Wywiady

Mam szczęście do kobiet. Bez nich bym przepadł – wywiad z Marcinem Okoniewskim o pracy nad debiutancką powieścią

Dzien­ni­karz, fil­mo­wiec, popu­la­ry­za­tor czy­tel­nic­twa, influ­en­cer, a od nie­daw­na też pisarz-debiu­tant. Jako twór­ca kana­łu „Okoń w sie­ci” trzy­krot­nie otrzy­mał nomi­na­cję do  Grand Video Awards. Powie­ścią „Lato dni ostat­nich” otwo­rzył nowy roz­dział w swo­jej twórczości.

ANNA TESS GOŁĘBIOWSKA: Od Two­je­go debiu­tu powie­ścio­we­go minę­ła już chwi­la. Podzię­ko­wa­nia opu­bli­ko­wa­ne w „Lecie dni ostat­nich” były peł­ne emo­cji, a jak się czu­jesz teraz? Wciąż masz w oczach łzy wzru­sze­nia na myśl o tym, że ukoń­czy­łeś pierw­szą książkę?

MARCIN OKONIEWSKI: Teraz skra­plam się w inny spo­sób – ocie­ram pot z ple­ców, bo praw­dzi­wa orka zaczę­ła się dopie­ro po napi­sa­niu książ­ki (śmiech). Dzi­siaj czu­ję się już spo­koj­ny. Mogę nawet powie­dzieć, że poczu­łem ulgę. Nie towa­rzy­szy mi już ten męczą­cy od lat ból nie­speł­nio­ne­go marze­nia. W 2025 rok wsze­dłem jako czło­wiek szczę­śli­wy i świa­do­my szczę­ścia, któ­re go spotkało.

Fot. Ola Okoniewska

Czy masz poczu­cie, że moment wyda­nia powie­ści zmie­nił w jakiś spo­sób Two­je życie?

Tak, tak, u mnie też nastą­pi­ła kla­sycz­na prze­mia­na boha­te­ra (śmiech). Nie jestem naj­lep­szy w nazy­wa­niu swo­ich emo­cji, ale rze­czy, któ­re wyda­rzy­ły się po wyda­niu książ­ki, wynio­sły moją empa­tię na do tej pory nie­zna­ny mi poziom. Nauczy­łem się oka­zy­wać wdzięcz­ność naj­bliż­szym i czy­tel­ni­kom, któ­rzy we mnie wie­rzy­li i doce­niać to, że są i chcą być przy mnie. To naj­więk­sza zmia­na jaka zaszła wewnątrz mnie. A jeże­li pytasz o zmia­ny w życiu codzien­nym, zawo­do­wym, to muszę wró­cić do tego potu na ple­cach. Od minio­ne­go lata moje życie wywró­ci­ło się do góry noga­mi. Zarze­ka­łem się, że nie sta­wiam wszyst­kie­go na jed­ną kar­tę, ale musia­łem na kil­ka mie­się­cy porzu­cić pra­cę, bo ina­czej nie dowió­zł­bym tego pro­jek­tu.  A wte­dy zaczę­ła się wal­ka z samym sobą i swo­imi demo­na­mi, bo nie mogłem zawieść takie­go kre­dy­tu zaufa­nia, jakim obda­rzy­li mnie bli­scy. Gdy­by nie wspar­cie żony i teściów, to nie roz­ma­wia­li­by­śmy teraz.

To hasło zabrzmi strasz­nie banal­nie, ale moje życie po napi­sa­niu książ­ki już nigdy nie będzie takie samo. Wcze­śniej towa­rzy­szył mi głód speł­nie­nia marze­nia, a teraz poja­wi­ło się pra­gnie­nie opo­wia­da­nia kolej­nych historii.

 Z jakim odbio­rem „Lata dni ostat­nich” spo­tka­łeś się do tej pory?

»Lato dni ostat­nich« jest spo­ko. Bar­dzo mnie to cie­szy. Bar­dzo” – tak ujął to w nagłów­ku swo­jej opi­nii PigO­ut i to zda­nie odda­je to, z czym wra­ca­li do mnie czy­tel­ni­cy. Naj­więk­szą war­tość ma sło­wo wypo­wie­dzia­ne pro­sto w oczy i Tar­gi Książ­ki w Kra­ko­wie poka­za­ły mi, ile dla innych może zna­czyć to, co robię. Gdy­bym nie napi­sał książ­ki, nie doświad­czył­bym tego, że dru­gi czło­wiek może szcze­rze cie­szyć się Two­im szczę­ściem. Pomy­ślisz, że uni­kam odpo­wie­dzi na pyta­nie, więc będę trzy­mał się fak­tów. „Lato dni ostat­nich” na por­ta­lu Lubi­my­czy­tać ma śred­nią ocen czy­tel­ni­ków w oko­li­cach 7/10. Są w tym rzecz jasna opi­nie osób wspie­ra­ją­cych mnie od lat, któ­re ze wzglę­du na sym­pa­tię do mojej oso­by pew­nie zawy­ży­ły nie­co swo­ją oce­nę, ale rów­no­wa­ży się to z opi­nia­mi osób po dru­giej stro­nie, któ­rym sam fakt napi­sa­nia prze­ze mnie książ­ki wywo­łał nega­tyw­ne emo­cje. To prze­szko­da, któ­ra zosta­ła stwo­rzo­na dla mnie i muszę udo­wod­nić przede wszyst­kim sobie, że jestem w sta­nie ją omi­nąć i się­gać po to, co jest dla mnie waż­ne i robić to, co dla mnie ma war­tość, bez wzglę­du czy ktoś ma na mnie inny pomysł. Wyzby­łem się chę­ci zaspo­ka­ja­nia potrzeb wszyst­kich i nie pisa­łem książ­ki, żeby komu­kol­wiek się przy­po­do­bać. Ktoś gdzieś kie­dyś napi­sał: „nie jestem zupą pomi­do­ro­wą, nie muszę sma­ko­wać wszyst­kim” – ja też, bo zde­cy­do­wa­nie bar­dziej czu­ję się droż­dżów­ką (śmiech). Pod­cho­dzę do ocen z dużym dystan­sem i poko­rą. Jeże­li poja­wia się kon­struk­tyw­na kry­ty­ka, to czę­sto dzię­ku­ję za nią w wia­do­mo­ściach pry­wat­nych – bo ktoś za dar­mo udzie­lił mi rad, dzię­ki któ­rym mogę się roz­wi­jać. Mam kil­ka osób, z któ­rych opi­nia­mi liczę się naj­bar­dziej, bo cechu­je ich mówie­nie pro­sto z mostu i wie­dzą, że zro­bią mi wię­cej krzyw­dy niż pożyt­ku, jeże­li nie wytkną mi błędów.

Ale tak, chwa­le­nie i kle­pa­nie po ple­cach jest miłe i wyko­rzy­stu­ję je jako pali­wo i moty­wa­cję. Zasia­da­jąc do kolej­ne­go tomu, będę miał przed oczy­ma wszyst­kie komen­ta­rze osób, któ­re nie mogą docze­kać się kolej­nej części.

Wyda­łeś powieść za pomo­cą plat­for­my Empik Sel­fpu­bli­shing. Czy to był Twój pierw­szy wybór, czy pró­bo­wa­łeś wcze­śniej sił w tra­dy­cyj­nym wydawnictwie?

Pomysł już był, a oko­licz­no­ści były na tyle sprzy­ja­ją­ce tam­te­go pięk­ne­go majo­we­go dnia, że wykle­pa­łem się wła­śnie dziew­czy­nom z Empik Sel­fpu­bli­shing w przy­pad­ko­wej rozmowie.

Myśla­łem, że się zbłaź­nię mówiąc o posta­po na pro­win­cji i swo­jej waria­cji “The Last of Us” bez zom­bie, ale ktoś w ten mój pomysł uwie­rzył i uwie­rzył we mnie – że dowiozę.

Zanim uka­za­ła się powieść, zaczą­łeś publi­ko­wać cykl „Dzien­nik pisa­rza”, w któ­rym wyzna­łeś, że zaczą­łeś pisać książ­kę, a następ­nie dzie­li­łeś się wie­dzą zwią­za­ną z pra­cą nad tek­stem. Posta­wi­łeś sobie za cel wydać książ­kę w tym roku – i sło­wa dotrzy­ma­łeś. Czy trud­no było zmie­ścić się w tym terminie?

Nigdy wcze­śniej nie czu­łem takiej pre­sji i potrze­by pra­cy nad sobą. Na dwa mie­sią­ce przed metą zwąt­pi­łem, że w ogó­le dam radę. Nigdy nie wyko­ny­wa­łem pro­jek­tu tak roz­wle­czo­ne­go w cza­sie, bo jak na gościa ze zdia­gno­zo­wa­nym ADHD przy­sta­ło, robi­łem wszyst­ko, wszę­dzie, naraz. Musia­łem moc­no się ogar­nąć i zor­ga­ni­zo­wać. Pomo­gły mi w tym tera­peut­ka, żona i redak­tor­ka. Mam szczę­ście do kobiet. Bez nich bym przepadł.

Czy w pra­cy nad książ­ką było coś, co Cię zaskoczyło?

Jed­na rzecz, za któ­rą być może tra­fię do książ­ko­we­go pie­kła – nie spo­dzie­wa­łem się, że czy­ta­nie w trak­cie pisa­nia będzie mi prze­szka­dza­ło zamiast poma­gać. Nie­ustan­nie porów­ny­wa­łem swo­je zda­nia do zdań innych pisa­rzy demo­ty­wu­jąc się przy tym, że moje nie są tak dobre. Pomo­gła mi wte­dy Agniesz­ka, moja redak­tor­ka, któ­ra tchnę­ła we mnie wia­rę i spra­wi­ła, że prze­sta­łem sam dla sie­bie być hej­te­rem i akcep­to­wać swój styl. Na tyle, na ile jest w sta­nie to zro­bić nie­po­praw­ny per­fek­cjo­ni­sta (śmiech).

Zde­cy­do­wa­łeś się wydać powieść jako Mar­cin Oko­niew­ski, nie jako Okoń w sie­ci – nie mia­łeś poku­sy, by umie­ścić na okład­ce pseu­do­nim, pod któ­rym jesteś powszech­nie znany?

Żar­tu­jesz? Żeby czy­tel­ni­cy pomy­śle­li, że to porad­nik węd­kar­ski? (śmiech). Bar­dziej już prze­ma­wia­ło do mnie jakieś zmy­ślo­ne imię i nazwi­sko, bo moje jest tro­chę mało chwy­tli­we i już jak gra­łem w pił­kę, to narze­ka­łem, że na koszul­ce nie wyglą­da tak dobrze jak u kole­gów. Nie­mniej, to jest moje dzie­dzic­two, któ­re­go nie chcę się wyrze­kać. To moje pry­wat­ne marze­nie od stu­diów, marze­nie Mar­ci­na Oko­niew­skie­go, żeby napi­sać książ­kę. Okoń w sie­ci to myśli tyl­ko o nowych fil­mach (śmiech). Sygnu­jąc książ­kę nazwi­skiem, chcia­łem dać znać, że trak­tu­ję to poważ­nie. Szcze­rze mówiąc chcia­łem nawet roz­dzie­lić Oko­nia w sie­ci od Mar­ci­na Oko­niew­skie­go, ale nie jest to moż­li­we. Jeden bez dru­gie­go nie istnieje.

Fabu­łę „Lata dni ostat­nich” umie­ści­łeś na pro­win­cji, wzo­ru­jąc miej­sce akcji na miej­sco­wo­ści, z któ­rej sam pocho­dzisz. Czy pery­fe­ria są bar­dziej inte­re­su­ją­cym miej­scem niż cen­trum wiel­kie­go miasta?

 To zale­ży, jak zde­fi­niu­jesz sło­wo inte­re­su­ją­cy. Jeże­li pod kątem bodź­ców pobu­dza­ją­cych twór­czość, to miesz­ka­jąc w War­sza­wie, czu­łem nie­ustan­ną chęć two­rze­nia. Oto­cze­nie osób wszę­dzie za czymś gonią­cych i uze­wnętrz­nia­ją­cych swój artyzm było nie­sa­mo­wi­cie sty­mu­lu­ją­ce. Ale… ja od zawsze byłem chło­pa­kiem z pro­win­cji. Mam mało­mia­stecz­ko­wą duszę, dla­te­go wró­ci­łem do rodzin­ne­go mia­sta, któ­re w moich fan­ta­zjach było takim kin­gow­skim Salem albo Castle Rock. Atmos­fe­ra gęsta, że moż­na nożem kra­jać. Mrocz­ne histo­rie z dzie­ciń­stwa okra­szo­ne dozą wyobraź­ni nagle zaczy­na­ją mieć inny cha­rak­ter. To jak ponow­ne zmie­rze­nie się z klau­nem z „TO”.

Wizja apo­ka­lip­sy, któ­rą snu­jesz, jest nie­zwy­kle smut­na – widzi­my jak z ludzi wycho­dzą naj­gor­sze cechy. Sądzisz, że tak wyglą­da­ła­by rze­czy­wi­stość – psy pozo­sta­wio­ne na łań­cu­chach oraz zabój­stwo za kon­ser­wy i papier toa­le­to­wy zamiast współpracy?

Chcę wie­rzyć, że to tyl­ko moja fan­ta­zja. Że dobro utkwio­ne w czło­wie­ku jest sil­niej­sze niż prze­che­ra w gło­wie zachę­ca­ją­cy do przej­ścia na ciem­ną stro­nę. Ale cza­sem wystar­czy jeden impuls, jed­no zda­rze­nie i potra­fi­my zare­ago­wać w taki spo­sób, że patrząc póź­niej w lustro widzi­my obce­go czło­wie­ka. Choć napi­sa­no już o tym set­ki ksią­żek i pró­bo­wa­no pod­da­wać naszą psy­chi­kę naj­róż­niej­szym testom, to osta­tecz­nie nie jeste­śmy andro­ida­mi, któ­re w sytu­acjach skraj­nych potra­fią zacho­wać racjo­nal­ne myśle­nie. No może nie­któ­rzy z nas „sra­li­by kost­ka­mi lodu, gdy­by wlać im do gar­dła wrzą­tek”, ale co z resz­tą? Jest jeden taki prze­ra­ża­ją­cy obra­zek z ata­ku na WTC. Kame­ra pano­ra­mu­je to, co dzie­je się u pod­nó­ża osu­wa­ją­ce­go się budyn­ku, a tam, kil­ka­na­ście osób bie­ga jak w ukro­pie z… tele­wi­zo­ra­mi pod pacha­mi wykra­dzio­ny­mi z pobli­skie­go skle­pu. Ludz­kie dra­ma­ty są spraw­dzia­nem dla naszej empa­tii. Nie­ste­ty nie wszy­scy go zda­ją. Chy­ba dobrze pamię­ta­my krom­kę chle­ba za 20 zło­tych lata temu w trak­cie powodzi.

Punk­tem wyj­ścia do opo­wie­ści jest otrzy­ma­ny przez pomył­kę faks – czy zda­rza Ci się w ogó­le korzy­stać z takie­go urzą­dze­nia czy to cał­ko­wi­ta fik­cja lite­rac­ka? A jeśli zda­rzy­ło się – to czy do powie­ści prze­my­ci­łeś jesz­cze jakieś nie­ty­po­we wyda­rze­nia ze swo­je­go życia?

Faks i dra­że nie są moim wymy­słem. Zapra­szam na pro­win­cję. Tutaj wciąż mamy Win­dow­sa 95 na dys­kiet­ce i wciąż robi­my tur­nie­je w Delu­xe Ski Jump (śmiech). Zosta­wi­łem jesz­cze parę innych smacz­ków z życia w małym miasteczku.

Część posta­ci w obli­czu koń­ca świa­ta z góry zakła­da, że nie prze­ży­je, tyl­ko zasta­na­wia się, jak spę­dzić swój ostat­ni dzień na powierzch­ni zie­mi. Czy Ty wiesz, co byś wów­czas zrobił?

Poje­chał­bym do Rafa­ła Kosi­ka – to jedy­ny prep­pers, któ­re­go znam, z któ­rym miał­bym szan­sę na prze­ży­cie. Bo prze­cież „Lato dni ostat­nich” daje nadzie­je, że komuś się uda, praw­da? Chciał­bym być w tym eli­tar­nym gro­nie i wte­dy dopie­ro, z moją biblio­tecz­ką, moje akcje poszły­by w górę! No bo wyobraź­my sobie, że wszyst­ko pada, total­ny blac­ko­ut i na powrót książ­ki sta­ją się głów­nym źró­dłem roz­ryw­ki. Widzisz, nawet koniec świa­ta może mieć jakieś bla­ski (śmiech).

Dla czę­ści Two­ich boha­te­rów dra­ma­tem oka­zał się nie tyle brak prą­du… co brak inter­ne­tu. Sam jesteś zna­nym twór­cą inter­ne­to­wym. Czy wyobra­żasz sobie życie w sytu­acji, w któ­rej wszy­scy stra­ci­li­by­śmy dostęp do sie­ci? Jak by wte­dy wyglą­da­ło Two­je życie?

Wte­dy to już musiał­by być Okoń bez sie­ci (śmiech). Cóż, zawsze mówi­łem, że nie pasu­ję do obec­nych cza­sów i dusza ma umę­czo­na ze swym egzy­sten­cjal­nym bólem lepiej pasu­je do śre­dnio­wie­cza. Obwo­łał­bym się samo­zwań­czym wiesz­czem naro­du i pod­że­gał do bun­tu w jakiś wywro­to­wych tek­stach. Kie­dyś marzy­łem, że w takich cza­sach to jeź­dził­bym kon­no i wojo­wał mie­czem, ale jak widać po mnie, naj­pierw musiał­bym tro­chę się odży­wić, co w cza­sach klę­ski nie było­by takie pro­ste. Tak więc wojo­wał­bym sło­wem, czy­li w zasa­dzie bli­sko tego, czym zaj­mu­ję się teraz.

Lato dni ostat­nich” koń­czy się moc­nym clif­fhan­ge­rem – tak napraw­dę w tym momen­cie mamy wię­cej pytań niż zna­my odpo­wie­dzi; przed­sta­wi­łeś wie­le posta­ci, ale wie­le z nich znaj­du­je się dopie­ro na począt­ku swo­jej dro­gi. Nie oba­wia­łeś się uciąć fabu­ły w takim momencie?

Plan był taki, że zamy­kam wszyst­ko w jed­nej powie­ści i nie będzie kolej­nych tomów, ale cóż… Tak mi się dobrze spę­dza­ło czas z moimi boha­te­ra­mi i mie­li tak cie­ka­wą prze­szłość, że nie mogłem im tego zro­bić (śmiech). Wiem nato­miast, co uczy­ni­łem czy­tel­ni­kom. Za to ich bar­dzo prze­pra­szam, ale obie­cu­ję, że im to wynagrodzę.

Czy zapo­wie­dzia­na „Jesień dni ostat­nich” już powsta­je, czy też może zro­bi­łeś sobie urlop od pisania? 

Przy­zna­ję bez bicia, że aktu­al­nie nie piszę. Prze­rwa na ugrun­to­wa­nie swo­jej toż­sa­mo­ści, prze­ana­li­zo­wa­nie błę­dów i uspo­ko­je­nie sytu­acji u Oko­nia w sie­ci, bo moc­no ten Oko­niew­ski roz­re­gu­lo­wał kalen­darz publi­ka­cji i wyczer­pał rezer­wy budże­to­we (śmiech). Obie­ca­łem sobie, że nie usią­dę do kolej­ne­go tomu, jeże­li nie zro­bię szcze­gó­ło­we­go kon­spek­tu. A ten już powstał, tak więc…

Choć „Lato dni ostat­nich” było Two­im debiu­tem powie­ścio­wym, to wcze­śniej Two­je opo­wia­da­nie uka­za­ło się w zbio­rze „SQN Cha­ry­ta­tyw­nie: Wszy­scy razem”, z któ­re­go cały zysk został prze­zna­czo­ny na Wiel­ką Orkie­strę Świą­tecz­nej Pomo­cy. Jak sta­łeś się czę­ścią tego przedsięwzięcia?

Basia z SQN swo­im wydaw­ni­czym nosem zwą­cha­ła, że mam poten­cjał, żeby coś napi­sać, a do tego, wia­do­mo, Okoń w sie­ci tro­chę odbior­ców ma, więc do szla­chet­ne­go czy­nu dołą­czy wię­cej osób. Dłu­go mnie nie prze­ko­ny­wa­ła. Doda­ła tyl­ko, że mię­dzy inny­mi Kuba Małec­ki (ten Małec­ki!) też pisze do tego zbior­ku, więc sama rozu­miesz, że to była pro­po­zy­cja z tych nie do odrzucenia.

Kil­ka lat temu stwier­dzi­łeś, że w życiu każ­dej oso­by przy­cho­dzi moment potrze­by obco­wa­nia z lite­ra­tu­rą – czy nadal tak uważasz?

Dużo przez te lata się wyda­rzy­ło, ale po dro­dze mia­łem wie­le dowo­dów na popar­cie tej tezy. Zawsze z nie­skry­wa­nym uśmie­chem czy­tam komen­ta­rze pod moimi fil­ma­mi: „dwa lata cię oglą­dam i w koń­cu prze­ko­na­łem się do czy­ta­nia”. Wie­rzę, że czę­sto jest to zbież­ne z jakimś życio­wym momen­tem. Potrze­bu­je­my spo­ko­ju, wytchnie­nia, anga­żu­ją­cej roz­ryw­ki albo szu­ka­my odpo­wie­dzi. Książ­ki są takim dobrym kum­plem, z któ­rym moż­na i się poba­wić i pro­wa­dzić trud­ne roz­mo­wy o życiu w kuch­ni w trak­cie impre­zy. Trze­ba tyl­ko otwo­rzyć się i zapro­sić tego kum­pla do swo­je­go życia.

Na co dzień zaj­mu­jesz się popu­la­ry­za­cją ksią­żek – co według Cie­bie jest naj­sku­tecz­niej­szą meto­dą, by dotrzeć do poten­cjal­nych czy­tel­ni­czek i czytelników?

Zde­cy­do­wa­nie łatwiej jest mi powie­dzieć, cze­go nie robić. Co roku, w dniach po publi­ka­cji sta­ty­styk czy­tel­nic­twa Biblio­te­ki Naro­do­wej, dys­ku­sja roz­grze­wa całe śro­do­wi­sko lite­rac­kie. Jed­ni upra­wia­ją futu­ro­lo­gię, zwia­stu­jąc nadej­ście prze­po­wied­ni Duka­ja z „Po piśmie”, nie szczę­dząc przy tym inwek­tyw na „spo­łe­czeń­stwo ciem­no­gro­du”. Inni żąda­ją ponow­ne­go licze­nia, bo prze­cież „Rodzi­na Monet” to nie jest lite­ra­tu­ra, a czy­ta­ją­ca ją mło­dzież win­na być pod­da­na reso­cja­li­za­cji, żeby nie powie­dzieć – lobo­to­mii jak w „Locie nad kukuł­czym gniaz­dem”. Jesz­cze inni, i to nie żart, bo nawet pod moim fil­mem poja­wił się taki komen­tarz: „a ja się cie­szę, że tak mało ludzi czy­ta, bo dzię­ki temu ja czu­ję się wyjąt­ko­wy”, upra­wia­ją obrzy­dli­wy eli­ta­ryzm i fety­szy­zu­ją czy­tel­nic­two. I wyobraź­my sobie, że wszyst­kie te posty raz w roku, przez duże zaan­ga­żo­wa­nie komen­tu­ją­cych, wyświe­tla­ją się oso­bom spo­za bań­ki śro­do­wi­ska książ­ko­we­go. I co wte­dy myślą sobie takie oso­by dowia­du­jąc się, że są albo anal­fa­be­ta­mi, albo igno­ran­ta­mi, albo tro­glo­dy­ta­mi, bo nie mają „ambit­nych” ksią­żek na rega­łach, a do tego powie­dział to jakiś pro­fe­sor albo lite­rat „ĄĘ”? Myślą sobie wte­dy, że zło lek­tur z mło­do­ści nawie­dzi­ło ich po raz kolej­ny i wolą sobie włą­czyć ulu­bio­ny serial, po obej­rze­niu któ­re­go przy­naj­mniej nikt ich nie oce­ni i będzie z kim poga­dać na prze­rwie w robo­cie. Tak więc moja dia­gno­za jest nastę­pu­ją­ca: cho­ro­ba SKWD (syn­drom­ki­jawd…). Nale­ży zapo­bie­gać i sta­rać się tę her­me­tycz­ną pusz­kę dziu­ra­wić od środ­ka, żeby w koń­cu zaczę­ło wpa­dać tam jakieś świa­tło. Co czy­ni mło­de poko­le­nie w social mediach poka­zu­ją­ce, że oni po pro­stu świet­nie się przy książ­kach bawią.

Przez lata recen­zo­wa­łeś tek­sty autor­stwa innych osób – czy w związ­ku z tym czu­łeś dodat­ko­wą pre­sję zwią­za­ną z debiu­tem? Oba­wia­łeś się, że po Two­ją książ­kę się­gnie ktoś, kogo wcze­śniej skrytykowałeś?

Zde­cy­do­wa­nie więk­szą pre­sję czu­łem od swo­ich widzów. „Sko­ro nagry­wasz takie fil­my, to two­ja książ­ka musi być świet­na” – dużo takich komen­ta­rzy dosta­wa­łem w trak­cie pisa­nia i przez pierw­sze dwa mie­sią­ce wię­cej popra­wia­łem niż pisa­łem. Sam sobie jestem winien, bo zawsze sta­wiam znak jako­ści pod tym co two­rzę w sie­ci i spo­dzie­wa­łem się, że wyobra­że­nie o mnie przej­dzie tak­że na inne rze­czy, któ­ry­mi będę chciał się zaj­mo­wać. Stu­dzi­łem ten entu­zjazm jak mogłem i nagry­wa­łem fil­my „Dzien­nik pisa­rza”, w któ­rych otwie­ra­łem się przed widza­mi, poka­zu­jąc jak to wyglą­da po dru­giej stro­nie – moje sła­bo­ści i pro­ble­my, z któ­ry­mi muszę się zmie­rzyć. Jedy­ny­mi oso­ba­mi, któ­rych zemsty mogłem się oba­wiać po wyda­niu „Lata dni ostat­nich”, były Blan­ka Lipiń­ska i Remi­giusz Mróz, bo to z nich zazwy­czaj sobie śmiesz­ko­wa­łem przez ostat­nie lata. Pierw­sza nie nawią­za­ła kon­tak­tu, nato­miast Remi­giusz książ­kę dostał przed pre­mie­rą i nawet poku­sił­by się o blurb, gdy­by miał w zwy­cza­ju je pisy­wać. Całe szczę­ście, że nie napi­sa­łem kry­mi­na­łu, bo wia­do­mo, że ci kry­mi­na­li­ści to zna­ją spo­so­by na zbrod­nie dosko­na­łą i z tego, co wiem, to nie bar­dzo lubią konkurencję.

Nie­daw­no roz­po­czął się rok 2025 – czy robisz posta­no­wie­nia nowo­rocz­ne? A jeśli tak, to jak one brzmią? 

Nie popeł­nię tych samych błę­dów, bo… popeł­nię inne! (śmiech). Minio­ny rok był dla mnie prze­ło­mo­wy i pełen szczę­śli­wym momen­tów. W 2025 roku chciał­bym lepiej pano­wać nad rze­cza­mi, na któ­re mam wpływ i wpro­wa­dzić wię­cej spo­ko­ju i opa­no­wa­nia w życie pry­wat­ne i zawo­do­we. Chcę pra­co­wać nad swo­ją intro­wer­tycz­no­ścią i zacząć współ­pra­co­wać z inny­mi twór­ca­mi, bo wiem, że potra­fię zamy­kać się jak jaski­nio­wiec. I marzę, żeby w tym roku wresz­cie pójść na swo­je, więc może­cie mi w tym pomóc kupu­jąc „Lato dni ostat­nich”, naj­le­piej w wer­sji cyfro­wej (śmiech).

Jak wyglą­da­ją Two­je pla­ny twór­cze na naj­bliż­sze miesiące?

Każ­de­go roku obie­cu­ję sobie jakiś nowy pro­jekt i mam pomysł, któ­re­go pol­ski YouTu­be jesz­cze nie widział. Jak wypa­li, to być może na koniec roku dosta­nę order za naj­lep­szą pro­mo­cję czy­tel­nic­twa, a w naj­gor­szym wypad­ku widzo­wie będę mie­li dobrą roz­ryw­kę. Jestem na eta­pie szu­ka­nia spon­so­rów, bo to pro­jekt, któ­ry wyma­ga budże­tu i dobrej logi­sty­ki. Ale jestem dobrej myśli. W życiu trze­ba mieć tro­chę szczę­ścia i mam wra­że­nie, że ono wie, kie­dy poja­wić się po mojej stronie.

Nato­miast na szczę­ście nie mam co liczyć, kon­ty­nu­ując „Lato dni ostat­nich”. To musi być cięż­ka i sys­te­ma­tycz­na pra­ca. Ale zaznaw­szy raz tej rado­ści pisa­nia, teraz odczu­wam głód opo­wia­da­nia histo­rii, dla­te­go będę orga­ni­zo­wał życie w taki spo­sób, żeby pisa­nie było jego sta­łym elementem.

Czy jest coś, cze­go mogę Ci życzyć w dal­szej dro­dze twórczej?

Żeby woda sta­nia­ła, bo naj­lep­sze pomy­sły wpa­da­ją mi pod prysz­ni­cem (śmiech).

Zatem wła­śnie tego Ci życzę i dzię­ku­ję ser­decz­nie za poświę­co­ny czas!

To ja dzię­ku­ję za moż­li­wość przed­sta­wie­nia się Waszym czy­tel­ni­kom, bo do tej pory byłem (i wciąż jestem), odbior­cą Waszych tre­ści, któ­re są dla mnie świet­nym źró­dłem infor­ma­cji i inspi­ra­cji. Nie­sta­ty­stycz­ni, dzię­ki za wszyst­ko co robi­cie (i za memy przede wszyst­kim)! Z książ­ko­wym pozdrowieniem!

Roz­ma­wia­ła Anna Tess Gołębiowska

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy