Wywiady

Chciałem, aby ludzie nie byli wstanie odłożyć rozpoczętej już powieści, żeby chcieli czytać strona po stronie, aż do samego końca. Rozmawiamy z Stuartem Turtonem

Stu­art Tur­ton to bry­tyj­ski pisarz i dzien­ni­karz, a przede wszyst­kim autor nie­ba­nal­nej powie­ści kry­mi­nal­nej „Sie­dem śmier­ci Eve­lyn Hard­ca­stle”. Tur­ton w swo­im kry­mi­na­le prze­no­si czy­tel­ni­ka do lat 20. ubie­głe­go wie­ku, gdzie w luk­su­so­wej posia­dło­ści docho­dzi do mor­der­stwa. Głów­ny boha­ter kil­ku­krot­nie prze­ży­wa ten kata­stro­fal­ny dzień za każ­dym razem w cie­le innej oso­by. Cały cykl będzie powta­rzał się do momen­tu, aż Aiden roz­wią­że zagad­kę zabój­stwa tytu­ło­wej Eve­lyn Hard­ca­stle. W wywia­dzie z Mar­ty­ną Gan­car­czyk Stu­art Tur­ton opo­wia­da mię­dzy inny­mi o swo­jej debiu­tanc­kiej powie­ści i pra­cy nad nią, pierw­szych kro­kach w zawo­dzie pisa­rza, a tak­że o kolej­nej książ­ce.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Pana powieść okre­śla­na jest jako elek­try­zu­ją­ce połą­cze­nie twór­czo­ści Aga­thy Chri­stie, Davi­da Lyn­cha i Chi­sto­phe­ra Nola­na z dodat­kiem Terry’ego Prat­chet­ta. Jak podo­ba się Panu takie porów­na­nie?

Stu­art Tur­ton: Są to dosyć duże nazwi­ska, przy­rów­na­nie do nich jest tro­chę zawsty­dza­ją­ce. Dowia­dy­wa­nie się o takich porów­na­niach jest bar­dzo cie­ka­we – w każ­dym kra­ju opi­sy­wa­no moją książ­kę ina­czej i zesta­wia­no ją z wie­lo­ma róż­ny­mi tytu­ła­mi. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych wszy­scy porów­ny­wa­li ją do „Down­ton Abbey”, a w Wiel­kiej Bry­ta­nii był to „Dzień świ­sta­ka”. Zda­rza­ło się rów­nież, że moja powieść była zesta­wia­na z książ­ka­mi czy fil­ma­mi, o któ­rych nigdy wcze­śniej nie sły­sza­łem. Myślę, że to dla­te­go, że w mojej książ­ce jest wie­le rze­czy, któ­rych moż­na się zła­pać i je ziden­ty­fi­ko­wać. I to jest pre­zent dla dzia­łów mar­ke­tin­gu.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Kie­dy pomysł na „Sie­dem śmier­ci Eve­lyn Hard­ca­stle” po raz pierw­szy poja­wił się w Pana gło­wie?

Stu­art Tur­ton: Odkąd mia­łem osiem lat chcia­łem napi­sać kry­mi­nał w sty­lu Aga­thy Chri­stie – to wte­dy wła­śnie zaczą­łem czy­tać jej książ­ki i prze­czy­ta­łem wszyst­kie, w wie­ku 8–10 lat. Kie­dy mia­łem 21 lat chcia­łem napi­sać wła­sną, ale była napraw­dę okrop­na. To była po pro­stu naj­gor­sza powieść – taka bar­dzo, bar­dzo zła. Mam nadzie­ję, że nigdy nie ujrzy świa­tła dzien­ne­go. Chciał­bym zako­pać ją na księ­ży­cu żeby nikt nigdy nie miał szans jej prze­czy­tać. Myślę, że bra­ko­wa­ło mi ory­gi­nal­ne­go pomy­słu, napi­sa­łem jedy­nie bar­dzo złe­go fan­fi­ka pod wpły­wem fascy­na­cji pro­zą Aga­thy Chri­stie.
Póź­niej wpa­dłem na wła­sny, ory­gi­nal­ny pomysł, ten na kan­wie któ­re­go powsta­ła moja powieść. Roz­my­śla­nie nad tą książ­ką zaję­ło mi dwa­na­ście lat. Oczy­wi­ście nie myśla­łem o niej każ­de­go dnia, ale co naj­mniej raz w mie­sią­cu ponow­nie gości­ła w mojej gło­wie. Na wła­ści­wy pomysł wpa­dłem, kie­dy pra­co­wa­łem jako dzien­ni­karz podróż­ni­czy w Duba­ju. Byłem w samo­lo­cie, pamię­tam to jak dzi­siaj, była dru­ga nad ranem, a ja byłem wykoń­czo­ny. Zaczą­łem myśleć o tej książ­ce i nagle wszyst­ko sta­ło się dla mnie jasne, to było jak pre­zent. Mogę zro­bić to w sty­lu Aga­thy Chri­stie, mieć moją pętlę cza­so­wą oraz zamia­nę ciał. Ten pomysł był dobry. Czu­łem się tak, jak­by to ktoś inny na nie­go wpadł. Byłem nawet prze­ko­na­ny, że taka książ­ka już powsta­ła, a ja prze­czy­ta­łem ją i po pro­stu o tym zapo­mnia­łem. Kie­dy wysia­dłem z samo­lo­tu, natych­miast wygo­oglo­wa­łem czy ktoś już napi­sał taką książ­kę. Na całe szczę­ście nie, ale część mnie myśla­ła, że gdy­by taka książ­ka już powsta­ła to nie musiał­bym jej pisać – to był dar i prze­kleń­stwo w jed­nym.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Napi­sa­nie tak mister­nie skon­stru­owa­nej i zło­żo­nej powie­ści musia­ło być nie­zwy­kle trud­ne. Jak dłu­go pra­co­wał Pan nad tą książ­ką i jak wyglą­dał sam pro­ces twór­czy? W jaki spo­sób zapa­no­wał Pan nad wszyst­ki­mi posta­cia­mi i linia­mi cza­so­wy­mi?

Stu­art Tur­ton: Jestem jed­no­oso­bo­wą wytwór­nią papie­ru, więc mia­łem wszę­dzie notat­ki, dosłow­nie wszę­dzie. Myślę, że te wszyst­kie kart­ki, któ­re spi­sa­łem pod­czas pra­cy nad książ­ką mogły pozba­wić życia poło­wę lasów ama­zoń­skich. Jed­nak zanim napi­sa­łem cho­ciaż­by jed­no sło­wo, pla­no­wa­łem wszyst­ko przez 3 mie­sią­ce – w tym cza­sie mię­dzy inny­mi myśla­łem nad zagad­ką mor­der­stwa. Mia­łem taki obszer­ny plik, było tam 120 arku­szy, a nawet nie byłem w poło­wie pra­cy. Zada­łem sobie wte­dy pyta­nie, dla­cze­go ty to sobie robisz. Opi­sa­łem tam dzień każ­dej posta­ci z dokład­no­ścią do dwóch minut, żebym wie­dział co moi boha­te­ro­wie robią, gdzie w danym cza­sie prze­by­wa­ją w domu itp. Mia­łem też ogrom­ną mapę całej posia­dło­ści, żeby móc nanieść na nią kto, kie­dy i gdzie wcho­dzi, wycho­dzi, ile zaj­mu­je przej­ście z miej­sca na miej­sce. Zapla­no­wa­łem to bar­dzo dokład­nie.
Dla każ­dej z posta­ci mia­łem osob­ny arkusz A4, bar­dzo gru­by – były tam wszyst­kie notat­ki doty­czą­ce posta­ci, każ­dy jeden szcze­gół. Więk­szość z nich nie zna­la­zła się nigdy w powie­ści, ale potrze­bo­wa­łem ich dla same­go sie­bie abym wie­dział, kim są moi boha­te­ro­wie, co nimi kie­ru­je, czym się inte­re­su­ją. I tak mniej wię­cej spę­dzi­łem trzy mie­sią­ce moje­go życia. A potem zosta­ło pisa­nie, któ­re zaję­ło mi oko­ło dwóch i pół roku,. Tyle cza­su pisa­łem pierw­szy szkic powie­ści. Został on zaku­pio­ny przez moje­go wydaw­cę. Książ­ka tra­fi­ła do agen­ta i wte­dy był czas na korek­tę, popraw­ki. To zaję­ło kolej­ne 6 mie­się­cy. A potem było jesz­cze wię­cej popra­wek. Obec­nie mam wra­że­nie jak­bym pra­co­wał nad tą książ­ką poło­wę moje­go życia

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Czy cała powieść była zapla­no­wa­na od począt­ku do koń­ca zanim zaczął ją Pan pisać, czy też nie­któ­re pomy­sły przy­szły Panu do gło­wy już w trak­cie pra­cy nad książ­ką?

Stu­art Tur­ton: Nie, wszyst­ko było zapla­no­wa­ne zanim zaczą­łem pisać. Jeden jedy­ny raz mia­łem pomysł, któ­ry nie był wcze­śniej w pla­nie. Zaczą­łem pisać, pisa­łem i pisa­łem, gdy nagle zorien­to­wa­łem się, że odsze­dłem dale­ko od zało­żo­ne­go pier­wot­nie kie­run­ku i nie mogłem do nie­go wró­cić bez oszu­ki­wa­nia czy­tel­ni­ka. Musia­łem więc wszyst­ko usu­nąć, całe 40 tysię­cy słów. Musia­łem wyrzu­cić do kosza trzy mie­sią­ce pra­cy. Po tym wyda­rze­niu już nigdy nie odsze­dłem od pier­wot­ne­go zało­że­nia.
Kil­ka wcie­leń głów­ne­go boha­te­ra, róż­ne linie cza­so­we, wie­le zaska­ku­ją­cych zwro­tów akcji i mylą­cych tro­pów. Nie miał Pan oba­wy, że czy­tel­ni­cy mogą pogu­bić się w tym labi­ryn­cie?
Tak, mia­łem. To zna­czy, jak już mówi­łem, pisa­łem tę książ­kę dwa i pół roku – na począt­ku, kie­dy zaczą­łem, nie myśla­łem o czy­tel­ni­kach. Mia­łem pomysł, któ­ry wyda­wał mi się dobry i chcia­łem zoba­czyć gdzie mnie zapro­wa­dzi. Im wię­cej pisa­łem, tym bar­dziej powsta­ją­ca powieść wyda­wa­ła mi się zło­żo­na. Potem wyzwa­niem było zain­try­go­wa­nie czy­tel­ni­ka i spra­wie­nie, aby pozor­nie pogma­twa­na fabu­ła cią­gle intry­go­wa­ła. Przez cały czas od począt­ku powie­ści po sam jej koniec dba­łem o to, by czy­tel­ni­cy mie­li dostęp do wszyst­kich infor­ma­cji jakich będą potrze­bo­wa­li, co boha­te­ro­wie robią i dla­cze­go. Przy­po­mi­na­łem im o naj­waż­niej­szych wska­zów­kach. Jak w każ­dej książ­ce, tak­że w „Sied­miu śmier­ciach Eve­lyn Hard­ca­stle” było bar­dzo dużo infor­ma­cji – czy­tel­nik nie potrze­bu­je znać i pamię­tać ich wszyst­kich, aby lek­tu­ra była satys­fak­cjo­nu­ją­ca. Bar­dzo dużo pra­co­wa­łem z moim edy­to­rem w Wiel­kiej Bry­ta­nii, aby upew­nić się, że czy­tel­nik znaj­dzie w książ­ce wszyst­ko cze­go potrze­bu­je, wszyst­kie nie­zbęd­ne infor­ma­cje i będzie pamię­tał co się dzie­je, co robi dana postać i dla­cze­go. I takie wła­śnie wska­zów­ki umie­ści­łem w całej powie­ści, aby czy­tel­nik spraw­nie przez nią prze­szedł.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Zakoń­cze­nie jest świet­ne i bar­dzo zaska­ku­ją­ce. Tak samo jak roz­wią­za­nie głów­nej zagad­ki zabój­stwa Eve­lyn Hard­ca­stle. Czy zakła­dał Pan, że czy­tel­ni­cy zgad­ną kto zabił czy też chciał Pan, aby było to total­ne zasko­cze­nie?

Stu­art Tur­ton: Chcia­łem, aby czy­tel­ni­cy mie­li moż­li­wość odgad­nię­cia tego, kto jest mor­der­cą. Jeśli ktoś tego nie odgad­nie, to przy ponow­nej lek­tu­rze, kie­dy już wie kto to zro­bił, dostrze­że wszyst­kie prze­ga­pio­ne wcze­śniej wska­zów­ki. Gwa­ran­tu­ję, że two­rząc zagad­kę postę­po­wa­łem fair. Pisa­łem w pierw­sze oso­bie i w cza­sie teraź­niej­szym, więc czy­tel­nik dosta­je wszyst­kie infor­ma­cje i wska­zów­ki dokład­nie w tym samym cza­sie i tej samej ilo­ści, co pro­ta­go­ni­sta. Nic nie zosta­ło ukry­te, w żad­nym momen­cie powie­ści nie ma takich infor­ma­cji, któ­re posia­da głów­ny boha­ter, a któ­rych nie ma czy­tel­nik. Na Twit­te­rze był taki jeden chło­pak, któ­ry twit­to­wał na żywo i na bie­żą­co pod­czas lek­tu­ry przed­sta­wiał mi swo­je teo­rie – i to było świet­ne. Był cał­kiem bli­sko. Wymy­ślo­na prze­ze mnie zagad­ka mor­der­stwa jest jak naj­bar­dziej moż­li­wa do roz­wią­za­nia. W powie­ści jest nawet taki dia­log, bar­dzo wcze­śnie, gdzieś na począt­ku książ­ki i jeden wers tego dia­lo­gu mówi wła­ści­wie wszyst­ko o tym, co dzie­je się w książ­ce. Podob­ny zabieg pla­nu­ję zasto­so­wać w swo­jej nowej książ­ce.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Każ­da z napi­sa­nych przez Pana posta­ci to wyra­zi­sty boha­ter z krwi i kości, obok któ­re­go nie moż­na przejść obo­jęt­nie. Z któ­rą z posta­ci czu­je się Pan naj­bar­dziej zwią­za­ny? Któ­rą z nich pisa­ło się Panu naj­le­piej, a z któ­rą miał Pan naj­więk­szy pro­blem?

Stu­art Tur­ton: Nie czu­ję się zwią­za­ny z żad­ną z posta­ci. Nie jestem jed­nym z tych pisa­rzy, któ­rzy twier­dzą, że ich boha­te­ro­wie są w jakiś spo­sób nie­za­leż­ni od nich oraz że mają swój indy­wi­du­al­ny głos. To tro­chę nie­do­rzecz­ne. Nie jestem schi­zo­fre­ni­kiem. Boha­te­ro­wie są dla mnie narzę­dzia­mi – two­rzę ich, bym mógł ich potem zabić i robić im okrop­ne rze­czy, zwłasz­cza w tej powie­ści. Naj­więk­sze trud­no­ści mia­łem pod­czas pisa­nia posta­ci Jona­tha­na Derby’ego, bo jest naj­gor­szą posta­cią w książ­ce. To cał­kiem moc­ne stwier­dze­nie w odnie­sie­niu do tej powie­ści – jest w niej dużo złych boha­te­rów, ale on był wzo­ro­wa­ny na czte­rech praw­dzi­wych oso­bach, któ­re popeł­ni­ły podob­ne zbrod­nie. Ich zbrod­nie uszły im pła­zem, a wie­lu ludzi skrzyw­dzi­li napraw­dę moc­no. Umiesz­cze­nie pro­ta­go­ni­sty, któ­re­go czy­tel­nik miał polu­bić, w cie­le i gło­wie takiej oso­by jak Der­by było dla mnie wyzwa­niem. Mój boha­ter „utknął” w Jona­tha­nie, w jego gło­wie i odczu­wał impul­sy, któ­re tar­ga­ły Der­bym. Więc on był naj­trud­niej­szy.
Naj­lep­szy był lord Raven­co­urt, oty­ły ban­kier, głów­nie dla­te­go, że „wcie­le­nie” się w jego postać, pró­ba wyobra­że­nia sobie jak taka oso­ba może się czuć, było bar­dzo cie­ka­wym doświad­cze­niem.

Myślę, że jego roz­dział jest jed­nym z lep­szych frag­men­tów powie­ści – od tego momen­tu czy­tel­nik zaczy­na otrzy­my­wać wska­zów­ki, dzię­ki któ­rym może zacząć roz­wią­zy­wać głów­ną zagad­kę książ­ki.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Wszy­scy boha­te­ro­wie, któ­rych na swo­jej dro­dze „napo­ty­ka” Aiden odgry­wa­ją w powie­ści bar­dzo kon­kret­ne role. Czy powsta­li oni na samym począt­ku, czy może pisał Pan te posta­cie tak, aby każ­da z nich posia­da­ła kon­kret­ne umie­jęt­no­ści, któ­re przy­da­dzą się Aide­no­wi w pro­wa­dze­niu śledz­twa?

Stu­art Tur­ton: Coś pomię­dzy. Pisa­łem je jako narzę­dzia dla fabu­ły. Na przy­kład pierw­szym boha­te­rem jakie­go pozna­je czy­tel­nik jest dok­tor Bell, któ­ry nie wie zupeł­nie nic. Na począt­ko­wym eta­pie książ­ki chcia­łem zazna­jo­mić odbior­cę z domem, a tak­że z nie­któ­ry­mi posta­cia­mi. Nie chcia­łem, aby Bell był kimś aktyw­nym i zaan­ga­żo­wa­nym w roz­wią­za­nie zagad­ki. Nie chcia­łem tak­że odsło­nić zbyt wie­le infor­ma­cji tak wcze­śnie, więc zro­bi­łem z dok­to­ra tchó­rza. To była naj­lep­sza meto­da uka­za­nia fabu­ły w tym momen­cie. Póź­niej był oty­ły lord Raven­co­urt. Przy jego posta­ci poda­łem bar­dzo dużo infor­ma­cji, musia­łem więc zna­leźć spo­sób, aby przy­sto­po­wać tem­po i dać czy­tel­ni­ko­wi czas na prze­tra­wie­nie wszyst­kich danych, zasta­no­wie­nie się na tym, co to wszyst­ko może zna­czyć. Dla­te­go stwo­rzy­łem go jako bar­dzo oty­łe­go czło­wie­ka, któ­ry nie może poru­szać się zbyt szyb­ko. Następ­nie pomy­śla­łem, że przez moment książ­ka toczy­ła się dosyć wol­no, więc musia­łem przy­spie­szyć akcję, stąd kolej­ną posta­cią jest Jona­than Der­by, głu­pi ale szyb­ki, robią­cy wie­le rze­czy bez­myśl­nie, wda­ją­cy się na każ­dym kro­ku w bój­ki. Tego wła­śnie w tym momen­cie potrze­bo­wa­ła książ­ka. Kie­ro­wa­łem się tym, cze­go fabu­ła wyma­ga od boha­te­rów. Jeśli potrze­bo­wa­łem kogoś, kto pchnie śledz­two do przo­du, pisa­łem postać, któ­ra posia­da­ła narzę­dzia, aby tego doko­nać – na przy­kład obec­ny w książ­ce ofi­cer poli­cji.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Skąd pomysł na odzia­nie jed­nej z posta­ci w ubra­nie ochron­ne noszo­ne przez leka­rzy pod­czas epi­de­mii dżu­my?

Stu­art Tur­ton: Dok­tor Dżu­ma to taka rzecz z dzie­ciń­stwa. Jako dziec­ko widzia­łem go w jakimś muzeum, nie potra­fię przy­po­mnieć sobie w jakim, i został ze mną. Tak ubra­na postać była leka­rzem, jego zada­niem mia­ła być pomóc cho­rym na dżu­mę. Moż­na sobie wyobra­zić cho­re oso­by w wiel­kim bólu, któ­re chcą, by zja­wił się kto­kol­wiek mogą­cy ulżyć im w cier­pie­niu. I wte­dy poja­wia się ktoś ubra­ny tak, jak dok­tor Dżu­ma. Cho­rzy zde­cy­do­wa­nie nie spo­dzie­wa­li się leka­rza w tak prze­ra­ża­ją­cym stro­ju. Podo­ba mi się ta kon­cep­cja, że jest ktoś, kto teo­re­tycz­nie ma pomóc, ale wyglą­da jak postać z naj­gor­sze­go kosz­ma­ru. I taki wła­śnie jest mój dok­tor Dżu­ma. Odgry­wa dwie role – w tym samym cza­sie może poma­gać i dzia­łać prze­ciw­ko pro­ta­go­ni­ście. To wła­śnie repre­zen­tu­je ten kostium.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Zakoń­cze­nie wbi­ja czy­tel­ni­ka w fotel. Czy to ono powsta­ło naj­pierw i wła­śnie pod nie stwo­rzył Pan całą histo­rię?

Stu­art Tur­ton: Tak, zakoń­cze­nie od począt­ku było w pla­nie. Wie­dzia­łem, że muszę zna­leźć wytłu­ma­cze­nie na umiesz­cze­nie boha­te­ra w pętli i jego zmia­ny ciał, któ­re będzie paso­wać do obu tych zabie­gów. Aby to zro­bić, mogłem pójść tyl­ko dwo­ma ścież­ka­mi. Bez spo­ile­rów, mogło to być roz­wią­za­nie powią­za­ne z chrze­ści­jań­ską ideą nie­ba i pie­kła, albo to dru­gie, na któ­re ja się zde­cy­do­wa­łem. Nie mogę nic wię­cej powie­dzieć bez zdra­dze­nia zakoń­cze­nia.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Pod­czas lek­tu­ry „Sied­miu śmier­ci Eve­lyn Hard­ca­stle” czu­łam się jak­bym roz­gry­wa­ła par­tię Clu­edo w świe­cie Black Mir­ror. Bawi­łam się przy tym rewe­la­cyj­nie! Poka­zał Pan, że dobrą roz­ryw­kę moż­na połą­czyć z ana­li­zą spo­łe­czeń­stwa, roli kary i pro­ce­su wyba­cza­nia. Czy uwa­ża Pan, że lite­ra­tu­ra popu­lar­na jest dobrym nośni­kiem war­to­ści i roz­wa­żań filo­zo­ficz­nych?

Stu­art Tur­ton: Jasne, nie widzę powo­du, dla­cze­go mia­ło­by być ina­czej. To oczy­wi­ście zale­ży od auto­ra i jego zain­te­re­so­wań. Napi­sa­łem powieść, któ­ra była o podró­żu­ją­cym w cza­sie i zmie­nia­ją­cym cia­ła detek­ty­wie. Uży­wa­jąc w powie­ści takich słów, jak „dusza”, auto­ma­tycz­nie otwo­rzy­łem się na filo­zo­fię, któ­ra mnie inte­re­su­je. Może jak­bym był innym auto­rem, nie inte­re­so­wa­ło­by mnie to i nie poszedł­bym w tę stro­nę. Ale otwo­rzy­łem te drzwi, a przej­ście przez nie było bar­dzo cie­ka­we. Inte­re­su­ją­ce było pisa­nie o tym zagad­nie­niach i pomy­słach. Na przy­kład czy jeśli obu­dzisz się rano, spoj­rzysz w lustro i nie będziesz wie­dzieć kim jest oso­ba, na któ­rą patrzysz, to czy będziesz z tego zado­wo­lo­ny. Jeśli ktoś opo­wie­dział­by Ci o Two­im życiu, to czy pomy­ślisz: to było dobre, szczę­śli­we życie, czy może: peł­ne błę­dów i roz­cza­ro­wań. Uwa­żam, że to fascy­nu­ją­ce. Dla mnie oso­bi­ście, zapo­mi­na­jąc o odbior­cy, to było coś, o czym chcia­łem mówić, pisać. W koń­cu codzien­nie po prze­bu­dze­niu sam sia­dam do pisa­nia przed kom­pu­te­rem, sie­dzę w samot­no­ści i nikt inny nie przyj­dzie uroz­ma­icać mi cza­su pod­czas pisa­nia. To są rze­czy, któ­re poma­ga­ją mi usiąść każ­de­go ran­ka i zacząć pra­cę. Myśle­nie o tych zagad­nie­niach, pisa­nie dia­lo­gów, w któ­rych moje posta­cie o nich roz­ma­wia­ją, to świet­na rzecz. Dla­te­go tak, myślę, że lite­ra­tu­ra popu­lar­na to świet­ne medium dla takich tema­tów, ale nie sądzę, żeby jakie­kol­wiek medium mia­ło przy­mus poru­sza­nia tych czy innych tema­tów. Nie zawsze lite­ra­tu­ra musi speł­niać rolę edu­ka­cyj­ną, nie­kie­dy może to być po pro­stu dobra roz­ryw­ka.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Czy Pana per­spek­ty­wa podej­mo­wa­nych w powie­ści zagad­nień toż­sa­mo­ści, kary czy prze­ba­cze­nia zmie­nia­ła się pod­czas pra­cy nad książ­ką?

Stu­art Tur­ton: Nie do koń­ca mogę odpo­wie­dzieć na to pyta­nie, gdyż moje zda­nie na temat tych zagad­nień kla­ro­wa­ło się pod­czas pra­cy nad książ­ką. To tro­chę tak, jak z moty­wa­mi filo­zo­ficz­ny­mi. Kie­dy zaczy­na­łem pisać i wymy­ślać fabu­łę, mia­łem pomysł tego, jaki los ma cze­kać moje głów­ne posta­cie. To wszyst­ko zmie­ni­ło się tro­chę pod­czas pra­cy nad książ­ką. Zakoń­cze­nie było goto­we już w kil­ka mie­się­cy po roz­po­czę­ciu pro­ce­su pisa­nia i wie­dzia­łem, że zawie­ra ono rze­czy, któ­rych nie chcę zmie­niać – ostat­nia stro­na była już wła­ści­wie napi­sa­na. Zde­cy­do­wa­łem się na otwar­te zakoń­cze­nie. I myślę, że ono bar­dzo dużo mówi o czy­tel­ni­ku – jeśli na koniec lek­tu­ry, opusz­cza­jąc posta­cie, któ­rym towa­rzy­szysz przez całą książ­kę twier­dzisz, że zakoń­cze­nie było dobre, pozy­tyw­ne, to zna­czy, że wie­rzysz w odku­pie­nie. Jeśli nato­miast myślisz, że jest to złe zakoń­cze­nie, to raczej w nie nie wie­rzysz. Odbiór zakoń­cze­nia jest odbi­ciem tego, co czy­tel­nik gene­ral­nie myśli na przy­kład o roli kary, odku­pie­niu i prze­ba­cze­niu.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Jakie emo­cje chciał Pan wzbu­dzić swo­ją powie­ścią w czy­tel­ni­kach?

Stu­art Tur­ton: Jak się oka­za­ło, emo­cje nie są moją moc­ną stro­ną. Kie­dy otrzy­ma­łem popraw­ki nanie­sio­ne przez edy­to­ra, było tam bar­dzo dużo pytań – co czu­je w tym momen­cie dana postać, a co ma czuć czy­tel­nik. Dla mnie posta­cie były po pro­stu narzę­dziem napę­dza­ją­cym fabu­łę. Jedy­ne na czym mi zale­ża­ło, to wzbu­dze­nie w czy­tel­ni­ku poczu­cia zagu­bie­nia, a tak­że zbu­do­wa­nie w powie­ści kaf­kow­skiej sytu­acji i całej intry­gi, któ­ra spra­wi, że będzie on z nie­słab­ną­cym zain­te­re­so­wa­niem prze­wra­cał kolej­ne stro­ny książ­ki. To mia­ła być też po pro­stu roz­ryw­ka. Te trzy rze­czy chcia­łem osią­gnąć. Oczy­wi­ście poza tych chcia­łem, aby czy­tel­ni­cy byli pod­eks­cy­to­wa­ni i zain­try­go­wa­ni lek­tu­rą. Chcia­łem, aby ludzie nie byli wsta­nie odło­żyć roz­po­czę­tej już powie­ści, żeby chcie­li czy­tać stro­na po stro­nie, aż do same­go koń­ca.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: „Sie­dem śmier­ci Eve­lyn Hard­ca­stle” to Pań­ski debiut. Co było dla Pana naj­więk­szą trud­no­ścią pod­czas pisa­nia? Czy były momen­ty, kie­dy chciał Pan porzu­cić tę książ­kę i już nigdy do niej nie wra­cać?

Stu­art Tur­ton: Poświę­ci­łem wie­le dla tej książ­ki, prze­pro­wa­dzi­łem się na wieś, porzu­ci­łem lukra­tyw­ną karie­rę, któ­ra spra­wia­ła mi przy­jem­ność. Zacią­gną­łem moją dziew­czy­nę z Duba­ju do Anglii – zmie­ni­li­śmy abso­lut­nie wszyst­ko po to, bym mógł napi­sać tę książ­kę. Więc zna­leź­li­śmy się w tym nowym życiu, z małą ilo­ścią pie­nię­dzy. Było trud­no, nie było moż­li­wo­ści powro­tu. Nie mie­li­śmy do cze­go wra­cać, spa­li­li­śmy za sobą cał­kiem dużo mostów, więc nie było takiej opcji, musia­łem zaci­snąć zęby i po pro­stu przeć do przo­du. Oczy­wi­ście, że były dni, kie­dy myśla­łem: co ja naj­lep­sze­go zro­bi­łem, to jest za trud­ne, nie sądzę, bym zdo­łał to napi­sać. Chcia­łem wte­dy iść do mojej dziew­czy­ny i powie­dzieć jej: prze­pra­szam, spró­buj­my wró­cić do nasze­go daw­ne­go życia, bez książ­ki. Na szczę­ście tak się nigdy nie sta­ło.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Pod­czas rese­ar­chu dowie­dzia­łam się, że Pana powieść w Sta­nach Zjed­no­czo­nych nosi inny tytuł – „Sie­dem i pół śmier­ci Eve­lyn Hard­ca­stle”. Wyczy­ta­łam, że ta róż­ni­ca wyni­ka­ła z tego, że w momen­cie pre­mie­ry Pana powie­ści wycho­dzi­ła inna książ­ka o podob­nym tytu­le „Sied­miu mężów Eve­lyn Hugo”. Czy dzię­ki lek­kiej zmia­nie tytu­łu uda­ło się unik­nąć myle­nia ze sobą obu tych ksią­żek?

Stu­art Tur­ton: Nie, nie pomo­gło to ani tro­chę. Spo­ty­ka­łem się z tym, że pod­czas róż­nych lite­rac­kich imprez ludzie przy­no­si­li wszyst­kie trzy książ­ki (moją w wer­sji angiel­skiej i ame­ry­kań­skiej) myśląc, że to try­lo­gia. Zda­rza­ło się tak­że, że ludzie myśle­li, że to ja napi­sa­łem „Sied­miu mężów Eve­lyn Hugo”, albo, że autor­ka tam­tej książ­ki napi­sał moją powieść. Czę­sto czy­tel­ni­cy, któ­rzy się pomy­li­li, byli zawie­dze­ni i zasko­cze­ni tym, że mają złą książ­kę. Na szczę­ście sły­sza­łem, że „Sied­miu mężów Eve­lyn Hugo” to napraw­dę dobra powieść.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Pra­cu­je Pan jako dzien­ni­karz. Czy ta pra­ca pomo­gła Panu w napi­sa­niu powie­ści?

Stu­art Tur­ton: Tak. Zosta­łem dzien­ni­ka­rzem, aby nauczyć się pisać – dzien­ni­kar­stwo mia­ło być środ­kiem do napi­sa­nia powie­ści. Zaję­ło mi to dłu­żej, niż prze­wi­dy­wa­łem. Bycie dzien­ni­ka­rzem uczy przede wszyst­kim jak popra­wiać same­go sie­bie. To była dla mnie naj­cen­niej­sza lek­cja, któ­ra nauczy­ła mnie być wyma­ga­ją­cym wobec napi­sa­nych przez sie­bie słów. Jako dzien­ni­karz uczysz się, że nie­waż­ne jak pięk­ne zda­nie napi­sa­łeś – jeśli ono doni­kąd nie pro­wa­dzi i nic nie mówi, to jest do usu­nię­cia. Zdo­by­cie tej umie­jęt­no­ści było bar­dzo waż­ne. Przy­da­ło mi się to tak­że przy pisa­niu nowej powie­ści, nad któ­rą wła­śnie pra­cu­ję. Poma­ga to tak­że wte­dy, kie­dy pra­cu­jesz z pro­fe­sjo­nal­nym edy­to­rem, któ­ry mówi: ten i ten frag­ment nie są potrzeb­ne itp. Kie­dy spo­ty­kasz się z kry­ty­ką, to nie trak­tu­jesz tego jako oso­bi­stej znie­wa­gi, bo jako dzien­ni­karz już masz te doświad­cze­nia za sobą.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Czy w Pana życiu był jakiś impuls, któ­ry spra­wił, że zde­cy­do­wał się Pan na karie­rę pisar­ską? Pamię­ta Pan, jaka była pierw­sza napi­sa­na przez Pana rzecz?

Stu­art Tur­ton: Dosko­na­le pamię­tam, jaka była pierw­sza napi­sa­na prze­ze mnie rzecz. Moja sio­stra dosta­ła na świę­ta maszy­nę do pisa­nia (tak, jestem aż tak sta­ry), ale nie prze­ja­wia­ła kom­plet­nie żad­nych zain­te­re­so­wań w tym zakre­sie. Oczy­wi­ście czu­łem się poszko­do­wa­ny, że ona dosta­ła maszy­nę do pisa­nia, a ja nie. To bar­dzo mnie wku­rza­ło. Musia­łem więc poka­zać moim rodzi­com, że umiem i chcę pisać. Napi­sa­łem histo­ryj­kę, któ­ra zaj­mo­wa­ła może z pół stro­ny. Była to histo­ria o koń­cu świa­ta – byłem napraw­dę mrocz­nym dziec­kiem. Rodzi­ce prze­czy­ta­li ją i byli ze mnie bar­dzo dum­ni. Kole­je pół roku spę­dzi­łem na prze­ra­bia­niu i popra­wia­niu moje­go kró­ciut­kie­go tek­stu. Myślę, że każ­da taka popraw­ka czy­ni­ła ten tekst gor­szym. Tak, to była pierw­sza rzecz jaki napi­sa­łem. Bar­dzo podo­ba­ło mi się to uczu­cie, że napi­sa­łem coś, co inni ludzie czy­ta­ją i im się podo­ba. Po tym już zawsze chcia­łem opo­wia­dać i pisać histo­rie.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Czy książ­ki od zawsze były obec­ne w Pana domu rodzin­nym? Po jakie tytu­ły się­gał Pan jako dziec­ko?

Stu­art Tur­ton: Rodzi­ce, zwłasz­cza moja mama, zawsze dba­li o to, bym miał co czy­tać. Moja mama była świet­na w wybie­ra­niu dla mnie ksią­żek. Na samym począt­ku czy­ta­łem książ­ki Roal­da Dah­la, a kie­dy prze­czy­ta­łem je wszyst­kie, się­gną­łem po Aga­thę Chri­stie i Ray­mon­da Chan­dle­ra czy Ste­phe­na Kin­ga, ale to już kie­dy byłem nasto­lat­kiem. Praw­do­po­dob­nie się­ga­łem po te same książ­ki, co wszy­scy w tym cza­sie. Moja żona jest zapa­lo­ną czy­tel­nicz­ką, nasz dom jest dosłow­nie cały wypeł­nio­ny książ­ka­mi. Dba o to, żeby cór­ka czę­sto widzia­ła ją czy­ta­ją­cą, aby też zła­pa­ła tego bak­cy­la. Waż­ne dla nas jest, żeby zawsze mia­ła pod ręką jakąś książ­kę i żeby czy­ta­nie spra­wia­ło jej przy­jem­ność.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: A co z póź­niej­szy­mi lek­tu­ra­mi? Czy któ­raś z prze­czy­ta­nych przez Pana ksią­żek wpły­nę­ła na Pana świa­to­po­gląd i spo­sób patrze­nia na świat?

Stu­art Tur­ton: Może nie na świa­to­po­gląd. Podró­żo­wa­łem dużo i wła­śnie dzię­ki podró­żom zdo­by­wa­łem doświad­cze­nie. Tak­że przez muzy­kę czy fil­my, nie tyl­ko książ­ki. Nie lubię pole­gać wyłącz­nie na opi­niach innych, wolę wyro­bić sobie swo­je wła­sne zda­nie na dany temat. Oczy­wi­ście zna­la­złem w lite­ra­tu­rze rze­czy, któ­re wpły­nę­ły na mnie jako na pisa­rza – czym książ­ka sama w sobie może być i jak wie­le moż­na z nią eks­pe­ry­men­to­wać. To wła­śnie mia­ło na mnie naj­więk­szy wpływ. Otwo­rzy­ło mi to oczy na to, jak potęż­ny wpływ może wywie­rać czy­ta­nie i ogól­nie lite­ra­tu­ra.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Jakie są Pana ulu­bio­ne książ­ki? Takie top 3, któ­re pole­cił­by Pan swo­im czy­tel­ni­kom?

Stu­art Tur­ton: To zależ­ny od dnia, ale na pew­no będzie to „Bóg rze­czy małych” Arun­dha­ti Roy. Jeśli będąc na bez­lud­nej wyspie miał­bym cho­ciaż 4 stro­ny z tej powie­ści, był­bym szczę­śli­wy. Bar­dzo lubię tak­że „Zło­dziej­kę ksią­żek” Mar­ku­sa Zusa­ka. To po pro­stu świet­nie napi­sa­na powieść. Trze­cią książ­ką była­by któ­raś z powie­ści Aga­thy Chri­stie albo jakaś książ­ka Ray­mon­da Chan­dle­ra, „Głę­bo­ki sen” na przy­kład. Ame­ry­kań­ski kry­mi­nał noir z lat trzy­dzie­stych. Jeśli zada­ła­byś mi to pyta­nie jutro, lista była­by praw­do­po­dob­nie cał­kiem inna.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Sły­sza­łam, że pra­cu­je Pan nad nową książ­ką. Czy może Pan uchy­lić rąb­ka tajem­ni­cy i zdra­dzić o czym ona będzie?

Stu­art Tur­ton: Nosi ona tytuł „Devil and the Dark Water” i jest osa­dzo­na w roku 1634. Akcja dzie­je się na stat­ku, któ­ry zgu­bił się na morzu razem z pasa­że­ra­mi. Na pokła­dzie zaczy­na­ją się dziać nad­na­tu­ral­ne rze­czy, w tym nie­praw­do­po­dob­ne mor­der­stwa. Na szczę­ście na stat­ku obec­ny jest detek­tyw, ale nie­ste­ty jest rów­nież więź­niem. To powieść o tajem­ni­cach z wąt­ka­mi nad­na­tu­ral­ny­mi i wyraź­ną nutą hor­ro­ru.

Mar­ty­na Gan­car­czyk: Brzmi napraw­dę inte­re­su­ją­co.

Stu­art Tur­ton: Tak, i pisze mi się ją bar­dzo dobrze, co jest dobrym zna­kiem. W Anglii poja­wi się w listo­pa­dzie przy­szłe­go roku.

Roz­ma­wia­ła Mar­ty­na Gan­car­czyk

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy