Wywiady

W jednej łodzi z czytelnikami – wywiad ze Stefanem Ahnhemem

Kie­dy two­rzy­łem postać Fabia­na Riska, wyobra­ża­łem sobie współ­cze­sne­go męż­czy­znę. Postać nie­przy­po­mi­na­ją­cą tych star­szych typów, jak Wal­lan­der i resz­ta, zaszy­tych gdzieś i samot­nie pró­bu­ją­cych roz­wi­kłać zagad­kę. Chcia­łem stwo­rzyć czło­wie­ka, któ­ry będzie obda­rzo­ny rów­nież uczu­cia­mi i intu­icją. Wyda­je mi się, że jest to kie­ru­nek, w któ­rym trze­ba dzi­siaj iść.

Lek­tu­rę pierw­szej z pana ksią­żek, „Ofia­rę bez twa­rzy”, roz­po­czę­łam w nocy, kie­dy byłam sama w domu. Stop­nio­wo czu­łam, jak ogar­nia mnie lek­ki nie­po­kój, a po prze­czy­ta­niu kolej­nych stron już napraw­dę się bałam. Na szczę­ście zasnę­łam bez pro­ble­mu. Następ­ne­go wie­czo­ru powtó­rzy­łam eks­pe­ry­ment. Bałam się rów­nie moc­no – pań­ski tekst napraw­dę dzia­ła.

Dzię­ku­ję (śmiech). Miło mi to sły­szeć.

Powie­dział pan w jed­nym z wywia­dów, że było­by panu łatwiej roz­po­cząć karie­rę pisar­ską dzie­sięć lat temu.

Jeże­li rynek mie­rzy­my pod wzglę­dem sprze­da­wa­nych ksią­żek, jeże­li chce­my się prze­drzeć przez ten hałas, szum, jaki dzie­je się na szwedz­kim ryn­ku, to fak­tycz­nie dzi­siaj jest napraw­dę cięż­ko. W szwedz­kiej lite­ra­tu­rze mie­li­śmy ostat­nio wie­le suk­ce­sów, a wia­do­mo, że suk­ces rodzi suk­ces. To spra­wi­ło, że w tej chwi­li jest duża licz­ba pro­po­zy­cji powie­ści kry­mi­nal­nych i mamy kil­ku napraw­dę wybit­nych pisa­rzy tego gatun­ku lite­rac­kie­go.

A co wstrzy­ma­ło pana deka­dę temu od aby napi­sa­nia powie­ści ? Przez wie­le lat pra­co­wał pan prze­cież jako sce­na­rzy­sta fil­mów sen­sa­cyj­nych i seria­li kry­mi­nal­nych.

Kie­dy odno­si się suk­ce­sy jako autor sce­na­riu­szy, czło­wiek ma sta­bil­ność finan­so­wą, może się utrzy­mać i tak napraw­dę trud­no wów­czas o moty­wa­cję, aby ruszyć do przo­du. Chy­ba potrze­bo­wa­łem, by zbu­do­wa­ła się we mnie taka fru­stra­cja, aby wresz­cie wyrwać się z tego sche­ma­tu i napraw­dę stwo­rzyć wła­sne­go boha­te­ra i po swo­je­mu opo­wie­dzieć jego histo­rię – zamiast two­rzyć kolej­ną o Wal­lan­de­rze czy innych. To sta­ło się dla mnie naj­waż­niej­sze. Potrze­bo­wa­łem też cza­su, aby szcze­gó­ło­wo zapla­no­wać, co chcę zro­bić, kie­dy i jak. Owszem, teraz ten rynek jest nie­co cięż­szy niż był wte­dy, ale nie narze­kam. Wie­dzie mi się dobrze. Nie mam powo­du, by żało­wać swo­jej decy­zji.

Pomy­śla­łam, że może lubi pan wyzwa­nia. Spo­koj­nie cze­kał pan, aż licz­ba kon­ku­ren­cyj­nych tytu­łów będzie wystar­cza­ją­co duża, żeby na ich tle przed­sta­wić swo­ją opo­wieść o zbrod­ni, i – przy oka­zji – wyso­ką kla­sę pisar­stwa.

Może (śmiech). Jed­nak przede wszyst­kim pod­kre­ślę, że w bran­ży pisa­nia sce­na­riu­szy czu­łem się ogra­ni­czo­ny i byłem coraz bar­dziej sfru­stro­wa­ny z tego powo­du. Chcia­łem wnieść coś twór­cze­go, coś swo­je­go do tej pra­cy, wymy­śla­łem róż­ne roz­wią­za­nia, pomy­sły, tak jak na przy­kład postać Wal­lan­de­ra. Byłem z tego nawet cał­kiem zado­wo­lo­ny. Jed­nak póź­niej zmie­nia­no czy wykre­śla­no wie­le z tego, co stwo­rzy­łem. Pro­du­cen­ci wra­ca­li do swo­ich histo­rii i nie mogłem już tego dłu­żej cią­gnąć. Swo­ją dro­gą, myślę, że współ­za­wod­nic­two jest czymś dobrym. Jeśli zaczniesz pisać kry­mi­na­ły w Szwe­cji, i odnie­siesz suk­ces, możesz to robić wszę­dzie. Nie chcę powie­dzieć, że w Pol­sce jest łatwo, pew­nie nie jest. Jed­nak funk­cjo­nu­jąc na bar­dzo trud­nym i wyma­ga­ją­cym ryn­ku szwedz­kim, czu­ję się przy­go­to­wa­ny. Zresz­tą od trzech tygo­dni jestem na pierw­szym miej­scu listy auto­rów naj­le­piej sprze­da­ją­cych się ksią­żek w Nor­we­gii.

Gra­tu­lu­ję!

Dzię­ku­ję. To tyl­ko potwier­dza, że jeśli dajesz sobie radę w Szwe­cji jako twór­ca kry­mi­na­łów, pora­dzisz sobie tak­że gdzie indziej.
Kie­dy pisze się sce­na­riusz, jest się ogra­ni­czo­nym do tych stu stron, i to prak­tycz­nie tyle. Nie moż­na odbie­gać od głów­ne­go tema­tu, two­rzyć wła­snych, pobocz­nych wąt­ków. Wszyst­ko musi być w jed­nej linii, któ­ra wcze­śniej zosta­ła wyzna­czo­na. Jeże­li spoj­rzy­my na przy­kład na publicz­ność, któ­ra teraz oglą­da tele­wi­zję, seria­le tele­wi­zyj­ne, takie jak: „House of Cards”, „Bre­aking Bad” czy „Gra o tron”, to widać, że tam jest dużo boha­te­rów, bar­dzo sze­ro­ki świat,  w któ­rym jest two­rzo­na ta opo­wieść. Wie­le rze­czy dzie­je się jed­no­cze­śnie. To mi się podo­ba i sam bar­dzo chcia­łem zro­bić coś tak zło­żo­ne­go. Dokład­nie to samo, co teraz dzie­je się  w seria­lach, tyle że w książ­ce.

Pana pisar­stwo ma cechy post­mo­der­ni­stycz­ne. Wie­le w nim odnie­sień do kul­tu­ry, tak­że tej popu­lar­nej czy histo­rii. Kie­dy w pew­nym momen­cie pusz­cza pan oko do czy­tel­ni­ka, przy­wo­łu­jąc postać Wal­lan­de­ra, świa­ty przed­sta­wio­ne powie­ści i seria­lu prze­ni­ka­ją się. Ten zabieg dodat­ko­wo dyna­mi­zu­je opo­wieść.

Jako pisarz wyobra­żam sobie, jak­bym sie­dział w jed­nej łodzi ze wszyst­ki­mi moimi czy­tel­ni­ka­mi, któ­rzy czy­ta­ją wszyst­ko i oglą­da­ją wszyst­ko oraz są tak­że odbior­ca­mi współ­cze­snej kul­tu­ry. Kie­dy piszę do nich, wiem, że te wszyst­kie odnie­sie­nia są wspól­ne. Oni czu­ją to samo, też pamię­ta­ją histo­rię, pamię­ta­ją kul­tu­rę. Cie­szy mnie, że moim czy­tel­ni­kom podo­ba się to, co piszę. Nato­miast mnie ogrom­ną przy­jem­ność spra­wia umiesz­cza­nie w moich tek­stach pew­nych deta­li, led­wo dostrze­gal­nych ele­men­tów i świa­do­mość, że oni to wszyst­ko znaj­dą: wska­zów­ki czy odnie­sie­nia do prze­szłych wyda­rzeń.

Każ­dy zatem weź­mie z pana tek­stów tyle, ile chce czy potra­fi wziąć?

Nie mogę powie­dzieć, że dla wszyst­kich znaj­dzie się tam coś cie­ka­we­go. Jest taka gru­pa odbior­ców, któ­rych zasko­czył pewien moment zwrot­ny w mojej trze­ciej, ostat­nio wyda­nej powie­ści. Nie spo­dzie­wa­li się, że ten gość oka­że się tak złym gościem. Jed­no­cze­śnie są czy­tel­ni­cy, któ­rzy rozu­mie­li to od począt­ku. Jeśli ktoś prze­czy­tał trze­cią książ­kę i prze­czy­ta pierw­szą jesz­cze raz, to zoba­czy, że umie­ści­łem tam wska­zów­ki, czy­li od same­go począt­ku mia­łem plan, żeby tak ta trze­cia część się skoń­czy­ła. Na samym począt­ku, kie­dy pisa­łem swój debiut jako pisarz, byłem porów­ny­wa­ny do innych auto­rów powie­ści kry­mi­nal­nych. Nato­miast teraz, po opu­bli­ko­wa­niu trzech tytu­łów funk­cjo­nu­je już uni­wer­sum Fabia­na Riska, jed­na całość nie­po­rów­ny­wa­na do nicze­go inne­go, ory­gi­nał sam w sobie.

Czy to zna­czy, że zapla­no­wał pan wszyst­ko już na począt­ku? Try­lo­gię? A czwar­ta, zapo­wia­da­na książ­ka będzie zupeł­nie nową opo­wie­ścią?

Nie, nie wszyst­ko zapla­no­wa­łem. Nie mia­łem pomy­słu, aby stwo­rzyć try­lo­gię. Kie­dy pisa­łem pierw­szą powieść, nie mia­łem jesz­cze okre­ślo­ne­go wydaw­cy. Przez czte­ry lata pra­co­wa­łem nad nią, moż­na powie­dzieć, po godzi­nach, pisząc jed­no­cze­śnie sce­na­riu­sze. Kie­dy wresz­cie skoń­czy­łem i zanio­słem do wydaw­cy, nie byłem pewien, czy tekst się spodo­ba. Jed­no­cze­śnie wie­dzia­łem, że jeśli tak, będę musiał napi­sać kolej­ną książ­kę. I dla­te­go w pew­nym sen­sie ukła­da­łem sobie plan, któ­ry jed­nak był dość ogól­ny. Wpa­dłem na pomysł, aby akcja następ­nej czę­ści roz­gry­wa­ła się wcze­śniej, niż akcja pierw­szej. Wia­do­mo że Fabian Risk miał pew­ne pro­ble­my w Sztok­hol­mie, musiał się stam­tąd wypro­wa­dzić. Posta­no­wi­łem w dru­giej książ­ce opi­sać histo­rię, któ­ra dopro­wa­dzi­ła do wyjaz­du. Kie­dy się patrzy na inne serie ksią­żek, to dopie­ro może w jede­na­stej czę­ści autor powra­ca do prze­szło­ści. Ja posta­no­wi­łem zro­bić to już w dru­giej. Tak więc nie mia­łem pre­cy­zyj­ne­go pla­nu od począt­ku, tyl­ko jakiś zarys. Jeśli zaś cho­dzi o moją kolej­ną książ­kę, to będzie kon­ty­nu­acją histo­rii opi­sa­nej w trzech pierw­szych czę­ściach.

Jak wyglą­da pana dzień pra­cy pisar­skiej?

Mam rodzi­nę, więc wia­do­mo, nie mogę zasza­leć (śmiech). W związ­ku z tym pra­cu­ję w takich dość typo­wych godzi­nach. Rano odwo­żę dzie­cia­ki do szko­ły, póź­niej zwy­kle idę na tre­ning, a następ­nie wra­cam do swo­je­go biu­ra, któ­re mie­ści się w miesz­ka­niu. Tam zaczy­nam pisać, mniej wię­cej od dzie­sią­tej do oko­ło szó­stej, siód­mej po połu­dniu. Wie­czo­rem, kie­dy dzie­ci pój­dą już spać, piszę jesz­cze cza­sem przez godzi­nę. Tego lata prze­pro­wa­dzi­łem się do Kopen­ha­gi. Wia­do­mo, wią­że się z tym mnó­stwo zamie­sza­nia i dodat­ko­wych zajęć zwią­za­nych z urzą­dza­niem się w nowym miej­scu. W związ­ku z tym moje tem­po pra­cy spa­dło nie­co. Jed­nak już zabie­ram się z powro­tem do pra­cy, tym bar­dziej, że mam ter­min, któ­re­go muszę dotrzy­mać. Wszy­scy pyta­ją się, kie­dy będzie wresz­cie nowa, czwar­ta książ­ka. Tak więc mam co robić.

Pań­scy boha­te­ro­wie, Fabian Risk i Dun­ja Houga­ard, kie­ru­ją się intu­icją. Oka­zu­je się przy tym, że mają lep­sze wyni­ki, niż ci, któ­rzy tyl­ko myślą. Mówi się, że intu­icja jest dome­ną bar­dziej kobiet niż męż­czyzn. Jaką rolę odgry­wa ona w pana pisar­stwie?

Kie­dy two­rzy­łem postać Fabia­na Riska, wyobra­ża­łem sobie współ­cze­sne­go męż­czy­znę. Postać nie­przy­po­mi­na­ją­cą tych star­szych typów, jak Wal­lan­der i resz­ta, zaszy­tych gdzieś i samot­nie pró­bu­ją­cych roz­wi­kłać zagad­kę. Chcia­łem stwo­rzyć czło­wie­ka, któ­ry będzie obda­rzo­ny rów­nież uczu­cia­mi i intu­icją. Wyda­je mi się, że jest to kie­ru­nek, w któ­rym trze­ba dzi­siaj iść: żeby męż­czyź­ni nabie­ra­li wię­cej takich kobie­cych cech, jed­no­cze­śnie pozo­sta­jąc męż­czy­zna­mi. Tym się kie­ro­wa­łem, budu­jąc postać Fabia­na Riska. Umów­my się, w pierw­szej i dru­giej czę­ści potrze­bo­wał dużej pomo­cy ze stro­ny kobiet. Gdy­by nie one, spra­wa była­by na pew­no prze­gra­na. Kie­dy poli­cjan­ci prze­pro­wa­dza­ją swo­ją robo­tę, to tak napraw­dę jest to dość sza­re i nud­ne zaję­cie. Cho­dzą po domach, prze­py­tu­ją świad­ków, bada­ją śla­dy. Jed­nak z tego nic nie wycią­gną. W śledz­twach, któ­re ja two­rzę, trze­ba cze­goś wię­cej. Wła­śnie intu­icji, tego zmy­słu i kie­ro­wa­nia się prze­czu­ciem. To daję moim czy­tel­ni­kom, któ­rym się podo­ba, że ten gość, mój boha­ter dzia­ła poza sche­ma­tem, i dzię­ki temu potra­fi roz­wi­kłać naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne spra­wy. We wła­snym życiu rów­nież cza­sa­mi kie­ru­ję się intu­icją.

Bli­skie intu­icji są tak­że sny. Jakie zna­cze­nie mają one dla pana?

Spo­ro cza­su upły­nę­ło, odkąd śni­ło mi się coś, co mógł­bym sobie teraz przy­po­mnieć. W pierw­szej mojej książ­ce jest sen, któ­ry rze­czy­wi­ście mi się przy­śnił. Umie­ści­łem go jako marze­nie sen­ne Fabia­na Riska. Jest to dziw­ny sen. Nie za bar­dzo wiem, o co w nim cho­dzi, ale wpa­so­wał się w tę histo­rię, któ­rą opo­wia­dam. Może więc jest to prze­jaw dzia­ła­nia intu­icji, któ­ra wpły­nę­ła na to, co tam stwo­rzy­łem.

Temat prze­mo­cy i okru­cień­stwa fizycz­ne­go jest czymś oczy­wi­stym w powie­ściach kry­mi­nal­nych. Jed­nak pan ana­li­zu­je tak­że prze­moc psy­chicz­ną, w posta­ci nie­zau­wa­ża­nia dru­gie­go czło­wie­ka, trak­to­wa­nia go, jak­by nie ist­niał, i poka­zu­je, dokąd to może zapro­wa­dzić.

To motyw prze­wod­ni moich ksią­żek – ludzie czy rze­czy, któ­rych z róż­nych powo­dów nie widzi­my. Poka­zu­ję w powie­ściach, że tak napraw­dę bycie igno­ro­wa­nym ude­rza nasz umysł w to samo miej­sce, powo­du­je takie samo cier­pie­nie co ból fizycz­ny. Bycie igno­ro­wa­nym może być rów­nie dotkli­we jak napa­sto­wa­nie i bicie. Dla­te­go zde­cy­do­wa­łem się połą­czyć go w dwóch odręb­nych wąt­kach. Fabian pra­cu­je nad mor­der­cą, któ­re­go moty­wem było cier­pie­nie zwią­za­ne z odtrą­ce­niem. Jed­no­cze­śnie nie widzi, że robi dokład­nie to samo swo­je­mu syno­wi. Nie widzi, że go igno­ru­je i odtrą­ca. Myślę, że jest to pro­blem praw­dzi­wy w naszym świe­cie. Czę­sto nie wie­my, co nasze dzie­ci robią przed ekra­na­mi kom­pu­te­rów czy smart­fo­nów. Wyda­je mi się, że war­to na ten pro­blem zwró­cić uwa­gę, i ja to zro­bi­łem. Zresz­tą wie­le rze­czy dzie­je się tak­że dzi­siaj w poli­ty­ce, któ­rych nie może­my igno­ro­wać. Choć­by temat Trum­pa, Puti­na czy też tego, co aktu­al­nie dzie­je się w Pol­sce. Po pro­stu cofa­my się. Dla­te­go nale­ży zde­cy­do­wa­nie reago­wać, tak jak mia­ło to miej­sce w spra­wie mole­sto­wa­nia sek­su­al­ne­go w Hol­ly­wo­od w ostat­nim cza­sie.

Dzię­ku­ję bar­dzo za roz­mo­wę.

Ze Ste­fa­nem Ahn­he­mem roz­ma­wia­ła Anna Oller.


Anna Oller – z wykształ­ce­nia lite­ra­tu­ro­znaw­czy­ni i psy­cho­te­ra­peut­ka. Współ­au­tor­ka zbio­ru repor­ta­ży lite­rac­kich “Świe­tlik. Życie zawie­szo­ne na linie“o legen­dar­nej Spół­dziel­ni Pra­cy Usług Wyso­ko­ścio­wych “Świe­tlik” zało­żo­nej w Gdań­sku przez Macie­ja Pła­żyń­skie­go i Roma­na Roj­ka. Publi­ko­wa­ła swo­je tek­sty, m.in. w “Dzien­ni­ku Bał­tyc­kim” wywia­dy z akto­ra­mi Sta­ni­sła­wem Michal­skim i Miro­sła­wem Baką.

foto­gra­fia: Beata Waliń­ska.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy