Zapowiedzi

Pierwszy Róg – przeczytaj fragment wyjątkowej powieści fantasy!

Już wkrót­ce nakła­dem Wydaw­nic­twa Ini­tium uka­że się powieść z gatun­ku high fan­ta­sy zaty­tu­ło­wa­na „Pierw­szy Róg”. Jest ona pierw­szym tomem cyklu „Tajem­ni­ca Aski­ru” autor­stwa Richar­da Schwart­za. Książ­ka tra­fi do księ­garń 20 kwiet­nia, a już dziś zapra­sza­my do zapo­zna­nia się z jej frag­men­tem. 

Roz­dział 1
Maestra

W zajeź­dzie Pod Gło­wom­ło­tem gości­łem już wie­le razy, toteż do moich przy­wi­le­jów nale­ża­ło posia­da­nie osob­ne­go sto­łu nie­opo­dal szynk­wa­su. Mia­łem stam­tąd dobry widok na drzwi, czy­sty zbieg oko­licz­no­ści jed­nak zrzą­dził, że pod­nio­słem wzrok aku­rat w chwi­li, gdy wkro­czy­ła do izby.
Kobie­ta wie­dzia­ła, jak zro­bić dobre wej­ście: naj­pierw bły­ska­wi­ca roz­świe­tli­ła przez szpa­ry w okien­ni­cach wnę-trze karcz­my, potem zie­mię wpra­wił w wibra­cje grzmot. Z pew­no­ścią tyl­ko przy­pa­dek spra­wił, że dokład­nie w tym momen­cie pchnę­ła drzwi izby i zim­ny powiew zga­sił poło­wę dymią­cych świe­czek łojo­wych.

Wiatr zim­ny­mi pal­ca­mi pochwy­cił skrzy­dło drzwi i zatrza­snął je za nią z taką siłą, że oba­wia­łem się, iż zerwie się skó­rza­ny rze­mień słu­żą­cy za zawia­sy. Jaskra-wa, ośle­pia­ją­ca jasność ponow­nie wla­ła się przez każ­dą szcze­li­nę w cięż­kich okien­ni­cach; gospo­dą wstrzą­snął nowy grzmot.

Do wtó­ru świsz­czą­ce­go wia­tru nie­mo tak­so­wa­li­śmy ciem­ną postać. Ten i ów prze­że­gnał się zna­kiem Trój­cy, ktoś uca­ło­wał ido­le, któ­ryś z żoł­nie­rzy zawo­łał imię boga, o któ­rym chy­ba nikt wcze­śniej tu nie sły­szał.

Przez chwi­lę sta­ła tak w ciszy, pozwa­la­jąc, byśmy mie­rzy­li ją spoj­rze­niem. Płaszcz o bar­wie nie­ba o pół-nocy, cięż­ki i mokry od jaz­dy kon­no w jed­nej z naj­gor-szych śnież­nych burz deka­dy, nie ukry­wał jej kobie­co­ści, mokra tka­ni­na wręcz pod­kre­śla­ła jej kształ­ty. Kap­tur był zsu­nię­ty głę­bo­ko na twarz i w nie­pew­nym świe­tle pozo-sta­łych świec uka­zy­wał zaokrą­glo­ny, zde­cy­do­wa­ny pod-bró­dek oraz peł­ne usta, zaci­śnię­te teraz w wąską kre­skę. Po jeź­dzie w takiej zamie­ci też nie był­bym w naj­lep­szym humo­rze.
Jej cera była jasna, bia­ła jak śnieg, któ­ry wła­śnie gro­ził zasy­pa­niem tej gospo­dy na odlu­dziu. Dłu­ga pele-ryna zakry­wa­ła resz­tę jej oso­by – z wyjąt­kiem czub­ków kol­czych butów, a choć na suk­nie osia­dło mnó­stwo maleń­kich płat­ków, dało się zauwa­żyć gra­na­to­wą poświa­tę typo­wą dla mith­ri­lu.

Nad jej lewym ramie­niem wzno­si­ła się ręko­jeść mie­cza bękar­cie­go, dla każ­de­go dosko­na­le widocz­na przez pęk­nię­cie w pele­ry­nie. Srebr­ny smo­czy łeb znaj­do­wał się wyżej niż jej gło­wa, a oplot ręko­je­ści z ciem­nej skó­ry pro-wadził do jel­ca w kształ­cie dwóch łap – srebr­ne pazu­ry w migo­tli­wym pół­cie­niu wyglą­da­ły nie­mal jak żywe, zaś śle­pia smo­ka były groź­bą z ciem­ne­go rubi­nu. Po ręko­je­ści, po całej jej posta­ci prze­biegł błęd­ny ognik i unu­rzał ją w sła­bym błę­kit­nym bla­sku, gdy unio­sła rękę, żeby zsu­nąć kap­tur i roz­piąć płaszcz.

Bla­da twarz robi­ła nie mniej­sze wra­że­nie niż wej­ście kobie­ty. Była kla­sycz­ną pięk­no­ścią, choć jej oczy żarzy­ły się lek­ko czer­wie­nią. Wło­sy, któ­re odsło­ni­ła, sple­cio­ne były w dłu­gi, pło­wy war­kocz, bia­ły nie­mal­że, i w świe­tle błęd­ne­go ogni­ka zda­ją­cy się jarzyć wewnętrz­nym bla­skiem. Albi­no­ska – lub jed­na z legen­dar­nych elfek.

Pan­cerz, któ­ry uka­zał się pod roz­pię­tym płasz­czem, zali­czał się do tych skar­bów, o jakie waśni­ły się kró­le­stwa: kol­czu­ga z mith­ri­lu, deli­kat­na i mięk­ka jak jedwab oraz nie­wie­le cięż­sza od skó­ry; opły­wa­ła jej kształ­ty ni-czym gra­na­to­wa rze­ka i otu­la­ła ją poświa­tą. W splo­tach kol­czu­gi na jej pier­si zama­ja­czył gryf, roz­ża­rzył się, przy-gasł i poja­wił ponow­nie w ryt­mie jej odde­chu. Bio­dra nie­zna­jo­mej opi­nał sze­ro­ki pas mie­czo­wy – pod­kre­ślał jej wąską talię i pod­trzy­my­wał kolej­ny miecz: dłu­gi, o nie mniej wybo­ro­wym wyko­na­niu.

Ręka­wicz­ki, któ­re teraz zdję­ła, były z gra­na­to­wej skó­ry, mięk­kie i gład­kie, poły­skli­we, z widocz­ny­mi drob-nymi łuska­mi. Pokrę­ci­łem powo­li gło­wą, nie dowie­rza­jąc wła­snym oczom. Umia­łem roz­po­znać smo­czą skó­rę, ale ta nie tyl­ko pocho­dzi­ła od smo­ka, lecz zosta­ła zdję­ta z pew­nej bar­dzo szcze­gól­nej czę­ści jego cia­ła. Nie wiem, jakie bydlę poświę­ci­ło skó­rę na te ręka­wicz­ki, ale na pew­no nie mia­ło już pożyt­ku ze swych jąder.
W kar­czem­nej izbie było może z czter­dzie­ści osób, a każ­da z nich była zahip­no­ty­zo­wa­na jak kró­lik pod wzro­kiem węża. Tak dzia­łał wyraz malu­ją­cy się na jej twa­rzy i spoj­rze­nie czer­wo­nych oczu, któ­rym nas omio­tła.

– Jestem sera maestra de Giran­co­urt. Noszę Kamien­ne Ser­ce, Ostrze Spra­wie­dli­wo­ści.
Więc w dodat­ku jest zwią­za­na z mie­czem. Trud­no było się spo­dzie­wać cze­goś inne­go, sądząc po ręko­je­ści nad jej ramie­niem. Smo­czy łeb zda­wał się lustro­wać izbę wzro­kiem tak samo jak ona.

Dostoj­ny gość, jak na tę nędz­ną cha­łu­pę, w rze­czy samej. To wyja­śnia­ło rów­nież, dla­cze­go dotar­ła tu żywa. Taka zbro­ja może i chro­ni­ła, jed­na­ko­woż war­ta była mają­tek. Zasta­na­wia­łem się, ilu zbó­jów i wyję­tych spod pra­wa sku­si­ło się i poczu­ło Kamien­ne Ser­ce na wła­snej skó­rze.

Jej głos był jak ona sama: kla­row­ny i ema­nu­ją­cy zimo­wym chło­dem. Docie­rał do każ­de­go ucha w tym po-miesz­cze­niu, pozo­sta­wia­jąc wra­że­nie lodo­wa­te­go pięk­na i jesz­cze bar­dziej lodo­wa­tej woli.
Karcz­marz – nie­du­ży, przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna z rzed­ną­cy­mi wło­sa­mi – pierw­szy otrzą­snął się z prze-stra­chu. Doj­rzał jej wycze­ki­wa­nie, naka­zu­ją­ce mu podejść, i z głę­bo­kim pokło­nem speł­nił nie­my roz­kaz.
– Wita­my Pod Gło­wom­ło­tem, w naj­lep­szym zajeź­dzie mię­dzy Las­sahn­da­arem a Col­den­stat­tem. – Słusz­na uwa­ga, przy­ja­cie­lu. Zwłasz­cza że było to też jedy­ne schro­nie­nie, jeśli nie chcia­ło się noco­wać w sta­rej warow­ni na prze­łę­czy. A tego nikt nie chciał. Za dużo duchów. – Jestem Eber­hard, karcz­marz. Niech mój skrom­ny dom będzie i waszym, pani. Dam wam naj­lep­szy pokój, tyl­ko muszę go zwol­nić.
– Na razie była­bym wdzięcz­na za dobrą pie­czeń i zacne wino – odpar­ła sera.
– Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście… – Gnąc się w uni­żo­nych pokło­nach, zapro­wa­dził damę do sto­łu obok moje­go i zapew­nił, że zosta­nie natych­miast obsłu­żo­na. Kobie­ta płyn­nym ruchem odpię­ła pochwę z Kamien­nym Ser­cem i posta­wi­ła na czub­ku obok sto­łu, gdzie utrzy­ma­ła się w pio­nie bez żad­ne­go opar­cia – pro­sta ozna­ka, a jed­nak spra­wia­ją­ca wra­że­nie, że to jeden z mie­czy zwią­za­nych z tym, kto go nosi.
Dziew­ka słu­żeb­na nad­bie­gła i posta­wi­ła na sto­le przed serą pod­grza­ny cyno­wy kubek z czer­wo­nym winem i dro­go­cen­ny­mi goź­dzi­ka­mi. Potem dygnę­ła z sza­cun­kiem, by natych­miast czmych­nąć z powro­tem do kuch­ni. Karcz­marz tym­cza­sem odwró­cił się do mnie; domy­śla­łem się, cze­go chce
– Ser! Musi­cie zro­zu­mieć, panie… – zaczął. Cze­ka­łem. – Sera potrze­bu­je poko­ju. Z pew­no­ścią nie będzie-cie mie­li nic prze­ciw­ko temu, by odstą­pić takiej damie wasz. To naj­lep­szy pokój, jak wie­cie…

– Nie – odpar­łem kate­go­rycz­nie. – To mój pokój. Pła­cę kró­lew­ską mone­tą, i to za peł­ne trzy tygo­dnie. Nie zwol­nię go.
– Ale nie może­cie prze­cież… – Gesty­ku­lo­wał żywo, w jego oczach malo­wa­ła się despe­ra­cja.
– Daj­cie jej inną izbę, tyl­ko odro­bi­nę gor­szą od mojej. Powę­dro­wał wzro­kiem do dowód­cy żoł­nie­rzy, któ­ry sie­dział z piąt­ką swo­ich ludzi przy innym sto­le i grał w kości, zanim sera oży­wi­ła wie­czór swym przy­by­ciem. Męż­czy­zna uśmiech­nął się jado­wi­cie, poka­zu­jąc żół­te jak u dra­pież­ni­ka zęby. Tyl­ko spró­buj, czło­wiecz­ku – zda­wał się mówić tym uśmie­chem.
Gospo­darz odwró­cił się z powro­tem w moją stro­nę, szu­ka­jąc pomo­cy.
– Ależ panie, widzi­cie prze­cież, że żoł­nie­rze nie ustą­pią. Bła­gam!
Zda­wa­łem sobie spra­wę, że sera śle­dzi naszą roz­mo­wę. Zaję­ła naj­lep­szą z moż­li­wych pozy­cję, podob­nie jak ja uzna­jąc, że korzyst­nie będzie mieć za ple­ca­mi szynk-was. Śle­dzi­ła wzro­kiem izbę, a raz po raz rów­nież mnie. Nawet drgnie­niem nie dawa­ła poznać, że jest zain­te­re­so­wa­na moją roz­mo­wą z karcz­ma­rzem, wie­dzia­łem jed-nak, że słu­cha. Nie omiesz­ka­ła rów­nież zlu­stro­wać żoł­nie­rzy, u któ­rych pod mgieł­ką upo­je­nia wyraź­nie dało się roz­po­znać pożą­dli­wość.
– Daj­cie jej pierw­szy z brze­gu wol­ny pokój – oznaj­mi­łem. – Weź­mie go i będzie wam przy­chyl­na, że zaofe­ro­wa­li­ście jej naj­lep­sze pomiesz­cze­nie, pomi­mo iż było już wyna­ję­te. Gdy­by­ście jej tego nie obie­cy­wa­li, nie byli­by­ście teraz w opre­sji.
– Ale…
– Zrób­cie to. – Nie pod­nio­słem tonu w zna­czą­cy spo­sób, ale pochwy­ci­łem wzro­kiem jego spoj­rze­nie. Oczy karcz­ma­rza roz­war­ły się sze­ro­ko. Poki­wał żar­li­wie gło­wą.
Drżą­cym gło­sem wyja­śniał teraz serze, że może jej zaofe­ro­wać tyl­ko skrom­ny noc­leg, że nie chce jej obra­żać, ale…
Unio­sła szczu­płą rękę.
– W porząd­ku, dobry czło­wie­ku. Zadbaj o ty, by pchły nie doka­zy­wa­ły za bar­dzo, to mi wystar­czy.
Karcz­marz poki­wał ocho­czo gło­wą, nie mogąc uwie­rzyć, że tak łatwo mu wyba­czo­no, a potem dał dyla do kuch­ni, gdzie chciał ze szcze­gól­ną sta­ran­no­ścią przy-goto­wać pie­czeń.
Ona zaś sko­rzy­sta­ła z oka­zji, by obej­rzeć sobie każ­de­go w izbie i zorien­to­wać się w sytu­acji. Jej spoj­rze­nie w koń­cu spo­czę­ło na mnie. Odwza­jem­ni­łem je bez drgnie­nia powie­ki.

Wie­dzia­łem, co widzi. Ciem­ną opoń­czę z gru­be­go lnia­ne­go suk­na i skó­ry, głę­bo­ko opusz­czo­ny na twarz kap­tur i podłuż­ną skó­rza­ną sakwę, opar­tą o ścia­nę za mną. Dło­nie mia­łem scho­wa­ne w ręka­wach, przed sobą kubek z led­wie tknię­tym winem. Pod opoń­czą sze­ro­kie bar­ki. Kie­dy powę­dro­wa­ła wzro­kiem ku mym sto­pom, roz­po­zna­ła buty kol­cze, nie­wie­le róż­nią­ce się od jej wła­snych, lecz znacz­nie mniej kosz­tow­ne i wyko­na­ne z mniej­szym kunsz­tem. Nie chcia­łem, by było widać wię­cej. Poza tym w izbie było chłod­no, a ja od jakie­goś cza­su mar­z­łem łatwiej niż nie­gdyś. Dość powo­dów, by otu­lić się pele­ry­ną.

– Szu­kam Rode­ri­ca von Thur­gau – pod­ję­ła chłod­nym gło­sem. – W Las­sahn­da­arze powie­dzia­no mi, że zamie­rzał poszu­kać kwa­te­ry na zimę w tej opusz­czo­nej przez bogów oko­li­cy. Jego opis pasu­je do was. Czy to wy jeste­ście tym, kogo szu­kam?
Wes­tchną­łem w duchu. Zapew­ne musia­łem nim być, wszak nie byłem podob­ny do niko­go inne­go w tej izbie.
– Thur­gau nie żyje. Od nie­mal trzy­dzie­stu lat. Po-legł w bitwie pod Avin­co­rem.
– Tak mówią. – Wsta­ła z miej­sca, bez zasta­no­wie-nia zabie­ra­jąc do mego sto­łu Kamien­ne Ser­ce. Posta­wi­ła miecz obok sie­bie.
– Pozwo­li­cie? – zapy­ta­ła po fak­cie, sie­dzia­ła już bowiem. Nie poru­szy­łem się.
– Nie.
Unio­sła brew.
– Nie życzy­cie sobie, bym zaję­ła miej­sce przy waszym sto­le?
– Dobrze to uję­ły­ście, sera. Szu­kam tu spo­ko­ju po tru­dach podró­ży, nie mam nastro­ju na bab­skie gada­nie.
Zamru­ga­ła raz, dru­gi.
– Jeste­ście opry­skli­wi.
– Tak, a wy nadal tu sie­dzi­cie. Wasze wino cze­ka na tam­tym sto­le.
Ski­nę­ła gło­wą.
– Karcz­marz zaraz mi je przy­nie­sie.
Eber­hard usły­szał jej sło­wa i pośpie­szył, by podać jej pucha­rek z ciem­nej cyny.
W podzię­ce obda­rzy­ła go uśmie­chem. Przez moment myśla­łem, że karcz­marz na miej­scu pad­nie z zachwy­tu, ale zaraz wziął się w garść i pomknął na zaple­cze.

– Może­cie się prze­siąść, jeśli chce­cie – zasu­ge­ro­wa­ła z uśmie­chem. – Lecz wów­czas będę musia­ła się ruszyć ponow­nie, chcia­ła­bym bowiem zapro­po­no­wać wam inte­res.
– Nie jestem zain­te­re­so­wa­ny. – W rze­czy samej ze-bra­łem się do odej­ścia, lecz ona się­gnę­ła ku szyi i wysu­pła­ła mały wore­czek. Opróż­ni­ła jego zawar­tość na dłoń i upu­ści­ła na stół.
Był to cięż­ki sygnet, pier­ścień prze­zna­czo­ny dla męż­czy­zny, choć roz­mia­rem za mały na męski palec. Ktoś wyraź­nie kazał go zwę­zić. Na rubi­no­wym tle wid­niał relief z kości sło­nio­wej. Jed­no­ro­żec i róża. Herb rodu von Thur­gau.
Przyj­rza­łem mu się.
– Pięk­na rzecz – oznaj­mi­łem, siląc się na obo­jęt­ny ton.
– Nie­gdyś był to zastaw wasze­go hono­ru.
– Honor łatwo dziś się prze­ce­nia. Przy­no­si śmierć i nie­wie­le szczę­ścia – odpo­wie­dzia­łem jej. Wysu­ną­łem z opoń­czy rękę, bez scho­wa­ne­go w niej szty­le­tu, i przy-trzy­ma­łem w górze. Wciąż była sze­ro­ka i sil­na, ale per­ga­min mej skó­ry zdo­bi­ły ciem­ne star­cze pla­my. – Kie­dy ser Rode­ric dał jej ten pier­ścień, mia­ła zale­d­wie dzie­sięć lat. To było wię­cej niż trzy­dzie­ści lat temu, nie ujrza­ła go ni-gdy wię­cej. Zgi­nął bowiem, jak każ­dy wie, na prze­łę­czy Avin­cor. Wraz z ryce­rza­mi Związ­ku. Żaden nie prze­żył, ale prze­łęcz utrzy­ma­li.
– Pamię­ta­cie, jak wyglą­da­ła? – zapy­ta­ła. Wzru­szy­łem ramio­na­mi.
– Macie na myśli księż­nicz­kę? Nie obra­cam się w tak sza­cow­nych krę­gach. Sły­sza­łem jed­nak, że była drob­na, jasno­wło­sa i cho­ro­wi­ta. Ser Rode­ric zapew­ne rów­nież widział nie­wie­le wię­cej niż szczu­płą rękę, któ­ra przy­ję­ła od nie­go pier­ścień. Tak gło­si bal­la­da. Wszy­scy zna­ją tę histo­rię.
– On i czter­dzie­stu wier­nych mu towa­rzy­szy. Każ­dy przy­się­gał jej, że odda życie, by obro­nić jej kraj przed bar­ba­rzyń­ca­mi. Utrzy­ma­li prze­łęcz. Przez dwa­na­ście dni. – Jej głos zni­żył się do szep­tu, mówi­ła cicho, nie­mal naboż­nie. – Wystar­cza­ją­co dłu­go, by armia hra­bie­go Fil­ga­na przy­go­to­wa­ła się na przy­ję­cie bar­ba­rzyń­ców, gdy tyl­ko przej­dą przez prze­łęcz. Tyl­ko że oni nigdy nie nade­szli.
– Gdy­by hra­bia wysłał zwia­dow­ców, zdał­by sobie spra­wę, że mógł­by ura­to­wać co naj­mniej poło­wę wier­nych kam­ra­tów. Lecz on tyl­ko sie­dział na tył­ku w swym hafto­wa­nym per­ła­mi namio­cie i cze­kał, co się sta­nie. – W moim gło­sie zabrzmia­ła gorycz. Ale ura­za była zale­d­wie echem, cie­niem minio­nych dni. Sła­bym jak ja. – Jestem sta­ry. To mnie łączy z ser Rode­ri­kiem. Miał­by teraz sześć­dzie­siąt lat, może wię­cej. Nawet gdy­bym nim był, do cze­góż przy­dał­by się taki sta­rzec serze maestrze? Nosi­cie Kamien­ne Ser­ce, ale macie rów­nież szko­le­nie w obej­ściu z magią. Cóż takie­go mógł­by zro­bić dla was ser Rode­ric, cze­go nie potra­fi­ły­by­ście same?
Obró­ci­łem dłoń przed jej ocza­mi.
– Ser Rode­ric jest znacz­nie star­szy od was. A to, cze­go od nie­go chcę, to pora­da.
– Ja mogę dać wam radę, byście zapo­mnia­ły o nim. Ser Rode­ric zmarł na tam­tej prze­łę­czy.
– Nie chce­cie wie­dzieć, dla­cze­go potrze­bu­ję jego rady?
Wzru­szy­łem ramio­na­mi i pocią­gną­łem łyk ze swe-go pucha­ru. W koń­cu zapła­ci­łem za to wino. Zasko­czy­ło mnie na korzyść. Nawet dało się je pić.
– Nie­szcze­gól­nie. Za kil­ka lat nic już nie będzie mnie inte­re­so­wa­ło. Może nawet za kil­ka mie­się­cy. Pew­nie już nie­dłu­go pozo­sta­nę na tym świe­cie.
– Mia­sto Kelar mie­siąc temu zosta­ło wzię­te przez Impe­rium Tha­lak.
Kelar. Pamię­ta­łem wyso­kie mury, skła­dy i spi­chle­rze. Zasko­czy­ły mnie jej sło­wa. Dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt lat temu Kelar był oble­ga­ny przez pra­wie dwa­dzie­ścia lat, ale się nie pod­dał. Nie­gdyś zain­te­re­so­wa­ło­by mnie to, lecz dziś… – Oblę­że­nie trwa­ło od ośmiu lat. Moż­na się było tego spo­dzie­wać.
Pod­nio­sła wzrok.
– Nie macie w sobie współ­czu­cia?
– Współ­czu­cia? Woj­na to woj­na. – Zale­tą wie­ku było to, że moż­na było wypo­wia­dać takie sło­wa, nie czu­jąc się przy tym idio­tą.
– Impe­ra­tor kazał znisz­czyć mia­sto. Stra­co­no każ­de dziec­ko, każ­dą kobie­tę i każ­de­go męż­czy­znę. A Mel­ba­as, Angil i Jatz­ka pod­da­ły się, nie chcąc dzie­lić tego losu.
– Mel­ba­as się pod­da­ło? – To aku­rat była nie­spo­dzian­ka. Nie­przy­jem­na nie­spo­dzian­ka. Mia­sto to ucho­dzi­ło za twier­dzę nie do zdo­by­cia. Z por­tem, jako zaple­czem, mogło sta­wiać opór w nie­skoń­czo­ność.
– Tha­lak wyko­rzy­stał czar­ną magię do zdo­by­cia mia­sta. Wieść gło­si, że kazał za dnia prze­rzu­cać kata­pul­tą przez mury wła­snych mar­twych żoł­nie­rzy, by nocą wskrze­szać ich do życia.
– Impo­nu­ją­ce. I kre­atyw­ne.
Posła­ła mi miaż­dżą­ce spoj­rze­nie.
– Po upad­ku Kela­ru kró­le­stwo Jas­fa­ru ogło­si­ło cał­ko­wi­tą kapi­tu­la­cję i jako rękoj­mię wysła­ło do księ­cia Tha­la­ku.
Wes­tchną­łem. Wie­dzia­łem już, dokąd to pro­wa­dzi. Powo­li poki­wa­łem gło­wą.

– W ten spo­sób nie­mal nic już nie stoi mię­dzy naszym a jego kró­le­stwem. Nasza pięk­na księż­nicz­ka będzie musia­ła pochy­lić swą pło­wo­wło­są gło­wę przed impe­ra­to­rem. Taki los koro­no­wa­nych głów. Raz się klę­ka przed nimi, raz oni klę­ka­ją przed nami.
Ude­rzy­ła w stół zaci­śnię­tą pię­ścią. Led­wie zdo­ła­łem uchro­nić swój puchar przed prze­wró­ce­niem się. Był jesz-cze pra­wie pełen, a mnie zaczę­ło suszyć od mówie­nia. Wypi­łem łyk, zanim dobre wino skoń­czy bez­sen­sow­nie roz­la­ne na sto­le.
– Ser, jak może­cie mówić coś takie­go! To nasza kró­lo­wa! Unio­słem ostrze­gaw­czo palec.
– Nie mój kraj, nie moja kró­lo­wa. Pocho­dzę z Leta­sa­nu.
– Ser Rode­ric…
– Nie jestem ser Rode­ri­kiem – prze­rwa­łem jej ponow­nie. Złe manie­ry – kolej­ny przy­wi­lej wie­ku. Poza tym nie mia­łem nic do stra­ce­nia, nawet gdy­by mia­ła prze­mie­nić mnie w jeża. Kogo to obcho­dzi­ło? Przy­pa­try­wa­łem się wła­snej dło­ni, któ­ra umo­czy­ła palec w czer­wo­nym winie i nakre­śli­ła na sto­le trój­kąt. Z fascy­na­cją przy­pa­try­wa­łem się, jak wyko­nu­je nie­wiel­ki gest, spra­wia­ją­cy, że trój­kąt się roz­ża­rza. W powie­trze uniósł się zapach pło­ną­ce­go drew­na. – Na Trój­cę, nie jestem ser Rode­ri­kiem. – Ko-lej­ny drob­ny gest i poblask zgasł, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie ide­al­ny trój­kąt wypa­lo­ny w drew­nie. Zdu­mie­wa­ją­ce, ja-kie rze­czy czło­wiek przy­po­mi­na sobie w chwi­li nie­uwa­gi. Kie­dy znów pod­nio­słem wzrok, zoba­czy­łem w jej oczach zro­zu­mie­nie i poraż­kę. O ser Rode­ri­ku wia­do­mo było, że za pomo­cą magii nie potra­fił nawet zapa­lić świe­cy. Był wojow­ni­kiem, słyn­nym wojow­ni­kiem, lecz bez magicz­ne­go talen­tu. Gdy ponow­nie się ode­zwa­łem, mój głos był cich­szy, bar­dziej przy­ja­zny: – Cze­go wła­ści­wie od nie­go chce­cie, sera maestra?
– Potrze­bu­ję eskor­ty przez Gro­mo­gó­ry, step, potem kró­le­stwo Xian aż do Aski­ru.
– Aski­ru? To on w ogó­le ist­nie­je? Myśla­łem, że to tyl­ko legen­da. A taka podróż musia­ła­by potrwać wie­le mie­się­cy. Jeśli wszyst­ko poszło­by gład­ko. – Zapa­trzy­łem się w puchar. Zda­je się, że wypi­łem jed­nak wię­cej, niż sądzi­łem, bo był nie­mal pusty. – Bez­ce­lo­wa podróż, któ­rej nie powin­no się narzu­cać sta­re­mu czło­wie­ko­wi. Nie mówiąc o tym, że aby dotrzeć do Gro­mo­gór, trze­ba poko­nać prze­łęcz. – Potrzą­sną­łem gło­wą. – Darem­ne przed­się­wzię­cie, nawet przy waszych magicz­nych mocach.
Mil­cze­li­śmy przez chwi­lę. W tle sły­sza­łem szmer roz­mów innych gości, cich­szych teraz. Raz po raz rzu­ca­li spoj­rze­nia w naszą stro­nę. Nie podo­ba­ło mi się to. Zapa­mię­ta­ją serę, nie spo­sób było ją zapo­mnieć. I zapa­mię­ta­ją star­ca, któ­re­go towa­rzy­stwa szu­ka­ła tak jaw­nie.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy