Aktualności

Fragment powieści Odwyk Adama Widerskiego

Jeśli podo­bał się Wam “Kolek­cjo­ner kości”, oraz inne powie­ści Jeffery’ego Deave­ra, to “Odwyk” Ada­ma Wider­skie­go zde­cy­do­wa­nie jest dla Was. Już teraz może­cie prze­czy­tać aż 50 stron.

W upal­nej Łodzi panu­je tyl­ko pozor­ny spo­kój. W reno­mo­wa­nej kli­ni­ce lecze­nia uza­leż­nień ofia­rą zabój­cy pada jeden z pacjen­tów. Docho­dze­nie pro­wa­dzi inspek­tor Ryszard Wal­ski z czwar­te­go komi­sa­ria­tu.
Kim jest nie­uchwyt­ny spraw­ca? W kogo ude­rzy ponow­nie?
Dla­cze­go jego celem są ludzie uza­leż­nie­ni i zwią­za­ni z nar­ko­ty­ko­wym pół­świat­kiem?
Co ozna­cza­ją sym­bo­le, któ­re zosta­wia przy zwło­kach?
Czy psy­cho­pa­ta pro­wa­dzi jakąś prze­ra­ża­ją­cą roz­gryw­kę z poli­cją?
Śled­czy wcho­dzą do gry, mimo iż nie zna­ją jej reguł. Mno­żą się kom­pli­ka­cje, na jaw wycho­dzą skry­wa­ne sekre­ty. Kto zatrium­fu­je w osta­tecz­nym star­ciu?

W debiu­tanc­kiej powie­ści Ada­ma Wider­skie­go mie­sza­ją się zbrod­nie i tajem­ni­ce prze­szło­ści, miłość i korup­cyj­ne ukła­dy, bole­sne wspo­mnie­nia i tru­dy poli­cyj­nej robo­ty. Wszyst­ko to w łódz­kiej sce­ne­rii, dale­kiej od pocz­tów­ko­we­go uro­ku.

Ide­al­ne tem­po, moc­na akcja, zaska­ku­ją­ce zakoń­cze­nie. Dodat­ko­wo wiel­ki plus dla auto­ra za reali­stycz­ne odtwo­rze­nie miej­sca akcji – Łodzi, jakiej nie zna­ją tury­ści robią­cy sobie rund­kę po knaj­pach przy Piotr­kow­skiej. Jestem pewien, że jesz­cze nie raz usły­szy­my o Ada­mie Wider­skim!”
– Zbi­gniew Zbo­row­ski

PROLOG

8 PAŹDZIERNIKA 1985 R.
Leżał sku­lo­ny na sta­rej, podar­tej kana­pie pach­ną­cej kurzem, potem i sprosz­ko­wa­ną gąb­ką, któ­ra wydo­by­wa­ła się z wnę­trza mebla przez dwie spo­re dziu­ry na środ­ku poszy­cia. W ręku trzy­mał wyci­nek z gaze­ty, moc­no już żół­ta­wy z powo­du czę­ste­go uży­wa­nia, choć pismo było wyda­ne rap­tem przed­wczo­raj. Na skraw­ku papie­ru wid­nia­ły foto­gra­fie dwóch zmiaż­dżo­nych samo­cho­dów na jed­nej z dróg powia­to­wych. Pierw­szy z nich leżał na dachu i przy­po­mi­nał zgnie­cio­ną pusz­kę. Dru­gi został wbi­ty w przy­droż­ne drze­wo, aż do sie­dze­nia pasa­że­ra. Nagłó­wek nad tek­stem infor­mo­wał: „Pija­na kobie­ta zabi­ła trzy­oso­bo­wą rodzi­nę”.
Oprócz kawał­ka gaze­ty chło­piec ści­skał w dło­ni zdję­cie uśmiech­nię­tej rodzi­ny – kobie­ty, męż­czy­zny i dziec­ka. Cały czas na nie patrzył, a łzy spły­wa­ły mu po policz­kach, ska­pu­jąc na obi­cie kana­py. Od trzech dni nie był w sta­nie ich powstrzy­mać. Nic nie jadł, nic nie pił. W żad­ną z nocy nie zmru­żył oka nawet na chwi­lę. Był na gra­ni­cy skraj­ne­go wyczer­pa­nia. Pró­bo­wał to jakoś ukryć – na przy­kład cho­wał nie­tknię­te jedze­nie, ale pra­cow­ni­ca socjal­na Miej­skie­go Pogo­to­wia Opie­kuń­cze­go w Łodzi szyb­ko to zauwa­ży­ła.
– Dziec­ko, zjedz coś – powie­dzia­ła. – Wiem, że wie­le wycier­pia­łeś, ale jeśli nie będziesz jadł, zasłab­niesz, a w koń­cu umrzesz z wycień­cze­nia.
Chciał umrzeć. Co mu zosta­ło z życia, któ­re trwa­ło zale­d­wie dwa­na­ście lat? Kie­dyś był szczę­śli­wy. Uśmie­chy rodzi­ców, roz­mo­wy, tule­nie i poca­łun­ki, pocie­sza­nie w smut­ne dni… Sło­wem: wiel­ka kocha­ją­ca się rodzi­na. A potem wszyst­ko runę­ło niczym domek z kart.
– Dla­cze­go mnie to spo­tka­ło? Czy ja nie zasłu­gu­ję na szczę­ście? – pytał sam sie­bie pod­czas napa­dów spa­zma­tycz­ne­go pła­czu.
Naj­gor­szy – oprócz samot­no­ści – był obraz, któ­ry wra­cał każ­dej nocy, kie­dy chło­piec zamy­kał oczy. Znów był na miej­scu wypad­ku. Zma­sa­kro­wa­ne cia­ła rodzi­ców. Nogi i ręce uło­żo­ne w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji, głę­bo­kie rany na koń­czy­nach, na twa­rzach zaschnię­ta krew. Chciał zoba­czyć ich jesz­cze póź­niej, ale nie wpusz­czo­no go do pro­sek­to­rium. Jed­nak uda­ło mu się nie­po­strze­że­nie wkraść przez tyl­ne drzwi. Mimo że widział ich tyl­ko kil­ka sekund, zanim został przy­ła­pa­ny i wygo­nio­ny z sali, powyż­szy obraz utrwa­lił się moc­no w jego pamię­ci.
– Zabi­ję, przy­się­gam! – krzyk­nął z całych sił.

1

15 LIPCA 2010 R.
– Jak idziesz?! Czer­wo­ne jest! – Kie­row­ca bia­łe­go renault clio zaha­mo­wał gwał­tow­nie tuż przed męż­czy­zną prze­bie­ga­ją­cym na czer­wo­nym świe­tle przez pasy na skrzy­żo­wa­niu ulic Mic­kie­wi­cza i Kościusz­ki. – I po co się tak śpie­szyć? Dopie­ro siód­ma pięt­na­ście… – mruk­nął pod nosem.
Pie­szy, sły­sząc pisk opon, wyko­nał ręką prze­pra­sza­ją­cy gest i przy­śpie­szył bieg, prze­ci­na­jąc kolej­ne przej­ście. Wymi­ja­jąc innych ludzi, wsko­czył do tram­wa­ju numer szes­na­ście, jadą­ce­go do pod­miej­skie­go par­ku Hele­nów. Podob­ne sytu­acje na tym skrzy­żo­wa­niu zda­rza­ły się kil­ka razy dzien­nie. Naj­go­rzej było rano, kie­dy ludzie śpie­szy­li się do pra­cy czy szko­ły, i po połu­dniu, pod­czas maso­wych powro­tów do domu. Wła­śnie wte­dy docho­dzi­ło tu do naj­więk­szej licz­by wypad­ków.
Uli­ca Mic­kie­wi­cza była jed­ną skła­do­wą dłu­giej arte­rii, któ­ra w sumie mia­ła czte­ry odcin­ki, każ­dy o innej nazwie. Odci­nek noszą­cy nazwi­sko sław­ne­go poety koń­czył się wraz z prze­ci­na­ją­cą go oka­za­łą uli­cą Piotr­kow­ską. Następ­nie prze­cho­dził w uli­cę Józe­fa Pił­sud­skie­go, na któ­rej począt­ku mie­ści­ło się jed­no z więk­szych łódz­kich kin Silver Scre­en, gdzie oprócz sal sean­so­wych były jesz­cze krę­giel­nia, bilard, restau­ra­cje, kafej­ki ze sło­dy­cza­mi i napo­ja­mi. Obok kom­plek­su loko­wa­ły się oddzia­ły ban­ków, salo­ny tele­fo­nii komór­ko­wej oraz czte­ro­gwiazd­ko­wy hotel Ibiz, gosz­czą­cy głów­nie biz­ne­so­wych gości z kra­ju i zagra­ni­cy.
Jed­nak w tej oko­li­cy stał też o wie­le waż­niej­szy budy­nek. Nie było go widać z uli­cy, bowiem mie­ścił się w dru­giej linii – za hote­lem i kinem. Pię­tro­wy, poma­lo­wa­ny na bia­ło gmach w kształ­cie pro­sto­ką­ta o bar­dzo dłu­gim boku. Na środ­ku fasa­dy były podwój­ne prze­szklo­ne drzwi. Po ich pra­wej stro­nie wisia­ła czer­wo­na tabli­ca z napi­sem: „Oddział Tera­pii Uza­leż­nień w Łodzi”. Oddział zaj­mo­wał par­ter i pierw­sze pię­tro. Na pię­trze znaj­do­wa­ły się gabi­ne­ty tera­peu­tycz­ne, w któ­rych odby­wa­ły się sesje dla uza­leż­nio­nych, a tak­że poko­je psy­cho­lo­gów i psy­cho­te­ra­peu­tów, pra­cow­ni­ków admi­ni­stra­cyj­nych oraz dyrek­cji. Każ­dy gabi­net miał przy­dzie­lo­ne­go sta­łe­go psy­cho­lo­ga, któ­ry zaj­mo­wał się poszcze­gól­ny­mi uza­leż­nie­nia­mi.
Na par­te­rze mie­ści­ło się kil­ka sal, a tak­że gabi­net lekar­ski, bowiem każ­dy z pacjen­tów przed przy­ję­ciem musiał przejść wstęp­ny wywiad śro­do­wi­sko­wy i kon­sul­ta­cję lekar­ską. Potem uda­wał się do sekre­ta­ria­tu porad­ni, gdzie uzy­ski­wał przy­dział do gru­py tera­peu­tycz­nej i pozna­wał ter­mi­ny kolej­nych sesji. Naj­bar­dziej oble­ga­ne były zaję­cia poświę­co­ne odwy­ko­wi alko­ho­lo­we­mu. Takich gabi­ne­tów znaj­do­wa­ło się tu pięć, lecz naj­waż­niej­szy był pokój numer dwa na pierw­szym pię­trze. Odby­wa­ły się w nim sesje dla osób naj­cię­żej dotknię­tych alko­ho­li­zmem.
Śred­nich roz­mia­rów pomiesz­cze­nie poma­lo­wa­no na kolor kre­mo­wy. Pod­ło­ga w więk­szej czę­ści zosta­ła przy­kry­ta beżo­wym dywa­nem, a w bia­łym sufi­cie zamon­to­wa­no halo­ge­ny. Był też kli­ma­ty­za­tor. Na połu­dnio­wej ścia­nie mie­ści­ło się sze­ro­kie okno z wido­kiem na Man­hat­tan, czy­li naj­więk­szy i naj­droż­szy blok w Łodzi. Po pra­wej stro­nie od wej­ścia sta­ła duża dębo­wa komo­da z szu­fla­da­mi, w któ­rych w porząd­ku alfa­be­tycz­nym uło­żo­no tecz­ki z doku­men­ta­cją każ­de­go pacjen­ta. Naprze­ciw niej znaj­do­wa­ło się biur­ko psy­cho­lo­ga z nie­wiel­ką lamp­ką, kubecz­kiem na dłu­go­pi­sy i ołów­ki, a tak­że nie­du­ży pla­sti­ko­wy regał. Śro­dek poko­ju sta­no­wił wła­ści­we miej­sce sesji odwy­ko­wych – masyw­ne, drew­nia­ne krze­sła usta­wio­no tu w kształt owa­lu. Zasia­da­li na nich uza­leż­nie­ni wraz z pro­wa­dzą­cym.
Teraz na krze­śle naprze­ciw­ko wej­ścia sie­dział męż­czy­zna w nie­bie­skiej polów­ce i wytar­tych czar­nych dżin­sach. Nie­wy­so­ki i bar­dzo szczu­pły. Jego wiek trud­no było jed­no­znacz­nie okre­ślić, miał siwy zarost i takie­go same­go kolo­ru wło­sy, z łysie­ją­cym gniazd­kiem na czub­ku gło­wy. Dru­gie krze­sło zaj­mo­wał bar­czy­sty męż­czy­zna w śred­nim wie­ku z krót­ko przy­strzy­żo­ny­mi wło­sa­mi w odcie­niu ciem­ne­go blon­du. Nosił spło­wia­łe sztruk­so­we spodnie i brą­zo­wy T-shirt z napi­sem w kształ­cie graf­fi­ti. Dwa miej­sca wciąż pozo­sta­wa­ły puste; wedle porząd­ku obo­wią­zu­ją­ce­go już od czte­rech sesji powin­ny być zaję­te przez oso­bę pro­wa­dzą­cą – panią psy­cho­log Annę Wit­kow­ską, i trze­cie­go uczest­ni­ka tera­pii.
Nie­du­ży zegar w drew­nia­nej obu­do­wie wska­zy­wał godzi­nę siód­mą trzy­dzie­ści pięć, gdy drzwi gabi­ne­tu otwo­rzy­ły się. W pro­gu sta­nę­ła dość mło­da, szczu­pła i nie­wy­so­ka bru­net­ka o deli­kat­nych rysach. Ubra­na była w dopa­so­wa­ną czer­wo­ną sukien­kę, się­ga­ją­cą za kola­no, oraz nie­bie­skie boler­ko. Cało­ści dopeł­nia­ły nie­bie­skie szpil­ki i apasz­ka tego same­go kolo­ru.
– Dzień dobry, pano­wie – przy­wi­ta­ła obec­nych. – Prze­pra­szam za spóź­nie­nie, ale przez te remon­ty cięż­ko gdzie­kol­wiek doje­chać na czas.
– Nic się nie sta­ło, pani dok­tor – odpo­wie­dział Wik­tor, męż­czy­zna sie­dzą­cy naprze­ciw­ko drzwi. – Sam bym się spóź­nił, gdy­bym nie wysiadł dwa przy­stan­ki wcze­śniej i nie poko­nał tego odcin­ka na pie­cho­tę.
– Kie­dyś w moim poukła­da­nym życiu nauczy­łem się wcze­śniej wsta­wać i wycho­dzić z dużym zapa­sem cza­su – do roz­mo­wy włą­czył się męż­czy­zna zaj­mu­ją­cy dru­gie krze­sło. – Tyl­ko to mi pozo­sta­ło z poprzed­nich lat. Wszyst­ko inne spie­przy­łem.
– Tomek, cie­szę się, że zda­jesz sobie z tego spra­wę. To bar­dzo waż­ne w naszej tera­pii – zare­ago­wa­ła Anna. – Ale pamię­tasz o naszej umo­wie? W tym gabi­ne­cie nie prze­kli­na­my.
– Tak, prze­pra­szam, wymsknę­ło mi się. Po pro­stu czu­ję się dziś do dupy i wszyst­ko mnie wku­rza. Naj­chęt­niej bym się wyżył…
– Spo­koj­nie, weź kil­ka głę­bo­kich odde­chów i posta­raj się nie myśleć o swo­im dzi­siej­szym nastro­ju. Przy­po­mnij sobie jakieś wyda­rze­nie, któ­re spra­wi­ło ci radość. Pozwól się uspo­ko­ić.
– Nie poma­ga, pani dok­tor – jęk­nął Tomek po kil­ku pró­bach opa­no­wa­nia wzbu­rze­nia. – Muszę wyjść do łazien­ki.
– Idź, ale zaraz wra­caj. Już pięć minut temu powin­ni­śmy zacząć sesję.
Po pięt­na­stu minu­tach, a więc gdy zegar wska­zy­wał dokład­nie siód­mą pięć­dzie­siąt, drzwi ponow­nie się otwo­rzy­ły. Do gabi­ne­tu wró­cił Tomek – z pod­wi­nię­ty­mi ręka­wa­mi, sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, jak­by od duże­go wysił­ku, i z lek­kim uśmiesz­kiem na twa­rzy.
– Już jestem, tro­chę mi prze­szło…
– Coś dłu­go to trwa­ło – mruk­nę­ła Anna. – Wszyst­ko w porząd­ku? Może­my zaczy­nać?
– Tak, już się wyła­do­wa­łem.
– Mam nadzie­ję, że nie znisz­czy­łeś łazien­ki, bo kie­dyś mia­łeś już kło­pot z agre­sją.
– Toa­le­ta cała, pani dok­tor, spo­ko.
– Może napi­szesz jakiś wiersz? Tak jak ostat­nim razem, kie­dy mia­łeś gor­szy dzień.
– Niech pani da kart­kę.
– Pro­szę. – Kobie­ta poda­ła Tom­ko­wi kawa­łek papie­ru i dłu­go­pis. – A teraz zaczy­na­my już naszą kolej­ną sesję. Wik­tor, kon­ty­nu­uj opo­wieść, któ­rą zaczą­łeś ostat­nim razem. Skoń­czy­łeś na dru­gim roku cho­ro­by alko­ho­lo­wej i utra­cie miesz­ka­nia.
Kie­dy Wik­tor skoń­czył opo­wia­dać o kolej­nych eta­pach swo­je­go alko­ho­li­zmu – miesz­ka­niu na uli­cy, żebra­niu o pie­nią­dze na alko­hol, kra­dzie­ży i pobi­ciu, za któ­re został ska­za­ny na dwa lata wię­zie­nia i tera­pię odwy­ko­wą – Anna, widząc, że Tomek skoń­czył noto­wać na swo­jej kart­ce, popro­si­ła go, aby prze­czy­tał to, co napi­sał.
Tomek zaczął recy­to­wać:

Życia nie ma,
Krew już pły­nie,
Ran nikt nie zawi­nie!

Na twa­rzach zebra­nych odma­lo­wa­ło się nie­opi­sa­ne zdzi­wie­nie. Pierw­sza ode­zwa­ła się Wit­kow­ska:
– Ten wiersz… Nigdy takich nie pisa­łeś.
– Jakoś tak wyszło. Jaki humor, taki wiersz.
– A co cię dopro­wa­dzi­ło do takie­go sta­nu?
– Dużo by opo­wia­dać…
– Słu­cha­my. Może coś zara­dzi­my.
– A tak jakoś, życie… Wczo­raj spo­tka­łem kum­pla z ciu­py, poszli­śmy do baru, ale spo­koj­nie, nie piłem, choć mia­łem ocho­tę, widząc, jak on żło­pie jed­no piwo za dru­gim. W koń­cu się pokłó­ci­li­śmy. Dzi­wił się, że nie piję, nie chcę wejść z nim w inte­re­sy, pójść na panien­ki. W rezul­ta­cie oskar­żył mnie o współ­pra­cę z psa­mi.
– Z poli­cją, nie z psa­mi – popra­wi­ła go tera­peut­ka. – I co było dalej?
– Rzu­cił się na mnie z pię­ścia­mi, ale się obro­ni­łem i posze­dłem do domu. A dzi­siaj jesz­cze jakiś namol­ny pijak mnie napa­sto­wał, chciał kasę na wód­kę. W auto­bu­sie dosta­łem man­dat za jaz­dę na gapę, a sio­stra napi­sa­ła, że nie chce mnie znać. I zno­wu cho­ler­nie chce mi się pić.
– Mia­łeś dwa cięż­kie dni, współ­czu­je­my ci bar­dzo. Przy­kro mi z powo­du two­jej sio­stry. Pamię­taj, że zawsze możesz przyjść do mnie poroz­ma­wiać. Prze­ży­wasz trud­ne chwi­le, lecz nie pod­da­waj się, tak dużo już osią­gną­łeś. Nie pijesz od ponad mie­sią­ca.
Gd tyl­ko wybrzmia­ły sło­wa Anny, na kory­ta­rzu roz­legł się prze­raź­li­wy krzyk, a następ­nie drzwi gabi­ne­tu otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie.
– Pani dok­tor, szyb­ko, pomo­cy! – krzyk­nę­ła prze­ra­żo­na pani Ali­na, zaj­mu­ją­ca się sprzą­ta­niem.
– Co się sta­ło? – Anna zerwa­ła się na rów­ne nogi. – Gdzie?
– Nie wiem… W łazien­ce! Szyb­ko!
Wit­kow­ska wybie­gła z poko­ju i pędem ruszy­ła do łazien­ki znaj­du­ją­cej się na koń­cu kory­ta­rza. Gdy szarp­nę­ła za klam­kę, zamu­ro­wa­ło ją. Nigdy jesz­cze nie widzia­ła cze­goś podob­ne­go.
– Jezus Maria… Mar­cin…
Na pod­ło­dze sze­ścio­me­tro­we­go pomiesz­cze­nia leżał nagi zakrwa­wio­ny męż­czy­zna. Jabł­ko Ada­ma na jego szyi sta­no­wi­ło śro­dek pozio­mej, głę­bo­kiej na kil­ka cen­ty­me­trów rany, zaczy­na­ją­cej się od pra­we­go ucha, a koń­czą­cej na lewym. Jedy­ną zasło­nię­tą czę­ścią cia­ła ofia­ry było przy­ro­dze­nie, do któ­re­go zosta­ła przy­cze­pio­na kart­ka. Brzuch męż­czy­zny pona­ci­na­no, jak gdy­by ktoś dla zaba­wy żło­bił w nim row­ki, nie mogąc się zde­cy­do­wać, jaką figu­rę nary­so­wać. Ręce w łok­ciach i nogi w kola­nach były nie­na­tu­ral­nie wygię­te, a bio­dra unie­sio­ne nie­co wyżej niż resz­ta cia­ła. Prze­ra­ża­ją­cy obraz dopeł­nia­ła kału­ża krwi, w któ­rej pły­wa­ły drob­ne odłam­ki stłu­czo­ne­go lustra.
– Ja chy­ba go znam… Ale kto mógł zro­bić coś takie­go… – jęk­nę­ła pani Ali­na, zanim nie­przy­tom­na osu­nę­ła się na pod­ło­gę.

2

Deli­kat­nie odgar­nął kosmyk czar­nych, krę­co­nych wło­sów, któ­ry nie­ustan­nie opa­dał na poli­czek Mar­ty. Bar­dzo lubił bawić się jej wło­sa­mi; czuł wte­dy, że zbli­ża się do niej jesz­cze bar­dziej. Tak było też po dzi­siej­szej rand­ce, na któ­rej obej­rze­li w jego domu roman­tycz­ny film Wichry namięt­no­ści. Potem zje­dli coś w jedy­nej otwar­tej w poran­nych godzi­nach piz­ze­rii na Bału­tach, a następ­nie poszli na krót­ki spa­cer, zakoń­czo­ny wizy­tą w jej par­te­ro­wym dom­ku na uli­cy Łagiew­nic­kiej. Uwiel­bia­li spę­dzać tak wspól­ny czas – nie w spo­sób wyszu­ka­ny, cho­dząc po eks­klu­zyw­nych restau­ra­cjach czy na dro­gie sztu­ki teatral­ne. Zwy­kły spa­cer o róż­nych porach dnia, zwy­kłe jedze­nie, nic z rze­czy uzna­wa­nych przez zwo­len­ni­ków zdro­wej żyw­no­ści, ewen­tu­al­nie kino albo sofy w Manu­fak­tu­rze. A jeśli czas i moż­li­wo­ści pozwa­la­ły, chwi­le namięt­no­ści u niej albo u nie­go.
Cało­wał ją namięt­nie, jej policz­ki, mały, zgrab­ny nosek, naprę­żo­ną szy­ję. Coraz bar­dziej roz­ocho­ce­ni, zdej­mo­wa­li z sie­bie poszcze­gól­ne ele­men­ty gar­de­ro­by, doty­ka­jąc się nawza­jem z więk­szą śmia­ło­ścią.
– Cudow­nie… nie prze­sta­waj… uwiel­biam, kie­dy to robisz… – szep­nę­ła Mar­ta, czu­jąc, jak męż­czy­zna deli­kat­nie pie­ści jej pier­si, obfi­te mimo szczu­płej figu­ry.
Nagle namięt­no­ści zakłó­cił dźwięk tele­fo­nu.
Co za cho­le­ra? – pomy­ślał Piotr. Nie miał zamia­ru prze­ry­wać w takiej chwi­li, lecz komór­ka dzwo­ni­ła gło­śniej i gło­śniej.
– Nie odbie­raj, kotek, pro­szę… Prze­cież masz wol­ny dzień.
Tele­fon jed­nak nie dawał za wygra­ną.
– No jak zaraz kogoś opier­do­lę… – zaczął Piotr, jed­nak prze­rwał, gdy zoba­czył na wyświe­tla­czu numer swo­je­go prze­ło­żo­ne­go, Ryszar­da Wal­skie­go, komen­dan­ta czwar­te­go komi­sa­ria­tu w Łodzi. Teraz już wie­dział, że chcąc nie chcąc, musi ode­brać.
– Halo, sze­fie?
– Pio­trek, zbie­raj się, pil­na spra­wa na Pił­sud­skie­go.
– Komen­dan­cie, mam wol­ne, nie może ktoś…
– Nie. Potrze­bu­ję cie­bie, i to zaraz.
– Ale…
– Bez dys­ku­sji. Mamy bru­tal­ne mor­der­stwo, pra­sa już wydzwa­nia, cały komi­sa­riat posta­wio­ny na nogi. Wszy­scy mają anu­lo­wa­ne urlo­py. Za dwa­dzie­ścia minut masz być na miej­scu. Wyślę ci adres.
– Musisz jechać? – zapy­ta­ła Mar­ta ze smut­kiem.
– Nie­ste­ty. Alarm w całej jed­no­st­ce. Po gło­sie sze­fa czu­ję, że to grub­sza spra­wa. – Piotr zaczął się ubie­rać. – Prze­pra­szam, kocha­nie. Wszy­scy mamy się sta­wić, więk­szość chło­pa­ków z kry­mi­nal­nej zosta­ła ścią­gnię­ta z urlo­pu.
– Rozu­miem, leć. Pra­ca poli­cjan­ta zobo­wią­zu­je.
– Cza­sa­mi mam jej dość. Jesz­cze raz prze­pra­szam. Pa, słoń­ce – rzu­cił jesz­cze, po czym wyszedł, zosta­wia­jąc dziew­czy­nę samą.
To nie była do koń­ca praw­da. Uwiel­biał swo­ją pra­cę, choć nie­kie­dy spo­ty­kał się z nega­tyw­ny­mi opi­nia­mi doty­czą­cy­mi jego metod. Poraż­ki powo­do­wa­ły chwi­le zwąt­pie­nia, a nagłe wezwa­nia psu­ły pla­ny, tak jak dzi­siaj.
Piotr Krzy­ski jed­nak nie zamie­nił­by posa­dy komi­sa­rza Wydzia­łu Kry­mi­nal­ne­go w Czwar­tym Komi­sa­ria­cie Poli­cji w Łodzi na żad­ną inną. Osiem lat w zawo­dzie, kil­ka­dzie­siąt roz­wią­za­nych spraw, zdol­ność dostrze­ga­nia nawet naj­mniej­szych związ­ków mię­dzy róż­ny­mi, na pierw­szy rzut oka nie­pa­su­ją­cy­mi do sie­bie czyn­ni­ka­mi. Wszyst­ko to nie było­by jed­nak moż­li­we bez wspar­cia jego part­ne­ra, Łuka­sza Maj­skie­go, któ­ry pomi­mo że był cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Pio­tra, paso­wał do nie­go jak ulał. Sta­no­wi­li naj­lep­szą i naj­bar­dziej efek­tyw­ną parę śled­czych w całej łódz­kiej poli­cji i to do nich spły­wa­ły zwy­kle naj­trud­niej­sze spra­wy zwią­za­ne z mor­der­stwa­mi.
Po kil­ku­na­stu minu­tach komi­sa­rzo­wi Krzy­skie­mu uda­ło się prze­bić przez przed­po­łu­dnio­wy korek i zapar­ko­wać swo­ją maz­dę 323 ze spor­to­wym wyde­chem przed budyn­kiem Oddzia­łu Tera­pii Uza­leż­nień. Po przej­ściu nad bia­ło-czer­wo­ną taśmą, oddzie­la­ją­cą wej­ście do pose­sji i część par­kin­gu od dzien­ni­ka­rzy i zwy­kłych gapiów, zoba­czył zbli­ża­ją­cą się szyb­ko uli­cą toyo­tę yaris. Od razu roz­po­znał kie­row­cę.
Niż­szy od Pio­tra o dobre dzie­sięć cen­ty­me­trów i o wie­le szczu­plej­szy, Łukasz Maj­ski zawsze był odpo­wied­nio ubra­ny, a wło­sy w ciem­nym odcie­niu blond miał przy­gła­dzo­ne, z rów­nym, nie­mal ide­al­nym prze­dział­kiem.
– Cześć, sta­ry – Piotr powi­tał kole­gę. – Też z urlo­pu? – Rzu­cił okiem na ele­ganc­ką koszu­lę i wypra­so­wa­ne spodnie. – Byłeś na imie­ni­nach teścio­wej?
– Daj spo­kój – mruk­nął Łukasz. – Sta­ry ścią­gnął mnie z ryb. Byłem na Uro­czy­sku. Zdą­ży­łem wpaść do domu i coś porząd­ne­go zało­żyć.
– A ja prze­rwa­łem spo­tka­nie z Mar­tą… – Piotr nie potra­fił ukryć zawo­du. – Dobra, chodź­my. Zoba­czy­my, co to za pil­na spra­wa.
Poka­za­li legi­ty­ma­cje sto­ją­ce­mu przy taśmie poli­cjan­to­wi, po czym weszli do budyn­ku. Kształt i roz­miar poma­lo­wa­ne­go na żół­to-zie­lo­no kory­ta­rza przy­po­mi­nał łódz­ki tram­waj. W holu tło­czy­li się mun­du­ro­wi, tech­ni­cy, pra­cow­ni­cy ośrod­ka i świad­ko­wie. Komi­sa­rze skie­ro­wa­li się na pierw­sze pię­tro. U szczy­tu scho­dów cze­kał już na nich niski, krę­py męż­czy­zna. Ze wzglę­du na spo­rą łysi­nę wyglą­dał na sie­dem­dzie­się­cio­lat­ka, jed­nak miał dzie­sięć lat mniej. Inspek­tor Ryszard Wal­ski.
– Dzień dobry, panie komen­dan­cie – powi­tał sze­fa komi­sarz Krzy­ski.
– Witam. Dobrze, że już jeste­ście. Pato­log kil­ka minut temu zaczął oglą­dać zwło­ki. Za chwi­lę do nie­go pój­dzie­my, ale naj­pierw zamie­ni­my parę słów z tam­ty­mi pania­mi. To one zna­la­zły ofia­rę.
Komen­dant przed­sta­wił pra­cow­ni­com swo­ich pod­wład­nych, po czym zapy­tał:
– Któ­ra z pań odkry­ła zwło­ki? Jak do tego doszło?
– Ja zoba­czy­łam go pierw­sza… jak przy­szłam posprzą­tać. Zaczę­łam krzy­czeć i pobie­ga­łam po panią dok­tor. – Pani Ali­na wska­za­ła na Annę. Tera­peut­ka, bla­da jak kre­da, opie­ra­ła się o ścia­nę.
– Czy doty­ka­ła pani cze­goś?
– Nie, nicze­go nie doty­ka­łam, tyl­ko otwo­rzy­łam drzwi… i od razu je zamknę­łam.
– Kto ma dostęp do tej łazien­ki? – wtrą­cił komi­sarz Krzy­ski.
– Prak­tycz­nie wszy­scy, bo ta na par­te­rze jest mała. Czę­sto, jak ktoś chce sko­rzy­stać z toa­le­ty, idzie na górę.
– A dzi­siaj o tej porze kto był w budyn­ku? – zapy­tał komen­dant.
– Nie wiem, ja tyl­ko sprzą­tam…
– W dniu dzi­siej­szym w budyn­ku znaj­do­wa­li się trzej uczest­ni­cy sesji, a poza nimi pani dok­tor, sekre­tar­ka, ochro­niarz i pani z fir­my sprzą­ta­ją­cej – do roz­mo­wy włą­czył się poli­cjant, któ­ry nie­spo­dzie­wa­nie zna­lazł się tuż przy nich. Jego wygląd – mło­da twarz i sta­ran­nie wypra­so­wa­ny mun­dur – dowo­dził, że zapew­ne nie­daw­no ukoń­czył szko­łę poli­cyj­ną.
– Dzię­ku­ję za infor­ma­cję, poste­run­ko­wy Tur­kow­ski – odparł inspek­tor Wal­ski. – Czy wszy­scy już zło­ży­li pierw­sze zezna­nia?
– W zasa­dzie tak. Jesz­cze tyl­ko star­szy poste­run­ko­wy Nowak roz­ma­wia z ochro­nia­rzem. Z tego, co zdą­ży­łem się dowie­dzieć, nikt nic szcze­gól­ne­go nie widział ani nie sły­szał. Ale mamy dość duży kło­pot…
– Jaki? – Komi­sarz Krzy­ski uniósł brwi.
– Bra­ku­je nam jed­ne­go czło­wie­ka z zajęć pani dok­tor. Widzia­no go, jak wcho­dził do łazien­ki kil­ka minut przed zna­le­zie­niem zwłok.
– Kto go widział? – zapy­tał Łukasz.
– Ja go zauwa­ży­łam – powie­dzia­ła pani Ali­na. – Jak sprzą­ta­łam dru­gi koniec kory­ta­rza. Widzia­łam, że wycho­dzi z gabi­ne­tu i idzie do łazien­ki. Zwró­ci­łam na nie­go uwa­gę, bo był strasz­nie zde­ner­wo­wa­ny, do tego stop­nia, że kop­nął kosz na śmie­ci, ten przy drzwiach. Jak wyszedł, dokoń­czy­łam sprzą­ta­nie i poszłam do toa­le­ty. Pomy­śla­łam sobie, że jak jest w takim sta­nie, to na pew­no po sobie nie posprzą­tał. Otwie­ram drzwi, a tu to… – Sprzą­tacz­ka mach­nę­ła ręką.
– I co? Tak po pro­stu wyszedł z budyn­ku? – zdzi­wił się komen­dant.
– Nie, wró­cił na sesję – ode­zwa­ła się Anna Wit­kow­ska. – Usiadł na swo­im miej­scu, napi­sał wiersz… bar­dzo mrocz­ny wiersz. – Wycią­gnę­ła przed sie­bie rękę z kart­ką papie­ru.
Krzy­ski rzu­cił okiem na napi­sa­ny na niej tekst.
– Rze­czy­wi­ście, dziw­ny i bru­tal­ny – przy­znał. – I co było dalej?
– Opo­wie­dział o swo­ich ostat­nich prze­ży­ciach, a potem już wpa­dła pani Alin­ka i pobie­głam za nią do łazien­ki.
– Pozo­sta­li uczest­ni­cy twier­dzą, że zaraz po wyj­ściu pani dok­tor męż­czy­zna wybiegł z poko­ju i nikt go wię­cej nie widział – dopo­wie­dział poste­run­ko­wy Tur­kow­ski.
– No to mamy pierw­sze­go podej­rza­ne­go – stwier­dził Łukasz.
– Jakieś dane oso­bo­we? – zapy­tał komen­dant.
– Tomasz Fryc, skie­ro­wa­ny na odwyk po ponow­nym odby­ciu kary wię­zie­nia – powie­dzia­ła Anna. – Ska­za­ny za pobi­cie ze skut­kiem śmier­tel­nym. Wte­dy wie­lo­krot­nie użył noża.
– Czy był pod wpły­wem alko­ho­lu? – zagad­nął Łukasz, a gdy Anna, wciąż prze­raź­li­wie bla­da, lek­ko kiw­nę­ła gło­wą, dodał: – Czę­sto zda­rza­ły mu się takie eks­ce­sy?
– Pano­wie, obo­wią­zu­je mnie tajem­ni­ca zawo­do­wa i nie mogę o tym mówić przy wszyst­kich. Część infor­ma­cji znaj­dzie­cie w jego aktach, a ja chęt­nie udzie­lę dodat­ko­wych odpo­wie­dzi, ale nie tutaj i nie teraz… – Zde­ner­wo­wa­na lekar­ka zakry­ła twarz dłoń­mi i zaczę­ła pła­kać.
– Tak zro­bi­my. Ale pro­szę się nie zasła­niać tajem­ni­cą zawo­do­wą – odrzekł inspek­tor Wal­ski. – Naj­pierw poste­run­ko­wy Tur­kow­ski usta­li, pod kogo pod­le­ga nasz ucie­ki­nier.
– Zdą­ży­łem już to spraw­dzić. Jest pod jurys­dyk­cją komi­sa­ria­tu siód­me­go na Gór­nej.
– Skon­tak­tuj się z nimi. Niech kogoś przy­ślą, żeby nam o nim opo­wie­dział. A może wystar­czą same akta, sko­ro ma tak boga­tą prze­szłość kry­mi­nal­ną. My tym­cza­sem – komen­dant wska­zał na Krzy­skie­go i Maj­skie­go – idzie­my na miej­sce zbrod­ni.
Poli­cjan­ci zasta­li łazien­kę w nie­zmie­nio­nym sta­nie. W środ­ku znaj­do­wa­ły się dwie oso­by w spe­cjal­nych, jed­no­ra­zo­wych kom­bi­ne­zo­nach, któ­re słu­żą tech­ni­kom do bada­nia miej­sca zbrod­ni. Jed­na z nich – niska, przy­sa­dzi­sta kobie­ta z krót­ki­mi czar­ny­mi wło­sa­mi, po roz­sta­wie­niu numer­ków ozna­cza­ją­cych dowo­dy wzię­ła się do zbie­ra­nia odci­sków z ram­ki lustra i obrę­czy umy­wal­ki. Przy ofie­rze, bada­jąc ranę na szyi, klę­czał chu­dy i łysy męż­czy­zna. Był to nie­zbyt lubia­ny ze wzglę­du na spe­cy­ficz­ne poczu­cie humo­ru pato­log sądo­wy Hek­tor Wist.
– Ale roz­pier­du­cha, jak z Piły 4 – mruk­nął komi­sarz Krzy­ski.
– Bez prze­sa­dy, w Pile było lep­sze wido­wi­sko – odrzekł Hek­tor. – Witam panów. Przy­szli­ście popa­trzeć na nagie­go męż­czy­znę leżą­ce­go w morzu krwi?
– Jakoś nie mam ocho­ty na takie atrak­cje – powie­dział komen­dant. – Możesz już coś wstęp­nie powie­dzieć?
– Ofia­ra, jak widać, to męż­czy­zna. Wyda­wa­ło­by się, że przy­czy­ną zgo­nu było prze­cię­cie aor­ty szyj­nej, czy­li mówiąc pro­ściej: pode­rżnię­cie gar­dła, ale z pierw­szych oglę­dzin wyda­je się, że jed­nak nie.
– Jak to? – zdzi­wił się Łukasz.
– Z powierz­chow­ne­go bada­nia wyni­ka, że przed śmier­cią facet sto­czył bój­kę. Potwier­dza­ją to stłu­cze­nia i obrzę­ki na pię­ściach i twa­rzy, a tak­że zbi­te lustro. Według mnie został udu­szo­ny, a następ­nie roze­bra­ny i oka­le­czo­ny.
– A krew na ścia­nach nie pocho­dzi z prze­rwa­nia tęt­ni­cy szyj­nej i pró­by jej zata­mo­wa­nia przez ofia­rę? – Krzy­ski nie krył swo­ich wąt­pli­wo­ści.
– Wła­śnie nie. Śla­dy krwi nie pasu­ją do kształ­tu jej roz­bry­zgu pod­czas prze­rwa­nia aor­ty. To wyglą­da bar­dziej tak, jak­by ktoś wylał krew na ścia­ny. Tyl­ko krew na pod­ło­dze pocho­dzi z sączą­cej się rany.
– Wylał krew? Zabój­ca pode­rżnął mu gar­dło, zebrał krew do jakie­goś naczy­nia i chlu­snął na ścia­ny? Hek­tor, to brzmi nie­wia­ry­god­nie.
– Wiem, ale tak to wyglą­da. W sumie mnie to nie dzi­wi. Róż­ne rze­czy już widzia­łem w swo­jej dwu­dzie­sto­let­niej karie­rze – odparł pato­log. – Ja i Beata przyj­rzy­my się temu bli­żej.
– A co z tą kart­ką? – Maj­ski wska­zał na kawa­łek papie­ru przy­cze­pio­ny do geni­ta­liów ofia­ry.
– Zosta­ła przy­kle­jo­na kle­jem sta­łym. Zaraz ją ode­tnę, bo chcę prze­krę­cić zwło­ki na brzuch. Nie podo­ba mi się uło­że­nie bio­der. Muszę to spraw­dzić. – Wist wziął nożycz­ki i odciął kart­kę, któ­rą następ­nie umie­ścił w prze­zro­czy­stej toreb­ce stru­no­wej. – To kawa­łek ety­kie­ty z butel­ki po wód­ce, ale o tym póź­niej. Naj­pierw go prze­krę­ci­my.
– Coraz mniej mi się to podo­ba – wes­tchnął komen­dant.
– Mnie też – zawtó­ro­wał mu Hek­tor.
Dwaj tech­ni­cy wezwa­ni przez pato­lo­ga przy­nie­śli duży czar­ny worek. Roz­ło­ży­li go po lewej stro­nie nagie­go męż­czy­zny i wspól­nie z leka­rzem posta­no­wi­li prze­krę­cić ofia­rę przez lewe ramię, tak żeby brzu­chem leża­ła na wor­ku, a nie na zakrwa­wio­nej pod­ło­dze.
– Pano­wie, na trzy: raz, dwa, trzy… – odli­czył Hek­tor.
– Jasna cho­le­ra! – zawo­łał komen­dant, gdy męż­czy­zna wylą­do­wał na brzu­chu, odsła­nia­jąc nagie ple­cy.

3

Ryszard Wal­ski zaczy­nał pra­cę w poli­cji jesz­cze w cza­sach, gdy insty­tu­cja ta nosi­ła nazwę mili­cji i budzi­ła duży postrach, choć też sza­cu­nek wśród oby­wa­te­li. Pamię­tał, jak wstę­po­wał w mili­cyj­ne sze­re­gi, odby­wał prze­szko­le­nia teo­re­tycz­ne i prak­tycz­ne, znał każ­dy szcze­bel karie­ry, któ­ry miał poko­nać. Jako nie­speł­na osiem­na­sto­la­tek, na począt­ku lat sześć­dzie­sią­tych, był zwy­kłym poste­run­ko­wym, któ­re­go naj­pierw wyko­rzy­sty­wa­no do żmud­nej robo­ty papier­ko­wej, a następ­nie zsy­ła­no do naj­gor­szych dziel­nic Łodzi, by pro­wa­dził wywia­dy śro­do­wi­sko­we, obser­wa­cje czy zatrzy­my­wał podej­rza­nych. Po przy­dzie­le­niu do kry­mi­nal­nych miał stycz­ność z róż­ne­go rodza­ju zabój­stwa­mi, nawet z dzia­ła­nia­mi seryj­nych mor­der­ców, jak na przy­kład wam­pir z Gał­ków­ka, ska­za­ny na karę śmier­ci w sześć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym. Krót­ko mówiąc, widział już wie­le i żad­ne zwło­ki, nawet zbez­czesz­czo­ne lub wyło­wio­ne z wody po dwóch latach, nie budzi­ły w nim prze­ra­że­nia.
Jed­nak ta spra­wa nie podo­ba­ła mu się od same­go począt­ku. Cia­ło ofia­ry w łazien­ce i przy­pusz­cze­nia pato­lo­ga sądo­we­go doty­czą­ce krwi na ścia­nie budzi­ły w komen­dan­cie nie­po­kój i odra­zę. Obraz, któ­ry uka­zał się jego oczom po odwró­ce­niu zwłok na brzuch, spo­wo­do­wał eks­plo­zję tych doznań.
Nie­na­tu­ral­ne uło­że­nie bio­der ofia­ry rodzi­ło róż­ne przy­pusz­cze­nia. Jed­nak po obró­ce­niu dena­ta widać było dokład­nie, że z jego odby­tu wysta­je jed­na czwar­ta dol­nej czę­ści butel­ki. Szyj­kę oraz pozo­sta­łą część wci­śnię­to w cia­ło.
– Tego się nie spo­dzie­wa­łem, choć prze­wi­dy­wa­łem, że w odby­cie coś znaj­dzie­my – ode­zwał się Hek­tor po dłuż­szej chwi­li mil­cze­nia.
– Ja pie­przę… – mruk­nął komi­sarz Krzy­ski. – Widzia­łem róż­ne rze­czy, wepchnię­tą w gar­dło skar­pe­tę czy garść szpi­lek w żołąd­ku, ale to już chy­ba prze­gię­cie w bez­czesz­cze­niu zwłok.
– To wyglą­da jak butel­ka od wód­ki – stwier­dził Maj­ski.
– Bo to jest butel­ka od wód­ki. A dokład­nie od ćwiart­ki, co zresz­tą widać na napi­sie wytło­czo­nym na den­ku. – Pato­log nachy­lił się nad poślad­ka­mi męż­czy­zny. – Mamy więc inte­gral­ną część naszej ety­kie­ty.
– Myślisz, że ety­kie­ta pocho­dzi­ła z tej butel­ki? – zapy­tał komen­dant.
– Nie myślę, ja to wiem. Wszyst­kie ele­men­ty ukła­dan­ki do sie­bie pasu­ją. Zba­da­my to jesz­cze, ale mogę się zało­żyć o dzień w kost­ni­cy. Ktoś chęt­ny?
– Nie! – krzyk­nę­li chó­rem funk­cjo­na­riu­sze.
– Szko­da. Nie rozu­miem, cze­mu tak nie lubi­cie kost­ni­cy – uśmiech­nął się Hek­tor. – A tak na poważ­nie, tutaj nic już nie wymy­ślę. Zabie­ra­my cia­ło do pro­sek­to­rium. Zro­bię autop­sję, zba­dam ety­kie­tę i butel­kę. Dopie­ro wte­dy będę mógł wam powie­dzieć coś wię­cej.
– A ubra­nia tego męż­czy­zny? Znik­nę­ły? – zapy­tał Łukasz.
– N-nie. Znaj­du­ją się w s-sede­sie, wci­śnię­te p-pra­wie do s-same­go odpły­wu. Jesz­cze ich n-nie w-wycią­gnę­li­śmy. N-na razie z-zaj­mu­je­my się o-odci­ska­mi i inny­mi m-mały­mi d-dowo­da­mi – po raz pierw­szy ode­zwa­ła się Beata Wil­czak, szef wydzia­łu tech­ni­ki kry­mi­na­li­stycz­nej. Bar­dzo czę­sto współ­pra­co­wa­ła z Wistem, przez co nie­któ­rzy nazy­wa­li ją pra­wą ręką pato­lo­ga. Jed­nak pod­czas kon­tak­tów bez­po­śred­nich bar­dzo się jąka­ła, dla­te­go wola­ła pisać rapor­ty. Teraz poka­za­ła poli­cjan­tom nie­wiel­ki klu­czyk, któ­ry leżał obok szczot­ki do sede­su. – M-może n-nale­żał do o-ofia­ry lub l-leżał tu wcze­śniej.
– Ktoś bar­dzo się posta­rał, żeby­śmy mie­li dużo pra­cy – skwi­to­wał Hek­tor.
– Ziden­ty­fi­ko­wa­li­ście już ofia­rę, poste­run­ko­wy Tur­kow­ski? – komen­dant zwró­cił się do mło­de­go.
– Nie do koń­ca. Ale część infor­ma­cji prze­ka­za­ła nam pani dok­tor. Męż­czy­zna nazy­wał się Mar­cin Kar­kow­ski, lat trzy­dzie­ści pięć. Uczest­ni­czył w tera­pii od pię­ciu tygo­dni, po skie­ro­wa­niu przez leka­rzy jed­ne­go z łódz­kich szpi­ta­li. Tra­fił tam po tym, jak aresz­to­wa­no go w cza­sie wła­ma­nia do skle­pu mono­po­lo­we­go, gdzie zaha­cza­jąc o część wybi­tej szy­by, uszko­dził sobie nogę.
– Miał jakichś wro­gów? – zagad­nął Maj­ski.
– Na tera­pii nie, choć raz podob­no pokłó­cił się z naszym podej­rza­nym. Ale chy­ba nie było to nic poważ­ne­go, ponie­waż pani psy­cho­log nie mogła sobie przy­po­mnieć nic wię­cej. Nato­miast o jego życiu oso­bi­stym nic nie wie­my.
– Trze­ba jesz­cze raz poroz­ma­wiać z tą psy­cho­loż­ką – stwier­dził komi­sarz Krzy­ski. – Na pew­no powie coś wię­cej albo z akt da się coś wydo­być.
– Idzie­my – zarzą­dził inspek­tor Wal­ski. – Dzię­ki, Hek­tor. Cze­kam na raport z sek­cji.
– Nie ma spra­wy. Prze­ślę jak naj­szyb­ciej. Cho­ciaż w kost­ni­cy mam jesz­cze jed­ne­go wisiel­ca i jed­ne­go topiel­ca.
Funk­cjo­na­riu­sze skie­ro­wa­li się do sali, w któ­rej zosta­li ulo­ko­wa­ni wszy­scy świad­ko­wie i pra­cow­ni­cy przy­chod­ni. Wit­kow­ska sie­dzia­ła przy biur­ku, nachy­la­jąc się nad kub­kiem wody. Bla­dość jej twa­rzy kon­tra­sto­wa­ła z czer­wo­ną sukien­ką.
– Mamy jesz­cze kil­ka pytań – zagad­nął komen­dant. – Czy zna­ła pani ofia­rę?
– Tak. To uczest­nik mojej sesji, Mar­cin Kar­kow­ski – odpar­ła Anna.
– Pro­szę nam powie­dzieć o nim coś wię­cej. O jego oso­bo­wo­ści, nało­gu, życiu, ewen­tu­al­nych kon­flik­tach.
– Przy­kro mi, ale nie mogę. Bez zgo­dy sze­fa kli­ni­ki nic nie powiem. Przed chwi­lą z nim roz­ma­wia­łam. Mam zakaz udzie­la­nia jakich­kol­wiek infor­ma­cji o człon­kach sesji.
– Chy­ba pani żar­tu­je – wark­nął Krzy­ski. – Popro­szę nazwi­sko i numer tele­fo­nu pani prze­ło­żo­ne­go.
– Dyrek­to­rem kli­ni­ki jest Bog­dan Dere­szow­ski, ale nume­ru tele­fo­nu ani innych danych nie mogę podać ze wzglę­du na wspo­mnia­ny zakaz, któ­ry doty­czył rów­nież jego oso­by.
– A może poje­dzie­my na dołek na czter­dzie­ści osiem godzin i wte­dy pani wszyst­ko wyśpie­wa! – Piotr pod­niósł głos.
– Gro­zi mi pan aresz­tem?
– Spo­koj­nie, komi­sa­rzu – wtrą­cił komen­dant Wal­ski. – Nikt pani nie gro­zi. Kole­ga tyl­ko podał jed­ną z kon­se­kwen­cji, jakie gro­żą oso­bom utrud­nia­ją­cym śledz­two. Kie­dy moż­na się spo­dzie­wać dyrek­to­ra kli­ni­ki?
– Dopie­ro jutro rano. Jest w Ham­bur­gu na kon­fe­ren­cji psy­cho­lo­gów i psy­cho­te­ra­peu­tów.
– W takim razie jutro w samo połu­dnie pro­szę się sta­wić w komi­sa­ria­cie razem z dyrek­to­rem i wszel­ki­mi dany­mi doty­czą­cy­mi poszcze­gól­nych uczest­ni­ków sesji. Poste­run­ko­wy Tur­kow­ski poda pani adres pla­ców­ki i wypi­sze wezwa­nie.
Poli­cjan­ci pocze­ka­li, aż ich kole­ga prze­ka­że lekar­ce sto­sow­ny doku­ment, po czym wyszli z sali. Na par­te­rze zna­leź­li wyso­kie­go, dobrze zbu­do­wa­ne­go męż­czy­znę z dłu­gi­mi czar­ny­mi wło­sa­mi zwią­za­ny­mi w kit­kę. Stał przy kon­tu­arze sekre­tar­ki i noto­wał coś w swo­im poli­cyj­nym note­sie. Był to star­szy poste­run­ko­wy Grze­gorz Nowak, kolej­na per­so­na z mło­de­go poko­le­nia funk­cjo­na­riu­szy wydzia­łu zabójstw. Z jego dotych­cza­so­wych osią­gnięć naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­ne były nie śledz­twa czy roz­wią­za­ne spra­wy, ale poko­na­nie trzech napast­ni­ków, w tym jed­ne­go z nożem, pod­czas obła­wy na dile­ra nar­ko­ty­ków, a tak­że wygra­na w kra­jo­wych poli­cyj­nych zawo­dach bok­ser­skich. Wygra­na może nie budzi­ła­by wiel­kiej sen­sa­cji, lecz zno­kau­to­wa­nie wszyst­kich rywa­li naj­póź­niej w trze­ciej run­dzie, łącz­nie z fina­łem, wzbu­dzi­ło respekt dla jego umie­jęt­no­ści. Więk­szość poli­cjan­tów lubi­ła pra­co­wać z Nowa­kiem, gdyż wyka­zy­wał się bar­dzo dużą sumien­no­ścią, zaan­ga­żo­wa­niem i poczu­ciem humo­ru.
– Cześć, Grze­siu – Maj­ski powi­tał star­sze­go poste­run­ko­we­go. – Prze­py­ta­łeś już wszyst­kich świad­ków? Masz coś dla nas?
– Dzień dobry, panie komen­dan­cie, czo­łem, pano­wie. Zga­dza się, mam zezna­nia osób obec­nych dzi­siaj w budyn­ku, oprócz nie­ja­kie­go Toma­sza Fry­ca, któ­ry zbiegł. Ale już go namie­rza­my.
– To sły­sze­li­śmy – odparł Wal­ski. – Jakieś kon­kre­ty? Bo póki co nikt nic nie wie albo nie chce wie­dzieć.
– Kon­kre­tów nie­ste­ty brak. Nikt nic szcze­gól­ne­go nie widział, począw­szy od ochro­nia­rza, a skoń­czyw­szy na sprzą­tacz­ce. Żad­na obca oso­ba nie wcho­dzi­ła do kli­ni­ki, a tym bar­dziej do łazien­ki. Według ochro­nia­rza ofia­ra przy­szła oko­ło siód­mej trzy­dzie­ści, a nasz podej­rza­ny dzie­sięć minut wcze­śniej. Męż­czy­zna ponoć wyglą­dał na wku­rzo­ne­go. Na scho­dach pusz­czał pod nosem jakieś wul­ga­ry­zmy. Podob­no czę­sto wcho­dził w utarcz­ki słow­ne z byle powo­du.
– Coraz ciem­niej­sze chmu­ry zbie­ra­ją się nad tym gościem – stwier­dził komi­sarz Krzy­ski. – Czyż­by mor­der­stwo w afek­cie, a potem strach przed karą i uciecz­ka?
– To chy­ba było­by za pro­ste, ale nic nie wia­do­mo. Nie ma co wycią­gać pochop­nych wnio­sków – odparł komen­dant. – Coś jesz­cze?
– Mar­cin Kar­kow­ski dwa tygo­dnie temu omal nie pobił inne­go stró­ża, któ­ry zwró­cił mu uwa­gę, żeby nie palił na par­te­rze przy drzwiach. Podob­no tyl­ko reak­cja pani dok­tor i jesz­cze jed­ne­go psy­cho­lo­ga nazwi­skiem Filip Tar­ło, zapo­bie­gła bija­ty­ce. Skoń­czy­ło się na ode­pchnię­ciu pra­cow­ni­ka ochro­ny.
– Trze­ba poroz­ma­wiać z tym psy­cho­lo­giem. Był dzi­siaj w pra­cy?
– Nie, do koń­ca tygo­dnia jest na urlo­pie. Ale posta­ram się go ścią­gnąć do komi­sa­ria­tu.
– A ten dru­gi ochro­niarz?
– Nazy­wa się Rafał Mokul. Ma przyjść dzi­siaj na popo­łu­dnio­wą zmia­nę, ale kie­row­nik fir­my ochro­niar­skiej dzwo­nił do nie­go i gość posta­ra się przy­być w cią­gu naj­bliż­szych dwóch godzin. Mamy infor­ma­cję od jego kole­gi, że Mokul znał dena­ta, jesz­cze zanim ten zaczął przy­cho­dzić na sesje.
– O pro­szę, musi­my z nim poważ­nie poroz­ma­wiać. Tak trzy­mać, poste­run­ko­wy Nowak. Posta­raj się jak naj­szyb­ciej zdo­być infor­ma­cje, a potem cze­kam na ust­ny raport.
Zanim poli­cjant zdą­żył odpo­wie­dzieć, do funk­cjo­na­riu­szy pod­biegł poste­run­ko­wy Tur­kow­ski.
– Panie komen­dan­cie, mamy adres podej­rza­ne­go.
– Dobra robo­ta. Jedź­cie tam. I wezwij­cie chło­pa­ków z ude­rze­nio­we­go, tak na wszel­ki wypa­dek.

Nie­złe zamie­sza­nie, pomy­ślał męż­czy­zna ubra­ny w T-shirt kolo­ru kha­ki i krót­kie spodnie, sto­ją­cy na świa­tłach u zbie­gu ulic Kościusz­ki i Mic­kie­wi­cza. W sumie nie ma się co dzi­wić, daw­no nie było takie­go zda­rze­nia w naszym mie­ście, a tym bar­dziej w tej oko­li­cy. Gdzieś na obrze­żach nie­jed­no­krot­nie widy­wał bija­ty­ki na noże i macze­ty, ustaw­ki kibi­ców czy nie­szczę­śli­we wypad­ki, spo­wo­do­wa­ne ludz­ką głu­po­tą. Ale w cen­trum mia­sta, i to jesz­cze w kli­ni­ce dla osób leczą­cych się z tej pod­łej cho­ro­by, któ­rej tak szcze­rze nie cier­piał! Sam zresz­tą doświad­czył jej pod wpły­wem pew­ne­go wyda­rze­nia z dzie­ciń­stwa.
Trze­ba z tym skoń­czyć raz na zawsze. Wła­dze Łodzi tak lek­ce­wa­żą­co pod­cho­dzą do tema­tu, ale teraz prze­ko­na­ją się, co spo­wo­do­wa­ła ich poli­ty­ka. Cała Pol­ska zoba­czy, a może i cały świat, roz­my­ślał, spo­glą­da­jąc na żół­tą rekla­mów­kę, w któ­rej znaj­do­wa­ła się pusta „małp­ka” po wyso­ko­pro­cen­to­wym alko­ho­lu. Obok niej leża­ła ode­rwa­na ety­kiet­ka.
Obser­wo­wał całe zda­rze­nie z odda­li. Nie mógł podejść bli­żej, gdyż pomi­mo prze­bra­nia i pro­wi­zo­rycz­nej zmia­ny wyglą­du mógł­by zostać roz­po­zna­ny przez nie­któ­re oso­by znaj­du­ją­ce się w budyn­ku.
Myśli­cie, że mnie zła­pie­cie? – zaśmiał się w duchu. Zapra­szam do moje­go domu.

4

Łódź była trze­cim w Pol­sce mia­stem pod wzglę­dem licz­by lud­no­ści (po War­sza­wie i Kra­ko­wie), a pod wzglę­dem powierzch­ni czwar­tym (po War­sza­wie, Kra­ko­wie i Szcze­ci­nie). Mia­sto skła­da­ło się z kil­ku dziel­nic, nie­gdyś osad, któ­re pod­czas kolej­nych lat były włą­cza­ne w gra­ni­ce miej­skie. Każ­da z dziel­nic mia­ła swo­je zna­cze­nie geo­gra­ficz­ne, demo­gra­ficz­ne, gospo­dar­cze czy poli­tycz­ne i wła­sną spe­cy­fi­kę. Naj­waż­niej­sze wyda­rze­nia poli­tycz­ne i kul­tu­ral­ne odby­wa­ły się w Śród­mie­ściu. We wszyst­kich dziel­ni­cach znaj­do­wa­ły się wyod­ręb­nio­ne osie­dla admi­ni­stra­cyj­ne, róż­nią­ce się pod wie­lo­ma wzglę­da­mi. Te leżą­ce na obrze­żach cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się nie­co inną zabu­do­wą, a życie i czas pły­nę­ły tu wol­niej i o wie­le przy­jem­niej niż w cen­trum.
Jed­nym z takich osie­dli były Sto­ki, miesz­czą­ce się na pół­noc­no-wschod­nim krań­cu mia­sta. Teren ten leżał na wznie­sie­niach, przez co pla­so­wał się na dru­gim miej­scu (tuż za Par­kiem Wznie­sień Łódz­kich) w kla­sy­fi­ka­cji naj­wy­żej poło­żo­nych obsza­rów mia­sta. Tutej­sze uli­ce nosi­ły nawet iście tatrzań­skie nazwy, jak choć­by Gie­wont, Guba­łów­ka, Jano­si­ka czy Rysy.
Cięż­ko stwier­dzić, czy Sto­ki zamiesz­ki­wa­li ludzie bied­ni czy boga­ci, ponie­waż część obsza­ru zaj­mo­wa­ły wil­le wznie­sio­ne pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej przez oku­pan­tów nie­miec­kich dla swo­ich żoł­nie­rzy i urzęd­ni­ków. Były tu też dom­ki jed­no­ro­dzin­ne – pozo­sta­łość po wybu­do­wa­nych po trzy­dzie­stym szó­stym roku na Górze Sto­kow­skiej miesz­ka­niach dla lepiej sytu­owa­nych robot­ni­ków. Obraz ten kon­tra­sto­wał z nowo­cze­sny­mi, boga­to zdo­bio­ny­mi doma­mi, posta­wio­ny­mi na dużych dział­kach, gdzie naj­dziw­niej­sze krze­wy i drze­wa rosły wzdłuż pło­tów, wypo­sa­żo­nych w zaawan­so­wa­ną elek­tro­ni­kę antyw­ła­ma­nio­wą. Miesz­ka­li w nich ludzie zamoż­ni: urzęd­ni­cy, praw­ni­cy, leka­rze. Część wspo­mnia­nych domów mie­ści­ła się przy uli­cy Mor­skie Oko, któ­ra obec­nie była zablo­ko­wa­na przez poli­cyj­ny samo­chód od stro­ny uli­cy Jadwi­gi. Jedy­nie skręt z uli­cy Jano­si­ka nadal był otwar­ty, lecz nie­da­le­ko sta­ły trzy nie­ozna­ko­wa­ne auta poli­cyj­ne – dwie fur­go­net­ki nale­żą­ce do oddzia­łu sztur­mu­ją­ce­go oraz jeden opel insi­gnia, któ­re­go na co dzień uży­wa­li komi­sa­rze Piotr Krzy­ski i Łukasz Maj­ski.
– Nasi zablo­ko­wa­li już wylot uli­cy. Po każ­dej stro­nie dział­ki, na któ­rej stoi dom podej­rza­ne­go, jest jeden funk­cjo­na­riusz w goto­wo­ści – powie­dział zebra­nym w samo­cho­dzie poli­cjan­tom głów­no­do­wo­dzą­cy oddzia­łem, inspek­tor Marek Trzos. – Podej­rza­ny miesz­ka w trze­cim domu po lewej od wjaz­du. Na mój sygnał wkra­cza­my do akcji. Chło­pa­ki naj­pierw for­su­ją furt­kę, potem drzwi wej­ścio­we. Wcho­dzi­my w nastę­pu­ją­cej kolej­no­ści: pod­ko­mi­sa­rze Tumicz, Remisz, Wija­czek, Dudła, Komi­nar­ski, Czaj­ka, na koń­cu ja z wami – zwró­cił się do poli­cjan­tów z wydzia­łu zabójstw.
– Okej. Tutaj wy dowo­dzi­cie – odrzekł komi­sarz Krzy­ski.
Ze wszyst­kich wymie­nio­nych pod­ko­mi­sa­rzy Piotr i Łukasz naj­le­piej zna­li Domi­ni­ka Komi­nar­skie­go. Pozna­li go w cza­sie nauki w Wyż­szej Szko­le Poli­cji w Szczyt­nie. Był o rok wyżej, ale szyb­ko się zaprzy­jaź­ni­li. Spę­dza­li we trój­kę każ­dą wol­ną chwi­lę po zaję­ciach: na siłow­ni, w sal­ce do ćwi­czeń, dosko­na­ląc tech­ni­kę chwy­tów oraz wal­ki wręcz, lub po pro­stu w poko­ju w aka­de­mi­ku, gada­jąc o prze­stęp­czo­ści, akcjach i oso­bi­stych spra­wach. Po ukoń­cze­niu szko­ły wszy­scy zło­ży­li poda­nia o przy­dział do komi­sa­ria­tu przy uli­cy Koper­ni­ka. Los im sprzy­jał, bo już po tygo­dniu dosta­li wezwa­nie. Domi­ni­ka zawsze krę­cił oddział ude­rze­nio­wy, a Krzy­skie­go i Maj­skie­go docho­dze­niów­ka. Pra­ca jesz­cze bar­dziej zacie­śni­ła ich wza­jem­ne rela­cje. Piotr i Łukasz wie­dzie­li, że gdy­by wszy­scy z komi­sa­ria­tu, ba, nawet z komen­dy, się od nich odwró­ci­li, pierw­szą oso­bą, któ­ra sta­nę­ła­by w ich obro­nie, był­by Domi­nik. Ufa­li mu bez­gra­nicz­nie.
– Zga­dza się. Kami­zel­ki zało­żo­ne? Broń nała­do­wa­na? – Głos inspek­to­ra przy­wo­łał Krzy­skie­go do rze­czy­wi­sto­ści.
– Tak jest, sze­fie.
– Jeśli cho­dzi o podej­rza­ne­go, jest to męż­czy­zna lat trzy­dzie­ści osiem, oko­ło stu osiem­dzie­się­ciu dwóch cen­ty­me­trów wzro­stu, bar­czy­sty, krót­kie wło­sy, ciem­ny blon­dyn. Miesz­ka sam. Wszy­scy wie­dzą, jak wyglą­da? – zapy­tał musku­lar­ny komi­sarz Dudła.
Gdy pozo­sta­li kiw­nę­li gło­wa­mi, spoj­rzał jesz­cze raz na mapę tej czę­ści Sto­ków i na zdję­cia domu zro­bio­ne z ukry­cia przez jed­ne­go z funk­cjo­na­riu­szy, po czym prze­ka­zał je dalej.
– Zaczy­na­my za trzy minu­ty, kie­dy wszy­scy potwier­dzą goto­wość – skwi­to­wał głów­no­do­wo­dzą­cy Trzos.
Nie minę­ła minu­ta, a w krót­ko­fa­lów­ce zawie­szo­nej na szel­kach kami­zel­ki kulo­od­por­nej inspek­to­ra roz­brzmiał głos:
– Alfa jeden goto­wy. – Zna­czy­ło to, że poli­cjan­ci blo­ku­ją­cy tył uli­cy usta­wi­li się na swo­ich sta­no­wi­skach.
– Alfa dwa, trzy, czte­ry goto­wi. – Pozo­sta­li ludzie z oddzia­łu zaję­li pozy­cje wokół domu podej­rza­ne­go.
– Beta goto­wy – odpo­wie­dział inspek­tor Trzos. – Za dzie­sięć sekund wcho­dzi­my.
Gdy wszy­scy zaczę­li szep­tem odli­czać, Łukasz poczuł zna­jo­my dresz­czyk emo­cji.
– Trzy, dwa, jeden… wcho­dzi­my!

W tym samym cza­sie do kli­ni­ki przy alei Mic­kie­wi­cza wszedł wyso­ki, dobrze zbu­do­wa­ny, trzy­dzie­sto­kil­ku­let­ni męż­czy­zna o śnia­dej kar­na­cji i ciem­nych, choć nie­co już szpa­ko­wa­tych na skro­niach wło­sach. Ubra­ny był w zamszo­we, ciem­no­sza­re spodnie i czar­ną obci­słą bluz­kę z nadru­kiem Lin­kin Park. Prze­szedł nie­po­strze­że­nie pod taśmą poli­cyj­ną i dopie­ro kie­dy prze­kro­czył próg budyn­ku, zauwa­ży­ła go poste­run­ko­wa Kami­la Podol­ska, sto­ją­ca naprze­ciw­ko wej­ścia.
– Halo, a pan do kogo? Tutaj nie moż­na tak po pro­stu wejść.
– Do mnie mówisz, gli­no? – krzyk­nął męż­czy­zna.
– A do kogo? Nie widział pan taśmy poli­cyj­nej? – burk­nę­ła Kami­la, pod­cho­dząc do nie­zna­jo­me­go.
– Widzia­łem, ale niko­go przy niej nie było, więc wsze­dłem dalej. Nie­zbyt dobrze zabez­pie­cza­cie teren.
– Nie panu to oce­niać. I grzecz­niej pro­szę, bo zaraz zosta­nie pan stąd usu­nię­ty, a póź­niej oskar­żo­ny o wtar­gnię­cie na miej­sce zbrod­ni.
– Zbrod­ni? Żar­ty sobie stro­icie?
Dobry obser­wa­tor zauwa­żył­by, że pomi­mo nie­przy­jem­ne­go tonu i pozor­nej wyż­szo­ści roz­mów­ca był bar­dzo zde­ner­wo­wa­ny. Cały czas skrę­cał w pal­cach nit­kę wysta­ją­cą z koszul­ki.
– Nie mogę udzie­lić wię­cej infor­ma­cji. Kim pan w ogó­le jest? Popro­szę doku­men­ty.
– Rafał Mokul, ochro­niarz tej kli­ni­ki. Mam dzi­siaj dru­gą zmia­nę, ale zosta­łem wezwa­ny szyb­ciej, gdyż gli­ny chcą ze mną poroz­ma­wiać. – Męż­czy­zna mach­nął przed nosem poli­cjant­ki służ­bo­wym iden­ty­fi­ka­to­rem.
– W takim razie zapra­szam do komen­dan­ta.
Poste­run­ko­wa Podol­ska zapro­wa­dzi­ła męż­czy­znę do jed­ne­go z gabi­ne­tów lekar­skich. Wal­ski pro­wa­dził wła­śnie roz­mo­wę z innym poli­cjan­tem.
– Inspek­to­rze, przy­szedł świa­dek z fir­my ochro­niar­skiej.
– Chwi­la, chwi­la. Jaki świa­dek? Ja nic nie wiem i nic wam nie powiem – burk­nął Rafał Mokul. – Znam swo­je pra­wa.
– Myślę, że jed­nak powie nam pan bar­dzo dużo. A na sło­wo „świa­dek” pro­szę się nie obu­rzać. Każ­dy prze­słu­chi­wa­ny w danej spra­wie jest tak nazy­wa­ny. Może jed­nak naj­pierw się pan przed­sta­wi? – odparł zde­cy­do­wa­nym tonem komen­dant, po czym podał swo­je imię, nazwi­sko i funk­cję.
Mokul nie odpo­wie­dział, tyl­ko osten­ta­cyj­nie rzu­cił funk­cjo­na­riu­szo­wi legi­ty­ma­cję służ­bo­wą. Inspek­tor Wal­ski zła­pał ją, choć naj­chęt­niej cisnął­by nią w twarz bez­czel­ne­mu ochro­nia­rzo­wi. Nie zno­sił takich ordy­nar­nych ludzi. Nie chciał jed­nak zaogniać sytu­acji. Kil­ka­dzie­siąt lat w służ­bie pogłę­bi­ło jego pokła­dy cier­pli­wo­ści.
– Dowód popro­szę!
Po prze­ana­li­zo­wa­niu doku­men­tów pod każ­dym kątem, wraz z obej­rze­niem logo jed­nej z naj­bar­dziej zna­nych firm ochro­niar­skich Giza, komen­dant wie­dział już, że współ­pra­ca z Rafa­łem Moku­lem nie będzie łatwa, tak samo jak współ­pra­ca poli­cji z owym przed­się­bior­stwem.
– Jak dłu­go pra­cu­je pan w fir­mie Giza?
– A po co panu ta wie­dza?
– Ja tu zada­ję pyta­nia. I radził­bym odpo­wia­dać teraz, a nie w komi­sa­ria­cie.
– Stra­szy mnie pan? Myśli­cie, że się was boję? Nic nie zro­bi­łem, nie muszę udzie­lać żad­nych infor­ma­cji ani panu, ani pań­skim ludziom.
Inspek­tor nie rozu­miał, dla­cze­go ten czło­wiek jest tak bojo­wo nasta­wio­ny, szcze­gól­nie że na tere­nie, na któ­rym pra­cu­je, doszło do zabój­stwa i jeśli nie chce, aby podej­rze­nie padło na nie­go, powi­nien raczej współ­pra­co­wać z poli­cją. Chy­ba że coś ukry­wa, co wedle sta­ty­styk poli­cyj­nych u oso­by zwią­za­nej z miej­scem zbrod­ni zda­rza się nader czę­sto. Ale na razie nie było pod­staw, żeby go podej­rze­wać, tym bar­dziej że oso­ba głów­ne­go podej­rza­ne­go wykla­ro­wa­ła się bar­dzo szyb­ko. Trze­ba jed­nak spraw­dzić wszyst­kie wąt­ki oraz prze­słu­chać ludzi powią­za­nych z tą spra­wą. Wal­ski poha­mo­wał nara­sta­ją­cą złość i zapy­tał jesz­cze raz:
– Jako oso­ba zwią­za­na ze śledz­twem zobo­wią­za­ny jest pan do odpo­wie­dzi na nasze pyta­nia, więc zacznij­my od nowa. Jak dłu­go pra­cu­je pan w fir­mie Giza?
– Naj­pierw żądam wyja­śnień! O co cho­dzi i co tu się wła­ści­wie sta­ło? – Rafał Mokul pod­niósł głos.
– W łazien­ce na pierw­szym pię­trze zna­le­zio­no zwło­ki męż­czy­zny. Naj­praw­do­po­dob­niej był to jeden z uczest­ni­ków sesji tera­peu­tycz­nej. W związ­ku z tym musi­my zadać panu kil­ka pytań. – Komen­dant czuł, że za chwi­lę stra­ci cier­pli­wość.
– Tym bar­dziej nie będę odpo­wia­dał na żad­ne pyta­nia. Nic nie pamię­tam – odparł męż­czy­zna, po czym dodał z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem: – Komuś widocz­nie się nale­ża­ło.
– Ostrze­gam po raz ostat­ni: lepiej, żeby odpo­wie­dział pan na pyta­nie. – Inspek­tor prze­szył ochro­nia­rza ostrym wzro­kiem.
– Już powie­dzia­łem, nic nie pamię­tam. Skoń­czy­li­śmy roz­mo­wę. Do widze­nia. – Rafał Mokul odwró­cił się na pię­cie, lecz nie zdą­żył posta­wić kro­ku, gdy poczuł na ramie­niu moc­ny uścisk dło­ni komen­dan­ta. – Pusz­czaj, psie! – wark­nął, strą­ca­jąc dłoń.
Miar­ka się prze­bra­ła. Wal­ski zła­pał deli­kwen­ta za prze­gub i pro­stym chwy­tem wykrę­cił mu rękę do tyłu. Cen­ty­metr wyżej, a wyła­mał­by mu bark. Dodat­ko­wo, aby ochro­niarz nie mógł się wydo­stać z klesz­czy, inspek­tor prze­ło­żył dru­gie przed­ra­mię pod jego wol­ną koń­czy­ną, zła­pał go za wło­sy i wykrę­cił jego gło­wę w pra­wą stro­nę. Z takie­go uści­sku jedy­nie zaawan­so­wa­ny mistrz sztuk wal­ki mógł­by się uwol­nić. Wal­ski, choć ze wzglę­du na wiek nie brał już udzia­łu we wszyst­kich akcjach poli­cyj­nych, po latach radze­nie sobie na uli­cy z róż­ny­mi rze­zi­miesz­ka­mi wciąż odzna­czał się siłą i zręcz­no­ścią. Pochy­liw­szy świad­ka do przo­du, ruszył na scho­dy pro­wa­dzą­ce na pierw­sze pię­tro, a następ­nie skie­ro­wał się pro­sto do łazien­ki.
Tech­ni­cy zabez­pie­cza­li jesz­cze odci­ski, a cia­ło zamor­do­wa­ne­go leża­ło na środ­ku pod­ło­gi. W pro­gu inspek­tor lek­ko kop­nął Rafa­ła w tył kola­na, zmu­sza­jąc go do zaję­cia pozy­cji klę­czą­cej.
– Widzisz, gno­ju? Przy­patrz się dobrze! To Mar­cin Kar­kow­ski, któ­re­go bar­dzo czę­sto tu widy­wa­łeś. – Komen­dant nachy­lił się nad ochro­nia­rzem tak bli­sko, że czuł jego oddech. – Jeśli natych­miast nie zaczniesz gadać, oskar­żę cię o zabój­stwo i zapusz­ku­ję, a zarę­czam, że już za kil­ka godzin będę miał w ręku wnio­sek o trzy­mie­sięcz­ny areszt pod­pi­sa­ny przez pro­ku­ra­to­ra oraz sąd. O motyw się nie martw. Nie dość, że zna­łeś ofia­rę, to jesz­cze popa­dłeś z nią w kon­flikt, a zemsta jest bar­dzo moc­nym bodź­cem do zro­bie­nia róż­nych nie­wła­ści­wych rze­czy.
Rafał Mokul przez chwi­lę patrzył na zamor­do­wa­ne­go z prze­ra­że­niem oraz odra­zą. Nagle szarp­nął się i zwy­mio­to­wał do sto­ją­ce­go obok kosza na śmie­ci.
– Kto mu to zro­bił? – zapy­tał, nadal plu­jąc.
– Mam nadzie­ję, że ty mi to powiesz.
– Ale ja nic nie wiem. Skąd mam wie­dzieć, kto go tak urzą­dził!
– Zaczniesz współ­pra­co­wać czy mam cię zakuć? – Wal­ski okrę­cił kaj­dan­ki wokół swo­je­go ser­decz­ne­go pal­ca. Dopie­ro teraz zorien­to­wał się, że więk­szość funk­cjo­na­riu­szy przy­glą­da się tej sce­nie. Jeden z nich, sier­żant Jakub Kakol­ski – nazy­wa­ny Kubu­siem z powo­du chło­pię­cej uro­dy oraz mikrej postu­ry, mimo że miał pra­wie pięć­dzie­siąt pięć lat – dosko­czył do nich.
– Jakiś pro­blem, sze­fie?
– Wszyst­ko w porząd­ku, Kubuś. Tyl­ko kole­gę trze­ba będzie zawieźć do aresz­tu, żeby odświe­żyć mu pamięć.
– Nie, nie… już wszyst­ko powiem! – szyb­ko odparł ochro­niarz.
Gdy on i mun­du­ro­wi usie­dli na krze­słach przy nie­wiel­kim sto­licz­ku sto­ją­cym na środ­ku kory­ta­rza, komen­dant zapy­tał ponow­nie:
– Ile cza­su pra­cu­jesz w fir­mie, ile w tej kli­ni­ce?
Kubuś bez sło­wa wyjął notat­nik, gotów zapi­sać zezna­nia świad­ka.
– W Gizie pra­cu­ję od czte­rech lat – odparł Rafał Mokul, już bez cie­nia zło­ści. – Do zeszłej jesie­ni sie­dzia­łem na por­tier­ni w jed­nej z kor­po­ra­cji infor­ma­tycz­nych, potem zosta­łem tu prze­nie­sio­ny.
– Dla­cze­go szef posta­no­wił cię prze­nieść?
– Wyga­sła umo­wa z naszą fir­mą. Wszy­scy, któ­rzy tam pra­co­wa­li, zosta­li gdzieś odde­le­go­wa­ni albo ode­szli z pra­cy.
– Czy­li jesteś tu od dobrych kil­ku mie­się­cy? Co możesz powie­dzieć o ludziach, któ­rzy tu pra­cu­ją i uczęsz­cza­ją na sesje?
– Nie­wie­le. Dok­to­rzy są mili, kul­tu­ral­ni, ale pacjen­ci nie­ko­niecz­nie. Ja robię swo­je i nie wni­kam w ich życie. Pra­ca jest spo­koj­na, w mia­rę dobrze płat­na, a co mnie inte­re­su­ją inni. – Ochro­niarz po raz kolej­ny wytarł spo­co­ne dło­nie o nogaw­ki spodni.
– Nie mia­łeś żad­nych kon­flik­tów z per­so­ne­lem ani z uza­leż­nio­ny­mi? – Inspek­tor uniósł krza­cza­stą brew. Czuł, że od tego pyta­nia zaczną się nie­do­po­wie­dze­nia.
– Nic z tych rze­czy. Jestem spo­koj­nym czło­wie­kiem.
– Jasne, świad­czą o tym two­ja postu­ra, bicep­sy zro­bio­ne na siłow­ni oraz wąż wyta­tu­owa­ny na ramie­niu. Czy­li to nie ty mia­łeś kon­flikt z ofia­rą? Ponoć tyl­ko pomoc psy­cho­lo­gów zapo­bie­gła bija­ty­ce.
Tego pyta­nia Rafał się nie spo­dzie­wał. Ner­wo­wo prze­cze­sał ręką wło­sy.
– Nie, to nie byłem ja.
– Na pew­no? Żad­nych wyzwisk, obelg, kłót­ni? Prze­cież sam powie­dzia­łeś, że pacjen­ci kli­ni­ki nie są kul­tu­ral­ni.
– Cho­dzi­ło mi o to, że nie każ­dy się przy­wi­ta, tyl­ko albo coś odburk­nie, albo rzu­ci mię­sem…
– A czy zna­łeś ofia­rę wcze­śniej, jesz­cze przed tym, jak zaczę­ła przy­cho­dzić na sesję? – dopy­ty­wał inspek­tor. Wie­dział dosko­na­le, że ochro­niarz coś ukry­wa. Spo­dzie­wał się też, jaką za chwi­lę otrzy­ma odpo­wiedź.
– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Nie znam ludzi z pół­świat­ka, alko­ho­li­ków, prze­stęp­ców…
Po tych sło­wach inspek­tor Wal­ski wstał tak gwał­tow­nie, że krze­sło, na któ­rym sie­dział, z trza­skiem upa­dło na pod­ło­gę. Oparł się o blat sto­li­ka i nachy­lił do prze­słu­chi­wa­ne­go.
– Łżesz jak pies! – krzyk­nął męż­czyź­nie pro­sto w twarz. – Już masz zała­twio­ne czte­ry osiem w aresz­cie, a jesz­cze jed­no kłam­stwo i przez trzy mie­sią­ce pomiesz­kasz w celi.
– Ale ja mówię praw­dę – pisnął prze­ra­żo­ny Mokul, drżąc jak w febrze.
Inspek­tor był zbyt doświad­czo­nym wygą, żeby nie wie­dzieć, iż płacz­li­wy ton oraz drgaw­ki są ele­men­tem gry, ale musiał przy­znać, że świa­dek był bar­dzo wia­ry­god­ny; każ­dy mło­dy, nie­do­świad­czo­ny poli­cjant na pew­no by się nabrał.
– Gów­no praw­da – wyce­dził przez zęby. – Pogrą­żasz się. To ty zabi­łeś Mar­ci­na Kar­kow­skie­go. Nie wiem jesz­cze, jaki mia­łeś motyw, ale się dowiem. Zemsta za bój­kę, a może jakaś nie­za­ła­twio­na spra­wa z prze­szło­ści?
– Ale to nie ja! – Ochro­niarz pod­niósł ręce do góry.
– A może było tak: zna­li­ście się od kil­ku lat, ale poprzty­ka­li­ście się o jakiś łup z kra­dzie­ży, nar­ko­ty­ków, z lewe­go alko­ho­lu. A może cho­dzi­ło o kobie­tę? Spo­tka­łeś ofia­rę na sesji, daw­na nie­na­wiść odży­ła. Zoba­czy­łeś, że chłop się roz­pił, że ma z tym duży pro­blem. Zacza­iłeś się na nie­go w łazien­ce albo nawet go tam zwa­bi­łeś. A następ­nie zamor­do­wa­łeś. Pozo­sta­wia­jąc go w takim sta­nie, chcia­łeś zmy­lić poli­cję, rzu­ca­jąc podej­rze­nie na mania­kal­ne­go zabój­cę. Jed­nak wyrzu­ty sumie­nia kaza­ły ci wró­cić i przy­znać się do wszyst­kie­go.
– Stek bzdur! Z taką wyobraź­nią powi­nien pan książ­ki pisać, a nie pra­co­wać w poli­cji.
– Czyż­by? Czy­li to nie­praw­da? Nie zna­łeś ofia­ry wcze­śniej? – Wal­ski nie zwa­żał na zło­śli­we przy­ty­ki.
– Tak jak mówię, to wszyst­ko jest pań­ski wymysł. Nie znam… zna­czy nie zna­łem tego czło­wie­ka wcze­śniej. Pierw­szy raz zoba­czy­łem go kil­ka tygo­dni temu, jak przy­szedł na sesję.
– Oj, Rafał, czy ty myślisz, że ja się wczo­raj uro­dzi­łem? Mło­de­go szcza­wia może byś wyki­wał, ale nie mnie. Szcze­gól­nie że mamy zezna­nia pew­nej oso­by, któ­ra twier­dzi coś zupeł­nie inne­go. A wiesz, od kogo ta oso­ba wie, że wcze­śniej zna­łeś ofia­rę?
– No, od kogo? – rzu­cił zaczep­nie ochro­niarz, choć było widać, że jest wytrą­co­ny z rów­no­wa­gi. Na czo­le poja­wi­ły mu się kro­pel­ki potu. Tego już nie zdo­łał zagrać.
– Od cie­bie same­go. I co ty na to?
– Macie sła­be­go infor­ma­to­ra. Ja nic nie wiem – upie­rał się prze­słu­chi­wa­ny, jed­nak wyraź­nie tra­cił cier­pli­wość; nie­ustan­nie popra­wiał się na krze­śle, raz po raz zer­ka­jąc w stro­nę scho­dów.
– Lepiej prze­stań się wypie­rać i powiedz, o co wam poszło dwa tygo­dnie temu pod­czas sprzecz­ki na kory­ta­rzu. – Wal­ski czuł dziw­ny nie­po­kój podob­ny do tego, jaki towa­rzy­szył mu w akcjach pre­wen­cyj­nych, tak jak­by zbli­ża­ło się jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo.
– Nie pamię­tam żad­nej sprzecz­ki. To chy­ba nie ja w niej uczest­ni­czy­łem – ochro­niarz szedł w zapar­te.
– Hmm, jesteś ewe­ne­men­tem na ska­lę ludz­ko­ści.
– Dla­cze­go?
– Dwa tygo­dnie temu mia­łeś poważ­ny kon­flikt z męż­czy­zną zamor­do­wa­nym parę metrów dalej! – Inspek­tor pod­niósł głos, wska­zu­jąc łazien­kę. – Omal nie zosta­łeś przez nie­go pobi­ty. I w prze­cią­gu tych czter­na­stu dni o wszyst­kim zapo­mnia­łeś, tak? Pocze­kaj, zadzwo­nię do Mini­ster­stwa Zdro­wia z infor­ma­cją o nie­zwy­kłej zdol­no­ści bły­ska­wicz­ne­go zapo­mi­na­nia fak­tów. Sta­niesz się sław­ny!
– No widzi pan, cza­sem tak bywa – burk­nął Mokul z szy­der­czą miną.
– Dobra, koń­czy­my na dziś. Może za czter­dzie­ści osiem godzin coś sobie przy­po­mnisz. Kubuś, zabierz mi go sprzed oczu.
– Moment, nie może­cie mnie zatrzy­mać! Na jakiej pod­sta­wie?
– Arty­kuł sto czter­dzie­sty ósmy punkt pierw­szy kodek­su kar­ne­go: „Kto zabi­ja czło­wie­ka, pod­le­ga karze pozba­wie­nia wol­no­ści na czas nie krót­szy od lat ośmiu, karze dwu­dzie­stu pię­ciu lat pozba­wie­nia wol­no­ści albo karze doży­wot­nie­go pozba­wie­nia wol­no­ści” – wyre­cy­to­wał Kubuś, po raz pierw­szy włą­cza­jąc się do roz­mo­wy.
– Ale ja go nie zabi­łem. Na swo­ją obro­nę powiem wam dwie rze­czy – odrzekł ochro­niarz spo­koj­nym tonem. Za spo­koj­nym.
– No, słu­cha­my. – Inspek­tor, nie­co już znu­dzo­ny, wie­dział, że nie usły­szy nic nowe­go ani tym bar­dziej praw­dzi­we­go.
– Po pierw­sze, kie­dyś byłem świad­kiem roz­mo­wy zamor­do­wa­ne­go z panią psy­cho­log oraz z jesz­cze jed­nym z uza­leż­nio­nych, Toma­szem Fry­cem. Doty­czy­ła piro­tech­ni­ki, a dokład­nie pro­duk­cji bomb domo­wych, petard czy innych mate­ria­łów wybu­cho­wych. Z tego, co zro­zu­mia­łem, Tomasz bar­dzo się inte­re­so­wał tym tema­tem, chwa­lił się doświad­cze­niem w tym zakre­sie. Podob­no pro­du­ko­wał dla sie­bie jakieś bomb­ki i testo­wał je gdzieś w lesie. Mówił o tym z taką pasją, że aż ciar­ki prze­szły mi po ple­cach.
– To cie­ka­we, spraw­dzi­my to. Coś jesz­cze mówi­li?
– Dalej nic nie sły­sza­łem, bo weszli do gabi­ne­tu. Powie­dzia­łem już wszyst­ko, co wiem.
– Chy­ba żar­tu­jesz! – ryk­nął komen­dant. – Kła­miesz jak z nut!
– W takim razie powiem wam coś jesz­cze, ale szep­tem. Nie chcę, żeby inni sły­sze­li, bo tro­chę się wsty­dzę… – Rafał nachy­lił się ku poli­cjan­tom. – Ostat­nia spra­wa to…
Nagle szyb­kim ruchem wyjął z kie­sze­ni małą bute­lecz­kę sprayu. Zanim funk­cjo­na­riu­sze zdo­ła­li zare­ago­wać, męż­czy­zna psik­nął im czymś pro­sto w oczy, a następ­nie rzu­cił się w stro­nę scho­dów.
– Kur­wa! Moje oczy! – Mun­du­ro­wi osu­nę­li się na pod­ło­gę, trąc powie­ki.
– Łapać go! – wrza­snął na całe gar­dło komen­dant. – Pier­do­lo­ny gaz pie­przo­wy! Powi­nie­nem go prze­szu­kać, zanim usiadł.
Męż­czy­zna zdą­żył posta­wić nogę na pierw­szym stop­niu, gdy nie­spo­dzie­wa­nie dro­gę zagro­dził mu funk­cjo­na­riusz. Pierw­sza myśl, jaka prze­bie­gła przez umysł Rafa­ła, to że facet jest nie­by­wa­le wyso­ki – niczym Her­ku­les albo yeti. Kolej­na myśl nie zdą­ży­ła nadejść, gdyż poste­run­ko­wy Adam Tomic­ki zła­pał ucie­ki­nie­ra za obręcz pier­sio­wą jed­ną ręką, za udo dru­gą, a następ­nie cisnął nim w prze­ciw­le­głą ścia­nę. Ude­rze­nie było tak sil­ne, że nos Moku­la pękł w zde­rze­niu z żel­be­to­nem, a na pra­wym łuku brwio­wym poja­wi­ła się krwa­wa rana. Ochro­niarz na chwi­lę stra­cił świa­do­mość.
Nikt nie był zdzi­wio­ny reak­cją Ada­ma, ponie­waż każ­dy w komi­sa­ria­cie, w sądzie, a nawet w szem­ra­nych dziel­ni­cach mia­sta znał wiel­ką odwa­gę połą­czo­ną z nad­mier­ną siłą funk­cjo­na­riu­sza. Mie­rzył dwie­ście dzie­więć cen­ty­me­trów wzro­stu, co przy stu dwu­dzie­stu kilo­gra­mach żywej wagi bez­dy­sku­syj­nie budzi­ło respekt. Ponad­to poste­run­ko­wy Tomic­ki ze swo­ich trzy­dzie­stu trzech lat życia dwa­dzie­ścia spę­dził na tre­nin­gach pod­no­sze­nia cię­ża­rów. Odno­sił licz­ne suk­ce­sy na szcze­blu woje­wódz­kim i kra­jo­wym. Miał szan­sę wystą­pić w repre­zen­ta­cji pod­czas Mistrzostw Euro­py, lecz odmó­wił bra­nia odży­wek nie­wia­do­me­go pocho­dze­nia. W ramach kary wyda­lo­no go z kadry i klu­bu. Wte­dy wstą­pił do poli­cji. Był zna­ny z tego, że sam zgła­sza się do naj­trud­niej­szych akcji i zawsze wycho­dzi z nich obron­ną ręką. Jego poczy­na­nia sta­ły się tak sław­ne, że wraz z Grze­go­rzem Nowa­kiem w łódz­kim świe­cie prze­stęp­czym zyska­li mia­no dwu­oso­bo­we­go szwa­dro­nu śmier­ci.
– Mam go, sze­fie – powie­dział Adam zaska­ku­ją­co wyso­kim gło­sem, zakła­da­jąc kaj­dan­ki nie­do­szłe­mu zbie­go­wi. – Ale chy­ba potrze­bu­je leka­rza.
– Dawać mi tu nasze­go medy­ka. Niech zoba­czy, czy sta­ło mu się coś poważ­ne­go. A jak nie, to opa­trzyć i odwieźć mi to gów­no na Smut­ną ! – Komen­dant nadal przy­ci­skał pal­ce do oczu. Pró­bo­wał się dostać do wyj­ścia, ale zaha­czył kola­nem o blat małe­go sto­li­ka. Zaklął siar­czy­ście. Wie­dział, że dzia­ła­nie gazu przej­dzie samo­czyn­nie. W prze­wiew­nym miej­scu wystar­czy godzi­na, może dwie. Znał lep­szą meto­dę – prze­my­cie twa­rzy zim­ną wodą z mydłem nie­za­wie­ra­ją­cym olej­ków – ale dostał cen­tral­nie w oczy. Naj­le­piej, jak obej­rzy go spe­cja­li­sta.
– Kubuś, żyjesz? – zwró­cił się do kole­gi.
– Tak, ale w takich chwi­lach prze­kli­nam dzień, w któ­rym zosta­łem poli­cjan­tem. A dzi­siaj jesz­cze jest mecz w tele­wi­zji.
– Ciesz się, że dosta­łeś gazem, a nie kwa­sem. Ina­czej już nigdy o żad­nym meczu byś się nie dowie­dział – skwi­to­wał Wal­ski, po czym zwró­cił się do Tomic­kie­go: – Dobra robo­ta, Adaś. Na cie­bie zawsze moż­na liczyć.

Kie­dy inspek­tor Marek Trzos wydał roz­kaz roz­po­czę­cia akcji, samo­chód z funk­cjo­na­riu­sza­mi uzbro­jo­ny­mi w kara­bi­ny auto­ma­tycz­ne HK 416 kali­bru 5,56 mili­me­tra, broń krót­ką Glock kali­ber 9x19 mili­me­tra, kami­zel­ki kulo­od­por­ne oraz heł­my skrę­cił gwał­tow­nie w uli­cę Mor­skie Oko, po czym zatrzy­mał się przy trze­ciej pose­sji. Dru­ga fur­go­net­ka sta­nę­ła w poprzek uli­cy, kil­ka metrów od bra­my wjaz­do­wej domu z nume­rem pierw­szym. Tyl­ne roz­su­wa­ne drzwi aut otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie i człon­ko­wie oddzia­łu ude­rze­nio­we­go wybie­gli na uli­cę. Zaję­li pozy­cje przy ogro­dze­niu oka­la­ją­cym budy­nek. Naj­pierw, po ude­rze­niu spe­cjal­ne­go tara­na, pod­da­ła się furt­ka, a następ­nie, zale­d­wie po kil­ku­na­stu sekun­dach, rów­nież drzwi wej­ścio­we. Dział­ka, na któ­rej stał dom, mia­ła kształt kwa­dra­tu o wymia­rach sześć­dzie­siąt na sześć­dzie­siąt metrów. W głę­bi stał jed­no­pię­tro­wy budy­nek, poma­lo­wa­ny na kolor pur­pu­ro­wy na par­te­rze i gra­na­to­wy na pię­trze. Wio­dła doń ścież­ka z kolo­ro­wej kost­ki, sta­ran­nie uło­żo­nej od samej furt­ki. Po obu stro­nach tuż przy chod­ni­ku rosły buj­nie brat­ki, tuli­pa­ny, peonie i róże. Dalej roz­cią­ga­ła się rów­no przy­strzy­żo­na tra­wa. Cało­ści dopeł­niał muro­wa­ny garaż z elek­trycz­ną bra­mą, sty­ka­ją­cy się z domo­stwem.
Gdy­bym nie wie­dział, że miesz­ka tu alko­ho­lik podej­rza­ny o mor­der­stwo, pomy­ślał­bym, że faj­nie wpaść na popo­łu­dnio­wą kawę i cia­stecz­ko do tak pięk­nie utrzy­ma­nej pose­sji, stwier­dził w duchu Krzy­ski.
Po wywa­że­niu drzwi wej­ścio­wych dwóch poli­cjan­tów kuc­nę­ło przy nie­wiel­kim kory­ta­rzy­ku, a dwóch kolej­nych uda­ło się do poko­ju po lewej stro­nie holu. Jeden sta­nął przy scho­dach pro­wa­dzą­cych na pię­tro, gdzie uda­li się następ­ni trzej mun­du­ro­wi. Po spraw­dze­niu kuch­ni peł­nej nowo­cze­snych sprzę­tów poli­cjan­ci prze­szu­ka­li jesz­cze małą łazien­kę wraz z przy­le­głą gar­de­ro­bą.
Dom był pusty. Wszyst­ko har­mo­nij­nie w nim poukła­da­no, rów­niu­sień­ko jak na wysta­wie skle­po­wej. Moż­na by pomy­śleć, że zbyt sta­ran­nie jak na samot­ne­go męż­czy­znę. Garaż wyglą­dał tak samo schlud­nie. Wszel­kie narzę­dzia ogrod­ni­cze, gwoź­dzie, nakręt­ki, pusz­ki z far­ba­mi pose­gre­go­wa­no według wiel­ko­ści na meta­lo­wych rega­łach na koń­cu pomiesz­cze­nia. W gara­żu stał ciem­no­sza­ry samo­chód kom­bi mar­ki Volvo bez tablic reje­stra­cyj­nych.
– Par­ter czy­sty – oznaj­mił komi­sarz Roman Tumicz.
W tym samym cza­sie jego kole­dzy prze­szu­ki­wa­li pierw­sze pię­tro. Po nie­ca­łych dwóch minu­tach wszy­scy zebra­ni usły­sze­li głos w krót­ko­fa­lów­kach:
– Pię­tro czy­ste. Nie ma tu niko­go. Może­cie wcho­dzić na górę.
Inspek­tor Trzos, komi­sarz Krzy­ski i Łukasz Maj­ski wbie­gli po scho­dach na pierw­szą kon­dy­gna­cję. Pię­tro domu skła­da­ło się z kory­ta­rza cią­gną­ce­go się aż do prze­ciw­le­głe­go koń­ca budyn­ku, zakoń­czo­ne­go oknem bal­ko­no­wym. Z kory­ta­rza moż­na było wejść do trzech dużych pokoi. Każ­dy z nich peł­nił inną funk­cję. W pierw­szym po lewej od scho­dów mie­ścił się gabi­net, w któ­rym sta­ły potęż­ne biur­ko w sta­rym sty­lu, podob­ne krze­sło i biblio­tecz­ka, roz­cią­ga­ją­ca się przez całą sze­ro­kość pomiesz­cze­nia. Bez­po­śred­nio za gabi­ne­tem znaj­do­wa­ła się sypial­nia, rów­nież urzą­dzo­na ze sma­kiem. Cen­tral­ne miej­sce zaj­mo­wa­ło tu dwu­oso­bo­we mał­żeń­skie łoże, przy­kry­te kre­mo­wą narzu­tą. Ostat­nie pomiesz­cze­nie było salo­nem. Oprócz dro­gich antycz­nych mebli mie­ści­ły się tu skó­rza­na sofa i wiel­ki tele­wi­zor LCD.
Poli­cjan­ci, roz­glą­da­jąc się po pomiesz­cze­niach, prze­ży­wa­li swo­iste déjà vu. Wszę­dzie pano­wa­ły taki sam ład i porzą­dek jak na par­te­rze. Nawet łazien­ka, któ­ra przy­le­ga­ła do sypial­ni, świe­ci­ła na błysk, a na kosme­ty­kach i cera­micz­nych dro­bia­zgach nie było ani dro­bi­ny kurzu. Ta ste­ryl­ność budzi­ła nie­okre­ślo­ne uczu­cie gro­zy.
– Dom jest czy­sty jak muzeum – skon­sta­to­wał poli­cjant z oddzia­łu ude­rze­nio­we­go. – I tu miesz­ka były alko­ho­lik? Nie pomy­li­li­ście adre­su?
– W naszej bazie figu­ru­je ten adres – odpo­wie­dział rów­nie zdzi­wio­ny Krzy­ski. – Pra­wie jak u cie­bie, Łukasz.
– Porzą­dek rzecz cen­na, a nie jak w tej two­jej śmie­ciar­ce – odciął się Maj­ski ku ucie­sze kole­gów.
– Prze­szu­kać dom – roz­ka­zał inspek­tor Trzos.
Poli­cjan­ci podzie­li­li się na kil­ka grup i zaczę­li prze­szu­ki­wać poszcze­gól­ne poko­je. Komi­sa­rzo­wi Krzy­skie­mu i Łuka­szo­wi Maj­skie­mu przy­pa­dła w udzia­le sypial­nia. Mimo prze­glą­da­nia szu­flad z ubra­nia­mi, męski­mi kosme­ty­ka­mi, gaze­ta­mi czy przed­mio­ta­mi codzien­ne­go użyt­ku nie uda­ło się zna­leźć nic, co mogło­by się oka­zać poży­tecz­ne dla pro­wa­dzo­ne­go śledz­twa.
Podob­nie było w pozo­sta­łych pomiesz­cze­niach.
– Wszę­dzie czy­sto. Nor­mal­nie dom naj­bar­dziej nie­win­ne­go face­ta na zie­mi – stwier­dził komi­sarz Krzy­ski. – A już myśla­łem, że dorwie­my gościa i zamknie­my spra­wę.
Zre­zy­gno­wa­ny usiadł na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się o łóż­ko. Nagle zoba­czył coś zakłó­ca­ją­ce­go panu­ją­cy wokół porzą­dek. Jakiś odbłysk odbi­ja­ją­cy świa­tło przed­po­łu­dnio­we­go słoń­ca. Wypro­sto­wał się i zno­wu to zoba­czył. Zmru­żył oczy i zlo­ka­li­zo­wał źró­dło świa­tła – pod sza­fą, przy któ­rej kucał Łukasz, spraw­dza­jąc rze­czy na jej dnie.
– Coś mam. Do trzech razy sztu­ka! – Piotr kla­snął w dło­nie, po czym wstał i ruszył w kie­run­ku sza­fy.
– Gdzie? Ja nic nie zauwa­ży­łem – odrzekł zdez­o­rien­to­wa­ny Łukasz.
– Za sza­fą. – Krzy­ski poło­żył się na pod­ło­dze i spoj­rzał w ciem­ną otchłań. – Daj mi latar­kę.
Dopie­ro gdy poświe­cił z boku, spo­strzegł czu­bek ostrza wiszą­ce­go od zewnątrz na tyl­nej ścia­nie mebla. Spró­bo­wał prze­su­nąć sza­fę, jed­nak solid­na, drew­nia­na kon­struk­cja, na doda­tek wypeł­nio­na rze­cza­mi, nie drgnę­ła ani o cen­ty­metr.
– Pomo­żesz mi czy będziesz patrzył, jak się mocu­ję z tą kupą drew­na? – rzu­cił do part­ne­ra.
Razem też nie szło łatwo, ale po kil­ku moc­nych szarp­nię­ciach bok sza­fy odsu­nął się o kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów, tak że moż­na było zoba­czyć, co znaj­du­je się z tyłu, a nawet się­gnąć po to ręką. Krzy­ski i Maj­ski patrzy­li na szes­na­sto­cen­ty­me­tro­wy nóż myśliw­ski typu Joker Ara­be Bubin­ga z cha­rak­te­ry­stycz­ną ręko­je­ścią i lśnią­cą głow­nią. Przy­twier­dzo­ny był dwo­ma kawał­ka­mi gru­bej taśmy kle­ją­cej do tyl­nej ścia­ny sza­fy.
Łukasz, jak zwy­kle przy­go­to­wa­ny do wszyst­kie­go w spo­sób per­fek­cyj­ny, wycią­gnął z kie­sze­ni mini­lam­pę ultra­fio­le­to­wą, któ­rej świa­tło pozwo­li­ło spraw­dzić, czy na ostrzu zosta­ły śla­dy krwi, nawet po jego dokład­nym umy­ciu. Wystar­czy­ła sekun­da, żeby mun­du­ro­wi zoba­czy­li nie­rów­no­mier­ne flu­ore­scen­cyj­ne pla­my przy­po­mi­na­ją­ce odci­ski pal­ców bez linii papi­lar­nych.
– Ty to masz wzrok – powie­dział Maj­ski, po czym deli­kat­nie, dłoń­mi w jed­no­ra­zo­wych ręka­wicz­kach, ode­rwał rekwi­zyt i scho­wał go do toreb­ki na dowo­dy. – Szczę­ście zaczy­na nam sprzy­jać. A już myśla­łem, że nic tu po nas.
Komi­sarz Krzy­ski zdą­żył poki­wać gło­wą, gdy do sypial­ni wszedł Paweł Dudła, jeden ze sztur­mow­ców.
– Mamy coś cie­ka­we­go – powie­dział. – Musi­cie to zoba­czyć.
Funk­cjo­na­riu­sze uda­li się za kole­gą do gabi­ne­tu. W rogu poko­ju pochy­lo­ny Domi­nik Komi­nar­ski usil­nie się w coś wpa­try­wał. Na pod­ło­dze przed nim sta­ła butel­ka po ćwiart­ce wód­ki. Rzecz niby bez zna­cze­nia, gdy­by nie poma­lo­wa­ne na czar­no dno butel­ki, oło­wia­na płyt­ka, do któ­rej przy­kle­jo­ne było zna­le­zi­sko, oraz dwie nie­wiel­kie zło­żo­ne na pół kart­ki – jed­na scho­wa­na pod meta­lo­wą płyt­ką, a dru­ga przy­cze­pio­na do kor­ka. Widok ten od razu przy­po­mniał komi­sa­rzom zwło­ki męż­czy­zny z den­kiem wysta­ją­cym z odby­tu.
– Zna­leź­li­śmy ją pod koniec prze­szu­ka­nia. Zasła­nia­ła ją ta pal­ma. – Komi­nar­ski wska­zał na donicz­kę z juką wyso­ką na pra­wie metr.
– A my mamy to. – Maj­ski wycią­gnął przed sie­bie toreb­kę dowo­do­wą z nożem w środ­ku.
– Trzy ukry­te przed­mio­ty, nie ma mowy o przy­pad­ku – sko­men­to­wał inspek­tor Trzos, któ­ry wła­śnie sta­nął w drzwiach.
– Jak to trzy? – zdzi­wił się Krzy­ski.
– To Wła­dek wam nie poka­zał? W gara­żu pod samo­cho­dem chło­pa­ki odkry­li zakrwa­wio­ną brą­zo­wą pod­ko­szul­kę z graf­fi­ti. Była przy­cze­pio­na do pod­wo­zia auta. Zosta­ła zabez­pie­czo­na i odnie­sio­na do nasze­go wozu. A to co? – Inspek­tor przyj­rzał się butel­ce. Następ­nie za pomo­cą nie­wiel­kich szczy­piec zdjął kart­kę z kor­ka i poło­żył ją na bla­cie biur­ka. Gdy roz­chy­lił obie poło­wy, oczom mun­du­ro­wych uka­zał się tekst uło­żo­ny z liter wycię­tych z kolo­ro­wych gazet:

Jeste­ście w moim domu, ale mnie tu nie ma.
Wła­śnie popeł­niam kolej­ne mor­der­stwo.
Na kart­ce niżej znaj­dzie­cie szcze­gó­ły.

– Sukin­syn… – syk­nął Domi­nik. – Zro­bił nas w chu­ja. Jak go dorwę, udu­szę goły­mi ręka­mi.
– Zobacz­my tę dru­gą kart­kę. – Krzy­ski już się­gał po butel­kę, gdy usły­sze­li trzask w krót­ko­fa­lów­kach.
– Zna­leź­li­śmy coś w ogro­dzie. To chy­ba zwło­ki – zako­mu­ni­ko­wał pod­ko­mi­sarz Bar­tosz Wija­czek.
– Już idzie­my – odparł szef oddzia­łu. – Pio­trek, chodź ze mną. Łukasz, Domi­nik i Patryk, wy zostań­cie. Sprawdź­cie, co jest na tej zasra­nej kart­ce.
Poli­cjan­ci, nie zwle­ka­jąc, kuc­nę­li przy butel­ce. Inspek­tor Trzos i komi­sarz Krzy­ski byli już w pro­gu, kie­dy Łukasz, wziąw­szy do lewej ręki nie­wiel­kie szczyp­ce uży­wa­ne do zbie­ra­nia dowo­dów, pra­wą odchy­lił szkla­ny przed­miot, tak że jed­na część oło­wia­nej płyt­ki unio­sła się nie­co. Wte­dy roz­legł się cichy dźwięk o wyso­kiej czę­sto­tli­wo­ści przy­po­mi­na­ją­cy klik­nię­cie. Komi­sarz Krzy­ski odwró­cił się gwał­tow­nie. Dosko­na­le znał ten rodzaj dźwię­ku.
– Łukasz, nie! – krzyk­nął z całej siły.
W następ­nej sekun­dzie nastą­pi­ła potęż­na eks­plo­zja.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy