Ciekawostki Felieton

Potworna dwudziestka, czyli dwadzieścia lektur z motywem potwora

Gdy­bym miał być kon­se­kwent­ny, po zesta­wie­niu dwu­dzie­stu ksią­żek z kotemtyluż z psa­mi, na warsz­tat w trze­cim kro­ku powi­nie­nem wziąć ryb­ki, kanar­ki, cho­mi­ki, szczu­ry albo papu­gi, względ­nie konie bądź węże (być może kie­dyś to nastą­pi); ale tym razem przy­szedł czas na lite­rac­kie mon­stra (o osob­nym arty­ku­le z mito­lo­gicz­ny­mi stwo­ra­mi tak­że myślę). Muszę tyl­ko prze­strzec wszyst­kich liczą­cych na współ­cze­sne utwo­ry – będę sku­piał się gene­ral­nie na pro­to­ty­po­wych dzie­łach.

Dra­cu­la – Bram Sto­ker

Jed­na z naj­bar­dziej iko­nicz­nych dla popkul­tu­ry posta­ci wzo­ro­wa­na jest na oso­bie Wła­da Palow­ni­ka, hospo­da­ra woło­skie­go z dru­giej poło­wy XV wie­ku, na któ­re­go trop wpadł Bram Sto­ker, prze­szu­ku­jąc histo­rycz­ne źró­dła. Sama powieść napi­sa­na jest według kon­wen­cji epi­sto­lar­nej, czy­li histo­ria opo­wia­da­na jest za pomo­cą listów, wpi­sów do pamięt­ni­ka czy frag­men­tów z gazet. Co cie­ka­we, cen­tral­ny motyw opo­wie­ści (zasad­ni­czy dla tema­tu zesta­wie­nia) nie jest wca­le pio­nier­ski w lite­ra­tu­rze, ani roman­tycz­nej (tu przo­du­ją Johann Wol­fgang Goethe z poema­tem Narze­czo­na z Koryn­tu – 1797 – oraz John Poli­do­ri wraz z Wam­pi­rem z 1819 roku), ani folk­lo­ru (choć­by wie­rze­nia sło­wiań­skie). Nie­mniej, Dra­cu­la Sto­ke­ra pozo­sta­je dzie­łem z tego obsza­ru bodaj naj­bar­dziej wpły­wo­wym i kano­nicz­nym w lite­ra­tu­rze.


Zgro­za w Dun­witch – Howard Phil­lips Love­craft

Na próż­no doszu­ki­wać się mito­lo­gicz­nych czy legen­dar­nych pro­to­ty­pów Cthul­hu, cho­ciaż nie moż­na takich cał­ko­wi­cie odrzu­cić, bo Love­craft gar­ścia­mi czer­pał z tra­dy­cji lite­rac­kiej oraz folk­lo­ru. Jed­nak nas nie powin­no to zbyt­nio inte­re­so­wać, ponie­waż mogli­by­śmy tak odko­py­wać wyko­rzy­sta­ne świa­do­mie i nie, prze­obra­żo­ne, zmo­dy­fi­ko­wa­ne, nie­pre­kur­sor­skie moty­wy bez koń­ca. Nie moż­na za to wyjść naprze­ciw twier­dze­niom o oddzia­ły­wa­niu prac Love­cra­fta z tzw. mito­lo­gii Cthul­hu (sku­pia­ją­cej się na kosmo­go­nii, tytu­ło­wym, ale i pokrew­nym stwo­rom pocho­dze­nia nie­ziem­skie­go), bowiem inspi­ru­ją (i inspi­ro­wa­ły) rze­sze pisa­rzy (w tym Roge­ra Zela­zne­go, Terry’ego Prat­chet­ta, Neila Gaima­na czy Euge­niu­sza Dęb­skie­go) i innych arty­stów (muzy­ka: Metal­li­ca, komiks: User Frien­dly J.D. Fra­ze­ra, gry: Zagi­nię­cie Etha­na Car­te­ra Adria­na Chmie­la­rza).

Nie­mniej, sku­pia­jąc się na tema­cie prze­wod­nim, war­to przy­to­czyć sztan­da­ro­we­go potwo­ra – Cthul­hu – huma­no­idal­ne­go olbrzy­ma o gło­wie ośmior­ni­cy, ze smo­czy­mi skrzy­dła­mi i wiel­kim skrzy­dła­mi, uśpio­ne­go na dnie Pacy­fi­ku w zato­pio­nym mie­ście R’lyeh (nawią­za­nia do Atlan­ty­dy czy bre­toń­skie­go Ys nie­przy­pad­ko­we), gdzie ocze­ku­je odpo­wied­niej koniunk­cji. Jego esen­cją – w myśli Love­cra­fta – było magne­ty­zo­wa­nie i odpy­cha­nie, czy­li ale­go­rycz­ne uka­za­nie ludz­kiej cie­ka­wo­ści do tego, co nie­zna­ne, obce, z zało­że­nia nie­bez­piecz­ne, tajem­ni­cze.


Fran­ken­ste­in, czy­li współ­cze­sny Pro­me­te­usz – Mary Shel­ley

Czer­wiec 1816 eufe­mi­stycz­nie rzecz mówiąc nie był ład­ny, wul­kan Tam­bo­ra posta­no­wił zro­bić nie­spo­dzian­kę i eks­plo­do­wał, zapew­nia­jąc świa­tu tzw. rok bez lata. Nad jezio­rem Genew­skim lord Byron gości tro­je przy­ja­ciół i zachę­ca do wspól­nej zaba­wy – wymy­śla­nia histo­rii. Osiem­na­sto­let­nia Shel­ly dozna­je olśnie­nia nocą 16 czerw­ca, gdy kosz­mar o czło­wie­ku klę­czą­cym przy mon­strum, poskła­da­nym z róż­nych kawał­ków, nie daje jej spać. Wów­czas rodzi się opo­wia­da­nie na bazie snu, potem powieść. Bar­dzo roman­tycz­na histo­ria, bo i cza­sy takie były. Pre­kur­sor­ski utwór nie tyl­ko oka­zał się fascy­nu­ją­cą gotyc­ką opo­wie­ścią, gro­zą zasłu­gu­ją­cą na pie­de­stał, ale i dużo póź­niej został uzna­ny za pierw­sze dzie­ło w kon­wen­cji scien­ce fic­tion.

Sam motyw czło­wie­ka wskrze­szo­ne­go nie jest wpraw­dzie niczym nowym – za spra­wą Jezu­sa mło­dzie­niec z Nain i Łazarz odzy­ska­li życie, w mitach grec­kich Zeus (albo Kal­lio­pe) wskrze­sił Ado­ni­sa, w egip­skich Horus Ozy­ry­sa, zaś w wie­rze­niach voodoo zmar­li (nie w peł­ni) odda­ją się we wła­dzę wskrze­sza­ją­cych ich: stwór Fran­ken­ste­ina jest czymś pomię­dzy wskrze­szo­nym w uję­ciu sta­ro­żyt­nym i wudu, nie do koń­ca odzy­sku­je daw­ne życie, ale i nie sta­je się pod­le­gły twór­cy. Nie­mniej, od daw­nych prze­ka­zów i wie­rzeń oddzie­la go brak mistycz­nych sił oraz nauka, za spra­wą któ­rej (zaawan­so­wa­nej medy­cy­ny, bio­lo­gii i fizy­ki) miał stać się żywy. Same­go stwo­ra moż­na pod­da­wać wsze­la­kim ana­li­zom i inter­pre­ta­cjom, co oczy­wi­ście bada­cze lite­ra­tu­ry, (pop)kultury czy nawet bio­lo­dzy czy­nią. Nic dziw­ne­go, widok i filo­zo­fia isto­ty poskła­da­nej z róż­nych czę­ści ludz­kie­go cia­ła (tzn. od róż­nych ludzi), zszy­tych ze sobą, nie jest czymś codzien­nym i od razu zasta­na­wia.


Dok­tor Jekyll i pan Hyde – Robert Louis Ste­ven­son

Chy­ba naj­bar­dziej zna­ne dzie­ło (obok Wyspy skar­bów) szkoc­kie­go powie­ścio­pi­sa­rza doby neo­ro­man­ty­zmu to wła­ści­wie nowel­ka, opie­ra­ją­ca się na wąt­ku „ter­ra­for­ma” (czło­wie­ka prze­obra­ża­ją­ce­go swe cia­ło samo­ist­nie, „na zawo­ła­nie”). Cała opo­wieść roz­po­czy­na się wraz z odkry­ciem przez cenio­ne­go lon­dyń­skie­go leka­rza, dr Jekyl­la, elik­si­ru pozwa­la­ją­ce­go na zmia­nę kształ­tu – pozor­nie wie­ko­pom­ne odkry­cie, sta­je się tak­że dla dok­to­ra prze­kleń­stwem. Pan Hyde – swo­iste alter ego – odzwier­cie­dla rze­ko­mo pier­wot­ne zło, drze­mią­ce na dnie ludz­kiej duszy, Freu­dow­skie „id”, demo­nicz­ną rzą­dzę mor­du. Po ponow­nej zmia­nie w spo­koj­ne­go, altru­istycz­ne­go leka­rza, uwię­zio­ny potwór wal­czy z nim o wła­dzę nad umy­słem. Dopro­wa­dza to do sza­leń­czych myśli, stre­su i nie­mo­cy, pogo­dze­nia się ze swo­ją podwój­ną toż­sa­mo­ścią.

Oddzia­ły­wa­nie i czer­pa­nie z dzie­ła w (pop)kulturze sta­ło się czymś natu­ral­nym i coraz czę­ściej zatra­ca się trop pier­wo­wzo­ru, choć­by w nie­daw­nym obra­zie Split Mano­ja Nigh­ta Shy­ama­la­na, w któ­rym – dla zna­ją­cych pro­to­typ – tro­py są oczy­wi­ste, a rzad­ko natra­fia­łem na takie w ana­li­zach i recen­zjach. Sam motyw meta­mor­fo­zy co praw­da też nie jest czymś nowym, bo mito­lo­gie i wszel­kie­go rodza­ju wie­rze­nia, klech­dy wca­le czę­sto korzy­sta­ły z tego topo­su: bogo­wie w zwie­rzę­ta, mło­dzień­ców, sta­rów, ksią­żę­ta w bestie, nazna­cze­ni w wil­ki. Jed­nak Ste­ven­son zda­je się pod­cho­dzić z oba­wą do uzy­ska­nia przez czło­wie­ka wresz­cie takiej moż­li­wo­ści – i w dobie ope­ra­cji pla­stycz­nych, bio­lo­gicz­nych zmian płci oraz akcen­to­wa­nia istot­no­ści zabu­rzeń psy­chicz­nych postać dr Jekyl­la i pana Hyda nabie­ra nowe­go zna­cze­nia.


Bie­sia­da widm – Alek­san­der Dumas

Sam tytuł nie­wie­le może powie­dzieć o total­nym nawią­za­niu książ­ki, ale alter­na­tyw­na pol­ska nazwa zbio­ru jest bodaj dla wszyst­kich jed­no­znacz­ny, bowiem 1001 opo­wie­ści o duchach: Jeden dzień w Fon­te­nay-aux-Roses wyraź­nie wska­zu­je na pew­ną rela­cję z Księ­gą tysią­ca i jed­nej nocy. Owszem, struk­tu­ral­nie rów­nież mamy do czy­nie­nia z pew­nym powie­le­niem, bowiem Dumas skrzęt­nie zadbał o to, by nie było mowy o jakim­kol­wiek pla­gia­cie, lecz o otwar­tej inspi­ra­cji. Świa­dek mor­der­stwa nie może opu­ścić mia­sta przed zakoń­cze­niem postę­po­wa­nia, pod­czas ocze­ki­wa­nia zebra­ni dla umi­le­nia cza­su snu­jąc opo­wie­ści nie­zwy­kłe, w któ­rych poja­wia­ją się isto­ty para­nor­mal­ne, duchy, wam­pi­ry i wie­le nie­na­tu­ral­nych zja­wisk.


Powrót z pie­kła – Cli­ve Bar­ker

Nie­po­zor­na nowe­la Clive’a Bar­ke­ra, zarów­no pisa­rza, jak i reży­se­ra, zaj­mu­ją­ce­go się dość nie­sche­ma­tycz­ny­mi wizja­mi gro­zy, sta­ła się nie­ja­ko zacząt­kiem swo­istej fran­szy­zy hor­ro­rów (na ten rok zapo­wie­dzia­no dzie­sią­tą odsło­nę fil­mu Hel­l­ra­iser: Judg­ment). Opo­wia­da­nie podej­mu­je się w dość cie­ka­wy spo­sób­mo­tyw sado­ma­so­chi­zmu i czy­ni z nie­go pożyw­kę dla fabu­ły (oprócz tek­stu dla dzie­się­ciu fil­mów!), a Bar­ker sta­ra się prze­ana­li­zo­wać ele­men­ty łączą­ce roz­kosz i cier­pie­nie.

Co cie­ka­we, nie korzy­sta bez­po­śred­nio ani z kosmi­tów, ani z mito­lo­gii (choć się nimi moc­no inspi­ru­je), tyl­ko obie­ra ścież­kę mul­ti­wer­sum, zamiesz­cza w ramach swe­go świa­ta kost­kę Lemar­chan­da – klucz do wymia­ru Ceno­bi­tów (zaczerp­nię­te z for­muł życia sakral­ne­go), gdzie moż­na dozna­wać bez­gra­nicz­nych roz­ko­szy, ale też nie­ro­ze­rwal­nych z nimi cier­pień (coś dla roz­wa­żań hedo­ni­stycz­nych). Owa rasa, pod­po­rząd­ko­wa­na swo­istej struk­tu­rze życia, nie tyl­ko zapew­nia „wybrań­com” dostą­pie­nie zaszczy­tu roz­ko­szy-cier­pie­nia, lecz ści­ga tych, któ­rzy wyrwa­li się z ich szpo­nów, aby ponow­nie dozna­li ich daru.


Lokis. Ręko­pis pro­fe­so­ra Wit­tem­ba­cha – Pro­sper Méri­mée

Co praw­da pozy­cja nie wywar­ła zbyt wiel­kie­go wpły­wu na popkul­tu­rę, ale jeden z pol­skich fil­mów gro­zy (i to tych cał­kiem uda­nych, w reży­se­rii Juliu­sza Machul­skie­go) zawład­nął swe­go cza­su kry­ty­ką. Fran­cu­ska nowel­ka sta­wia przed czy­tel­ni­kiem wiel­kie wyzwa­nie i moż­li­wo­ści, bo inter­pre­ta­cja fabu­ły wca­le nie jest pro­sta – nie wie­my do koń­ca, co jest praw­dą, a co wyłącz­nie myl­nym zarzu­tem, zło­śli­wym oskar­że­niem, wytwo­rem wybu­ja­łej wyobraź­ni. Dwie rze­czy mimo wszyst­ko spra­wia­ją, że po lek­tu­rę war­to się­gnąć: boga­to zary­so­wa­ne tło Żmu­dzi XIX wie­ku oraz moty­wy nad­na­tu­ral­ne (wiedź­ma, niedź­wie­dzio­łak).


Szczę­ki – Peter Ben­chley

Czy­tel­ni­cy znad Wisły zapo­zna­li się z pozy­cją za spra­wą gło­śnej pro­duk­cji Ste­ve­na Spiel­ber­ga z 1975 roku, pierw­sze­go block­bu­ste­ra (choć ostat­nia część z adap­ta­cyj­nej serii oka­za­ła się wiel­ką kla­pą, peł­ną błę­dów logicz­nych czy sce­na­riu­szo­wych, kry­ty­ka dosłow­nie zrów­ny­wa­ła ją z zie­mią), co wyda­je się zasta­na­wia­ją­ce, gdy kon­fron­tu­je­my ten fakt z ponad czter­dzie­sto­ty­go­dnio­wą obec­no­ścią pier­wo­wzo­ru na ame­ry­kań­skiej liście best­sel­le­rów. Gro­za obec­na w powie­ści z kolei bazu­je na rze­czy­wi­stych wyda­rze­niach, zna­nych powszech­niej jako ata­ki reki­nów z New Jer­sey.

Co się jed­nak tyczy utwo­ro­we­go mon­strum – reki­na-ludo­ja­da – nie jest czymś nad­na­tu­ral­nym w porów­na­niu z wcze­śniej wspo­mnia­ny­mi, ale jego zacho­wa­nie, mimo że zgod­ne z natu­rą, zosta­ło w książ­ce nie­co wyol­brzy­mio­ne, choć twier­dzi się, że strach pły­ną­cy z obec­no­ści, kon­fron­ta­cji i ucie­czek przed pły­wa­ją­cym potwo­rem, odda­ją realizm podob­nych zajść.


Golem – Gustav Mey­rink

Jed­na z naj­trud­niej­szych – dla mnie – powie­ści, jakie zna­la­zły się na tej liście – nie ze wzglę­du na for­mu­łę czy fabu­lar­ne wyma­ga­nia, lecz na boga­tość i spój­ność żydow­skiej sym­bo­li­ki, boha­te­rów i war­to­ści, któ­re dla nie­wta­jem­ni­czo­nych (są to wszak czę­ści odmien­nej kul­tu­ry) nie są jasne i w peł­ni zro­zu­mia­łe (mimo że kul­tu­ry opar­te na chrze­ści­ja­ni­zmie wła­ści­wie nań bazu­ją). Nie ozna­cza to, że powieść sama w sobie spra­wia pro­ble­my i opo­wia­da o czymś, cze­go powszech­ny czy­tel­nik nie zro­zu­mie, bo Golem ma wymiar wręcz kry­mi­nal­ny – spi­sek, pięk­na nie­zna­jo­ma czy pościg też są tu wpi­sa­ne – acz­kol­wiek to sfe­ra ducho­wa, oni­rycz­na, ezo­te­rycz­na, zwią­za­na z tytu­ło­wym Gole­mem wyma­ga od inter­pre­ta­to­ra naj­wię­cej, lecz odda­je z nawiąz­ką.


Mnich – Mat­thew Gre­go­ry Lewis

Oto poja­wie­nie się po raz pierw­szy (1796) mni­cha – dotych­czas w lite­ra­tu­rze przed­sta­wia­ne­go jako paste­rza, oso­bę pomoc­ną i gło­szą­cą wzor­ce zacho­wań, nie­ska­zi­tel­ną wobec Boga i suro­wą wzglę­dem grzesz­ni­ków – w ciem­nych, hanieb­nych wręcz bar­wach. Co cie­ka­we mło­dy Lewis (napi­sał powieść w prze­cią­gu dzie­się­ciu tygo­dni) nie tyle od razu posta­wił mni­cha w roli złe­go, co uka­zał upa­dek jed­ne­go z naj­bar­dziej pochło­nię­tych i odda­nych wie­rze. Hisz­pa­nia, lata żar­li­we­go tępie­nia here­zji i oznak bra­ku przy­wią­za­nia do Boga, gorą­ce tem­pe­ra­men­ty i „głę­bo­kie” zam­ki – sło­wem: mate­riał, z któ­re­go stwo­rzo­no gotyc­ką opo­wieść wyso­kiej pró­by – a uwy­pu­kla­ją to wąt­ki demo­nicz­ne, roman­so­we i zbrod­ni­cze.

W tre­ści bar­dzo istot­ne (i moim zda­niem prze­pięk­nie skle­co­ne) są poetyc­kie for­my, nada­ją­ce cało­ści dodat­ko­wych wymia­rów i akcen­tu­ją­ce (wraz z wtło­czo­ną weń histo­rią w opo­wie­ści o krwa­wią­cej zakon­ni­cy) gotyc­ki cha­rak­ter dzie­ła. Jed­nak to postać dia­bła i jego słu­żeb­ni­cy powin­na inte­re­so­wać nas ze wzglę­du na temat: dia­beł nie poja­wia się zbyt czę­sto, jego obec­ność ozna­cza prze­łom w fabu­le (pod­pi­sa­nie pak­tu; fina­ło­wa sce­na), lecz demo­nicz­na słu­żeb­ni­ca to zupeł­nie inny kwia­tek – narzę­dzie za spra­wą któ­re­go tytu­ło­wy mnich upadł i stał się nie­god­nym obco­wa­nia z ludz­ko­ścią zbrod­nia­rzem, doko­nu­ją­cym… potwor­no­ści. Być może poja­wia się tu tak­że odpo­wiedź, do cze­go może być zdol­ny czło­wiek w obli­czu nie­któ­rych moż­li­wo­ści i jakie gra­ni­ce jest w sta­nie prze­kro­czyć, aby dostać to, cze­go chce.


Egzor­cy­sta – Wil­liam Peter Blat­ty

Podob­nie jak Cli­ve Bar­ker, ame­ry­kań­ski arty­sta rów­nież na bazie swo­ich lite­rac­kich form reży­se­ro­wał fil­my, cie­szą­ce się nie­ma­łą popu­lar­no­ścią, choć oso­bi­ście uwa­żam kino i lite­ra­tu­rę Blatty’ego za bar­dziej wyra­fi­no­wa­ne (sta­tu­et­ka Osca­ra, dwa Satur­ny i Zło­te Glo­by o czymś tak­że świad­czą) – widać to w walo­rach lite­rac­kich, któ­rych co praw­da Bar­ke­ro­wi odmó­wić nie moż­na, acz w porów­na­niu do Blatty’ego nie mogą one poja­wić się na tym samym puła­pie (wła­ści­wie, taka kon­wen­cja i este­ty­ka – zarów­no fil­mów i lite­rac­kich utwo­rów – to świa­do­my wybór Bar­ke­ra). Nie­ste­ty, ksią­żek Blatty’ego w Pol­sce nie uka­za­ło się zbyt wie­le, bo dwie (i tekst w anto­lo­gii), z tego jed­na prze­szła bez więk­sze­go echa (Dimi­ter), a dru­gą moż­na zdo­być w nie­daw­nym wzno­wie­niu (wła­śnie jubi­le­uszo­we­go Egzor­cy­stę).

Wie­lu oso­bom może się wyda­wać, że na łamach książ­ki nie dzie­je się nazbyt dużo – sce­ne­ria rzad­ko ule­ga zmia­nie, a gdy fabu­ła się zawią­zu­je pra­wie w ogó­le, wszyst­ko zamy­ka się w her­me­tycz­nym miej­scu, gdzie para duchow­nych (doświad­czo­ny egzor­cy­sta i mło­dy ojciec) posta­na­wia wypę­dzić demo­na z opę­ta­ne­go cia­ła dwu­na­sto­lat­ki. Wszyst­ko, co się wów­czas dzie­je może prze­ra­zić, a stop­nio­wo, suk­ce­syw­nie zagęsz­cza­na atmos­fe­ra doda­je całe­mu (fabu­lar­ne­mu) zaj­ściu wia­ry­god­no­ści. Sło­wo nowe­li­za­cja fak­tów nasu­wa się samo, mimo że pozo­sta­je­my świa­do­mi fik­cyj­no­ści wypad­ków.


Maska Czer­wo­ne­go Moru – Edgar Allan Poe

O Edga­rze krą­ży wie­le nie­po­ko­ją­cych histo­ry­jek i nie­po­twier­dzo­nych aneg­dot, ale to nic w porów­na­niu z tym, co zawie­ra się w jego twór­czo­ści. W Masce Czer­wo­ne­go Moru uka­zu­je wca­le intry­gu­ją­cą kon­cep­cję obro­ny przed zara­zą moro­wą, pozwa­la­ją­cą na wie­le róż­nych inter­pre­ta­cji, ale w deno­ta­cyj­nym uję­ciu w zam­ku poja­wia się per­so­ni­fi­ka­cja Śmier­ci. Opo­wia­da­nie co praw­da nie sta­no­wi roz­le­głe­go tek­stu, atmos­fe­ra nie przy­tła­cza, wręcz prze­ciw­nie bawi się swo­isty­mi prze­ciw­no­ścia­mi emo­cjo­nal­ny­mi – w miej­scach nie­pew­nych, ciem­nych, gotyc­ko prze­ra­ża­ją­cych panu­je śmiech i zaba­wa, śmierć tych spo­za zam­ku nie jest waż­na, nie nale­ży się nią przej­mo­wać, tyl­ko wyko­rzy­sty­wać wol­ny czas na roz­ryw­kę. Taka posta­wa spo­ty­ka się z bar­dzo wyraź­ną karą. Rap­tem dzie­sięć minut czy­ta­nia, a wra­że­nia pozo­sta­ną na całe życie, zaś „potwór” odbie­ga znacz­nie od tych naj­po­pu­lar­niej­szych. Cho­ciaż w popkul­tu­rze stał się już – nie­ko­niecz­nie za spra­wą Poego – posta­cią nie­co mniej iko­nicz­ną od wam­pi­ra czy wil­ko­ła­ka.


Demon ruchu – Ste­fan Gra­biń­ski

Już nie­co zaku­rzo­ny zbiór opo­wia­dań – w tym roku autor będzie bar­dzo pięk­nie wyda­ny, ale o tym na razie pro­szę cicho – połą­czo­nych tytu­ło­wym, prze­wod­nim moty­wem, budzą­cym pew­ne inter­pre­ta­cyj­ne wąt­pli­wo­ści, co do samej isto­ty „demo­na ruchu”. Jed­nak jest to dość nie­ty­po­wa „postać”, nada­ją­ca irra­cjo­nal­ne nuty opo­wie­ścią. Ponad­to w przy­pad­ku tych utwo­rów mowa o nur­cie tzw. gro­zy kole­jo­wej, tema­ty­ka kon­duk­to­rów, pocią­gów, loko­mo­tyw, toro­wych szla­ków i nawie­dzo­nych sta­cji, ale nie brak tu tak­że rysów okul­ty­zmu, demo­no­lo­gii czy parap­sy­cho­lo­gii, A do tego, jaka nastro­jo­wość i spraw­ne posłu­gi­wa­nie się napię­ciem!


Upiór w ope­rze – Gaston Cero­ux

Zde­cy­do­wa­nie sama powieść gotyc­ka nie prze­bi­ła się tak do świa­do­mo­ści spo­łecz­nej odbior­ców (pop)kultury, jak musi­cal Andrew Lloy­da Web­be­ra, oraz licz­ne adap­ta­cje fil­mo­we i teatral­ne. Jed­nak trze­ba pamię­tać, że to wła­śnie ten utwór stał się wzor­cem i inspi­ra­cją dla wie­lu póź­niej­szych dzieł.

Co cie­ka­we potwór dzia­ła i ist­nie­je w tym utwo­rze nie na zasa­dzie typo­we­go mon­strum z opo­wie­ści gro­zy, lecz podob­nie jak Quasi­mo­do z Kate­dry Marii Pan­ny w Pary­żu Wik­to­ra Hugo – oka­le­czo­ny czło­wiek, w tym wypad­ku ktoś przy­po­mi­na­ją­cy „żywe­go tru­pa”, Eryk. Czy­tel­ni­ko­wi przy­cho­dzi poznać dogłęb­niej histo­rię tytu­ło­we­go boha­te­ra, dla­te­go o wie­le pro­ściej jest zro­zu­mieć jego moty­wa­cję, zacho­wa­nia i spo­sób patrze­nia na świat, a tak­że geniusz. Ukry­wa­nie się w piw­ni­cach pary­skiej ope­ry i wiel­ka tajem­ni­czość dopro­wa­dzi­ły do tego, że jed­ni w ogó­le nie wie­rzy­li w ist­nie­nie skry­te­go gdzieś geniu­sza, a inni postrze­ga­li go jako… upio­ra.


Sil­ma­ril­lion – J.R.R. Tol­kien

Wize­ru­nek wil­ko­ła­ka utrwa­lił się w popkul­tu­rze za spra­wą tysię­cy tek­stów kul­tu­ry i zapew­ne mało osób zwró­ci­ło­by uwa­gę na Sil­ma­ril­lion Tol­kie­na – o ile w ogó­le kto­kol­wiek by ten utwór wspo­mniał. Zna­ne z mitów grec­kich, ger­mań­skich czy sło­wiań­skich bestie róż­nią się w szcze­gó­łach, ale posia­da­ją też nie­ma­ło cech wspól­nych. Oxfordz­ki pro­fe­sor – mimo że nie­trud­no było to pomi­nąć – tak­że sko­rzy­stał z arche­ty­pu wil­ko­ła­ka, oswa­ja­jąc go ze swo­im sztan­da­ro­wym uni­wer­sum, Śród­zie­miem, i pod­po­rząd­ko­wu­jąc wład­com ciem­no­ści.

Bodaj naj­in­ten­syw­niej­sze wystą­pie­nie wil­ko­ła­ków (oprócz licz­nych wspo­mnień w tek­ście) mia­ło miej­sce na Tol-in-Gaur­hoth (Wyspie Wil­ko­ła­ków), gdzie z roz­ka­zu Sau­ro­na, wów­czas pod­wład­ne­go Mor­go­tha, wybu­do­wa­nej tam wie­ży strze­gły mię­dzy inny­mi wil­ko­ła­ki. Jeden z głów­nych boha­te­rów opo­wia­dań ze zbio­ru, Beren, został tam uwię­zio­ny, a na ratu­nek mu przy­by­ła uko­cha­na Lúthien i Huan, olbrzy­mi, rozum­ny wil­czarz. Ten ostat­ni zdo­łał poko­nać wszyst­kie wil­ko­ła­ki – wraz z Sau­ro­nem w posta­ci jed­ne­go z nich.


Saga o potwo­rze z bagien – Len Wein i Ber­ni Wri­ght­son

Opo­wieść o czło­wie­ku – w medium komik­so­wym – prze­mie­nio­nym w bagien­ną bestię na sku­tek muta­gen­ne­go wypad­ku, dla nie­któ­rych może być nie do koń­ca zna­na. Choć same histo­rie nie­rzad­ko adap­to­wa­no. Począt­ko­wo tytu­ło­wy potwór z bagien nie był szcze­gól­nie skom­pli­ko­wa­nym boha­te­rem – miał zapew­niać sil­ny sty­mu­lant roz­ryw­ki i ofe­ro­wać nowy model potwo­ra, wzo­ro­wa­ne­go m.in. na Potwo­rze z Czar­nej Lagu­ny z 1954 roku w reży­se­rii Jac­ka Arnol­da.

Seria sta­ła się na tyle popu­lar­na, że roz­bu­do­wy­wa­no ją i kon­ty­nu­owa­no, a wresz­cie włą­czo­no do uni­wer­sum DC, czy­niąc z potwo­ra z bagien swo­iste­go super­bo­ha­te­ra, posłu­gu­ją­ce­go się tele­pa­tią, nad wyraz szyb­ką rege­ne­ra­cją cia­ła i przede wszyst­kim nad­na­tu­ral­ną zdol­no­ścią do kon­tro­lo­wa­nia roślin­no­ści. War­to pod­kre­ślić, że naj­więk­szy wpływ na ukształ­to­wa­nie się posta­ci miał Alan Moore, nada­jąc jej filo­zo­ficz­ne­go rysu i pogłę­bia­jąc psy­cho­lo­gię.


Kra­ken – Chi­na Miévil­le

Są książ­ki z bar­dzo wyraź­nie zary­so­wa­ny­mi potwo­ra­mi – Dra­cu­la, Egzor­cy­sta czy Szczę­ki – ale są też takie, znaj­du­ją­ce się w cen­trum uwa­gi czy­tel­ni­ka, acz nie sta­no­wią­ce bez­po­śred­nie­go prze­ciw­ni­ka, zagro­że­nia, cze­go dowo­dem Smok Griau­le Luciu­sa She­par­da bądź wła­śnie Kra­ken Chi­ny Miéville’a. Oprócz sur­re­ali­stycz­nej magii i woju­ją­cych kul­tów pod­ziem­ne­go Lon­dy­nu, gdzie szy­ku­je się swo­ista woj­na.

Sam tytu­ło­wy kra­ken – eks­po­nat Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej – nie wyka­zu­je szcze­gól­nej „ruchli­wo­ści”, ale zosta­je upro­wa­dzo­ny, a jeden z pra­cow­ni­ków sta­ra się go odszu­kać, prze­ni­ka­jąc do śro­do­wisk okul­ty­stycz­nych, magicz­nych i prze­stęp­czych. Wresz­cie tra­fia na trop „pod­opiecz­ne­go”, któ­ry oka­zu­je się Bogiem oso­bli­wych wyznaw­ców, pra­gną­cych koń­ca świa­ta. Czyż­by Love­craft z Cthul­hu miał tu jakieś inspi­ra­cyj­ne zasłu­gi?


Mumia – Anne Rice

Anne Rice zasły­nę­ła z freu­dow­skie­go prze­ana­li­zo­wa­nia posta­ci wam­pi­ra w cyklu Kro­nik wam­pi­rów, cho­ciaż nie była to książ­ka o cha­rak­te­rze nauko­wym czy popu­lar­no­nau­ko­wym, ale wcią­ga­ją­ca bele­try­sty­ka. Nie­mniej, autor­ka na swym kon­cie ma Dzie­je cza­row­nic z rodu May­fa­ir, Dar wil­ka czy Chry­stus Pan, podej­mu­ją­ce bar­dzo róż­no­rod­ne, nie­rzad­ko kon­tro­wer­syj­ne tema­ty. W twór­czo­ści znaj­du­je się tak­że Mumia, budzą­ca mie­sza­ne uczu­cia wśród czy­tel­ni­ków, lecz dostar­cza­ją­ca dość cie­ka­we­go spoj­rze­nia na tytu­ło­we­go potwo­ra i boha­te­rów Sta­ro­żyt­ne­go Egip­tu – sama powie­ści toczy się jed­nak w edwar­diań­skiej Anglii.

Zna­ne z popkul­tu­ry mumie nie mają tak wyglą­da­ją­ce­go rodo­wo­du w wie­rze­niach – mumi­fi­ka­cja mia­ła zabez­pie­czać oso­by majęt­ne, dostoj­ni­ków pań­stwo­wych przed roz­kła­dem za pomo­cą nasiąk­nię­tych bitu­mi­nem ban­da­ży; co mia­ło im zapew­nić życie wiecz­ne, roz­po­zna­nie przez bogów. Do lite­ra­tu­ry mumię – jako swo­iste­go potwo­ra – wpro­wa­dzi­ła nie­ja­ko fascy­na­cja odkry­cia­mi w Egip­cie, a pre­kur­so­ra­mi wyko­rzy­sty­wa­nia tego moty­wu byli mię­dzy inny­mi Robert E. Howard czy Théo­phi­le Gau­tie­ra. Anne Rice korzy­sta z tego dorob­ku, szczę­śli­wie doda­jąc od sie­bie wie­le nowych reflek­sji i ujęć, a sama mumia nie przy­po­mi­na aż tak bar­dzo wize­run­ku stwo­rzo­ne­go choć­by przez Uni­ver­sal Pic­tu­res.


Król w Żół­ci – Robert W. Cham­bers

Wple­ce­nie aku­rat tej pozy­cji na listę lite­rac­kich potwo­rów może budzić pew­ne wąt­pli­wo­ści, ale prze­cież nie każ­dy potwór od razu musi mieć fizycz­ną for­mę czy wło­cha­tą nama­cal­ność. Król w Żół­ci, zbiór wyda­ny przez nie­wiel­kie C&T, zawie­ra w sobie zasad­ni­czo czte­ry opo­wia­da­nia, skła­da­ją­ce się na tytu­ło­wą mini­se­rię. Zawar­te w tomie tek­sty nie­wie­le mają ze sobą wspól­ne­go – oprócz swo­iste­go świa­ta sza­leń­stwa, teatral­nej sztu­ki i posta­ci wład­cy „nie­zwy­kłe­go” kró­le­stwa.

Potwór nie jest tu reali­stycz­ny, nie jest też sur­re­ali­stycz­ny czy mitycz­ny, ale raczej sym­bo­licz­ny, jako coś, ktoś będą­cy powo­dem i efek­tem pogłę­bia­ją­ce­go się sza­leń­stwa. Opo­wia­da­nia nie­sa­mo­wi­te Cham­ber­sa sta­ra­ją się zwy­kle sub­tel­nie, stop­nio­wo roz­wi­jać pomysł sztu­ki, za spra­wą któ­rej boha­te­rów doty­ka wariac­two i tra­fia­ją do upa­dłe­go kró­le­stwa Car­sos­sy, gdzie dwa słoń­ca roz­grze­wa­ją ser­ca i wypa­la­ją umy­sły, a wszyst­kim wokół wła­da postać Kró­la w Żół­ci.


Magicz­na wyspa – Wil­liam Seabro­ok

Jedy­na ze wszyst­kich zawar­tych w zesta­wie­niu ksią­żek nie­ope­ru­ją­ca języ­kiem fik­cji, tyl­ko obser­wa­cji i reflek­sji. Wil­liam Seabro­ok, waga­bun­da o dość spe­cy­ficz­nym uspo­so­bie­niu, jak sam mówi awan­tur­nik, dzien­ni­karz, kani­bal (sic!) i przy­ja­ciel Ale­iste­ra Crow­leya, opi­su­ją­cy boga­te wie­rze­nia i oby­cza­jo­wość ludu Haiti – nie bra­ku­je w tek­ście tak­że cie­ka­we­go, dokład­ne­go opi­su reli­gii voodoo.

W niej też – co dla tema­tu prze­wod­nie­go naj­waż­niej­sze – zosta­ją przed­sta­wie­ni zom­bie, acz­kol­wiek jesz­cze w for­mie ory­gi­nal­nej, dopie­ro potem popkul­tu­ra wzię­ła sobie reje­stra­cję Seabro­oka za pożyw­kę i wytwo­rzy­ła jedzą­ce­go mózgi, powol­ne­go i bez­myśl­ne­go potwo­ra. Potwór z Magicz­nej wyspy bliż­szy jest meta­fi­zy­ce czy hip­no­zie, to oso­ba „wskrze­szo­na”, otu­ma­nio­na albo sil­nie znie­wo­lo­na (naj­czę­ściej za pomo­cą środ­ków odu­rza­ją­cych), wyko­nu­ją­ca pole­ce­nia oso­by kon­tro­lu­ją­cej ją. Zda­wać by się mogło, że taka wizja już daw­no prze­mi­nę­ła, ale obraz, jaki w Magicz­nej wyspie spo­pu­la­ry­zo­wał Seabro­ok czę­sto wyko­rzy­sty­wa­no do lat 60., gdy na ekra­nach kin poja­wił się film Noc żywych tru­pów George’a Rome­ra.


 

Adrian Turzań­ski – uro­dzo­ny pod zna­kiem Skor­pio­na, w roku Leona zawo­dow­ca, Pulp Fic­tion, Kró­la Lwa i fil­mo­wych adap­ta­cji Maski oraz Kru­ka. Kul­tu­ro­znaw­ca, poże­ra­ją­cy sze­ro­ko poję­tą popkul­tu­rę, choć nie wyłącz­nie. Redak­tor, kry­tyk, szor­ta­li­sta, publi­cy­sta, biblio­fil, a przede wszyst­kim homo vere­cun­dus. Przez swo­je krót­kie życie prze­by­wa­ją­cy w róż­nych sub­kul­tu­rach, krę­gach i śro­do­wi­skach. Ma swój gust i swo­je zda­nie. Bynaj­mniej nie kon­for­mi­sta.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy