zma­mi frag­ment opo­wia­da­nia Jak oca­lał świat, otwie­ra­ją­ce­go Cybe­ria­dę:

Kon­struk­tor Trurl spo­rzą­dził raz maszy­nę, któ­ra umia­ła robić wszyst­ko na lite­rę n. Kie­dy była goto­wa, na pró­bę kazał jej zro­bić nici, potem nani­zać je na naparst­ki, któ­re też zro­bi­ła, następ­nie wrzu­cić wszyst­kie do spo­rzą­dzo­nej nory, oto­czo­nej natry­ska­mi, nastaw­nia­mi i napa­ra­mi. Wyko­na­ła pole­ce­nie co do joty, ale ponie­waż nie był jesz­cze pew­ny jej dzia­ła­nia, kolej­no musia­ła zro­bić nim­by, nausz­ni­ce, neu­tro­ny, nur­ty, nosy, nim­fy i natrium. Tego ostat­nie­go nie umia­ła, i Trurl, bar­dzo zmar­twio­ny, kazał się jej tłu­ma­czyć.
- Nie wiem, co to jest – wyja­śni­ła. – Nie sły­sza­łam o czymś takim.
- Jak to? Ależ to sód. Taki metal, pier­wia­stek…
- Jeże­li nazy­wa się sód, jest na s, a ja umiem robić tyl­ko na n.
- Ale po łaci­nie nazy­wa się natrium.
- Mój kocha­ny – rze­kła maszy­na – gdy­bym mogła robić wszyst­ko na n we wszel­kich moż­li­wych języ­kach, była­bym Maszy­ną Któ­ra Może Wszyst­ko Na Cały Alfa­bet, bo dowol­na rzecz, w jakimś tam obcym języ­ku na pew­no nazy­wa się na n. Nie ma tak dobrze. Nie mogę robić wię­cej, niż to wymy­śli­łeś. Sodu nie będzie.
- Dobrze – zgo­dził się Trurl i kazał jej zro­bić nie­bo. Zro­bi­ła zaraz jed­no, nie­wiel­kie, ale zupeł­nie nie­bie­skie. Zapro­sił wte­dy do sie­bie kon­struk­to­ra Kla­pau­cju­sza, przed­sta­wił go maszy­nie i tak dłu­go wychwa­lał jej nad­zwy­czaj­ne zdol­no­ści, aż ów roz­gnie­wał się skry­cie i popro­sił, aby i jemu wol­no było coś jej roz­ka­zać.
- Pro­szę bar­dzo – rzekł Trurl – ale to musi być na n.
- Na n? – rzekł Kla­pau­cjusz. – Dobrze. Niech zro­bi naukę.
Maszy­na zawar­cza­ła i po chwi­li plac przed domo­stwem Trur­la wypeł­nił się tłu­mem naukow­ców. Wodzi­li się za łby, pisa­li w gru­bych księ­gach, inni pory­wa­li te księ­gi i dar­li je na strzę­py, w dali widać było pło­ną­ce sto­sy, na któ­rych skwier­cze­li męczen­ni­cy nauki, tu i ówdzie coś huka­ło, powsta­wa­ły jakieś dziw­ne dymy w kształ­cie grzy­bów, cały tłum gadał rów­no­cze­śnie, tak że sło­wa nie moż­na byłe zro­zu­mieć, od cza­su do cza­su ukła­da­jąc memo­ria­ły, ape­le i inne doku­men­ty, w odosob­nie­niu zaś, pod noga­mi wrzesz­czą­cych, sie­dzia­ło kil­ku samot­nych star­ców i bez prze­rwy macz­kiem pisa­ło na kawał­kach podar­te­go papie­ru.
- No co, może złe?! – zawo­łał z dumą Trurl. – Wyka­pa­na nauka, sam przy­znasz!
Ale Kla­pau­cjusz nie był zado­wo­lo­ny.
- Co, ten tłum to ma być nauka? Nauka to coś cał­kiem inne­go!
- Więc pro­szę, powiedz co, a maszy­na zaraz to zro­bi! – obru­szył się Trurl. Ale Kla­pau­cjusz nie wie­dział, co powie­dzieć, więc oświad­czył, że posta­wi maszy­nie jesz­cze dwa inne zada­nia, a jeśli je ona roz­wią­że, uzna, że jest taka, jak ma być. Trurl przy­stał na to i Kla­pau­cjusz roz­ka­zał, aby zro­bi­ła nice.
- Nice! – wykrzyk­nął Trurl. – Sły­szał kto coś takie­go, co to są nice?!
- Ależ jak to, dru­ga stro­na wszyst­kie­go – odparł Kla­pau­cjusz spo­koj­nie. – Nico­wać, prze­wra­cać na pod­szew­kę, nie sły­sza­łeś o tym? No no, nie uda­waj! Hej, maszy­no, bierz się do robo­ty!
Maszy­na jed­nak dzia­ła­ła już od dobrej chwi­li. Zro­bi­ła naj­pierw anty­pro­to­ny, potem anty­elek­tro­ny, anty­neu­tri­na, anty­neu­tro­ny, i tak dłu­go pra­co­wa­ła, nie usta­jąc, aż natwo­rzy­ła bez liku anty­ma­te­rii, z któ­rej zaczął się z wol­na, podob­ny do dziw­nie błysz­czą­cej chmu­ry w nie­bie, for­mo­wać anty świat.
- Hm – rzekł bar­dzo nie­za­do­wo­lo­ny Kla­pau­cjusz – to mają być nice? Powiedz­my, że tak… Daj­my na to, dla świę­te­go spo­ko­ju… Ale oto trze­ci roz­kaz: Maszy­no! Masz zro­bić Nic!
Maszy­na przez dłuż­szy czas w ogó­le się nie rusza­ła. Kla­pau­cjusz jął zacie­rać z zado­wo­le­nia ręce, Trurl zaś rzekł:
- O co ci cho­dzi? Kaza­łeś jej nic nie robić, więc nic nie robi!
- Nie­praw­da. Kaza­łem jej zro­bić Nic, a to co inne­go.
- Też coś! Zro­bić Nic a nie zro­bić nic – zna­czy jed­no i to samo.
- Skąd­że! Mia­ła zro­bić Nic, a tym­cza­sem nie zro­bi­ła nic, więc wygra­łem. Nic bowiem, mój ty prze­mą­drza­ły kole­go, to nie takie sobie zwy­czaj­ne nic, pro­dukt leni­stwa i nie­dzia­ła­nia, lecz czyn­na i aktyw­na Nicość, to jest dosko­na­ły, jedy­ny, wszech­obec­ny i naj­wyż­szy Nie­byt we wła­snej nie­obec­nej oso­bie!!
- Zawra­casz gło­wę maszy­nie! – krzyk­nął Trurl, lecz naraz roz­legł się jej spi­żo­wy głos:
- Prze­stań­cie się kłó­cić w takiej chwi­li! Wiem, co to Nie­byt, Nicość, czy­li Nic, ponie­waż te rze­czy nale­żą do klu­cza lite­ry n, jako Nie­ist­nie­nie. Lepiej po raz ostat­ni przyj­rzyj­cie się świa­tu, bo wnet go nie będzie…
Sło­wa zamar­ły na ustach roz­ju­szo­nym kon­struk­to­rom. Maszy­na w samej rze­czy robi­ła Nic, a to w ten spo­sób, że kolej­no usu­wa­ła ze świa­ta roz­ma­ite rze­czy, któ­re prze­sta­wa­ły ist­nieć, jak­by ich w ogó­le nigdy nie było. Usu­nę­ła już natą­gwie, nupaj­ki, nur­kow­ni­ce, nędzio­ły, nałusz­ki, nie­do­stóp­ki i nęda­sy. Chwi­la­mi wyda­wa­ło się, że zamiast redu­ko­wać, zmniej­szać, wyrzu­cać, usu­wać, uni­ce­stwiać i odej­mo­wać – powięk­sza i doda­je, ponie­waż zli­kwi­do­wa­ła po kolei nie­smak, nie­po­spo­li­tość, nie­wia­rę, nie­do­syt, nie­na­sy­ce­nie i nie­moc. Lecz potem zno­wu zaczę­ło się robić wokół patrzą­cych rza­dziej.
- Ojej! – rzekł Trurl. – Żeby coś z tego złe­go tyl­ko nie wyni­kło…
- E, co tam! – rzekł Kla­pau­cjusz. – Prze­cież widzisz, że ona nie robi wca­le Nico­ści Gene­ral­nej, a jedy­nie Nie­obec­ność wszyst­kich rze­czy na n, nic się nie sta­nie, bo też ta two­ja maszy­na cał­kiem do nicze­go!
- Tak ci się tyl­ko wyda­je – odpar­ła maszy­na. – Zaczę­łam, istot­nie, od wszyst­kie­go, co na n, bo było mi to bar­dziej fami­liar­ne, ale co inne­go jest zro­bić jakąś rzecz, a co inne­go usu­nąć ją. Usu­wać mogę wszyst­ko, z tej pro­stej przy­czy­ny, że umiem robić wszy­ściu­teń­ko, ale to wszy­ściu­teń­ko na n, a więc Nie­byt jest dla mnie frasz­ką. Zaraz was nie będzie ani nicze­go, więc pro­szę cię, Kla­pau­cju­szu, abyś powie­dział jesz­cze pręd­ko, że jestem praw­dzi­wie uni­wer­sal­na i wyko­nu­ję roz­ka­zy jak się nale­ży, bo będzie za póź­no.
- Ależ to… – zaczął prze­stra­szo­ny Kla­pau­cjusz i w tej chwi­li zauwa­żył, że istot­nie już nie tyl­ko na n nik­ną róż­ne rze­czy: prze­sta­ły ich bowiem ota­czać kam­bu­ze­le, ści­śnię­ta, wytrzop­ki, gry­zma­ki, rymun­dy, trzep­ce i pćmy.
- Stój! Stój! Cofam to, co powie­dzia­łem! Prze­stań! Nie rób Nie­by­tu!! – wrzesz­czał na całe gar­dło Kla­pau­cjusz, ale zanim maszy­na się zatrzy­ma­ła, zni­kły jesz­cze gra­sza­ki, plu­kwy, fili­dro­ny i zamry. Wte­dy dopie­ro maszy­na znie­ru­cho­mia­ła. Świat wyglą­dał wręcz prze­raź­li­wie. Zwłasz­cza ucier­pia­ło nie­bo: widać było na nim led­wo poje­dyn­cze punk­ci­ki gwiazd; ani śla­du prze­ślicz­nych gry­zma­ków i gwaj­dol­nic, któ­re tak dotąd upięk­sza­ły nie­bo­skłon!
- Wiel­kie nie­ba! – zakrzyk­nął Kla­pau­cjusz. – A gdzież są kam­bu­ze­le? Gdzie moje mur­kwie ulu­bio­ne? Gdzie pćmy łagod­ne?!
- Nie ma ich i nigdy już nie będzie – odpar­ła spo­koj­nie maszy­na. – Wyko­na­łam, a raczej zaczę­łam wyko­ny­wać to tyl­ko, coś mi kazał…
- Kaza­łem ci zro­bić Nicość, a ty… ty…
- Kla­pau­cju­szu, albo jesteś głup­cem, albo głup­ca uda­jesz – rze­kła maszy­na. – Gdy­bym zro­bi­ła Nicość naraz, za jed­nym zama­chem, prze­sta­ło­by ist­nieć wszyst­ko, więc nie tyl­ko Trurl i nie­bo, i Kosmos, i ty, ale nawet ja. Więc kto wła­ści­wie i komu mógł­by wte­dy powie­dzieć, że roz­kaz został wyko­na­ny i że jestem spraw­ną maszy­ną? A gdy­by nikt tego niko­mu nie powie­dział, w jaki spo­sób ja, któ­rej by tak­że już nie było, mogła­bym otrzy­mać należ­ną mi satys­fak­cję?
- Niech ci będzie, nie mów­my już o tym – rzekł Kla­pau­cjusz. – Już nicze­go od cie­bie nie chcę, ślicz­na maszy­no, tyl­ko pro­szę, zrób mur­kwie, bo bez nich życie mi nie­mi­łe…
- Nie umiem tego, ponie­waż są na m – rze­kła maszy­na. – Owszem, mogę na powrót zro­bić nie­smak, nie­na­sy­ce­nie, nie­wie­dzę, nie­na­wiść, nie­moc, nie­trwa­łość, nie­po­kój i nie­wia­rę, ale na inne lite­ry pro­szę się po mnie nicze­go nie spo­dzie­wać.
- Ale ja chcę, żeby były mur­kwie! – ryk­nął Kla­pau­cjusz.
- Mur­kwi nie będzie – rze­kła maszy­na. – Popatrz, pro­szę, na świat, jaki jest cały pełen olbrzy­mich czar­nych dziur, pełen Nico­ści, któ­ra wypeł­nia bez­den­ne otchła­nie mię­dzy gwiaz­da­mi, jak wszyst­ko dooko­ła sta­ło się nią pod­szy­te, jak czy­ha nad każ­dym skraw­kiem ist­nie­nia. To two­je dzie­ło, mój zawist­ni­ku! Nie sądzę, żeby następ­ne poko­le­nia mia­ły cię za to bło­go­sła­wić…
- Może się nie dowie­dzą… Może nie zauwa­żą… – wyją­kał pobla­dły Kla­pau­cjusz, patrząc z nie­wia­rą w pust­kę czar­ne­go nie­ba i nie śmiąc nawet w oczy spoj­rzeć swe­mu kole­dze. Pozo­sta­wiw­szy go obok maszy­ny, któ­ra umia­ła wszyst­ko na n, wró­cił chył­kiem do domu – świat zaś po dziś dzień pozo­stał już cały podziu­ra­wio­ny Nico­ścią – tak jak go w toku naka­za­nej likwi­da­cji zatrzy­mał Kla­pau­cjusz. A ponie­waż nie uda­ło się zbu­do­wać maszy­ny na żad­ną inną lite­rę, trze­ba się oba­wiać, że nie będzie już nigdy takich wspa­nia­łych zja­wisk jak pćmy i mur­kwie – po wie­ki wie­ków.

źró­dło cyta­tu: www.polonica.ru

Autor­ką tek­stu jest Mag­da­le­na Goetz

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy