Wywiady

Rozliczenia z przeszłością – wywiad z Igorem Brejdygantem

Igor Brej­dy­gant to pol­ski autor powie­ści kry­mi­nal­nych, ale o wie­le bar­dziej zna­ny jest jako sce­na­rzy­sta, reży­ser i foto­graf. W obszer­nej roz­mo­wie opo­wia­da m.in. o tym, jak było prze­sta­wić się z ope­ro­wa­nia obra­zem na sło­wa, kim czu­je się w więk­szym stop­niu, ale też o swo­im pro­ble­mie z alko­ho­lem.

Anna Tess Gołę­biow­ska-Kmie­ciak: Jest Pan sce­na­rzy­stą i reży­se­rem, wykształ­ce­nie ma Pan też fil­mo­we, a jed­nak coraz wię­cej Pana w lite­ra­tu­rze. Skąd ta zmia­na?

Igor Brej­dy­gant: Chy­ba od zawsze lubi­łem pisać. W klu­czo­wej roli w fil­mie fabu­lar­nym poja­wi­łem się też za pośred­nic­twem pió­ra, debiu­tu­jąc w 2006 roku jako sce­na­rzy­sta fil­mu Palimp­sest. W klu­czo­wej, bo tak napraw­dę z fil­mem byłem zwią­za­ny znacz­nie wcze­śniej, kie­dy dzia­ła­łem jako asy­stent reży­se­ra, tłu­macz, best boy czy w koń­cu nawet jako dru­gi reży­ser. Sce­na­riusz to jed­nak – obok reży­se­rii, ope­ro­wa­nia świa­tłem, akto­rów i mon­ta­żu – rzecz dla fil­mu naj­bar­dziej zasad­ni­cza.

A. G.-K.: Czy trud­no było prze­sta­wić się na ope­ro­wa­nie sło­wem zamiast obra­zu?

I. B.: Mam chy­ba dość lite­rac­ką wyobraź­nię; zda­rza mi się, szcze­gól­nie gdy się twór­czo przy­tkam, zaczy­nać pisa­nie od opi­sów słow­nych miej­sca, dopie­ro po chwi­li sło­wo przy­wo­łu­je obra­zy. Zresz­tą, jak dosko­na­le wie­my, „na począt­ku było Sło­wo”. A bar­dziej serio: prze­sta­wie­nie się z pisa­nia sce­na­riu­szy na pisa­nie powie­ści było pew­nym wyzwa­niem, ale w sło­wie jako takim robi­łem od zawsze. Jako asy­stent reży­se­ra też musia­łem bar­dzo dużo pra­co­wać na sce­na­riu­szach, czy­li na sło­wie.

A. G.-K.: Co jest trud­niej­sze do napi­sa­nia – sce­na­riusz czy powieść?

I. B.: Każ­da z tych dwóch rze­czy jest trud­na ina­czej, a nawet tro­chę trud­na na odwrót. W sce­na­riu­szu trze­ba sło­wo ogra­ni­czać – dida­ska­lia są ską­pe, trze­ba zawie­rać tyl­ko esen­cję opi­so­wą i akcyj­ną, w powie­ści słów musi być spo­ro, bo czy­tel­nik cze­ka na pożyw­kę dla swo­jej wyobraź­ni, obraz­ków jako takich prze­cież nie dosta­je. Sło­wem mogę powie­dzieć, że sce­na­riusz jest trud­ny, bo trze­ba w nim ogra­ni­czać sło­wo, a powieść – bo sło­wem trze­ba obsłu­żyć wszyst­ko.

A. G.-K.: Kim Pan teraz jest – fil­mow­cem, któ­ry pisu­je książ­ki czy pisa­rzem, któ­ry pra­cu­je nad fil­ma­mi i seria­la­mi?

I. B.: Zale­ży jakie kry­te­ria przy­ło­żyć; jeśli zarob­ko­we, to wciąż bar­dziej jestem fil­mow­cem, jeśli kry­te­rium cza­su zade­dy­ko­wa­ne­go danej dzie­dzi­nie, to już bar­dziej pisa­rzem. A jeśli przy­ło­żyć kry­te­rium tego, jak ja sam się czu­ję, to… nie wiem 🙂 Chy­ba już chciał­bym móc oddać się pisar­stwu, bo to lep­sze zaję­cie na okres w życiu po minię­ciu smu­gi cie­nia, nie trze­ba wsta­wać o świ­cie i dener­wo­wać się, że ktoś nie przy­szedł, pada deszcz, a mia­ło być słoń­ce itd. To jeśli cho­dzi o reży­se­rię, a sce­no­pi­sar­stwo? Do tej pory napi­sa­łem powieść na pod­sta­wie sce­na­riu­sza, myślę, że bar­dziej „po boże­mu” było­by robić na odwrót, czy­li jed­nak naj­pierw pisać książ­ki.

A. G.-K.: Ogól­nie rzecz bio­rąc jest Pan nie­sa­mo­wi­cie zaję­tym czło­wie­kiem – co chwi­lę widzi­my zapo­wiedź jak nie seria­lu to fil­mu, jak nie fil­mu to książ­ki, nad któ­rą Pan pra­cu­je. Skąd ma Pan na to siły? W jaki spo­sób jest Pan w sta­nie zapa­no­wać nad taką ilo­ścią histo­rii?

I. B.: Nie wiem 🙂 Ogól­nie w naszym zawo­dzie czy zawo­dach jest tak, że albo panu­je total­na posu­cha albo jest potop i klę­ska uro­dza­ju. Nie ukry­wam, że jed­no i dru­gie jest dosyć męczą­ce, bo kie­dy posu­cha to nie ma za co pójść po zaku­py, a jak potop to nie ma jak zaczerp­nąć powie­trza. Może wyni­ka to po czę­ści z tego, że za napi­sa­nie odcin­ka sce­na­riu­sza zara­bia­my w przy­bli­że­niu dzie­sięć razy mniej, niż wyno­si naj­niż­sza staw­ka za to samo na przy­kład w USA, pod­czas gdy kilo­gram chle­ba kosz­tu­je w Kali­for­nii zale­d­wie pół­to­ra raza wię­cej, niż na Mazow­szu. Wra­ca­jąc nato­miast do Pani pyta­nia o to, jak panu­ję nad taką ilo­ścią histo­rii (od sie­bie dodam, że wią­że się to też z pano­wa­niem nad ogrom­ną ilo­ścią boha­te­rów, zależ­no­ści, rela­cji, kolo­ry­tów, sce­no­gra­fii, etc.): po pro­stu sta­ram się robić sobie prze­gród­ki w mózgu. Nie­ste­ty cza­sem są jakieś prze­cie­ki i boha­ter w jed­nej opo­wie­ści nazy­wa się na przy­kład tak samo jak w innej, choć przy­naj­mniej na razie nic poza tym ich nie łączy, więc nie jest jesz­cze naj­go­rzej.

A. G.-K.: Od jakie­goś cza­su wzra­sta ran­ga seria­li wzglę­dem fil­mów – z jed­nej stro­ny rosną ich budże­ty, z dru­giej tele­wi­zja czę­sto się­ga po tema­ty, któ­rych fil­my oba­wia­ją się ze wzglę­du na kate­go­rię wie­ko­wą, któ­ra ogra­ni­czy­ła­by wpły­wy z bile­tów. Wresz­cie, to w seria­lach poświę­ca się wię­cej cza­su np. na rys psy­cho­lo­gicz­ny boha­te­rów, gdy w fil­mie kino­wym pew­ne kwe­stie siłą rze­czy muszą być uprosz­czo­ne. Powo­li ten­den­cja ta sta­je się widocz­na też w Pol­sce i jed­nym z jej rezul­ta­tów jest powsta­nie Bel­le Epo­que, nad któ­rym Pan pra­co­wał. I jak to jest w Pana przy­pad­ku – czy serial pozwo­lił Panu roz­wi­nąć skrzy­dła?

I. B.: W pew­nym sen­sie na pew­no. W koń­cu to z Para­dok­su, któ­ry był moim seria­lem autor­skim (sam go wymy­śla­łem, sam go pisa­łem w cało­ści), wyni­kła potem też i moja pierw­sza powieść. W związ­ku z tym to przy tym seria­lo­wym przed­się­wzię­ciu naj­sze­rzej roz­wi­ną­łem skrzy­dła – jak do tej pory. Jeśli cho­dzi o Bel­le Epo­que, to było przed­się­wzię­cie tro­chę innej natu­ry. Po pierw­sze mój udział, pomi­mo iż byłem tak zwa­nym head auto­rem (czy­li jak­by sze­fem dzia­łu lite­rac­kie­go przy tym seria­lu), tak napraw­dę to było dzie­ło wspól­ne trzech sce­na­rzy­stów, któ­rych wkład był podob­ny. Przy pro­jek­cie pra­co­wa­łem z Mar­kiem Bukow­skim i z Macie­jem Dan­ce­wi­czem, szcze­gól­nie Maciej był posta­cią bar­dzo waż­ną, bo to jego histo­rycz­na eks­per­ty­za dawa­ła nam punkt odnie­sie­nia do budo­wa­nia histo­rii. Co do psy­cho­lo­gii zaś, w przy­pad­ku Bel­le Epo­que nie do koń­ca mie­li­śmy miej­sce na to, żeby jakoś moc­no ją roz­bu­do­wać, ponie­waż był to serial z gatun­ku epi­zo­dycz­nych; sku­pia­my się w nich głów­nie na roz­wią­zy­wa­niu poszcze­gól­nych spraw, a nie na jakiejś jed­nej spra­wie – jak na przy­kład w Dia­gno­zie, żeby pozo­stać w TVN. W seria­lach kon­ty­nu­acyj­nych – czy­li takich, któ­re sku­pia­ją się głów­nie na jed­nym wąt­ku – jest znacz­nie wię­cej cza­su i miej­sca na to, by nary­so­wać por­tre­ty psy­cho­lo­gicz­ne głów­nych, a nawet pobocz­nych boha­te­rów.

A. G.-K.: Czy stwo­rze­nie histo­rii kry­mi­nal­nej dzie­ją­cej się na prze­ło­mie XIXXX wie­ku było wyzwa­niem? Wszak nie było wte­dy mnó­stwa narzę­dzi, któ­re mamy obec­nie, i bez któ­rych wykry­cie spraw­ców wyda­je się nie­wy­ko­nal­ne…

I. B.: Wyzwa­niem oczy­wi­ście było, acz jesz­cze więk­szym wyzwa­niem, jak sądzę, było roz­wią­za­nie w tam­tym cza­sie zagad­ki kry­mi­nal­nej. Wła­śnie w związ­ku z ogra­ni­czo­ną ilo­ścią narzę­dzi. Ten brak narzę­dzi był jed­nak czymś na tyle fra­pu­ją­cym z naszej per­spek­ty­wy, że wła­ści­wie na nim w pew­nym sen­sie opar­li­śmy histo­rię. Dodat­ko­wo tam­ten okres, zwa­ny nie bez koze­ry pięk­ną epo­ką, zapi­sał się w histo­rii mię­dzy inny­mi tym, że na prze­strze­ni kil­ku­dzie­się­ciu lat we wszyst­kich dzie­dzi­nach nauki i tech­ni­ki świat poczy­nił ogrom­ny postęp. Myślę, że moż­na by spo­koj­nie prze­pro­wa­dzić pew­ną ana­lo­gię pomię­dzy tam­ty­mi cza­sa­mi a dzi­siej­szy­mi. Tro­chę się cza­sem zresz­tą boję, żeby ta ana­lo­gia nie mia­ła przy­pad­kiem podob­ne­go fina­łu. Co było koń­cem Bel­le epo­que wszy­scy wie­my. W każ­dym razie dzię­ki temu, że świat szedł w tam­tych cza­sie tak bar­dzo naprzód, to naprzód szła też kry­mi­na­li­sty­ka i wie­le z narzę­dzi, któ­re słu­żą poli­cjan­tom i docho­dze­niow­com po dziś dzień, powsta­ło wła­śnie wte­dy. O tym też opo­wia­da­li­śmy w seria­lu.

A. G.-K.: Zosta­jąc przy seria­lach – czy oglą­da Pan jakieś regu­lar­nie? Czy są tytu­ły, któ­re pole­cił­by Pan swo­im fanom?

I. B.: Jest jeden serial, na któ­ry cze­kam każ­de­go roku mniej wię­cej jak dziec­ko na Świę­te­go Miko­ła­ja. Tym seria­lem jest Home­land, czy­li opo­wieść o tym, co tak napraw­dę dzie­je się w świe­cie mię­dzy­na­ro­do­wej poli­ty­ki, poka­za­na z per­spek­ty­wy ludzi zatrud­nio­nych w Cen­tral­nej Agen­cji Wywia­dow­czej, zwa­nej też kolo­kwial­nie CIA. Z innych lubi­łem bar­dzo Kil­ling i to w obu wer­sjach – i tej ory­gi­nal­nej, i tej ame­ry­kań­skiej, lubię Westworld, Detek­ty­wów, szcze­gól­nie pierw­szy sezon, gene­ral­nie jed­nak nie oglą­dam jakoś bar­dzo dużo, bo jak zauwa­ży­ła Pani na począt­ku naszej roz­mo­wy, jestem czło­wie­kiem dość zapra­co­wa­nym, a dodat­ko­wo jest jesz­cze coś takie­go, co naj­le­piej stresz­cza stwier­dze­nie, że cyr­kow­cy w cyr­ku się nie bawią. Oczy­wi­ście w moim przy­pad­ku nie mogę nie cho­dzić do „cyr­ku” w ogó­le, bo wciąż uczę się swo­je­go zawo­du, a nie ma lep­szej szko­ły od przy­glą­da­nia się temu, jak robią to naj­lep­si na świe­cie. Na koniec dodam jesz­cze, że uwiel­bia­łem Dra House’a, nie­ste­ty, kie­dyś musiał się skoń­czyć.

A. G.-K.: Jest Pan synem sław­ne­go i cenio­ne­go twór­cy. Czy to uła­twia start, czy wręcz prze­ciw­nie – pod­no­si poprzecz­kę?

I. B.: To jest pyta­nie tak napraw­dę na pra­cę dok­tor­ską z psy­cho­lo­gii 🙂 Naj­kró­cej mówiąc: tro­chę uła­twia a tro­chę wręcz prze­ciw­nie. Uła­twia w tym sen­sie, że rze­czy­wi­ście nie jest się tak zwa­nym noname’em i praw­do­po­dob­nie w wie­le miejsc zwią­za­nych z sze­ro­ko rozu­mia­ną roz­ryw­ką – czy warian­to­wo kul­tu­rą – było mi znacz­nie łatwiej wejść, niż komuś kto żad­ne­go „zaple­cza” w nazwi­sku nie nie­sie. Ale jest też dru­ga stro­na meda­lu – kto wie czy ten rewers nie jest zresz­tą cięż­szy od awer­su? Po pierw­sze, szcze­gól­nie kie­dy jest się synem ojca czy­li face­tem z face­ta, to jeśli wcho­dzi się w tę samą dzie­dzi­nę dzia­łal­no­ści, w spo­sób nie­unik­nio­ny sta­je się z rodzi­cie­lem w szran­ki. Ów wyścig bywa zaś na prze­strze­ni życia dosyć wyczer­pu­ją­cy. Po dru­gie owa świa­do­mość, że jest się gdzieś przyj­mo­wa­nym, dosta­je się pra­cę być może dzię­ki nazwi­sku też czło­wie­ko­wi ambit­ne­mu, a do takich chy­ba się zali­czam, nie uła­twia dro­gi. No i w koń­cu rzecz trze­cia, kto wie, czy nie naj­waż­niej­sza: czy to, co robię jest moje, czy może w jakimś sen­sie narzu­co­ne przez ojca, albo przez chęć jego naśla­do­wa­nia? Jeśli do pisa­nia, reży­se­ro­wa­nia czy do aktor­stwa bie­rze się czło­wiek, któ­re­go ojciec czy sze­rzej w ogó­le rodzi­ce zaj­mu­ją się w życiu czymś zupeł­nie innym, może być prze­ko­na­ny, że sam wybrał swo­ją dro­gę, sam się odkrył do powyż­szych zadań. Jeśli zaś, tak jak w moim wypad­ku, robi się to, co rodzi­ce, pyta­nie czy robi­ło­by się to gdy­by nie oni, pozo­sta­je i pozo­sta­nie już na zawsze otwar­te. Tyle gwo­li krót­kie­go wstę­pu do pra­cy dok­tor­skiej.

A. G.-K.: Na Face­bo­oku wspo­mniał Pan, że Rysę pisze wła­ści­wie całe swo­je życie, ponie­waż pro­blem alko­ho­lo­wy łączy Pana z jej boha­te­ra­mi. Czy nie bał się Pan ujaw­nić takiej infor­ma­cji?

I. B.: Nie. Nigdy nie kry­łem się z tym prze­sad­nie. To zna­czy z tym, że mam pro­blem, kry­łem się przez lata przed oto­cze­niem, przed sobą chy­ba wła­ści­wie nigdy nie uda­ło mi się tego ukryć, ale kry­łem się wte­dy zupeł­nie w innym celu. Przez lata picia cho­dzi­ło o to, żeby móc pić nadal. Gdy­bym się afi­szo­wał w pra­cy czy w domu z tym, że mam pro­blem, pić w tych śro­do­wi­skach było­by mi siłą rze­czy trud­niej. Odkąd nie piję i sta­ram się trzeź­wieć (ten pro­ces musi trwać lata­mi, cza­sem nawet do koń­ca życia) nie ukry­wam, że kie­dyś pro­blem ten był moim udzia­łem. Poza tym mam gdzieś z tyłu gło­wy taką myśl, że może fakt, iż jako tako radzę sobie w życiu, jako tako wyglą­dam, mam szczę­śli­wą rodzi­nę i jako taki porzą­dek w gło­wie, skło­ni kogoś, kto jesz­cze pozo­sta­je czyn­nym czy piją­cym alko­ho­li­kiem do reflek­sji, a może nawet per sal­do do odrzu­ce­nia nało­gu. Gdy­bym wie­dział, że w czy­imś przy­pad­ku tak wła­śnie się sta­ło, że choć­by w naj­mniej­szym stop­niu przy­czy­ni­łem się do tego, że ktoś prze­stał pić czy sze­rzej rzecz trak­tu­jąc prze­stał uży­wać, był­bym bar­dzo szczę­śli­wy.

A. G.-K.: Ile zatem jest Pana w Moni­ce, a ile w pozo­sta­łych boha­te­rach?

I. B.: Cięż­ko mi to jakoś pre­cy­zyj­nie okre­ślić, ale na pew­no w Moni­ce jest mnie wię­cej, niż w dotych­cza­so­wych boha­te­rach. Wyda­je mi się, że mój udział w boha­te­rach, a tak napraw­dę czę­ściej w boha­ter­kach, też ewo­lu­uje. W Para­dok­sie, szcze­gól­nie w tym fil­mo­wym, głów­nym boha­te­rem był jesz­cze facet i to był taki facet, jakim ja chciał­bym kie­dyś być. Wie­lu auto­rów pisze takie­go boha­te­ra przez całe życie. U mnie to się zmie­ni­ło i w Moni­ce jest już wię­cej z roz­li­cze­nia moje­go z wła­sną prze­szło­ścią, niż z ryso­wa­nia wła­snej wyide­ali­zo­wa­nej i wyma­rzo­nej syl­wet­ki same­go sie­bie.

A. G.-K.: Wśród poru­sza­nych przez Pana wąt­ków jest obec­ność kobie­ty w patriar­chal­nym śro­do­wi­sku. Skąd pomysł, by sku­pić się na tej kwe­stii? Czy nie oba­wiał się Pan przed­sta­wiać punk­tu widze­nia kobie­ty i tego, że może Pan na przy­kład zafał­szo­wać odczu­cia oso­by opre­sjo­no­wa­nej?

I. B.: Ryzy­ko zawo­do­we:) Nie­za­leż­nie od tego, co two­rzy pisarz, w jakimś momen­cie musi wejść w świat boha­te­rów, któ­ry­mi nie jest i – co za tym idzie – w świat wła­snej wyobraź­ni pod­par­tej oczy­wi­ście obser­wa­cja­mi, lek­tu­ra­mi, reflek­sją. Oczy­wi­ście, że oba­wiam się każ­do­ra­zo­wo, gdy robię coś takie­go, czy­li gdy wcho­dzę w świat i psy­chi­kę oso­by, któ­rą sam nie jestem. Czy moja wyobraź­nia dobrze mnie pro­wa­dzi? Czy się nie pomy­lę? Sło­wem, czy nie zmy­ślę? Co do odczuć oso­by opre­sjo­no­wa­nej to myślę, że każ­da i każ­dy z nas był kie­dyś w jakimś stop­niu mob­bo­wa­ny. Pisząc o Moni­ce korzy­sta­łem z tego, co wiem z obser­wa­cji i z tego, cze­go sam doświad­czy­łem. Z takich wła­śnie kloc­ków chy­ba wszy­scy pisa­rze i ogól­nie twór­cy budu­ją swo­ich boha­te­rów i opo­wie­ści.

A. G.-K.: Swo­ją dro­gą, podob­no stwier­dził Pan, że kobie­ty są mądrzej­sze od męż­czyzn. Skąd taki pomysł?

I. B.: Z życia. Odkąd się­gam pamię­cią zasta­na­wia­łem się, co to tak napraw­dę jest mądrość, czym róż­ni się od inte­li­gen­cji, od wie­dzy, od eru­dy­cji. W koń­cu dosze­dłem do wnio­sku, że róż­ni się przede wszyst­kim prze­zna­cze­niem lub może lepiej było­by powie­dzieć: celem. Inte­li­gen­cja, eru­dy­cja, oczy­ta­nie, sze­ro­ko rozu­mia­na wie­dza może tak napraw­dę nie słu­żyć nicze­mu, choć oczy­wi­ście do budo­wa­nia mądro­ści może też być bar­dzo przy­dat­na. Mądrość słu­ży temu, żeby w spo­sób sen­sow­ny i owoc­ny spę­dzić życie na tym naszym pado­le przy oka­zji nie spro­wa­dza­jąc cier­pie­nia na innych ludzi. Wyda­je mi się, że przy takim zde­fi­nio­wa­niu poję­cia mądro­ści, kobie­ty wypeł­nia­ją je znacz­nie lepiej od męż­czyzn.

A. G.-K.: Czy sądzi Pan, że kobie­ty wno­szą do poli­cji i podob­nych śro­do­wisk nowe war­to­ści, nową jakość?

I. B.: Bez dwóch zdań. Z jed­nej stro­ny wno­szą choć­by kobie­cą intu­icję, a z dru­giej – racjo­nal­ność, bo uwa­żam, że wbrew krą­żą­cym opi­niom kobie­ty z ratio też radzą sobie czę­sto-gęsto lepiej, niż face­ci. Przede wszyst­kim zaś wno­szą deli­kat­ność i wraż­li­wość, para­dok­sal­nie w jakimś sen­sie wno­szą też swo­ją sła­bość. Wola mocy to chy­ba jeden z bar­dziej histo­rycz­nie skom­pro­mi­to­wa­nych pomy­słów na życie. Co gor­sza mam wra­że­nie, że ta idea zaczy­na powo­li wra­cać na salo­ny i do ludz­kich głów, a kobie­tom, jak sądzę, ten groź­ny idio­tyzm przyj­dzie na myśl znacz­nie póź­niej niż face­tom, a może nawet nie przyj­dzie im do gło­wy nigdy.

A. G.-K.: Czę­sto wypo­wia­da się Pan o sek­si­zmie i patriar­cha­cie, doce­nia Pan kobie­ty, z ich punk­tu widze­nia przed­sta­wia Pan wyda­rze­nia w swo­ich książ­kach. Trud­no więc nie zapy­tać o aktu­al­ną sytu­ację poli­tycz­ną – Czar­ny Pro­test osią­gnął roz­głos na całym świe­cie, nie­sa­mo­wi­ty zasięg mia­ła akcja #MeToo, nie­daw­no wie­le kobiet bra­ło udział w Baby Sho­es Remem­ber. Popie­ra Pan pro­te­sty kobiet? Co sądzi Pan o ich sytu­acji w naszym kra­ju?

I. B.: Pro­te­sty kobiet popie­ram w całej roz­cią­gło­ści przez sym­pa­tię do kobiet, ale też ze zwy­kłe­go ego­izmu, a może bar­dziej nawet przez wciąż dzia­ła­ją­cy u mnie raczej spraw­nie instynkt samo­za­cho­waw­czy. Może miej­sca­mi nie­któ­re akcje idą tro­chę za dale­ko, może prze­czu­le­nie na punk­cie mole­sto­wa­nia prze­kra­cza cza­sem ramy real­ne­go zagro­że­nia, ale po pierw­sze: jeśli coś bar­dzo dłu­go było pod dywa­nem, to kie­dy już zosta­je spod nie­go wycią­gnię­te, uwi­dacz­nia się z ogrom­ną inten­syw­no­ścią, a po dru­gie im bar­dziej skraj­nie idio­tycz­nie zacho­wu­je się dru­ga, pra­wi­co­wo reak­cyj­na stro­na na świe­cie, tym gwał­tow­niej­sze i bar­dziej skraj­ne posta­wy przyj­mu­je stro­na anta­go­ni­stycz­na. Ogól­nie na świe­cie zro­bi­ło się moc­no anta­go­ni­stycz­nie, co mar­twi mnie bar­dzo, bo z pod­sy­ca­nych anta­go­ni­zmów prze­waż­nie – patrząc przez pry­zmat histo­rii – nic dobre­go nie wyni­ka­ło dla świa­ta i dla ludz­ko­ści. Co do sytu­acji w naszym kra­ju to mógł­bym o tym dłu­go, bo nie ukry­wam, że ta spra­wa dosyć mnie zaj­mu­je, a nawet chwi­la­mi spę­dza mi sen z powiek, ale chy­ba to nie czas ani miej­sce na pogłę­bio­ne poli­tycz­ne ana­li­zy. Krót­ko zatem mogę tyl­ko powie­dzieć, że u nas ten trend do pod­sy­ca­nia wza­jem­nej nie­chę­ci, kom­plek­sów, wro­go­ści, nie­na­wi­ści rów­nież obja­wił się nie­ste­ty nawet z więk­szą inten­syw­no­ścią, niż gdzie indziej, w zachod­niej czę­ści świa­ta. Oba­wiam się, że owo zbi­ja­nie kapi­ta­łu poli­tycz­ne­go na szczu­ciu jed­nych na dru­gich może w efek­cie dopro­wa­dzić mię­dzy inny­mi do tego, że ową zachod­nią część świa­ta znów, nie po raz pierw­szy w naszej histo­rii, opu­ści­my. To była­by ogrom­na i nie­po­we­to­wa­na stra­ta; jak ogrom­na wiem z autop­sji, bo żyłem przez pierw­sze osiem­na­ście lat mojej mło­do­ści w kra­ju, któ­ry był poza obie­giem zachod­nie­go świa­ta.

A. G.-K.: Nie po raz pierw­szy zagłę­bia się Pan lite­rac­ko w poli­cyj­ny świat. Czy miał Pan kon­sul­tan­tów z bran­ży? Czy poznał Pan to śro­do­wi­sko od środ­ka?

I. B.: Kon­sul­tan­tów mia­łem głów­nie przy seria­lach, któ­re pisa­łem, mam też poli­cjan­ta śled­cze­go w rodzi­nie, a poza tym dość spo­ro wła­snych doświad­czeń z poli­cją. Co praw­da nigdy nie popeł­nia­łem czy­nów stric­te kry­mi­nal­nych, ale przez dłu­gi okres w życiu byłem chłop­cem mało roz­sąd­nym i dosyć buń­czucz­nym, a to połą­cze­nie powo­do­wa­ło, że z poli­cjan­ta­mi sty­ka­łem się nie raz. A wcze­śniej, czy­li w cza­sach gdy byli­śmy poza zasię­giem świa­ta zachod­niej demo­kra­cji, wie­lo­krot­nie też zda­rza­ło mi się kon­fron­to­wać z funk­cjo­na­riu­sza­mi Mili­cji Oby­wa­tel­skiej. Sło­wem tro­chę doświad­czeń, tro­chę kon­sul­ta­cji, spo­ro lek­tur doty­czą­cych inte­re­su­ją­cych mnie tema­tów, tro­chę opo­wie­ści rodzin­nych, a resz­ta to już po pro­stu wyobraź­nia.

A. G.-K.: Two­rzy Pan przede wszyst­kim kry­mi­na­ły. Nie ma Pan ocho­ty na skok w bok, na przy­kład napi­sa­nie hard SF?

I. B.: Wstyd się przy­znać, ale nie do koń­ca wiem, co to jest hard SF. Wiem oczy­wi­ście, czym jest scien­ce fic­tion, ale już jego twar­da odmia­na nie jest mi zna­na. Nato­miast skok w bok jest oczy­wi­ście zawsze kuszą­cy. Być może po zakoń­cze­niu try­lo­gii, któ­rej zacząt­kiem jest Rysa rze­czy­wi­ście na chwi­lę przy­naj­mniej opusz­czę gatu­nek i spró­bu­ję sił w czymś obok. Z dru­giej stro­ny, kie­dy tak myślę o tym, co już napi­sa­łem, to wyda­je mi się, że w tych trzech powie­ściach też nie sku­pia­łem się wyłącz­nie na mate­rii kry­mi­nal­nej. Pew­no zatem odda­lę się kie­dyś nie­co, ale nie do koń­ca, bo suspens, tajem­ni­cę, zagad­kę i łami­głów­kę zwy­czaj­nie lubię i krę­ci mnie to, że sam cze­goś nie wiem o moich boha­te­rach i o tym, co było w ich życiu wcze­śniej.

A. G.-K.: Czy gdy­by dostał Pan taką pro­po­zy­cję, zgo­dził­by się Pan pra­co­wać nad kome­dią roman­tycz­ną?

I. B.: Popro­sił­bym o dzień do namy­słu 🙂 Nie wiem, czy dał­bym radę roman­tycz­ną odmia­nę kome­dii wyko­nać, ale kome­dię w ogó­le – na pew­no. Ja mam spo­re poczu­cie humo­ru, tyle że bar­dziej chy­ba mon­ty pytho­now­skie czy Misio­we powiedz­my, prze­kła­da­jąc rzecz na nasze realia, niż roman­tycz­ne. A o ten dzień do namy­słu musiał­bym też popro­sić dla­te­go, że wycho­dzę z zało­że­nia, iż pisać moż­na tyl­ko rze­czy, w któ­re same­mu się wie­rzy. Oczy­wi­ście nie jest mi obcy ter­min zawo­dow­stwa, czy­li w tym wypad­ku pisa­nia na zle­ce­nie, czy uży­wa­nia zna­nych sobie narzę­dzi w celu wywo­ła­nia prze­wi­dy­wa­nych pro­ce­sów czy reak­cji. Tyle że sztu­ka to nie che­mia, jeśli już to bar­dziej alche­mia, a, jak wie­my, skła­du kamie­nia filo­zo­ficz­ne­go do tej pory nikt nie opra­co­wał.

A. G.-K.: Trud­no wyobra­zić sobie kry­mi­nał bez zwro­tów akcji. A czy Pana tek­sty (lub obra­zy) są zaska­ku­ją­ce też dla Pana? Czy boha­te­ro­wie potra­fią spła­tać Panu figla, czy też sia­da­jąc do pra­cy od razu Pan wie, jak książ­ka (film czy odci­nek seria­lu) się zakoń­czy?

I. B.: Z grub­sza ukła­dam sobie oczy­wi­ście kon­struk­cję dra­ma­tur­gicz­ną cało­ści i z regu­ły raczej wiem na począt­ku, kto zabił, ale nigdy nie uda­je mi się wszyst­kie­go zapla­no­wać w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, a w kry­mi­na­le szcze­gó­ły peł­nią rolę klu­czo­wą. W związ­ku z tym zda­rza się i tak, że na koń­cu dowia­du­ję się, że jed­nak zabił ktoś inny. Tyl­ko tak zresz­tą mogę pisać, bo tak napraw­dę to, że moi boha­te­ro­wie i to co im się przy­tra­fia mnie same­go czę­sto zaska­ku­je, czy­ni tę pra­cę tak inte­re­su­ją­cą i powo­du­je, że w ogó­le chce mi się sia­dać do biur­ka, a raczej na kana­pie, bo jestem pisa­rzem kana­po­wym.

A. G.-K.: A czy Pan sam lubi nie­spo­dzian­ki?

I. B.: Uwiel­biam. Bez nich to wszyst­ko nie mia­ło­by kom­plet­nie sen­su, zanu­dzi­li­by­śmy się wszy­scy już w przed­bie­gach.

A. G.-K.: I na koniec – czym zasko­czy Pan swo­ich fanów w naj­bliż­szym cza­sie?

I. B.: Tym samym, czym zasko­czę sie­bie 🙂 Pra­cu­ję nad kolej­ną czę­ścią Rysy, jed­no­cze­śnie prze­pi­su­ję Szadź na sce­na­riusz seria­lu dla jed­nej ze zna­nych i lubia­nych tele­wi­zji nie­pu­blicz­nych, wzią­łem udział w pro­gra­mie tele­wi­zyj­nym jako nar­ra­tor swo­jej wła­snej opo­wie­ści, pra­cu­ję też jako reży­ser przy serii doku­men­tal­nej dla Disco­ve­ry o dru­ży­nach pił­kar­skich z naj­niż­szej ligi roz­gryw­ko­wej, czy­li z kla­sy B. Wszę­dzie coś mnie zaska­ku­je, więc mam nadzie­ję, że zasko­czę też widzów i czy­tel­ni­ków.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy