Wywiady

Cenię sobie warsztat i doświadczenie – wywiad z Grzegorzem Brudnikiem

Po tym jak w wie­ku 13 lat  był świad­kiem naj­tra­gicz­niej­sze­go wypad­ku dro­go­we­go (Gdańsk, 1994), bada i gro­ma­dzi mate­ria­ły doty­czą­ce kata­strof dro­go­wych, kole­jo­wych, mor­skich i lot­ni­czych. Pasjo­nu­ją go nie tyl­ko przy­czy­ny i kon­se­kwen­cje tych zajść, ale tak­że spo­so­by ich wyja­śnia­nia. Grze­gorz Brud­nik (były copyw­ri­ter i dyrek­tor kre­atyw­ny) mógł­by zostać śled­czym, a zamiast tego napi­sał książ­kę.

W kate­go­rii naj­bar­dziej nie­ty­po­we­go hob­by miał­by Pan szan­sę na zaję­cie bar­dzo wyso­kie­go miej­sca. Jak to się sta­ło, że były copyw­ri­ter i dyrek­tor kre­atyw­ny w agen­cji mar­ke­tin­go­wej po godzi­nach zbie­rał infor­ma­cje doty­czą­ce wypad­ków dro­go­wych, lot­ni­czych czy mor­skich?

O, to tro­chę nie tak. Kata­stro­fa­mi pasjo­nu­ję się od 1994 roku, a copyw­ri­te­rem zosta­łem deka­dę póź­niej. A dyrek­to­rem kre­atyw­nym trzy­na­ście lat od tam­te­go majo­we­go dnia, któ­ry wszyst­ko zmie­nił. Nie­da­le­ko moje­go domu roz­bił się auto­bus. Poje­cha­li­śmy z kum­pla­mi na miej­sce, bo naszą uwa­gę przy­cią­gnę­ły dzie­siąt­ki kare­tek kur­su­ją­cych w tę i z powro­tem. Myśle­li­śmy, że może spadł samo­lot, bo nie­opo­dal jest lot­ni­sko. Na miej­scu zda­rze­nia pano­wał taki cha­os, że nawet nikt nas stam­tąd nie wyrzu­cił. A prze­cież mia­łem zale­d­wie trzy­na­ście lat. Ten wypa­dek pozo­sta­je naj­tra­gicz­niej­szym w histo­rii pol­skich dróg aż do dzi­siaj. A mnie się coś obró­ci­ło w gło­wie. Pro­si­łem potem rodzi­ców, by kupo­wa­li wszyst­kie gaze­ty i czy­ta­łem o tym na okrą­gło. Chcia­łem się dowie­dzieć, co zaszło. Jak to moż­li­we, że zwy­kły auto­bus w jed­nej chwi­li pozba­wia życia trzy­dzie­ści dwie oso­by. A potem moje zain­te­re­so­wa­nie płyn­nie prze­szło na kata­stro­fę Hewe­liu­sza, któ­ra mia­ła miej­sce rok wcze­śniej. W tam­tych cza­sach nie było łatwo o mate­ria­ły. Cho­dzi­ło się do biblio­te­ki i prze­glą­da­ło sta­re gaze­ty. A prze­cież w tam­tym okre­sie spo­ro się dzia­ło w Gdań­sku. W listo­pa­dzie spło­nę­ła hala stocz­ni, miej­sce, w któ­rym nie­jed­no­krot­nie bywa­łem, bo odby­wa­ły się tam spo­tka­nia przed wyjaz­da­mi na kolo­nie, impre­zy miko­łaj­ko­we. Na począt­ku kolej­ne­go roku w jed­nym z gdań­skich wie­żow­ców wybuchł gaz i zgi­nę­ły dwa­dzie­ścia dwie oso­by. No i tak mi to jakoś zosta­ło. Z każ­dym kolej­nym rokiem było łatwiej o infor­ma­cje, aż w koń­cu Inter­net otwo­rzył nie­ogra­ni­czo­ną bazę danych. A ja zapra­gną­łem wie­dzieć wszyst­ko i o wszyst­kim. Nie potra­fi­łem się w tym zatrzy­mać. Było tego tak dużo, że aż nie dało się wszyst­kie­go przy­swo­ić. Dla­te­go zaczą­łem gro­ma­dzić mate­ria­ły, by w razie potrze­by łatwo odszu­kać nie­zbęd­ne infor­ma­cje.

Po dwóch deka­dach badań nad wypad­ka­mi doszedł Pan do wnio­sku, że czas stwo­rzyć wła­sną kata­stro­fę lot­ni­czą. Czy to zna­czy, że gdy­by nie lata gro­ma­dze­nia danych nigdy nie zde­cy­do­wał­by się Pan na napi­sa­nie książ­ki?

Tutaj muszę pew­ną rzecz spro­sto­wać. Ja nie bada­łem wypad­ków. To jasne, że taki­mi rze­cza­mi zaj­mu­ją się spe­cja­li­ści. Ja nato­miast zbie­ra­łem infor­ma­cje o tych bada­niach. I praw­da jest taka, że wła­sną kata­stro­fę mógł­bym stwo­rzyć dużo szyb­ciej. Ale ponad deka­dę zaję­ło mi samo szli­fo­wa­nie warsz­ta­tu pisar­skie­go. Odpo­wia­da­jąc na pyta­nie: gdy­bym nie gro­ma­dził tych danych, praw­do­po­dob­nie napi­sał­bym książ­kę o czymś innym. Od zawsze wie­dzia­łem, że chcę pisać. Opo­wia­dać histo­rie i two­rzyć zda­rze­nia.

Co skło­ni­ło Pana, żeby rzu­cić obie­cu­ją­cą karie­rę w bran­ży mar­ke­tin­go­wej i zająć się pisa­niem ksią­żek? Pisar­skie powo­ła­nie, zmę­cze­nie pra­cą w kor­po­ra­cji czy może jesz­cze coś inne­go?

Goto­wość. Już o tym wzmian­ko­wa­łem. Dla mnie od zawsze pra­ca w rekla­mie była zale­d­wie eta­pem. Tym, co dawa­ło mi pie­nią­dze i zapew­nia­ło naukę. Gdy uzna­łem, że umiem już wystar­cza­ją­co dużo i mogę się poświę­cić pisa­niu – zro­bi­łem to. Poświę­ci­łem się pisa­niu bez resz­ty. I praw­dę mówiąc, gdzieś tam kie­dyś dosko­na­le to sobie wycyr­klo­wa­łem. Przez przy­pa­dek, rzecz jasna. W każ­dym razie wspo­mnia­ny stan goto­wo­ści zbiegł się w cza­sie z  wypa­le­niem zawo­do­wym. Rekla­ma prze­sta­ła mi spra­wiać satys­fak­cję. Więc w mia­rę płyn­nie i bez więk­szych roz­te­rek zmie­ni­łem bran­żę. To wspa­nia­łe znów być debiu­tan­tem i stać u wrót wiel­kiej przy­go­dy, choć oczy­wi­ście wią­że się to z pew­ny­mi wyrze­cze­nia­mi. Nie wiem, czy jest w Pol­sce bran­ża, któ­ra pła­ci lepiej, niż rekla­ma.

Czy doświad­cze­nie copyw­ri­ter­skie poma­ga w pisa­niu książ­ki?

Oczy­wi­ście. Jed­nak nale­ży pamię­tać, że ja mam 37 lat i w moim przy­pad­ku mówi­my o zupeł­nie innym copyw­ri­tin­gu, niż ten upra­wia­ny w dzi­siej­szych cza­sach. Kie­dy ja zaczy­na­łem, moi nauczy­cie­le wpa­ja­li mi do gło­wy, że naj­waż­niej­sza w rekla­mie jest histo­ria, któ­rą chce się prze­ka­zać odbior­cy. A gdy ona już jest wymy­ślo­na, trze­ba ją jesz­cze umie­jęt­nie opo­wie­dzieć. W tym kon­tek­ście słyn­ne „Cho­dzi mi o to, aby język gięt­ki powie­dział wszyst­ko, co pomy­śli gło­wa” Sło­wac­kie­go pozo­sta­je wciąż aktu­al­ne. Ale obec­nie bar­dziej niż dla ludzi, pisze się dla auto­ma­tów pozy­cjo­nu­ją­cych – co zresz­tą było jed­ną z przy­czyn moje­go kry­zy­su zawo­do­we­go. No bo napraw­dę, komu może spra­wiać radość pisa­nie dla maszyn i pod algo­ryt­my? Inter­net to wspa­nia­ły wyna­la­zek, ale wie­le rze­czy popsuł. Rekla­ma z pew­no­ścią jest jed­ną z nich. Dziś Face­bo­oko­wa gru­pa copyw­ri­te­rów liczy sobie nie­mal pięć tysię­cy ludzi. Gru­pa „social­me­diow­ców” jest dzie­się­cio­krot­nie więk­sza. Pięć­dzie­siąt tysię­cy spe­cja­li­stów od mediów spo­łecz­no­ścio­wych! Nie, to nie dla mnie. Ja cenię sobie warsz­tat i doświad­cze­nie. Nie tyl­ko jako pra­cow­nik, ale rów­nież jako szef zespo­łów. Jestem już chy­ba za bar­dzo old­sku­lo­wy dla tej bran­ży. Dla­te­go cie­szę się ze zmian, któ­re zaszły w moim życiu.

Boha­te­ro­wie „May­day” podró­żu­ją po całym świe­cie: od japoń­skich wyse­pek po Appa­la­chy czy uli­ce Waszyng­to­nu. Podob­no podró­że to jed­na z Pana wiel­kich pasji?

Nie tyle podró­że, co dro­ga. Jestem uza­leż­nio­ny od „bycia w dro­dze”. Nie przy­po­mi­nam typo­we­go tury­sty, któ­ry rezer­wu­je sobie lot i hotel, a potem bie­ga z prze­wod­ni­kiem po jed­nym czy dru­gim mie­ście. Ja po pro­stu cza­sem doświad­czam pew­ne­go napa­du, któ­ry skła­nia mnie do tego, by wziąć ple­cak i ruszyć w dro­gę. Bywa­ło, że z dnia na dzień wyjeż­dża­łem na mie­siąc, prze­jeż­dża­jąc w tym cza­sie pocią­ga­mi, auto­bu­sa­mi i róż­ny­mi pro­ma­mi ponad sie­dem tysię­cy kilo­me­trów. Takie wyjaz­dy dają nie­ogra­ni­czo­ną wol­ność. Przy­jeż­dża­łem gdzieś, szu­ka­łem noc­le­gu, tro­chę pozwie­dza­łem, a potem sze­dłem na dwo­rzec by zoba­czyć, gdzie by tu teraz poje­chać. I zwy­kle były to mniej popu­lar­ne miej­sca. Szwen­da­łem się po Kiszy­nio­wie, Prisz­ti­nie, Pod­go­ri­cy, Tira­nie, czy turec­kich mia­stecz­kach, któ­rych nazwę musia­łem sobie zapi­sać, by nie prze­ga­pić swo­je­go przy­stan­ku. Uwiel­biam wra­cać do Sara­je­wa, wnik­nąć w cygań­skie dziel­ni­ce Buka­resz­tu i Sofii, spa­ce­ro­wać po sta­rów­ce Lubla­ny czy pustych ulicz­kach nad­mor­skich mia­ste­czek Czar­no­gó­ry. Mówię pustych, by zwy­kle wyby­wam jesie­nią lub zimą. Jest pusto i pięk­nie. Więk­szość moich pomy­słów rodzi się wła­śnie wte­dy. Ostat­nio mia­łem ogrom­ną przy­jem­ność odwie­dzić Wyspy Owcze i śmia­ło mogę stwier­dzić, że we wspa­nial­szym miej­scu jesz­cze nie byłem. Pły­ną­łem tam stat­kiem przez trzy­dzie­ści godzin, ale było war­to. Pole­cam każ­de­mu, z tym, że trze­ba mieć na uwa­dze jeden fakt: tam pada przez trzy­sta dni w roku.

Czę­sto powta­rza Pan, że pisze po to, żeby dostar­czyć czy­tel­ni­ko­wi roz­ryw­ki. Czy więk­szość pisa­rzy wsty­dzi się tego, że ich książ­ka mogła­by po pro­stu bawić, zamiast zmie­niać świat?

Trud­no mi się wypo­wia­dać za innych. Wyda­je mi się, że doj­rza­li twór­cy dosko­na­le wie­dzą co i dla kogo piszą. Pra­cu­jąc w rekla­mie wciąż musia­łem się mie­rzyć z jed­ną rze­czą: prze­ko­na­niem, ze moja pra­ca jest w grun­cie rze­czy nie­po­trzeb­na. Prze­rzu­ca pie­nią­dze z jed­nej kie­sze­ni do dru­giej i tyle. A ja napraw­dę bar­dzo chcia­łem dać ludziom coś od sie­bie. Kie­dyś piłem piwo w knaj­pie z jakimś przy­god­nym koleż­ką. Napa­to­czył się, gad­ka nam się ukła­da­ła, więc sobie gada­li­śmy. Opo­wie­dzia­łem mu co robię, a on mi opo­wie­dzieć nie chciał. W koń­cu jed­nak wycią­gną­łem z nie­go, że jest śmie­cia­rzem. Wsty­dził się mi o tym powie­dzieć, a ja nie potra­fi­łem zro­zu­mieć, dla­cze­go. Powie­dzia­łem mu, że ma robo­tę, w któ­rej słu­ży ludz­ko­ści. A ja taką, w któ­rej jestem try­bi­kiem w gów­nia­nej maszy­nie słu­żą­cej do prze­le­wa­nia pie­nię­dzy z kon­ta na kon­to. To kto tak napraw­dę powi­nien się wsty­dzić? Uwa­żam, ze w dzi­siej­szym świe­cie słu­że­nie ludziom to misja. Nawet jeśli ta służ­ba to zale­d­wie dostar­cza­nie im roz­ryw­ki. Ludzie dużo pra­cu­ją. Są zmę­cze­ni. Potrze­bu­ją cze­goś lek­kie­go, co ich roze­rwie. Dla­te­go od kie­dy tyl­ko zaczą­łem myśleć o pisa­niu, zawsze wie­dzia­łem, że nie będę się silił na żad­ną wiel­ką sztu­kę. Szcze­pan Twar­doch mówi o sobie „arty­sta”. Ja wolę „enter­ta­iner”. Brzyd­kie sło­wo, ale w języ­ku pol­skim nie ma odpo­wied­ni­ka. Swo­ją dro­gą, cie­ka­we dla­cze­go? Książ­ka cie­szy się w Pol­sce nie­zwy­kła esty­mą. Powie­ści Remi­giu­sza Mro­za, napi­sa­ne by bawić ludzi, dla wie­lu sta­ły się pew­ne­go rodza­ju wyznacz­ni­ka­mi postę­po­wa­nia. No bo sko­ro to książ­ka, to na pew­no pisze praw­dę. A prze­cież gdy­by prze­ło­żyć to na świat fil­mu, to „Upro­wa­dzo­nej” Mor­re­la nikt nie trak­tu­je jako waż­ne­go gło­su w tema­cie han­dlu sek­su­al­ny­mi nie­wol­ni­ca­mi. My chy­ba jesz­cze doj­rze­wa­my do tego, że lite­ra­tu­ra może bawić. Wciąż jesz­cze – choć na szczę­ście coraz rza­dziej – spo­ty­kam ludzi, któ­rzy pokry­wa­ją się różem, gdy w koń­cu przy­zna­ją, że lubią cza­sem prze­czy­tać dobry kry­mi­nał. I są to nie­jed­no­krot­nie ludzie z tytu­ła­mi pro­fe­sor­ski­mi czy dok­tor­skim. Od lat trwa dziw­ne prze­ko­na­nie, że to gor­sze­go rodza­ju lite­ra­tu­ra. Słom­czyń­ski, twór­ca Joe Ale­xa na każ­dym kro­ku powta­rzał, że kry­mi­na­ły to pod­ła chał­tur­ka, któ­rej odda­je się tyl­ko dla pie­nię­dzy. Speł­niał się w tłu­ma­cze­niach. Prze­kła­dał Szek­spi­ra, nawia­sem mówić kiep­sko w mojej opi­nii, prze­kła­dał Joyce’a i Nabo­ko­wa. A wszy­scy i tak zna­my go ze znie­na­wi­dzo­nych kry­mi­na­łów i bied­ny się w gro­bie prze­wra­ca. Dla mnie tak napraw­dę liczy się tyl­ko tyle, żeby książ­ka, któ­rą napi­szę, była dobra. Ma wcią­gać, być mądrze skon­stru­owa­na, bez bzdur, a w każ­dym razie nie takich, na któ­rych czy­tel­nik był­by w sta­nie auto­ra przy­ła­pać. Są tacy, co powie­dzą, że piszą dla sie­bie. By się speł­niać. Ja dale­ki jestem od takie­go rozu­mo­wa­nia. Nie piszę dla sie­bie. Piszę dla ludzi. Daję im pro­stą, ale uczci­wą roz­ryw­kę. I daje mi to mul­tum satys­fak­cji.

Roz­ryw­ka to jed­no, ale przy­kła­da Pan przy tym dużo uwa­gi do tego, by jak naj­wier­niej odwzo­ro­wać w książ­ce wszyst­kie szcze­gó­ły tech­nicz­ne. Czy pra­cu­jąc nad „May­day” musiał Pan choć­by udać się na dru­gi koniec świa­ta, żeby oso­bi­ście coś spraw­dzić?

No tak, rze­czy­wi­ście. Moje książ­ki muszą być tro­chę „tech­nicz­ne”, bo taką obra­łem tema­ty­kę. Ale moi „beta­te­ste­rzy” zgod­nie twier­dzą, że wszyst­ko jest zro­zu­mia­łe. Że cza­sa­mi bra­ku­je im wie­dzy o jakichś aspek­tach, ale wszyst­ko roz­ja­śnia im kon­tekst. Cie­szę się, bo było to jed­no z naj­po­waż­niej­szych wyzwań. Kie­dy opi­su­ję zagad­nie­nia zwią­za­ne z sepa­ra­cją lotów, ska­no­wa­niem dna mor­skie­go w poszu­ki­wa­niu reje­stra­to­rów lotów czy kon­struk­cją sil­ni­ków odrzu­to­wych, nie unik­nę spe­cja­li­stycz­nych ter­mi­nów. To, co osta­tecz­nie znaj­dzie się w tek­ście, musi sta­no­wić kom­pro­mis. Z jed­nej stro­ny muszę pamię­tać, że mam boha­te­ra, dla któ­re­go jed­ne sfor­mu­ło­wa­nia są natu­ral­ne, a inne nie, z dru­giej stro­ny – czy­tel­ni­ka, któ­ry nie zawsze potrze­bu­je peł­ne­go oglą­du sytu­acji. Jeśli cho­dzi o odpo­wiedź na samo pyta­nie, to brzmi ona: nie. W każ­dym razie nie przy May­day. To nie był jesz­cze etap w mojej, by jeź­dzić i oso­bi­ście coś spraw­dzać. Ja tę książ­kę pisa­łem dość dłu­go i jesz­cze bez prze­ko­na­nia, czy w ogó­le będę chciał ją wydać. Łączy­łem pisa­nie z pra­cą, więc nie mogłem jej poświę­cić tak dużo cza­su, jak­bym chciał. W efek­cie pisze o USA i Japo­nii, choć nigdy nie byłem w żad­nym z tym kra­jów. Ale jed­na z osób, któ­re czy­ta­ły May­day przed­pre­mie­ro­wo zapy­ta­ła, czy stu­dio­wa­łem japo­ni­sty­kę. Był to dla mnie nie­wia­ry­god­ny wprost kom­ple­ment. Moja książ­ka powsta­wa­ła dłu­go rów­nież dla­te­go, że na rese­arch poświę­ca­łem mniej wię­cej tyle samo cza­su, co na pisa­nie. Moż­li­we, że nawet tro­chę prze­sa­dzi­łem w tej kwe­stii. Potra­fi­łem spę­dzić trzy dni na spraw­dza­niu, czy roślin­ność, któ­rą obda­ro­wa­łem jed­ną z japoń­skich wyse­pek, napraw­dę wystę­pu­je w tam­tym rejo­nie świa­ta. Jeśli boha­te­ro­wie lecą gdzieś samo­lo­tem, to czy­tel­nik bez pro­ble­mu znaj­dzie ten lot w roz­kła­dzie. I to nie aktu­al­nym, a tym sprzed pię­ciu lat, bo spraw­dza­łem archi­wa (akcja May­day toczy się w 2013 roku). Jeśli boha­ter poru­sza się po mie­ście auto­bu­sem, to czy­tel­nik może być pewien, że taka linia napraw­dę ist­nie­je i napraw­dę jedzie tam, dokąd zmie­rza boha­ter. Dosze­dłem nawet do tego, że fik­cyj­ny taj­fun nazwa­łem takim imie­niem, jakie dostał­by, gdy­by napraw­dę tam­te­go roku miał miej­sce. By móc to zro­bić, spę­dzi­łem kil­ka dni na usta­le­niu pro­ce­dur i listy nazw, posił­ku­jąc się w dodat­ku pomo­cą zna­jo­me­go orien­ta­li­sty, bo nie­któ­re mate­ria­ły były po japoń­sku. Dla­te­go ufam, że mate­riał będzie wystar­cza­ją­co wia­ry­god­ny dla czy­tel­ni­ka. Nawia­sem mówiąc, dziś po pro­stu pisze się łatwiej. Karol May napi­sał przy­go­dy Win­ne­tou i Old Shat­ter­han­da choć nigdy nie był w Sta­nach i nie miał do dys­po­zy­cji inter­ne­tu. Ja mogę sobie wejść na mapę google i bez pro­ble­mu zapla­no­wać miej­sce i prze­bieg akcji. To wspa­nia­łe. Ale praw­da jest taka, że nic nie zastą­pi oso­bi­stych doświad­czeń. Dla­te­go wraz z roz­wo­jem karie­ry pisar­skiej zamie­rzam coraz czę­ściej doświad­czać pew­nych rze­czy na wła­snej skó­rze. Pra­cu­jąc nad dru­gą czę­ścią zwie­dzi­łem od pod­szew­ki prom kur­su­ją­cy po Świ­nie i uczest­ni­czy­łem w spo­tka­niach nauko­wych z zakre­su, o któ­rym nie mogę powie­dzieć, by nie spo­ile­ro­wać. Pra­cu­jąc nad trze­cią czę­ścią mam już do dys­po­zy­cji praw­dzi­wych maszy­ni­stów i spe­cja­li­stów od bada­nia wypad­ków kole­jo­wych. Zoba­czy­my, co będzie dalej, ale pew­ne pomy­sły już są.

Alek­san­der Gall, boha­ter „May­day”, to bar­dziej Jack Reacher, Dirk Pitt czy Jack Ryan? A może Gall nie ma swo­je­go odpo­wied­ni­ka w lite­ra­tu­rze sen­sa­cyj­nej?

Cóż, auto­rzy nie lubią takich porów­nań, bo każ­dy chce stwo­rzyć tego jed­ne­go, jedy­ne­go boha­te­ra. Ale bądź­my uczci­wi, przy­go­to­wu­jąc się do zawo­du pisarz przede wszyst­kim czy­ta. Ja prze­czy­ta­łem wszyst­kie książ­ki z Reache­rem, Pit­tem i Ryanem. Więc z całą pew­no­ścią Aleks posia­da w sobie coś z każ­de­go z nich. Zresz­tą nie tyl­ko z nich. Rów­nież coś od Myro­na Boli­ta­ra, Jaku­ba Mort­ki, Mar­ka Bene­ra czy Dariu­sza Sude­ra. Ale każ­dy z nas nosi w sobie pier­wiast­ki innych osób. Codzien­nie spo­ty­ka­my kogoś, kto coś nam od sie­bie prze­ka­zu­je. Cza­sem zale­d­wie poje­dyn­czą myśl, cza­sem znacz­nie wię­cej. Więc wyda­je mi się, że Aleks jest jak każ­dy inny czło­wiek. Taki sam jak inni, a jed­no­cze­śnie zupeł­nie inny, niż wszy­scy. Dla mnie waż­ne było, by Aleks był czło­wie­kiem z krwi i kości. By był wia­ry­god­ny, a przy­naj­mniej wia­ry­god­ny jak na lite­ra­tu­rę sen­sa­cyj­ną. Nie jest żad­nym super­ma­nem. Oczy­wi­ście, wypo­sa­ży­łem go w cechy, dzię­ki któ­rym wybi­ja się ponad prze­cięt­ność, ale w star­ciu na pię­ści z Reache­rem nie miał­by więk­szych szans. Z dru­giej stro­ny, nie wiem, dla­cze­go mie­li­by ze sobą wal­czyć. Prze­cież jeden i dru­gi zawsze stoi po stro­nie dobra i obaj nie uzna­ją pół­środ­ków. Gdy­by się spo­tka­li, z pew­no­ścią nawią­za­li­by współ­pra­cę. Aleks ma swo­je sła­bo­ści i to wła­śnie one go kształ­tu­ją, ale kata­log nie­szczęść, któ­ry dla nie­go stwo­rzy­łem wyda­je się być na wyczer­pa­niu. Nie­któ­rzy auto­rzy bar­dzo doświad­cza­ją swo­ich boha­te­rów. Uza­leż­nia­ją ich od uży­wek, spro­wa­dza­ją na nich śmier­tel­ne cho­ro­by czy inne zagro­że­nia. Aleks stra­cił w wypad­ku rodzi­nę, ale sta­ło się to daw­no. Na oczach czy­tel­ni­ków chcę raczej odra­dzać tę postać, niż ją dobi­jać. Choć oczy­wi­ście bez­bo­le­sne to to na pew­no nie będzie. Na szczę­ście w kry­tycz­nych chwi­lach Aleks może liczyć na dobrych przy­ja­ciół i tak będzie już zawsze.

May­day” to powieść tro­chę w duchu Toma Clancy’ego, a tro­chę Clive’a Cus­sle­ra. W Pol­sce rzad­ko któ­ry pisarz się­ga po ten gatu­nek. Dla­cze­go Pana zda­niem tak się dzie­je?

Bar­dzo trud­no mi odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Może dla­te­go, że u nas naj­le­piej sprze­da­je się kla­sycz­ny kry­mi­nał. Ale prze­cież na dobrą spra­wę May­day to też kry­mi­nał. Jest zbrod­nia i zbrod­niarz, a tak­że czło­wiek, któ­ry usi­łu­je go odszu­kać. Róż­ni­ca jest taka, że nie cho­dzi o mor­der­stwo, a coś znacz­nie poważ­niej­sze­go. Wyda­je mi się, że thril­ler sen­sa­cyj­ny to bar­dzo atrak­cyj­na for­ma. Prze­cież na dobrą spra­wę taki wła­śnie gatu­nek upra­wia­ją Lee Child i Har­lan Coben, a więc jak­by nie patrzeć gigan­ci. Clan­cy i Cus­sler to samo. Oni mają wier­nych czy­tel­ni­ków na całym świe­cie, w tym rów­nież w Pol­sce. Nie wiem dla­cze­go Pola­cy nie gar­ną się do pisa­nia takiej lite­ra­tu­ry. Jestem pewien, że czy­tel­ni­cy chęt­nie by po coś takie­go się­gnę­li. No, powiedz­my, że może nie tyle jestem pewien, co po pro­stu taką mam nadzie­ję. W każ­dym razie jeśli będzie potrze­ba, to z chę­cią spró­bu­ję przy­wró­cić ten gatu­nek rodzi­me­mu czy­tel­ni­ko­wi. Mam nadzie­ję, że to nie zabrzmia­ło zbyt pysz­nie 🙂

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy