Wywiady

Mam mnóstwo pomysłów i gotowych fabuł w głowie – wywiad z Jackiem Piekarą

Czy pisarz fan­ta­sy, któ­re­mu uzna­nie przy­niósł m.in. cykl inkwi­zy­tor­ski, cykl o Ali­cji czy „Bestie i ludzie”, chciał­by zoba­czyć swo­je­go boha­te­ra na łamach komik­su? Jakie ma pla­ny zawo­do­we, nad czym obec­nie pra­cu­je i czy szy­ku­je jakąś nie­spo­dzian­kę dla czy­tel­ni­ków? Zapra­sza­my do lek­tu­ry.

Adrian Turzań­ski: Gdzie i kie­dy poja­wił się pierw­szy zarys świa­ta inkwi­zy­to­rów?

Jacek Pie­ka­ra: W opo­wia­da­niu „Słu­ga Boży” opu­bli­ko­wa­nym w latach 90. w mie­sięcz­ni­ku „Magia i miecz”. Ale był to tekst, któ­re­go akcja jesz­cze nie była umiej­sco­wio­na w alter­na­tyw­nej Euro­pie i w kon­tek­ście alter­na­tyw­ne­go chrze­ści­jań­stwa. Moż­na to opo­wia­da­nie nazwać pro­to­ty­pem 🙂

A.T.: Zakła­da­łeś, że cykl – wła­ści­wie już nie­ma­łe uni­wer­sum – aż tak się roz­ro­śnie?

J.P.: Nie, oczy­wi­ście że nie. Byłem dzien­ni­ka­rzem, redak­to­rem, pra­co­wa­łem w dużych wydaw­nic­twach i wyso­ko­na­kła­do­wych maga­zy­nach. Pisa­nie bele­try­sty­ki trak­to­wa­łem jako hob­by. A tu nagle oka­za­ło się, że czy­tel­ni­cy chcą pozna­wać snu­te prze­ze mnie opo­wie­ści i wywin­do­wa­li mnie na pozy­cję auto­ra best­sel­le­rów. Uzna­łem, że war­to zre­zy­gno­wać z pra­cy kor­po­ra­cyj­nej i prze­sta­wić się na upra­wia­nie wol­ne­go zawo­du. Zaowo­co­wa­ło to mię­dzy inny­mi tym, że wresz­cie mogłem wynieść się z War­sza­wy, któ­ra dopro­wa­dza­ła mnie już do sza­łu.

A.T.: A co skło­ni­ło Cię, żeby akcję głów­ne­go wąt­ku osa­dzić aku­rat w epo­ce rene­san­su?

J.P.: Lubię i znam okres anty­ku, a tak­że śre­dnio­wie­cze i rene­sans (jestem w sta­nie rów­nież pisać fabu­ły z akcją umiej­sco­wio­ną w Pol­sce XVII wie­ku, co zresz­tą zro­bi­łem w powie­ściach „Szu­bie­nicz­nik” i „Cha­rak­ter­nik”), bo czy­ta­łem dużo nauko­wych i popu­lar­no­nau­ko­wych opra­co­wań doty­czą­cych tych cza­sów. Prze­ma­wia do mnie też kli­mat tych wie­ków, men­tal­ność ówcze­snych ludzi. Poza tym rene­sans to w naszej rze­czy­wi­stej histo­rii czas naj­bar­dziej nasi­lo­nych dzia­łań prze­ciw­ko here­ty­kom, kace­rzom i cza­row­ni­com. Jeże­li boha­te­rem miał być inkwi­zy­tor, to rene­sans wręcz pro­sił się, aby uczy­nić z nie­go sce­nę dzia­łań. Prze­cież w roku 1484 papież wydał bul­lę „Sum­mis desi­de­ran­tes affec­ti­bus”, gło­szą­cą potrze­bę wal­ki z cza­ra­mi jako naj­pil­niej­sze zada­nie chrze­ści­jań­stwa. W 1487 roku został z kolei opu­bli­ko­wa­ny „Mal­leus Male­fi­ca­rum”, trak­tat ucho­dzą­cy za “pod­ręcz­nik łow­ców cza­row­nic”, a przez cały XVI wiek papie­że wyda­wa­li kolej­ne bul­le prze­ciw­ko cza­row­ni­kom i cza­row­ni­com. No i w związ­ku z tym sza­leń­stwo pro­ce­sów i sto­sów trwa­ło w naj­lep­sze. Zresz­tą trze­ba wyraź­nie powie­dzieć, że kato­li­kom w niczym nie ustę­po­wa­li pro­te­stan­ci, któ­rzy co praw­da nie mie­li Świę­tej Inkwi­zy­cji, ale w prze­śla­do­wa­niu cza­row­nic radzi­li sobie dosko­na­le bez niej.

A.T.: W zało­że­niu Mor­di­mer Mad­der­din miał być cha­rak­te­rem naj­czar­niej­szym z czar­nych. Ale – sam przy­znasz – coś poszło nie tak. Po nie­któ­rych jego czy­nach moż­na dojść do wnio­sku, że to cał­kiem ludz­ki facet, z wszel­ki­mi – cza­sem może nazbyt eska­lo­wa­ny­mi – nega­tyw­ny­mi i pozy­tyw­ny­mi cecha­mi. Jak myślisz, jak doszło do tego, że pier­wot­na wizja posta­ci gdzieś zbo­czy­ła i z – pla­no­wo – total­ne­go schwarz­cha­rak­te­ru stał się boha­te­rem, jakie­go osta­tecz­nie zna­my?

J.P.: Wie­lo­krot­nie mia­łem oka­zję mówić o tym na spo­tka­niach autor­skich, że bar­dzo trud­no (a może nawet w ogó­le jest to nie­moż­li­we) stwo­rzyć boha­te­ra na wskroś nega­tyw­ne­go, któ­ry będzie peł­nił pierw­szo­pla­no­wą rolę w całym cyklu. Po pro­stu twór­cy mają skłon­ność do “oswa­ja­nia potwo­rów” im dłu­żej się nimi zaj­mu­ją. Po dru­gie, boha­ter cał­ko­wi­cie nega­tyw­ny jest też cał­ko­wi­cie prze­wi­dy­wal­ny, a boha­ter taki jak Mor­di­mer Mad­der­din potra­fi zasko­czyć nawet czy­tel­ni­ków-wete­ra­nów, ponie­waż postę­pu­je tak, jak uzna­je za sto­sow­ne, nie­szcze­gól­nie przej­mu­jąc się kodek­sem praw­nym czy etycz­nym stwo­rzo­nym przez innych ludzi. Może postę­po­wać zgod­nie z tymi kodek­sa­mi, a może postę­po­wać wbrew nim w zależ­no­ści od tego, co uzna za lep­sze dla nie­go same­go. Wyda­je mi się to znacz­nie cie­kaw­sze zarów­no od stro­ny twór­cy, jak i od stro­ny czy­tel­ni­ka. Pro­sta jed­no­znacz­ność – czy to idą­ca w kie­run­ku dobra, czy w kie­run­ku zła – jest po pro­stu nud­na.

A.T.: Syl­we­tek ze swych ksią­żek raczej na nikim nie wzo­ru­jesz?

J.P.: Nie, nie wzo­ro­wa­łem głów­nych boha­te­rów na żad­nych posta­ciach lite­rac­kich czy histo­rycz­nych. Może za wyjąt­kiem Hein­za Rit­te­ra, poety i czło­wie­ka teatru, któ­re­mu nada­łem pew­ne cechy Szek­spi­ra. No i jesz­cze, jeśli cho­dzi o wize­ru­nek, to bliź­nia­cy. Pierw­szy i Dru­gi jawi­li mi się przed ocza­mi jako Twe­edle­edee i Twe­edle­edum z powie­ści „Ali­cja w Kra­inie Cza­rów” (rysun­ki z pierw­sze­go wyda­nia). Jeśli nato­miast mowa o boha­te­rach epi­zo­dycz­nych, to cza­sa­mi otrzy­mu­ją cechy praw­dzi­wych ludzi.

Ale jeśli miał­bym wymie­nić książ­kę, któ­ra wywar­ła na mnie naj­więk­sze wra­że­nie, i o któ­rej bar­dzo czę­sto myślę pisząc o świe­cie inkwi­zy­to­rów, to jest to prze­czy­ta­ny prze­ze mnie set­ki razy „Rok 1984” Orwel­la.

A.T.: Wie­lu cie­ka­wi wizja Pol­ski z cyklu inkwi­zy­tor­skie­go – ta, w któ­rej jest kró­le­stwem trzech mórz. Uchy­lisz rąb­ka tajem­ni­cy na jej temat czy raczej zale­casz cier­pli­wość aż do opu­bli­ko­wa­nia kon­kret­nych utwo­rów?

J.P.: Kró­le­stwo Pol­skie na pew­no kie­dyś odwie­dzi­my razem z Mor­di­me­rem Mad­der­di­nem. Do tej pory czy­tel­ni­cy mogli poznać jed­ne­go Pola­ka, wiel­kie­go moż­no­wład­cę i kró­lew­skie­go posła, któ­ry wyna­jął głów­ne­go boha­te­ra (histo­ria zosta­ła opi­sa­na w zbio­rze „Łow­cy dusz”). Zasta­na­wiam się nad tym, by przy­naj­mniej jeden roz­dział powie­ści „Czar­na śmierć” roz­gry­wał się w Pol­sce.

A.T.: Dru­gi tom „Pło­mie­nia i krzy­ża” już w księ­gar­niach, w wydaw­nic­twie ponoć zło­ży­łeś ukoń­czo­ny tom trze­ci, a czwar­ty za rogiem bodaj 2019 roku… Czyż­by­śmy wkrót­ce mie­li docze­kać się zwień­cze­nia głów­ne­go wąt­ku w „Czar­nej Śmier­ci” albo pozna­nia samych począt­ków w „Rzeź­ni­ku z Naza­re­tu”?

J.P.: Pre­mie­ra trze­cie­go tomu „Pło­mie­nia i krzy­ża” jest zapla­no­wa­na na 6 lute­go 2019. Tom czwar­ty powi­nien nato­miast uka­zać się w poło­wie listo­pa­da 2019. Pomię­dzy tymi dwo­ma pozy­cja­mi poja­wi się jesz­cze, przy­jem­na mam nadzie­ję, nie­spo­dzian­ka. W lutym zosta­nie ujaw­nio­ne, co nią będzie. I „Czar­na śmierć” w związ­ku z tym rze­czy­wi­ście jest coraz bli­żej. Akcja „Pło­mie­nia i krzy­ża” zakoń­czy się w tym samym miej­scu, gdzie zakoń­czy­ła się akcja „Łow­ców dusz”. I wte­dy ruszy­my już wspól­nie w świat opa­no­wa­ny przez zara­zę, roz­dar­ty dodat­ko­wo krwa­wą woj­ną domo­wą. Ruszy­my zarów­no z Mor­di­me­rem Mad­der­di­nem, jak i z człon­ka­mi Wewnętrz­ne­go Krę­gu Inkwi­zy­to­rium.

A.T.: Jak to będzie z midqu­ela­mi i inte­rqu­ela­mi w uni­wer­sum? Poja­wi­ły się pogło­ski, że tako­we pla­nu­jesz.

J.P.: Tu muszę popro­sić, abyś pocze­kał na pre­mie­rę trze­cie­go tomu „Pło­mie­nia i krzy­ża”. Wszyst­ko wte­dy sta­nie się jasne.

A.T.: Zapo­wia­da się więc, że lite­rac­ko pla­ny wobec cyklu inkwi­zy­tor­skie­go są ambit­ne, a i gra plan­szo­wa, szy­ko­wa­na na ten rok, nastra­ja pozy­tyw­nie. Oprócz tego zamie­rzasz (może już poja­wi­ły się jakieś pro­po­zy­cje?) sta­rać się, aby Two­je sztan­da­ro­we dzie­ło zosta­ło prze­nie­sio­ne na jesz­cze inne media? Być może komiks, grę wideo albo fabu­lar­ną?

J.P.: W następ­nej czę­ści wywia­du poroz­ma­wia­my o pla­no­wa­nej grze kom­pu­te­ro­wej, a teraz chcia­łem tyl­ko powie­dzieć, że bar­dzo się cie­szę, iż koń­czą się wła­śnie pra­ce nad grą plan­szo­wą przy­go­to­wy­wa­ną przez zna­ną na naszym ryn­ku fir­mę RedImp. Co do innych adap­ta­cji, to oczy­wi­ście chęt­nie widział­bym komiks z moim boha­te­rem i w moim świe­cie, ale jak wia­do­mo rynek komik­so­wy w Pol­sce jest bar­dzo niszo­wy i bar­dzo trud­ny. Jeśli poja­wi­ły­by się pro­po­zy­cje, to był­bym zado­wo­lo­ny, bo dla arty­sty to zawsze prze­ży­cie, kie­dy może zoba­czyć w jaki spo­sób stwo­rzo­ny przez nie­go świat postrze­ga i jak mode­lu­je oraz zmie­nia inny twór­ca.

A.T.: Jeże­li cho­dzi o gry wideo, ostat­nio gło­śna sta­ła się spra­wa Andrze­ja Sap­kow­skie­go i CD Pro­jekt RED. Zdra­dzisz, co sądzisz o całej tej sytu­acji jako spe­cja­li­sta z bran­ży?

J.P.: Gra „Wiedź­min” nie jest pro­jek­tem Andrze­ja Sap­kow­skie­go. Jest to pro­jekt arty­stycz­ny i biz­ne­so­wy ludzi z CD Pro­jekt, któ­rzy tyl­ko opar­li w pew­nym stop­niu fabu­łę gier o jego twór­czość. Sap­kow­ski nie uczest­ni­czył, bo nie chciał, w żad­nym eta­pie powsta­wa­nia tej gry, a śro­do­wi­sko gra­czy wręcz roz­sier­dził pogar­dli­wym sto­sun­kiem do całej bran­ży gier kom­pu­te­ro­wych. W oczy­wi­sty spo­sób nie nale­ży mu się nic poza tym, co już dostał, i co wyni­ka­ło z kon­trak­tów, zwłasz­cza że i tak zaro­bił na „Wiedź­mi­nie” milio­ny. Prze­cież w USA jego książ­ki kupo­wa­no tyl­ko i wyłącz­nie z uwa­gi na ogrom­ną popu­lar­ność wcze­śniej wyda­nej gry.

A.T.: A jak – hipo­te­tycz­nie – widzisz współ­pra­cę przy prze­nie­sie­niu Two­ich utwo­rów na gry kom­pu­te­ro­we? Chciał­byś brać więk­szy udział w two­rze­niu tytu­łu? Jakoś go nad­zo­ro­wać, względ­nie kon­sul­to­wać? Może napi­sał­byś sce­na­riusz, jak w przy­pad­ku „Księ­cia i Tchó­rza” z innym Two­im boha­te­rem, Ari­val­dem?

J.P.: Pyta­nie tra­fio­ne w sed­no, bo wła­śnie trwa­ją nego­cja­cje na temat stwo­rze­nia wyso­ko­bu­dże­to­wej gry opar­tej na wykre­owa­nym przez mnie świe­cie oraz boha­te­rach. Jeśli doj­dzie­my do poro­zu­mie­nia, to będę uczest­ni­czył w pra­cach nad pro­gra­mem nie tyle nawet, by for­so­wać mój punkt widze­nia, ale aby wspo­móc pro­duk­cję zarów­no od stro­ny kon­cep­cyj­nej, arty­stycz­nej, jak i po pro­stu dla­te­go, że potra­fię naj­wię­cej na temat tego świa­ta opo­wie­dzieć. Z jakich ele­men­tów mojej pra­cy będzie korzy­stać zespół, to już spra­wa pro­du­cen­ta, ale będę zarów­no uczest­ni­czył, jak i obser­wo­wał pro­duk­cję od dnia roz­po­czę­cia prac aż po dzień publi­ka­cji…

A.T.: Nie da się ukryć, że całość – mowa o inkwi­zy­to­rach – ma w sobie nie­ma­ło kon­tro­wer­syj­nych tre­ści. Przy­znaj, z kim mia­łeś przez cykl naj­bar­dziej na pień­ku: z duchow­ny­mi, kry­ty­ka­mi, a może nader pru­de­ryj­ny­mi czy­tel­ni­ka­mi?

J.P.: Co cie­ka­we, cykl nie wzbu­dził szcze­gól­nych pro­te­stów (może tro­chę na samym począt­ku), a co zabaw­ne mam czy­tel­ni­ków rów­nież wśród księ­ży i ludzi głę­bo­ko wie­rzą­cych. Oni rozu­mie­ją, że bawię się pew­ną kon­wen­cją świa­ta alter­na­tyw­ne­go. Może wię­cej było uwag co do sek­su­al­no­ści i prze­mo­cy, ale były to uwa­gi naj­czę­ściej zwy­czaj­nie głu­pie. Na przy­kład jakiś recen­zent zarzu­cił mi, że jed­na z ksią­żek jest wypeł­nio­na sek­sem. A praw­da była taka, że sce­ny sek­su­al­ne (i to nie­szcze­gól­nie ostre) zaj­mo­wa­ły w niej rap­tem pół­to­rej stro­ny na stron czte­ry­sta cało­ści. Co więc trze­ba mieć w gło­wie, żeby wła­śnie TO wyła­pać i uznać za głów­ny motyw? Jeśli cho­dzi o prze­moc, to była ona cechą cha­rak­te­ry­stycz­ną świa­ta śre­dnio­wie­cza i rene­san­su. Każ­dy, kto czy­tał książ­ki nauko­we czy mate­ria­ły źró­dło­we wie, że moje opi­sy są dużo łagod­niej­sze, niż rze­czy­wi­ste sytu­acje mają­ce miej­sce w naszym świe­cie. Poza tym ja piszę o prze­mo­cy, ale sta­ram się nią nie epa­to­wać. To jest jed­nak duża róż­ni­ca.

A.T.: Podob­no kie­dyś napi­sa­łeś powieść prze­peł­nio­ną moty­wa­mi ze sło­wiań­skich mitów. Co się z nią sta­ło? Masz może zamiar w przy­szło­ści do niej powró­cić, jakoś zre­kon­stru­ować? Szcze­gól­nie, że Fabry­ka Słów wystar­to­wa­ła z serią Pol­skie Fan­ta­sy, do któ­rej tema­tycz­nie taki tekst świet­nie by paso­wał.

J.P.: I tu jest pro­blem. Napi­sa­łem powieść „Czas klą­twy”, któ­rej akcja toczy­ła się we wcze­snym, przed­chrze­ści­jań­skim śre­dnio­wie­czu i wystę­po­wa­ły w niej demo­ny i posta­ci magicz­ne zna­ne z mito­lo­gii sło­wiań­skiej. Prze­stu­dio­wa­łem tysią­ce stron nauko­wych mate­ria­łów, by się do tej powie­ści dobrze przy­go­to­wać. Mia­ła uka­zać się dwa razy i za każ­dym razem, tuż przed jej wyda­niem, upa­da­ło wydaw­nic­two mają­ce ją opu­bli­ko­wać (napraw­dę czas klą­twy, co?). A potem gdzieś zgu­bi­łem zarów­no ręko­pis, jak i maszy­no­pis (to były jesz­cze cza­sy dale­ko przed­kom­pu­te­ro­we). Bar­dzo nad tym fak­tem ubo­le­wam, bo mie­sią­ce pra­cy i 300 stron maszy­no­pi­su poszły z dymem. Ale ponie­waż “ręko­pi­sy nie pło­ną”, to może i ja kie­dyś odnaj­dę jakiś zacho­mi­ko­wa­ny egzem­plarz tej powie­ści? Chęt­nie bym ją prze­czy­tał, bo nie widzia­łem jej od 25 lat…

A.T.: Spra­wa z „Szu­bie­nicz­ni­kiem” nie wyglą­da­ła do nie­daw­na cie­ka­wie. Choć wie­ści z Fal­ko­nu obu­dzi­ły swo­isty pro­myk nadziei. Czyż­by Fabry­ka Słów mia­ła prze­jąć serię, wzno­wić sta­re tomy i wydać dłu­go wycze­ki­wa­ny trze­ci? No i czy w nim wresz­cie pozna­my roz­wią­za­nie?

J.P.: Zoba­czy­my, kto będzie wydaw­cą „Szu­bie­nicz­ni­ka”. Rze­czy­wi­ście, spra­wa roz­strzy­gnie się dosłow­nie w cią­gu naj­bliż­szych tygo­dni. Uka­że się wzno­wie­nie dwóch pierw­szych tomów i, oczy­wi­ście, wień­czą­cy całość tom trze­ci.

A.T.: Jaka jest szan­sa na to, że podob­na sytu­acja spo­tka „Smo­ki Hal­do­ru” albo „Zaklę­te mia­sto”?

J.P.: To były­by już w pew­nym sen­sie ryzy­kow­ne pro­jek­ty. Przy­po­mi­na­nie czy­tel­ni­ko­wi ksią­żek, któ­re pisa­łem mając 20 lat (fakt, że wte­dy mia­ły spo­rą popu­lar­ność i uka­zy­wa­ły się w wyso­kich nakła­dach) musi być obwa­ro­wa­ne bar­dzo czy­tel­nym zastrze­że­niem, że klient otrzy­mu­je kawa­łek histo­rii, a nie nowe dzie­ło. Czy­tel­ni­cy muszą wie­dzieć, co kupu­ją, żeby nie było roz­cza­ro­wań czy oskar­żeń. Jeże­li mamy taki wła­śnie uczci­wy układ, to ja jestem za. Bo prze­cież też nie chciał­bym być dzi­siaj oce­nia­ny za to, co pisa­łem 25 czy 30 lat temu, praw­da? Ale jeśli uzna­my to za podróż w prze­szłość, któ­rej zasa­dy będą jasne dla każ­de­go, to moż­na taki pro­jekt zre­ali­zo­wać…

A.T.: Pozo­sta­je jesz­cze Ari­vald z Wybrze­ża. Chy­ba na jed­nym tomie się nie skoń­czy?

J.P.: Oba­wiam się, że tu będzie pro­blem. Mam bar­dzo, bar­dzo dużo obo­wiąz­ków na innych polach i na razie nie mogę dodać sobie kolej­ne­go. Poza tym nacisk wydaw­cy i czy­tel­ni­ków jest zde­cy­do­wa­ny. Pisz inkwi­zy­to­ra, mówią. To oczy­wi­ście bar­dzo przy­jem­ne, że rynek tak się doma­ga moich ksią­żek z tego cyklu, ale jest rów­nież dru­ga stro­na meda­lu: mała tole­ran­cja na inne tytu­ły. No może poza „Necro­sis” i „Szu­bie­nicz­ni­kiem”, o któ­rych dal­szy ciąg czy­tel­ni­cy cią­gle się dopo­mi­na­ją.

A.T.: Ostat­nie infor­ma­cje poka­zu­ją, że obec­nie więk­szość sił będziesz anga­żo­wał w uni­wer­sum inkwi­zy­tor­skie. Ale raczej zakła­dasz, że od cza­su do cza­su wypu­ścisz na rynek coś zupeł­nie nowe­go, jak choć­by „Bestie i ludzie”?

J.P.: No i wra­ca­my do mojej poprzed­niej odpo­wie­dzi. Tak, mam pomy­sły na kolej­ne opo­wia­da­nia. Przy­naj­mniej na tom „Mon­stra i ludzie”, któ­ry był­by opar­ty na podob­nym sche­ma­cie kon­fron­ta­cji czło­wie­ka i bestii. Ale pierw­szeń­stwo ma cykl inkwi­zy­tor­ski. Z „Pło­mie­niem i krzy­żem” zosta­wi­łem czy­tel­ni­ków na 10 lat, więc teraz czu­ję się zobo­wią­za­ny, by w roku 2019 mogli już cie­szyć się czte­re­ma toma­mi tego cyklu. Nie będzie to takie skom­pli­ko­wa­ne, gdyż 6 lute­go uka­zu­je się tom trze­ci, więc zosta­je pra­ca nad tomem czwar­tym.

A.T.: Mało osób zda­je sobie spra­wę, że oprócz pisa­nia pro­zy i publi­cy­sty­ki, zaj­mo­wa­łeś się tak­że reży­se­rią dub­bin­gów czy pro­wa­dze­niem audy­cji radio­wych. W obu przy­pad­kach klu­czo­wą rolę odgry­wa głos. Jak wyglą­da zatem pra­ca, w któ­rej głów­nym medium jest dźwięk? Co nale­ży roz­wi­jać w gło­sie, na co zwra­cać uwa­gę, co przy­spa­rza naj­więk­szych pro­ble­mów?

J.P.: Pro­wa­dzi­łem w Radiu WAWA pro­gra­my na żywo, i na począt­ku byłem bez­na­dziej­ny. Sam nie mogłem sie­bie słu­chać. Musia­łem bar­dzo prze­pra­co­wać kwe­stię prze­ty­ka­nia słów i zdań takim mucze­niem “yyy”, “yyy”. To było napraw­dę strasz­ne! Ale dość szyb­ko uda­ło mi się ową wadę cał­ko­wi­cie wyeli­mi­no­wać. Pra­cę w radiu wspo­mi­nam bar­dzo dobrze, mia­łem dwie godzi­ny audy­cji w każ­dą nie­dzie­lę i trwa­ło to ponad dwa lata. Naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nym wyda­rze­niem było, jak w cza­sie audy­cji zadzwo­nił pre­zes Resz­czyń­ski, kazał mi odejść od mikro­fo­nu i obso­ba­czył mnie tak strasz­nie, jak chy­ba nikt nigdy (nawia­sem mówiąc raczej nie­słusz­nie). Następ­ne­go dnia spo­tka­li­śmy się na kory­ta­rzu i powie­dział z ser­decz­nym uśmie­chem: „Jacek, pro­szę cię, nie rób tak wię­cej”.

A jeśli cho­dzi o dub­bin­gi, reży­se­ro­wa­łem je, a nie pod­kła­da­łem głos (kil­ka razy zda­rzy­ło się, ale incy­den­tal­nie w cał­ko­wi­cie mar­gi­nal­nych ról­kach). Nato­miast mia­łem oka­zję pra­co­wać z takim akto­ra­mi, jak Fron­czew­ski, Kowa­lew­ski, Żmi­jew­ski, Troń­ski, Cho­tec­ka, Zbo­row­ski. Zoba­czy­łem wte­dy róż­ni­cę mię­dzy akto­ra­mi pierw­szej ligi, a zwy­kły­mi wyrob­ni­ka­mi aktor­ski­mi, któ­rych rów­nież zatrud­nia­ła fir­ma do gra­nia mniej­szych ról. To była prze­paść. Napraw­dę nie­zwy­kłe doświad­cze­nie.

A.T.: A jeże­li cho­dzi o obec­ny tryb pra­cy nad pro­zą – jak on mniej wię­cej prze­bie­ga? Masz swo­je przy­zwy­cza­je­nia albo rygo­ry­stycz­ny har­mo­no­gram?

J.P.: Nie­ste­ty, upra­wia­nie wol­ne­go zawo­du nie­sie ze sobą rów­nież zagro­że­nia. I jeśli autor nie ma samo­dy­scy­pli­ny, to łatwo wpaść w marazm i uto­nąć w leni­stwie. Musia­łem wpro­wa­dzić sobie twar­de zasa­dy doty­czą­ce prze­strze­ga­nia nie godzin pra­cy, ale ilo­ści wyko­na­nej pra­cy. Zało­ży­łem sobie nie tak zno­wu wyma­ga­ją­cy limit 10 tysię­cy zna­ków dzien­nie. I tu waż­ne zastrze­że­nie: ja nie muszę pisać na siłę, tyl­ko po to, aby pisać i wypeł­nić narzu­co­ny limit. Mam napraw­dę mnó­stwo pomy­słów i goto­wych fabuł w gło­wie. Pro­blem w tym, że cza­sa­mi strasz­nie cięż­ko jest mi zabrać się do tech­nicz­nej pra­cy, jaką jest zapi­sy­wa­nie tych kon­cep­cji. Bo jeże­li wszyst­ko wiem, nie­mal co do sło­wa, co napi­szę, gdyż uło­ży­łem tekst wcze­śniej w gło­wie, to prze­pi­sy­wa­nie tego spra­wia mi już taką sobie przy­jem­ność. Ale trze­ba, bo prze­cież czy­tel­ni­cy nie będą czy­tać ksią­żek z mojej gło­wy, praw­da?

A.T.: Od kil­ku lat coraz rza­dziej poja­wiasz się na kon­wen­tach. Jaka jest tego przy­czy­na? Być może życie rodzin­ne? Albo chwi­lo­we zmę­cze­nie śro­do­wi­skiem czy oko­licz­no­ścia­mi?

J.P.: Mamy z moją part­ner­ką dziec­ko w wie­ku wcze­snosz­kol­nym, dwa psy i dwa koty, miesz­ka­my w domu u pod­nó­ża gór. Wyrwa­nie się na kon­went nie jest takie pro­ste jak kie­dyś, kie­dy wystar­czy­ło wsiąść w War­sza­wie w pociąg lub w samo­chód. Teraz wyjazd wyma­ga logi­stycz­nych przy­go­to­wań. Ale ostat­nio byli­śmy na Fal­ko­nie i mój synek był zachwy­co­ny przede wszyst­kim licz­ny­mi cosplay­era­mi (à pro­pos: ser­decz­nie pozdra­wiam chło­pa­ków, któ­rzy fan­ta­stycz­nie prze­bra­li się za inkwi­zy­to­rów!). I skle­pa­mi peł­ny­mi gadże­tów.

A.T.: Na koniec chciał­bym Cię pod­py­tać o to, czy nie tęsk­nisz za czyn­nym udzia­łem w świe­cie gier? Pra­sa bran­żo­wa może i nie odzy­ska daw­ne­go ryn­ku, ale i tak ma się nie­źle. Oprócz „CD-Action”, są m.in. „PSX Extre­me” i „Pixel”, z kolei w tele­wi­zji star­tu­je pierw­szy w peł­ni poświę­co­ny tym zagad­nie­niom pro­gram, Pol­sat Games.

J.P.: Chy­ba nie miał­bym już ser­ca, by tak aktyw­nie recen­zo­wać gry, jak kie­dyś. Nie odrzu­cam tego świa­ta, mam spo­ro gier na kom­pu­te­rze, mam też kil­ka ulu­bio­nych gier na smart­fo­nie, ale nie elek­try­zu­ją mnie wia­do­mo­ści docho­dzą­ce z tej bran­ży.

Nato­miast mam nadzie­ję, że będę mógł aktyw­nie zająć się uczest­nic­twem w prze­ło­że­niu świa­ta inkwi­zy­to­rów na język gry kom­pu­te­ro­wej i tam wyko­rzy­stam swo­je wie­lo­let­nie doświad­cze­nie. Być może przy­da się to, że spę­dzi­łem tysią­ce godzin nad gra­mi role-play i po pro­stu dobrze znam ich wady i zale­ty oraz regu­ły nimi rzą­dzą­ce.

A.T.: Bar­dzo dzię­ku­ję za roz­mo­wę.

Roz­ma­wiał Adrian Turzań­ski

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy