Ciekawostki

George R.R. Martin – mistrz wielu gatunków

Każ­dy, kto nie spę­dził ostat­nich kil­ku lat na bez­lud­nej wyspie, wie kim jest Geo­r­ge R.R. Mar­tin. To obec­nie naj­po­pu­lar­niej­szy żyją­cy autor fan­ta­sy, a serial na pod­sta­wie jego „Pie­śni Lodu i Ognia” jest tele­wi­zyj­nym feno­me­nem, biją­cym wszel­kie rekor­dy popu­lar­no­ści. Wła­śnie dzię­ki tego cyklo­wi został w 2011 roku umiesz­czo­ny na liście stu naj­bar­dziej wpły­wo­wych ludzi, uło­żo­nej przez maga­zyn „TIME”.

Zanim jed­nak do tego doszło, prze­szedł dłu­gą dro­gę. Od małe­go był zafa­scy­no­wa­ny wymy­ślo­ny­mi świa­ta­mi, namięt­nie chło­nął popkul­tu­rę. Bar­dzo szyb­ko zaczął też two­rzyć wła­sne utwo­ry i sprze­da­wać je kole­gom. Jego pro­fe­sjo­nal­ny debiut rów­nież wypadł bar­dzo wcze­śnie: pierw­sze opo­wia­da­nie sprze­dał w wie­ku 21 lat – pra­wie 50 lat temu. Przez ten czas zebrał mu się pokaź­ny doro­bek lite­rac­ki. Publi­ko­wał w zinach i maga­zy­nach, dzia­łał w klu­bach fan­ta­sty­ki, bar­dzo czę­sto jeź­dził na kon­wen­ty. Z cza­sem przy­szło uzna­nie fanów i kry­ty­ków, a tak­że nagro­dy. W 1977 roku wydał swo­ją pierw­szą powieść – „Świa­tło się mro­czy”. Jak łatwo się domy­ślić, nie od razu został zawo­do­wym pisa­rzem – w swo­im życiu pra­co­wał też m.in. jako orga­ni­za­tor tur­nie­jów sza­cho­wych, wykła­dow­ca, a tak­że spę­dził pewien czas w wydzia­le Par­ków i Rekre­acji. Od 1979 żył już tyl­ko z pisa­nia – nie tyl­ko ksią­żek czy opo­wia­dań, w swo­im dorob­ku ma też kil­ka sce­na­riu­szy tele­wi­zyj­nych (serie „Twi­li­ght Zone” i „Beau­ty and the Beast”).

Zanim zaczął pisać „Pieśń Lodu i Ognia” był już popu­lar­nym pisa­rzem – cenio­nym przez kry­ty­ków, wie­lo­krot­nie nagra­dza­nym. Więk­szość jego doko­nań nale­ża­ła jed­nak do fan­ta­sty­ki nauko­wej oraz hor­ro­ru – i wła­śnie dzię­ki nim zdo­był sze­reg wyróż­nień: Hugo, Nebu­lę, nagro­dę Bra­ma Sto­ke­ra i World Fan­ta­sy Award.

Ale potem przy­szedł czas na jego naj­słyn­niej­sze dzie­ło, któ­re bły­ska­wicz­nie powięk­szy­ło jego popu­lar­ność i ugrun­to­wa­ło jego miej­sce wśród naj­waż­niej­szych współ­cze­snych twór­ców fan­ta­sty­ki. Na bazie cyklu powsta­ły gry (w tym wyśmie­ni­ta plan­szów­ka), komik­sy, a w póź­niej­szym cza­sie tak­że nie­zli­czo­ne rodza­je zaba­wek i gadże­tów.

„Pieśń Lodu i Ognia” liczy póki co pięć czę­ści (w pol­skich wyda­niach wsku­tek podzia­łu na tomy – osiem), a zgod­nie z zapo­wie­dzia­mi cze­ka­ją nas jesz­cze dwie. Akcja ma miej­sce w fik­cyj­nym, quasi-śre­dnio­wiecz­nym świe­cie. Zaczy­na się w cza­sie poko­ju. 15 lat wcze­śniej tyran, Aerys II Tar­ga­ry­en, zwa­ny Sza­lo­nym Kró­lem, został oba­lo­ny przez sprzy­się­że­nie rodów szla­chec­kich. Obec­nie na Żela­znym Tro­nie zasia­da przy­wód­ca bun­tow­ni­ków, Robert Bara­the­on. Nie wszyst­kim taka sytu­acja odpo­wia­da – szlach­ta wciąż knu­je, jak­by tu uszczk­nąć wię­cej wła­dzy i bogactw, a za morzem dora­sta­ją cudem oca­la­łe dzie­ci byłe­go kró­la – Vise­rys i Daene­rys. Nie­któ­rzy liczą, że to wła­śnie któ­reś z nich obej­mie w koń­cu należ­ny im tron. Kró­la Rober­ta wspie­ra jego sta­ry przy­ja­cie­la, Eddard Stark – gło­wa naj­po­tęż­niej­sze­go rodu na pół­no­cy pań­stwa. Tym­cza­sem tuż za gra­ni­ca­mi, za wiel­kim Murem, w kra­inach wiecz­nej zimy zaczy­na­ją się dziać dziw­ne, bar­dzo nie­po­ko­ją­ce rze­czy. Czy to moż­li­we, by wró­ci­li na poły mitycz­ni Inni?

Mimo licz­nych ele­men­tów fan­ta­stycz­nych, cykl jest nad­spo­dzie­wa­nie reali­stycz­ny. Moty­wy nad­przy­ro­dzo­ne pozo­sta­ją przez dłu­gi czas gdzieś na ubo­czu. Liczą się roz­gryw­ki na szczy­tach wła­dzy, dwor­skie intry­gi, a tak­że prze­ży­cia zwy­kłych ludzi schwy­ta­nych w try­by wiel­kiej histo­rii. Podob­nie jak w innych swo­ich utwo­rach, autor two­rzy nie­zwy­kle prze­ko­nu­ją­ce posta­ci, któ­rych losa­mi rze­czy­wi­ście moż­na się prze­jąć. Pisarz niko­go nie oszczę­dza – śmierć czai się wszę­dzie i nawet głów­ny, zda­wa­ło­by się, boha­ter może zostać bru­tal­nie pozba­wio­ny życia. Okru­cień­stwa nie bra­ku­je, to fan­ta­sy bez lukru i pięk­nych ryce­rzy w lśnią­cych zbro­jach.

Pieśń Lodu i Ognia” jest serią nie­zwy­kle boga­tą i odro­bi­nę przy­tła­cza­ją­cą. Na kil­ku tysią­cach stron Mar­tin zmie­ścił napraw­dę dużo posta­ci, któ­re obdzie­lił rów­nie impo­nu­ją­cą licz­bą wąt­ków. W więk­szo­ści nie­zbęd­nych do ogar­nię­cia cało­ści fabu­ły – ale nie bój­cie się: Mar­tin pisze tak umie­jęt­nie, że nie będzie­cie mogli się ode­rwać i ani się obej­rzy­cie, a skoń­czy­cie ostat­ni tom.
Nie ma praw­dzi­wych ryce­rzy, tak samo jak nie ma bogów. Ten, kto nie potra­fi obro­nić się sam, powi­nien zgi­nąć, żeby zro­bić miej­sce dla tych, któ­rzy to potra­fią. Świa­tem wła­da­ją ostra stal i sil­ne ręce. Nie wierz tym, któ­rzy ci wma­wia­ją, że jest ina­czej.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

Poza głów­nym cyklem Mar­tin napi­sał też trzy opo­wia­da­nia dzie­ją­ce się dłu­go przed wyda­rze­nia­mi z „Pie­śni Lodu i Ognia”. Boha­te­rem ich jest Dunk, wędrow­ny rycerz, podró­żu­ją­cy w towa­rzy­stwie chłop­ca imie­niem Jajo. Towa­rzysz woja to nikt inny jak póź­niej­szy król Aegon V Tar­ga­ry­en. Para boha­te­rów wplą­tu­je się raz za razem w roz­gryw­ki mniej lub bar­dziej moż­nych rodów Weste­ros. Wszyst­kie ich przy­go­dy zosta­ły zebra­ne w książ­ce „Rycerz Sied­miu Kró­lestw”. Krót­ka for­ma przy pisa­niu histo­rii dzie­ją­cych się w tym świe­cie rów­nież ma pra­wo bytu, a lek­tu­ra opo­wia­dań o Dun­ku daje pra­wie tyle rado­ści, co obco­wa­nie z sagą. A Mar­tin obie­cu­je, że do opo­wie­ści o Dun­ku i Jaju powró­ci jesz­cze nie raz.

Ten, kto tań­czy ze smo­ka­mi, musi się liczyć z tym, że spło­nie.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

Jest też opo­wia­da­nie „Księż­nicz­ka i kró­low” z anto­lo­gii „Nie­bez­piecz­ne kobie­ty”. Sku­pia się ona na Tań­cu Smo­ków – czy­li woj­nie domo­wej rodu Tar­ga­ry­enów. Po śmier­ci kró­la Vise­ry­sa I Tar­ga­ry­ena wła­dzę mia­ła objąć jego cór­ka z pierw­sze­go mał­żeń­stwa – Rha­eny­ra. Ale kró­lo­wa-wdo­wa, Ali­cent, posta­no­wi­ła posa­dzić na tro­nie swo­je­go pier­wo­rod­ne­go syna Aego­na. Dopro­wa­dzi­ło to do nie­zwy­kle krwa­wych starć oraz do wymar­cia więk­szo­ści smo­ków. W cza­sie Tań­ca Smo­ków roz­gry­wa się rów­nież „Ksią­żę Łotrzyk” z anto­lo­gii „Łotrzy­ki”. Tytu­ło­wy boha­ter to Daemon Tar­ga­ry­en, stryj i kocha­nek, a póź­niej tak­że dru­gi mąż Rha­eny­ry.

Dobrym pomy­słem na roz­po­czę­cie przy­go­dy z wcze­śniej­szą twór­czo­ścią Mar­ti­na (a tak­że z jego pisar­stwem w ogó­le) jest trzy­to­mo­wa anto­lo­gia „Retro­spek­ty­wy”. To wła­śnie tutaj znaj­du­ją się nagra­dza­ne tek­sty („Pia­secz­ni­ki”, „Dro­ga krzy­ża i smo­ka”, Pieśń dla Lyan­ny”), ale rów­nież mnó­stwo opo­wia­dań, któ­re mimo bra­ku wyróż­nień wciąż są jak naj­bar­dziej war­te lek­tu­ry. Czy­tel­nik dosta­nie prze­krój tek­stów z pra­wie całej jego karie­ry. W zebra­nych tu histo­riach znaj­dzie podró­że w cza­sie, wil­ko­ła­ki, dziw­ne owa­dy, nie­sa­mo­wi­te świa­tach, pokrę­co­ne sys­te­my reli­gij­ne i wie­le innych, rów­nie fascy­nu­ją­cych moty­wów. Opo­wia­da­nia uzu­peł­nio­ne są o wspo­mnie­nia auto­ra poka­zu­ją­ce jego pro­ces twór­czy, a tak­że przed­sta­wia­ją­ce jego poglą­dy na róż­ne spra­wy zwią­za­ne z fan­ta­sty­ką. Znaj­du­ją się tu też fabu­ły, któ­re póź­niej zosta­ły wyda­ne w Pol­sce jako frag­men­ty więk­szych cało­ści („Dzi­kie Kar­ty” i „Tuf Wędro­wiec”). Cie­ka­wost­ką są tek­sty pisa­ne dla tele­wi­zji.

- Stu­diu­ję ich reli­gię już od sze­ściu lat. Ona nie ma odpo­wied­ni­ka w histo­rii. Na Sta­rej Zie­mi nie ist­nia­ło nic w tym rodza­ju. Żaden inny zna­ny nam gatu­nek rów­nież nie stwo­rzył nic podob­ne­go. A jeśli cho­dzi o Zjed­no­cze­nie, no cóż, nie moż­na go porów­ny­wać do ofiar z ludzi, po pro­stu nie moż­na. W ziem­skich reli­giach poświę­ca­no parę osób, wbrew ich woli rzecz jasna, żeby ubła­gać bogów. Zabi­ja­no garst­kę, by zapew­nić łaskę milio­nom. A ofia­ry z regu­ły się sprze­ci­wia­ły. U Shke­enów wyglą­da to ina­czej. Gre­esh­ka zabie­ra wszyst­kich. I oni idą na śmierć dobro­wol­nie.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

„Ostat­ni rejs Fevre Dre­am” to książ­ka o wam­pi­rach. Ale nie tyl­ko. Więk­szość akcji dzie­je się na tytu­ło­wym parow­cu. Sta­tek zosta­je wyna­ję­ty przez bar­dzo eks­cen­trycz­ne­go dżen­tel­me­na pro­wa­dzą­ce­go noc­ny tryb życia. W mia­rę akcji wła­ści­ciel Fevre Dre­am odkry­wa, kim jest jego pasa­żer i pozna­je praw­dę o zbrod­niach, jakie ten popeł­nił. W tle autor pre­zen­tu­je ponu­ry obraz Ame­ry­ki XIX wie­ku, z dużym naci­skiem na kwe­stię nie­wol­nic­twa. Bar­dzo zgrab­nie kre­śli też histo­rię stat­ków paro­wych – w koń­cu prze­cież jeden z nich jest tytu­ło­wym boha­te­rem powie­ści. Umiej­sco­wie­nie fabu­ły na rze­ce dodat­ko­wo poma­ga zbu­do­wać atmos­fe­rę gro­zy i nie­sa­mo­wi­to­ści. A to prze­cież cho­dzi – „Ostat­ni rejs Fevre Dre­am” jest peł­no­praw­nym hor­ro­rem, mają­cym przed­sta­wić czy­tel­ni­ko­wi świet­ną histo­rię, ale też go wystra­szyć. I uda­je się mu to zna­ko­mi­cie.

Ta noc nie mogła się rów­nać z żad­ną inną, przy­naj­mniej w mnie­ma­niu Abne­ra Mar­sha. Była to noc magii, noc jak ze snu. Był gotów przy­siąc, że trwa­ła czter­dzie­ści, a nawet pięć­dzie­siąt godzin, a każ­da z nich wyda­wa­ła się bez­cen­na. Obaj z Yor­kiem byli na nogach do świ­tu, pijąc i roz­pra­wia­jąc na róż­ne tema­ty, spa­ce­ru­jąc po zbu­do­wa­nym przez nich stat­ku.

(Tłum. Robert P. Lipski)

„Roc­ko­wy Arma­ged­don” przed­sta­wia histo­rię Sandy’ego Bla­ira, dzien­ni­ka­rza i pisa­rza, cier­pią­ce­go na blo­ka­dę twór­czą. Ratun­kiem dla nie­go ma stać się śledz­two w spra­wie mor­der­stwa nie­ja­kie­go Jamie’ego Lyn­cha, mene­dże­ra legen­dar­ne­go zespo­łu Nazgul. Bada­jąc mor­der­stwo, boha­ter tra­fia na ślad więk­sze­go spi­sku, mają­ce­go na celu wskrze­sze­nie rewo­lu­cji lat ’60. dzię­ki mocy roc­ka. Książ­ka zawie­ra ele­men­ty fan­ta­stycz­ne, ale przede wszyst­kim jest powie­ścią o muzy­ce i kul­tu­rze tam­tej epo­ki. Mar­ti­no­wi uda­ło się zna­ko­mi­cie uchwy­cić kli­ma­ty tych dekad i poka­zać, co sta­ło się póź­niej roc­ko­wym sty­lem życia. A przy tym „Roc­ko­wy Arma­ged­don” jest tak­że mistrzow­sko napi­sa­nym thril­le­rem, trzy­ma­ją­cym czy­tel­ni­ka w nie­ustan­nym napię­ciu.

(…) cier­pię na gwał­tow­ny przy­pa­dek powie­ścio­pi­sar­skie­go zatwar­dze­nia. To napraw­dę zna­ko­mi­ta meta­fo­ra, gdy się nad tym zasta­no­wić, bo jeśli kie­dy­kol­wiek uda mi się skoń­czyć tę cho­ler­ną powieść, prze­czu­cie mi mówi, że to będzie gów­no.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

„Tuf Wędro­wiec” to zbiór opo­wia­dań o przy­go­dach tytu­ło­we­go inży­nie­ra eko­lo­ga. Havi­land Tuf był kie­dyś kup­cem, jed­nak w pew­nym momen­cie swo­je­go życia wszedł w posia­da­nie stat­ku, pozwa­la­ją­ce­go mu klo­no­wać wszel­kie żywe orga­ni­zmy. Teraz prze­mie­rza wszech­świat, wyko­rzy­stu­jąc swo­je umie­jęt­no­ści by rato­wać eko­sys­tem napo­tka­nych pla­net. Mar­ti­no­wi uda­ło się stwo­rzyć tu nie­zwy­kle barw­ne­go pro­ta­go­ni­stę. Jego boha­ter wypo­wia­da się w spe­cy­ficz­ny spo­sób, wyso­ce ceni sobie wygo­dę i brzy­dzi się cham­stwem oraz prze­mo­cą. W posta­ci Tufa moż­na zauwa­żyć nie­któ­re cechy Tyrio­na Lan­ni­ste­ra, a spo­so­by roz­wią­zy­wa­nia pro­ble­mów nie­odmien­nie przy­wo­dzą na myśl serial „Doctor Who”. „Tuf Wędro­wiec” to pozy­cja lżej­sza, wypeł­nio­na dzi­wacz­ny­mi pomy­sła­mi, a tak­że dopra­wio­na odpo­wied­nią daw­ką humo­ru.

Cywi­li­za­cje obcu­ją­ce z kota­mi są znacz­nie bogat­sze i bar­dziej ludz­kie niż te pozba­wio­ne ich nie­da­ją­ce­go się z niczym porów­nać towa­rzy­stwa.

(Tłum.: Arkadiusz Nakoniecznik)

„Świa­tło się mro­czy” jest bar­dziej „typo­wą” książ­ką Mar­ti­na – bar­dziej ponu­rą, bar­dziej bru­tal­ną, poka­zu­ją­cą natu­rę ludz­ką od tej gor­szej stro­ny. Akcja ma miej­sce na pla­ne­cie Wor­lorn, któ­ra kie­dyś była miej­scem wiel­kie­go festi­wa­lu czter­na­stu cywi­li­za­cji. Teraz glob umie­ra – po festi­wa­lu zosta­ły pra­wie puste mia­sta oraz nie­licz­ni ludzie, któ­rzy z róż­nych przy­czyn zde­cy­do­wa­li się nie nie opusz­czać tego miej­sca. Fabu­ła zaczy­na się od przy­by­cia Dir­ka t’Lariena, wezwa­ne­go tam przez Gwen Del­ga­do – swo­ją byłą kochan­kę, obec­nie będą­cą w nowym związ­ku. Jej aktu­al­ny part­ner pocho­dzi z Kava­la­ru, spo­łe­czeń­stwa kie­ru­ją­ce­go się napraw­dę dzi­wacz­nym i okrut­ny­mi zasa­da­mi. Cel wezwa­nia jest nie­zna­ny, a spra­wy bar­dzo szyb­ko zaczy­na­ją się kom­pli­ko­wać. Wkrót­ce całej trój­ce przyj­dzie wal­czyć o prze­ży­cie. Akcja trzy­ma w napię­ciu, ale głów­nym tema­tem książ­ki są róż­ni­ce kul­tu­ro­we, ogra­ni­cze­nia, jakie narzu­ca ludziom wycho­wa­nie, a tak­że pró­by wyj­ścia poza nie.

W śmier­ci nie ma spo­ko­ju. Tyl­ko nicość. Nicość. Nicość.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

Seria „Dzi­kie kar­ty” wyro­sła na bazie sesji RPG, któ­re pochła­nia­ły Mar­ti­na i jego zna­jo­mych pisa­rzy (m.in. Roge­ra Zelazny’ego, Wal­te­ra Jona Wil­liam­sa, Lewi­sa Shi­ne­ra). Gra­li napraw­dę dużo – w pew­nym momen­cie autor doszedł do wnio­sku, że wypa­da­ło­by to zmo­ne­ty­zo­wać. I tak się sta­ło – seria spo­tka­ła się z bar­dzo cie­płym przy­ję­ciem. Obec­nie liczy ponad dwa­dzie­ścia tomów. Histo­ria zaczy­na się od bom­by – spusz­czo­nej na Zie­mię w ramach eks­pe­ry­men­tu obcej rasy. Pra­wie wszy­scy, któ­rzy zosta­li dotknię­ci jej dzia­ła­niem, od razu zgi­nę­li. Część jed­nak prze­ży­ła, a ich cia­ła ule­gły zmia­nie. Więk­szość sta­ła się gro­te­sko­wy­mi potwo­ra­mi – Joke­ra­mi, inni zyska­li zupeł­nie nie­przy­dat­ne umie­jęt­no­ści (np. zmia­nę kolo­ru wło­sów na życze­nie), ale nie­któ­rzy – Asy – zyska­li praw­dzi­we, nad­lu­dzie zdol­no­ści: super­si­łę, tele­ki­ne­zę, moce mistycz­ne. Kolej­ne tomy cyklu (poza nie­licz­ny­mi wyjąt­ka­mi) to zbio­ry opo­wia­dań, pisa­nych przez róż­nych auto­rów i łączą­ce się w więk­szą całość. Auto­rzy stwo­rzy­li napraw­dę boga­ty świat, któ­ry śmia­ło może kon­ku­ro­wać ze zna­ny­mi uni­wer­sa­mi komik­so­wych super­bo­ha­te­rów.

Tak jest, umo­wa. Pamię­tał. Aniel­ska Buzia zapew­nia­ła mu pie­nią­dze na czynsz, wyży­wie­nie i dowol­ną ilość alko­ho­lu – tyle, ile tyl­ko będzie potrze­bo­wał, by wypłu­kać wspo­mnie­nia. W zamian za to musiał tyl­ko jeść i opo­wia­dać jej histo­rie. Uwiel­bia­ła słu­chać jego opo­wie­ści. Powta­rzał jej rodzin­ne aneg­do­ty, udzie­lał wykła­dów na temat taki­siań­skich zwy­cza­jów, wypeł­niał jej gło­wę histo­rią, legen­da­mi i roman­sa­mi, opo­wie­ścia­mi o balach, intry­gach i pięk­nie tak bar­dzo odle­głym od szpe­to­ty Mia­sta Dżo­ke­rów.

(Tłum.: Michał Jakuszewski)

Geo­r­ge R.R. Mar­tin jest auto­rem bar­dzo róż­no­rod­nym, czu­ją­cym się swo­bod­nie w pra­wie wszyst­kich pod­ga­tun­kach fan­ta­sty­ki. Rów­nie dobrze wycho­dzą mu utwo­ry fan­ta­sy, hor­ro­ry, tek­sty fan­ta­stycz­no-nauko­we, a tak­że ich mie­szan­ki. Zawsze w cen­trum tek­stów Mar­ti­na jest czło­wiek i jego pro­ble­my – dzię­ki temu to pisar­stwo jest uni­wer­sal­ne, tra­fia­ją­ce do więk­szo­ści czy­tel­ni­ków.

Foto­gra­fie na ilu­stra­cji głów­nej: Nick Briggs.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy