Ciekawostki

Fenomenalny twórca, fenomenalne dzieło – J.R.R. Tolkien

Mija­ją kolej­ne deka­dy, a twór­czość J.R.R. Tol­kie­na nie­usta­ją­co cie­szy się popu­lar­no­ścią. W tym roku mija już 125 lat od dnia uro­dzin pisa­rza i rów­no 80 od pierw­sze­go wyda­nia powie­ści „Hob­bit, czy­li tam i z powro­tem”, dzię­ki któ­rej świat po raz pierw­szy usły­szał o Śród­zie­miu. Na czym pole­ga ten Tol­kie­no­wy feno­men?
Praw­dzi­wy fan-wete­ran twór­czo­ści Joh­na Ronal­da Reu­ela Tol­kie­na może dziś powie­dzieć „wiel­bi­łem Mistrza, zanim to było mod­ne!”. W isto­cie dzi­siaj, po przy­tła­cza­ją­cym suk­ce­sie ekra­ni­za­cji „Wład­cy Pier­ście­ni” i nie­co mniej uda­ne­go „Hob­bi­ta”, trud­no zna­leźć czło­wie­ka, któ­ry by nigdy o Tol­kie­nie nie sły­szał, znacz­nie też posze­rzył się krąg jego wiel­bi­cie­lek i wiel­bi­cie­li. Zwłasz­cza w młod­szym poko­le­niu nie brak osób, któ­re dopie­ro pod wpły­wem popu­lar­no­ści fil­mów się­gnę­ły po książ­ki.

Jak się to wszyst­ko jed­nak zaczę­ło? Na czym pole­gał feno­men lite­rac­kiej twór­czo­ści J.R.R. Tol­kie­na zanim jesz­cze zain­te­re­so­wa­ło się nim Hol­ly­wo­od? Co tak wyjąt­ko­we­go jest w jego pisar­stwie? Na pew­no każ­dy miło­śnik Śród­zie­mia ma na te pyta­nia swo­je odpo­wie­dzi i każ­dy z nas mógł­by dłu­go, a pew­nie i fascy­nu­ją­co o tym mówić. Ale zacznij­my może od tego, jak wyjąt­ko­wym przed­się­wzię­ciem było stwo­rze­nie Śród­zie­mia i w jaki spo­sób (głę­bo­ko w to wie­rzę), świad­czy ono o geniu­szu swo­je­go twór­cy.

Pierw­sze takie dzie­ło

Z całą pew­no­ścią moż­na powie­dzieć, że w dzie­dzi­nie two­rze­nia fan­ta­stycz­nych świa­tów Tol­kien był pio­nie­rem. Nikt nigdy wcze­śniej – a przy­naj­mniej histo­ria lite­ra­tu­ry o tym mil­czy – nie stwo­rzył nie tyl­ko świa­ta fan­ta­stycz­ne­go z takim roz­ma­chem, ale w ogó­le żad­ne­go świa­ta fan­ta­stycz­ne­go! To zgo­ła nie­sa­mo­wi­te, że już pierw­sza kre­acja, doko­na­na przez tyl­ko jed­ne­go czło­wie­ka, była tak kom­plet­na i bli­ska dosko­na­ło­ści. Tutaj Tol­kien był nie­mal jak Eru, któ­re­go opi­su­je… Przez kolej­ne lata dzię­ki zaan­ga­żo­wa­niu Tol­kie­na, Śród­zie­mie wyła­nia­ło się w jego dzie­łach, na jego rysun­kach i mapach jako coraz bar­dziej dopra­co­wa­ne i kom­plet­ne. Bogac­two szcze­gó­łów osza­ła­mia. Tol­kien stwo­rzył nie tyl­ko cały świat pełen róż­no­rod­nych kra­in, któ­re zasie­dlił roz­ma­ity­mi rasa­mi, stwo­rze­nia­mi i roślin­no­ścią, ale opra­co­wał dla nie­go rów­nież kom­plet­ną histo­rię, mito­lo­gię, kul­tu­rę a nawet języ­ki! Co cie­ka­we jed­nak, to wła­śnie od języ­ków się zaczę­ło.

Skąd więc feno­men twór­czo­ści Tol­kie­na? Naj­waż­niej­sza odpo­wiedź już padła – był pierw­szy, pio­nier­ski, i od razu wybit­ny. Z per­spek­ty­wy pod­ga­tun­ku lite­rac­kie­go, któ­ry stwo­rzył, czy­li high fan­ta­sy, napraw­dę nie­wie­le w jego dzie­le moż­na by popra­wić. Zresz­tą traf­ne było­by tutaj stwier­dze­nie „moż­na, ale po co?”. Świat wykre­owa­ny z takim roz­ma­chem jest fascy­nu­ją­cy sam w sobie, cze­go dowo­dzi ogrom­na popu­lar­ność publi­ka­cji stwo­rzo­nych wokół Śród­zie­mia – słow­ni­ków, lek­sy­ko­nów, atla­sów, map, wszel­kich dodat­ków (czę­sto spi­sa­nych wpraw­ną ręką same­go Tol­kie­na) przy­bli­ża­ją­cych czy­tel­ni­ko­wi języ­ki, wie­rze­nia, histo­rię, flo­rę i fau­nę czy zwy­cza­je poszcze­gól­nych ludów Śród­zie­mia.

Nie zawo­dzi jed­nak też sama war­stwa fabu­lar­na – choć dla czę­ści współ­cze­snych czy­tel­ni­ków nar­ra­cja „Wład­cy Pier­ście­ni” czy „Sil­ma­ril­lio­nu” może być już nazbyt roz­wle­kła. Zwa­żyw­szy, że w przy­pad­ku choć­by „Hob­bi­ta…” mamy do czy­nie­nia z histo­rią spi­sa­ną w latach trzy­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku, trze­ba przy­znać, że utwór ten zna­ko­mi­cie prze­szedł pró­bę cza­su i rów­nież dziś czy­tel­nik może dać ponieść się wart­kiej nar­ra­cji i przy­go­dzie zawie­ra­ją­cej zarów­no ele­men­ty humo­ry­stycz­ne, jak i tra­gicz­ne czy wznio­słe.

Wład­ca Pier­ście­ni”, jako dzie­ło znacz­nie obszer­niej­sze – rów­nież pod wzglę­dem „geo­gra­ficz­nym”, bo obok głów­nych wąt­ków fabu­lar­nych pre­zen­tu­ją­ce nam impo­nu­ją­cy świat Śród­zie­mia, sta­no­wi dla czy­tel­ni­ka już nie­co więk­sze wyzwa­nie, daje jed­nak jed­no­cze­śnie przy­jem­ność obco­wa­nia z kla­sy­ką. Jesz­cze wyż­szy poziom trud­no­ści to napi­sa­ny „biblij­nym” sty­lem i prze­sy­co­ny zda­rze­nia­mi i posta­cia­mi „Sil­ma­ril­lion”, dzie­ło z pogra­ni­cza kro­ni­ki i mito­lo­gii całe­go kon­ty­nen­tu. War­to czy­tać go w nie­wiel­kich daw­kach, bo od osza­ła­mia­ją­cej licz­by fak­tów może zakrę­cić się w gło­wie. Jed­no­cze­śnie dla każ­de­go pasjo­na­ta twór­czo­ści Tol­kie­na jest to lek­tu­ra obo­wiąz­ko­wa, któ­rej ekra­ni­za­cja, nawia­sem mówiąc, mogła­by być dru­gą seria­lo­wą „Grą o tron”, choć na pew­no o innym kli­ma­cie i cha­rak­te­rze.

Goto­wy mate­riał na ekra­ni­za­cję…

J.R.R. Tol­kien zupeł­nie nie był zwo­len­ni­kiem ekra­ni­za­cji swo­ich dzieł. Podob­no odmó­wił nawet Beatle­som, któ­rzy marzy­li o tym, by wystą­pić w ekra­ni­za­cji „Wład­cy Pier­ście­ni”! Muszę powie­dzieć, że oso­bi­ście bar­dzo żału­ję tej decy­zji Tol­kie­na, ale sta­ram się ją zro­zu­mieć. Z całą pew­no­ścią tych kil­ka dekad temu tech­no­lo­gia kine­ma­to­gra­ficz­na nie dawa­ła szans na to, by nadać fil­mo­wej ekra­ni­za­cji dzieł Tol­kie­na god­ną nich opra­wę wizu­al­ną.

To się na szczę­ście jed­nak zmie­ni­ło. Choć już wcze­śniej podej­mo­wa­ne były róż­ne pró­by fil­mo­wych adap­ta­cji twór­czo­ści Tol­kie­na, to jed­nak dopie­ro fil­mo­wa try­lo­gia „Wład­ca Pier­ście­ni” w reży­se­rii Pete­ra Jack­so­na ujaw­ni­ła w peł­ni ogrom­ny hol­ly­wo­odz­ki poten­cjał Śród­zie­mia. Po pro­stu trze­ba było pocze­kać, aż sztu­ka fil­mo­wa dogo­ni tę lite­rac­ką…

Mam świa­do­mość, że wyre­ży­se­ro­wa­ne przez Jack­so­na ekra­ni­za­cje (Zwłasz­cza „Hob­bit”) są cza­sem dla naj­bar­dziej orto­dok­syj­nych wiel­bi­cie­li Tol­kie­na kon­tro­wer­syj­ne – przede wszyst­kim za spra­wą roz­bież­no­ści mię­dzy nimi a ory­gi­na­łem. Część odbior­ców widzi w tych fil­mach wła­śnie pró­bę nie­po­trzeb­ne­go popra­wia­nia tego co dobre. Na pew­no było­by zna­ko­mi­cie, gdy­by­śmy otrzy­ma­li kie­dyś od jakie­goś ambit­ne­go twór­cy napraw­dę wier­ną ekra­ni­za­cję choć­by „Hob­bi­ta” (bo „wład­ca Pier­ście­ni” Jack­so­na jest na pew­no bli­żej swo­je­go lite­rac­kie­go ory­gi­na­łu”). Jed­nak z dru­giej stro­ny Jack­son, jako twór­ca z zasa­dy komer­cyj­ny, „wyci­snął” z ekra­ni­zo­wa­nych przez sie­bie histo­rii cały ich „epic­ki”, roz­ryw­ko­wy poten­cjał. Spra­wił, że ludzie są w sta­nie wysie­dzieć całą noc na kino­wym mara­to­nie wer­sji reży­ser­skich – to napraw­dę coś!

A poten­cjał Śród­zie­mia napraw­dę jest duży. W fil­mie sam świat – dzię­ki moż­li­wo­ściom gra­fi­ki cyfro­wej, ale też ide­al­nie dobra­nym ple­ne­rom, któ­re mia­ły „grać” Śród­zie­mie – jest taki, że po pro­stu trud­no oczy ode­rwać. Jest tak jed­nak przede wszyst­kim dla­te­go, że Tol­kien ten świat wykre­ował z taką róż­no­rod­no­ścią i roz­ma­chem.

Dru­ga, ogrom­na zale­ta Śród­zie­mia z punk­tu widze­nia fil­mu, to świet­nie nakre­ślo­ne posta­cie oraz ich losy. Lite­rac­cy boha­te­ro­wie „Hob­bi­ta…” oraz „Wład­cy Pier­ście­ni” są skom­pli­ko­wa­ni dokład­nie w takim stop­niu, w jakim trze­ba. Więk­szość z nich nie jest jed­no­wy­mia­ro­wa, są zło­żo­ne i wyraź­nie róż­nią się od sie­bie nawza­jem, ale jed­no­cze­śnie nie są skom­pli­ko­wa­ne na tyle prze­sad­nie, by było to trud­ne do odda­nia języ­kiem fil­mu. Podob­nie rze­czy mają się z doko­na­ny­mi przez nie wybo­ra­mi, ich roz­ter­ka­mi czy też swo­istą filo­zo­fią przed­sta­wio­ne­go świa­ta. Tol­kien, miło­śnik kla­sycz­nych epo­sów, mitów i Biblii, się­ga po spraw­dzo­ne topo­sy i arche­ty­py, jedy­nie nie­znacz­nie je mody­fi­ku­jąc. Dzię­ki temu nie jest może bar­dzo odkryw­czy (choć na pew­no jest kre­atyw­ny), ale daje nam opo­wieść i boha­te­rów na wskroś uni­wer­sal­nych, takich, któ­rych łatwo nam zro­zu­mieć, pojąć ich war­to­ści, moty­wy, ale i przy­wa­ry. Nawet te posta­cie, któ­re w jego twór­czo­ści są naj­bar­dziej zagad­ko­we, jak Eru czy Ista­ri (z Gan­dal­fem na cze­le) są zagad­ko­we w swo­iście zna­jo­my spo­sób – zna­jo­my dla kogoś, kto choć tro­chę liznął euro­pej­skich mitów i reli­gii.

Wszyst­ko to jest bar­dzo fil­mo­we i choć twór­czość Tol­kie­na cie­szy­ła się spo­rą popu­lar­no­ścią przed tymi wiel­ki­mi ekra­ni­za­cja­mi, to jed­nak trze­ba przy­znać, że praw­dzi­wy boom na Tol­kie­na wybuchł wła­śnie w związ­ku z pre­mie­rą „Dru­ży­ny Pier­ście­nia”, pierw­sze­go fil­mu z try­lo­gii Jack­so­na. Ten film uru­cho­mił lawi­nę. I choć moż­na narze­kać na zapo­cząt­ko­wa­ną przez nie­go „komer­cja­li­za­cję” Tol­kie­na, to pamię­taj­my jed­nak, że jego twór­czość od począt­ku była pomy­śla­na jako „roz­ryw­ko­wa”. To lite­ra­tu­ra, któ­ra ma bawić, a nie taka, któ­rą czy­tać trze­ba na klęcz­kach. Choć oczy­wi­ście moż­na, jeśli ktoś ma ocho­tę.

Jest jed­nak rów­nież wie­le zalet komer­cja­li­za­cji Tol­kie­na. Po pierw­sze, tra­fił on „pod strze­chy” i w efek­cie cie­szy się sze­ro­kim uzna­niem – jako kla­syk fan­ta­sty­ki – w wie­lu kra­jach świa­ta. Czy­ta­ją Tol­kie­na ludzie, któ­rzy w innych oko­licz­no­ściach mogli­by o nim nigdy nie usły­szeć. Po dru­gie, wydaw­cy zwę­szy­li inte­res i w zasa­dzie co roku wypusz­cza­ją na rynek książ­ki kolej­ne pozy­cje doty­czą­ce Tol­kie­na i jego dzieł, a tak­że książ­ki zwią­za­ne z jego nazwi­skiem, ale nie do koń­ca ze Śród­zie­miem (jak choć­by wyda­ne w ostat­nich latach „Listy”, „Beowulf”, „Upa­dek Kró­la Artu­ra”, „Potwo­ry i kry­ty­cy” czy „Opo­wie­ści o Kul­le­rvo”). Uka­zu­je się też wie­le opra­co­wań doty­czą­cych realiów, histo­rii i tajem­nic Śród­zie­mia. I choć fak­tycz­nie nie każ­da z tych pozy­cji jest w rów­nym stop­niu co inne war­ta uwa­gi (np. „Opo­wie­ści o Kul­le­rvo” nie­ko­niecz­nie zebie­ra­ły w Pol­sce naj­lep­sze recen­zje jako „kolej­ne czysz­cze­nie szu­flad po Tol­kie­nie”), to jed­nak przede wszyst­kim każ­dy pasjo­nat ma w ogó­le moż­li­wość zde­cy­do­wa­nia, czy chce się z tymi publi­ka­cja­mi zapo­znać, czy nie. Gdy­by nie popu­lar­ność Tol­kie­na „nakrę­co­na” przez ekra­ni­za­cje, praw­do­po­dob­nie moż­li­wo­ści te, zwłasz­cza w kra­jach nie­an­glo­ję­zycz­nych, były­by dużo mniej­sze.

Nel­dë Cor­mar Elda­ron Ara­nen nu i vilya,
Otso Heru­in Nauco­ron onde­va mar­den­tas­sen,
Ner­të Firi­më Nérin yar i Nuron mar­ty­ar,
Minë i Morë Herun mor­ma­hal­ma­ry­as­së
Mor­nó­rëo Nóres­së yas­së i Fuini caitar.
Minë Cor­ma turië të ilyë, Minë Cor­ma hirië të,
Minë Cor­ma hostië të ilyë ar mor­dos­së nutië të
Mor­nó­rëo Nóres­së yas­së i Fuini caitar.

Wszyst­ko zaczę­ło się od języ­ka

Czę­sto moż­na spo­tkać się z twier­dze­niem, że Tol­kien stwo­rzył sze­reg fik­cyj­nych języ­ków na potrze­by swo­ich ksią­żek. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak two­rze­nie Śród­zie­mia zaczął od języ­ków wła­śnie. Był wszak lin­gwi­stą – i to wybit­nym – miał nie­spo­ty­ka­ne zdol­no­ści języ­ko­we. W swo­jej dzie­dzi­nie był zna­ko­mi­tym naukow­cem. Nie tyl­ko opu­bli­ko­wał prze­szło sto prac na temat filo­lo­gii i histo­rii lite­ra­tu­ry, współ­pra­co­wał przy powsta­niu naj­więk­sze­go słow­ni­ka języ­ka angiel­skie­go „Oxford English Dic­tio­na­ry”, któ­ry uka­zał się po I woj­nie świa­to­wej, ale też znał (w róż­nym stop­niu) ponad 30 języ­ków, głów­nie wymar­łych, ger­mań­skich i cel­tyc­kich, któ­re szcze­gól­nie go fascy­no­wa­ły. Wśród opa­no­wa­nych przez nie­go języ­ków „żywych” i „mar­twych” wymie­nia się nie­miec­ki, łaci­nę, sta­ro­żyt­ną gre­kę, goc­ki, sta­ro­islandz­ki, nor­dyc­ki, sta­ro­ir­landz­ki, walij­ski, anglo­sa­ski, hebraj­ski, hisz­pań­ski, fran­cu­ski, rosyj­ski, fiń­ski, nider­landz­ki, wło­ski i espe­ran­to. Cie­ka­wost­kę sta­no­wi fakt, że podob­no Tol­kien uczył się tak­że pol­skie­go, uznał go jed­nak za język bar­dzo trud­ny i osta­tecz­nie nigdy nie nauczył się nim dobrze posłu­gi­wać.

Z róż­nych źró­deł wie­my, że Tol­kien już w dzie­ciń­stwie był żywo zain­te­re­so­wa­ny języ­ka­mi i zasa­da­mi ich two­rze­nia, ich wewnętrz­ną kon­struk­cją. Jego mat­ka Mabel Tol­kien uczy­ła synów w domu, zwłasz­cza łaci­ny i fran­cu­skie­go. Tol­kien umiał czy­tać już w wie­ku czte­rech lat, wcze­śnie też zaczął wyka­zy­wał zdol­no­ści języ­ko­we. W szko­le pod­sta­wo­wej uczył się łaci­ny i gre­ki. Moż­li­we, że to dzię­ki temu odkrył swo­ją naj­więk­szą, życio­wą pasję, któ­rą prze­kuł w zawód, któ­ry wyko­ny­wa­ła z takim zaan­ga­żo­wa­niem. Był jed­nym z tych rzad­kich szczę­śliw­ców, któ­rzy łączą pra­cę zawo­do­wą ze swo­im hob­by.

Zde­cy­do­wał się na stu­dia filo­lo­gicz­ne z zakre­su języ­ków kla­sycz­nych, a dodat­ko­wo zgłę­biał taj­ni­ki języ­ka sta­ro­islandz­kie­go, fiń­skie­go i walij­skie­go. One też mia­ły szcze­gól­ny wpływ na kształt, jaki nada­wał kolej­no two­rzo­nym przez sie­bie języ­kom, poczy­na­jąc od tego, któ­re­mu nadał nazwę quenya – czy­li od języ­ka elfów Cuala­qu­en­di, czy­li Wyso­kie­go Rodu – tych, któ­re widzia­ły Świa­tło Ama­nu. Quenya zdra­dza wie­le podo­bieństw zwłasz­cza do fiń­skie­go; zarów­no w zakre­sie fone­tycz­nym, jak i gra­ma­tycz­nym. Choć­by imio­na nie­któ­rych Vala­rów powsta­ły w efek­cie prze­kształ­ce­nia fiń­skich imion obec­nych w „Kale­wa­li” (naj­waż­niej­szym fiń­skim epo­sie naro­do­wym), np. Ilu­va­tar czy Ulmo. W poświę­co­nych Tol­kie­no­wi publi­ka­cjach moż­na spo­tkać się z okre­śle­niem, że fiń­ski spra­wiał mu szcze­gól­ną „fone­tycz­ną przy­jem­ność”, był miły dla jego ucha i zapew­ne fascy­nu­ją­cy. Nie brak zresz­tą filo­lo­gów, któ­rzy podzie­la­ją tę fascy­na­cję; Tol­kie­na nie wyda­je się więc być bar­dzo odosob­nio­ny w swo­jej opi­nii. Z kolei inny język elfów, sin­da­rin, któ­rym w Śród­zie­miu posłu­gu­ją się tzw. Elfo­wie Sza­rzy (odłam Tele­rich, któ­rzy pozo­sta­li w Bele­rian­dzie, a nie popły­nę­li za Morze i nie widzie­li Ama­nu), jest w dużej mie­rze opar­ty na języ­ku walij­skim.

Jeśli zaś cho­dzi o samą nazwę „Śród­zie­mie”, to jest ona po pro­stu tłu­ma­cze­niem sta­ro­nor­dyc­kie­go sło­wa „Mid­gard”, ozna­cza­ją­ce­go świat ludzi w nor­dyc­kiej mito­lo­gii. Co cie­ka­we, jego sta­ro­an­giel­ski odpo­wied­nik, „Mid­dan­ge­ard”, poja­wia się kil­ka razy w epic­kim poema­cie hero­icz­nym pt. „Beowulf”. Utwór ten, nie­zna­ne­go autor­stwa, jest jed­nym z naj­star­szych dzieł lite­ra­tu­ry sta­ro­an­giel­skiej. Sza­cu­je się, że w for­mie ust­nej ist­niał już w VIII wie­ku, zaś oko­ło roku tysięcz­ne­go został spi­sa­ny w zachod­nio­sa­skim dia­lek­cie języ­ka sta­ro­an­giel­skie­go.

Poemat ten został zresz­tą prze­tłu­ma­czo­ny przez Tol­kie­na na współ­cze­sny język angiel­ski, a tak­że opa­trzo­ny jego komen­ta­rzem. Co cie­ka­we jed­nak, tłu­ma­cze­nie to uka­za­ło się po raz pierw­szy dopie­ro w 2014 roku (w Pol­sce – rok póź­niej). Cze­mu tak póź­no? Podob­no sam Tol­kien nie był zachwy­co­ny swo­im tłu­ma­cze­niem i sta­le coś w nim popra­wiał; osta­tecz­nie dopie­ro jego syn Chri­sto­pher Tol­kien (zna­ny jako redak­tor wie­lu dzieł Tol­kie­na wyda­nych dopie­ro po jego śmier­ci, a tak­że jako orto­dok­syj­ny straż­nik jego spu­ści­zny) przy­go­to­wał tłu­ma­cze­nie do wyda­nia – wraz z dodat­ka­mi i wykła­da­mi doty­czą­cy­mi słow­nic­twa. Wykła­dy te Tol­kien uznał praw­do­po­dob­nie za nie­zbęd­ne, ponie­waż tłu­ma­cząc dzie­ło bar­dziej sta­rał się oddać jego sens, niż dokład­nie tłu­ma­czyć go sło­wo w sło­wo. Mógł więc uznać za uza­sad­nio­ne wyja­śnie­nie ewen­tu­al­nych zwią­za­nych z tym tłu­ma­cze­niem wąt­pli­wo­ści.

Pierw­szym języ­kiem, któ­ry Tol­kien stwo­rzył, była wła­śnie quenya. Był chy­ba zado­wo­lo­ny ze swo­je­go dzie­ła, sko­ro przy­pi­sał póź­niej ten język naj­szla­chet­niej­szym z elfów. I tak, począw­szy wła­śnie od języ­ków, Tol­kien stop­nio­wo skła­dał swój wiel­ki, alter­na­tyw­ny świat; pod wie­lo­ma wzglę­da­mi podob­ny do nasze­go, a jed­no­cze­śnie tak bar­dzo róż­ny.

Wie­my rów­nież, że od naj­młod­szych lat Tol­kien lubił rów­nież ryso­wać. Choć nigdy nie zaj­mo­wał się tym na poważ­nie, to jed­nak po latach, kie­dy przy­szło mu wydać „Hob­bi­ta…”, sam stwo­rzył do nie­go sze­reg barw­nych ilu­stra­cji, cechu­ją­cych się wpraw­dzie pew­ną pro­sto­tą, ale jed­no­cze­śnie ele­ganc­kich, nie­tu­zin­ko­wych i zapa­da­ją­cych w pamięć. Na pew­no zna­ko­mi­cie odda­wa­ły kli­mat histo­rii.

Na tro­pie kul­tu­ro­wych inspi­ra­cji

Tol­kien czer­pał przy tym ze spraw­dzo­nych wzor­ców – wyraź­nie inspi­ro­wał się chrze­ści­jań­ską Biblią (widać to zwłasz­cza w „Sil­ma­ril­lio­nie”), czer­piąc z niej nie tyl­ko wie­le moty­wów – w tym naj­waż­niej­szy: wal­ki dobra ze złem, ale nie­kie­dy tak­że i styl (w „Sil­ma­ril­lio­nie” odnaj­du­je­my typo­wo biblij­ne fra­zy, meta­fo­ry, patos). Mamy postać Jedy­ne­go – Eru, stwór­cy Śród­zie­mia, pod wie­lo­ma wzglę­da­mi przy­po­mi­na­ją­ce­go postać Boga Ojca, Mel­kor zaś, jeden z Ainu­rów, jest ewi­dent­nie wzo­ro­wa­ny na Sza­ta­nie i tak samo jak on bun­tu­je się prze­ciw­ko Bogu i jego stwo­rze­niu. On rów­nież zatru­wa je (poprzez wpro­wa­dze­nie fał­szy­wych nut do Muzy­ki Ainu­rów, dzię­ki któ­rej powstał świat), „wodzi na poku­sze­nie” i sta­ra się prze­jąć nad nim wła­dzę.

Chrze­ści­jań­skie inspi­ra­cje Tol­kie­na w ogó­le nie powin­ny dzi­wić, zwa­żyw­szy fakt, że uwa­żał się on za gor­li­we­go kato­li­ka (wła­śnie tak – choć był Bry­tyj­czy­kiem, jego mat­ka, wbrew woli rodzi­ców i teściów w 1899 roku przy­ję­ła kato­li­cyzm i w jego duchu wycho­wa­ła swo­je dzie­ci). Jed­no jed­nak, co może zasta­na­wiać w twór­czo­ści Tol­kie­na, to smut­na, ponu­ra atmos­fe­ra, jaką stwo­rzył on wokół zagad­nie­nia śmier­ci w Śród­zie­miu. Pod­czas gdy wia­do­me jest, że elfo­wie po śmier­ci tra­fia­ją do cudow­ne­go Vali­no­ru, los zmar­łych ludzi pozo­sta­je zagad­ką, któ­rej roz­wią­za­nie zna­ne jest tyl­ko Eru. Elfo­wie, logicz­nie wnio­sku­jąc, podej­rze­wa­li, że sko­ro ludz­ka śmier­tel­ność jest darem, dusze zmar­łych ludzi muszą tra­fiać do jakie­goś wspa­nia­łe­go miej­sca. Ale to jed­nak tyl­ko domy­sły. W rze­czy­wi­sto­ści nie wie­my, dokąd tra­fia­ją po śmier­ci ludzie Śród­zie­mia. Jed­nak nawet w przy­pad­ku elfów, któ­rych prze­zna­cze­niem jest po śmier­ci Vali­nor, śmierc nie jest czymś dają­cym nadzie­ję, czymś co ma przy­nieść szczę­ście u boku Boga (jak w chrze­ści­jań­stwie, a zwłasz­cza w kato­li­cy­zmie), ale wyda­rze­niem nie­zwy­kle smut­nym – przede wszyst­kim dla bli­skich zmar­łe­go. Wyda­je się więc, że Tol­kien patrzył na śmierć z bar­dzo ludz­kiej, a nie teo­lo­gicz­nej per­spek­ty­wy – to jed­nak oczy­wi­ście tyl­ko jed­na z moż­li­wych inter­pre­ta­cji.

Ainu­ro­wie, czy­li wyż­sze byty powo­ła­ne przez Eru do życia, by spra­wo­wać pie­czę nad świa­tem, przy­po­mi­na­ją chrze­ści­jań­skie anio­ły czy archa­nio­ły, ale jed­no­cze­śnie tak­że pogań­skie bóstwa zaczerp­nię­te z róż­nych euro­pej­skich mito­lo­gii. Szcze­gól­ne miej­sce w ser­cu Tol­kie­na mia­ła mito­lo­gia cel­tyc­ka, ale rów­nież nor­dyc­ka czy islandz­ka. Jed­nym z naj­bar­dziej ewi­dent­nych tego przy­kła­dów są imio­na kra­sno­lu­dów wystę­pu­ją­cych w „Hob­bi­cie…”: Balin, Bifur, Bofur, Bom­bur, Dwa­lin, Nori, Tho­rin, Fili, Kili, Glo­in, Dori, Oin i Ori. Tol­kien bynaj­mniej sam ich nie wymy­ślił – pocho­dzą one z islandz­kiej pie­śni, pt. „Wieszcz­ba Wöl­wy”, w któ­rej noszą je kar­ły. Na tym jed­nak smacz­ki się nie koń­czą; Tol­kien znał bowiem dobrze język islandz­ki i, zna­jąc pocho­dze­nie i zna­cze­nie każ­de­go z tych imion, sta­rał się tak dobie­rać je do posta­ci, by jak naj­le­piej do nich paso­wa­ły. W ten spo­sób uda­ło mu się osią­gnąć efekt humo­ry­stycz­ny, ale też dać przy­szłym bada­czom swo­jej twór­czo­ści (któ­rych ist­nie­nia, pisząc „Hob­bi­ta…” dla wła­snej przy­jem­no­ści, z pew­no­ścią się nie spo­dzie­wał) intry­gu­ją­cą zagad­kę do zba­da­nia.

Takich zaga­dek osta­tecz­nie zosta­wił w swo­jej twór­czo­ści tyle, że nie spo­sób ich zli­czyć. Jego dzie­ła – i to jeden z wie­lu dowo­dów na ich wyjąt­ko­wość – moż­na czy­tać na wie­lu pozio­mach. Młod­szy i mniej wyro­bio­ny czy­tel­nik znaj­du­je tutaj barw­ną, fan­ta­stycz­ną, peł­ną przy­gód i nie­zwy­kłych stwo­rzeń histo­rię. Im jed­nak wię­cej wie­my o lite­ra­tu­rze i kul­tu­rze, tym wię­cej inspi­ra­cji jeste­śmy w sta­nie wytro­pić, nie mówiąc już o tym, jak wie­le poważ­nych prac nauko­wych powsta­ło na temat róż­no­rod­nych inspi­ra­cji J.R.R. Tol­kie­na.

80 lat „Hob­bi­ta”

Pra­cę nad opo­wiast­ką dla dzie­ci „Hob­bit, czy­li tam i z powro­tem” Tol­kien zakoń­czył w 1936 roku. Zanim zde­cy­do­wał się wysłać go do wydaw­cy, skrom­ny (jego skrom­ność, nawia­sem mówiąc, jest urze­ka­ją­ca – widać ją zwłasz­cza w „Listach”) autor posta­no­wił zasię­gnąć opi­nii zna­jo­mych. Kopia powie­ści, za spra­wą pew­nej wpły­wo­wej kole­żan­ki pisa­rza, tra­fi­ła w ręce Stan­leya Unwi­na – zna­ne­go, a przy tym wyma­ga­ją­ce­go wydaw­cy. Unwin posta­no­wił dzia­łać nie­sza­blo­no­wo – jako eks­per­ta „zatrud­nił” swo­je­go dzie­się­cio­let­nie­go syna Ray­ne­ra i dał mu, jako pierw­sze­mu, „Hob­bi­ta…” do prze­czy­ta­nia. „Eks­pert” prze­czy­tał histo­rię zafa­scy­no­wa­ny od deski do deski, co prze­są­dzi­ło o decy­zji, by rzecz wydać – i tak się sta­ło w 1937 roku. Książ­ka odnio­sła ogrom­ny suk­ces – i odno­si go do dziś. Na całym świe­cie wyda­no już ponad sto milio­nów jej egzem­pla­rzy w ponad pięć­dzie­się­ciu języ­kach.

Jed­nak mimo tej popu­lar­no­ści, póź­niej­sze wyda­nie „Wład­cy Pier­ście­ni” i „Sil­ma­ril­lio­nu” nie oka­za­ło się wca­le łatwą spra­wą. Co inne­go bowiem krót­ka opo­wieść dla dzie­ci, a co inne­go sze­ścio­to­mo­we, opa­słe dzie­ło prze­zna­czo­ne dla nie­co star­szych czy­tel­ni­ków. Wydaw­ca „Hob­bi­ta…” Allen&Unwin nie zgo­dzi­ło się na waru­nek Tol­kie­na, by obie wzmian­ko­wa­ne powie­ści wydać bez moż­li­wo­ści uprzed­nie­go wglą­du w ręko­pi­sy, więc Tol­kien począt­ko­wo zre­zy­gno­wał z ich usług, zwra­ca­jąc się do Wydaw­nic­twa Col­lins. To jed­nak, mimo począt­ko­we­go entu­zja­zmu, wkrót­ce zaczę­ło doma­gać się skró­ce­nia znacz­nych frag­men­tów tek­stu, na co Tol­kien zga­dzać się nie miał zamia­ru. Osta­tecz­nie po wzno­wie­niu roz­mów z Allen&Unwin (któ­re teraz repre­zen­to­wał już doro­sły, daw­ny „recen­zent” „Hob­bi­ta…”, Ray­ner Unwin), zapa­dła decy­zja o wyda­niu same­go tyl­ko „Wład­cy Pier­ście­ni”, bez szcze­gól­nych zmian i skró­tów, za to w trzech, a nie w sze­ściu tomach (stąd błęd­ne trak­to­wa­nie „Wład­cy…” jako try­lo­gii), cze­go przy­czy­ną mia­ły być hor­ren­dal­ne w tam­tym cza­sie ceny papie­ru dru­kar­skie­go.

Sil­ma­ril­lion” musiał dopie­ro pocze­kać na swo­ją kolej i uka­zał się nie­ste­ty dopie­ro po śmier­ci Tol­kie­na, podob­nie jak wie­le innych jego dzieł i prac. Wszyst­ko też wska­zu­je na to, że to jesz­cze nie koniec i będą poja­wia­ły się kolej­ne publi­ka­cje – tym razem Chri­sto­pher Tol­kien posta­no­wił zre­da­go­wać i opu­bli­ko­wać kom­plet­ną histo­rię Bere­na i Lúthien. Zna­my ją wpraw­dzie choć­by z „Sil­ma­ril­lio­nu”, tam jed­nak Tol­kien zawarł dopie­ro jej osta­tecz­ną wer­sję. W książ­ce mają zaś być zapre­zen­to­wa­ne wszyst­kie wer­sje począw­szy od pier­wot­nej (oraz opa­trzo­ne komen­ta­rzem). Dla pasjo­na­tów może to być inte­re­su­ją­ca pozy­cja – w koń­cu opo­wia­da o histo­rii dwoj­ga naj­bar­dziej ulu­bio­nych przez same­go Tol­kie­na posta­ci, do któ­rych ogrom­nej, wzru­sza­ją­cej miło­ści porów­ny­wał swój wła­sny zwią­zek z uko­cha­ną żoną Edith.

To jed­nak, na co wszy­scy pol­scy miło­śni­cy i miło­śnicz­ki cze­ka­ją już od lat, to pol­skie wyda­nie dwu­na­sto­to­mo­wej „The Histo­ry of Mid­dle-Earth”. Trud­no pojąć, cze­mu to dzie­ło Tol­kie­na, bar­dzo dokład­nie opi­su­ją­ce Śród­zie­mie, wciąż jesz­cze nie uka­za­ło się na naszym ryn­ku. Wiel­ka szko­da.

O tym, na czym pole­ga feno­men Tol­kie­na moż­na pisać dużo wię­cej i dłu­żej, z zafa­scy­no­wa­niem przy­glą­da­jąc się poje­dyn­czym kloc­kom skła­da­ją­cym się na tę monu­men­tal­ną ukła­dan­kę: wcią­ga­ją­cej histo­rii, nie­sza­blo­no­wym, ale „zna­jo­mym” czy­tel­ni­ko­wi posta­ciom, peł­nej roz­ma­chu kre­acji świa­ta, kre­atyw­ne­mu wyko­rzy­sta­niu zna­nych topo­sów, fascy­nu­ją­cym lite­rac­kim i kul­tu­ro­wym inspi­ra­cjom czy uni­wer­sal­nym war­to­ściom, jakie Tol­kien wyraź­nie zawie­ra w swo­jej twór­czo­ści… Ale moż­na też powie­dzieć, że jest to po pro­stu rzad­ko spo­ty­ka­ny przy­kład dobrze wyko­na­nej, twór­czej robo­ty. Tol­kien, wiel­ki eru­dy­ta, języ­ko­wy arty­sta, był zara­zem zna­ko­mi­tym, lite­rac­kim rze­mieśl­ni­kiem. I praw­do­po­dob­nie jesz­cze dłu­go będzie cie­szył się popu­lar­no­ścią.

Autor­ką tek­stu jest Mag­da­le­na Goetz.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy