Ciekawostki

Świat Dysku i okolice – rozpocznij przygodę z światami Terry‘ego Pratchetta

Ter­ry Prat­chett opu­ścił naszą pla­ne­tę dwa lata temu. Pozo­sta­wił jed­nak po sobie olbrzy­mią spu­ści­znę kil­ku­dzie­się­ciu ksią­żek – któ­re w dodat­ku w więk­szo­ści były dobre. Wia­do­mo, że z jako­ścią nie zawsze idzie popu­lar­ność, ale Prat­chet­to­wi uda­ło się to osią­gnąć. Jest jed­nym z naj­chęt­niej czy­ta­nych współ­cze­snych pisa­rzy, jego powie­ści są publi­ko­wa­ne na całym świe­cie, na ich pod­sta­wie powsta­wa­ły fil­my, gry, sztu­ki teatral­ne i komik­sy.

Autor posia­dał olbrzy­mi talent do opo­wia­da­nia oraz gar­gan­tu­icz­ne poczu­cie humo­ru – bar­dzo absur­dal­ne­go, sza­lo­ne­go humo­ru. A przy tym wyko­rzy­sty­wał te umie­jęt­no­ści by mówić o rze­czach waż­nych, przez co jego utwo­ry nie były wyłącz­nie roz­ryw­ką. Dobrze jest więc tego pisa­rza znać, a my pod­po­wia­da­my, od któ­rych ksią­żek zacząć.

Twór­czość Prat­chet­ta to przede wszyst­kim „Świat Dys­ku” – wie­lo­to­mo­wa seria fan­ta­sy (lub raczej: opie­ra­ją­ca się na nie­któ­rych moty­wach wła­ści­wych dla tego gatun­ku), któ­rej akcja dzie­je się na pła­skim świe­cie, podró­żu­ją­cym przez kosmos na grze­bie­cie czte­rech sło­ni, umiesz­czo­nych z kolei na sko­ru­pie gigan­tycz­ne­go żół­wia. Taka kosmo­lo­gia suge­ru­je bar­dzo gro­te­sko­wą geo­gra­fię oraz rów­nie absur­dal­ne histo­rie roz­gry­wa­ją­ce się w tej rze­czy­wi­sto­ści. I tak fak­tycz­nie jest. Cen­tral­nym punk­tem (choć nie w geo­gra­ficz­nym rozu­mie­niu tego sło­wa) jest Ankh-Mor­pork – per­ła miast (jeśli pod tym poję­ciem mamy na myśli kawa­łek śmie­cia pokry­ty wydzie­li­ną cho­re­go mię­cza­ka). Panu­ją­cy w mie­ście ustrój moż­na pod­su­mo­wać hasłem „Jeden czło­wiek – jeden głos”. Rzą­dzą­cy nim Patry­cjusz jest wła­śnie tym czło­wie­kiem, któ­ry ma głos. Oprócz tego w metro­po­lii funk­cjo­nu­je sze­reg gil­dii – m.in. bła­znów, alche­mi­ków, żebra­ków, zło­dziei i skry­to­bój­ców. Wszyst­kie dzia­ła­ją abso­lut­nie legal­nie, jako że Patry­cjusz uwa­ża, że zamiast wal­czyć z prze­stęp­czo­ścią, znacz­nie lepiej ją zale­ga­li­zo­wać i zmu­sić do pła­ce­nia podat­ków. Ankh-Mor­pork to tak­że olbrzy­mi tygiel, gdzie mie­sza­ją się kul­tu­ry z całe­go Dys­ku; obok sie­bie żyją ludzie, kra­sno­lu­dy, trol­le, przy­by­sze z Klat­chu, Quir­mu, Lan­cre i wie­lu innych kra­in. Jest też tu miej­sce dla, przy­kła­do­wo, nie­umar­łych, któ­rzy zrze­sza­ją się w orga­ni­za­cję i wal­czą o rów­ne pra­wa.

Wie­le pie­śni napi­sa­no na temat tej gwar­nej metro­po­lii. Naj­słyn­niej­sza z nich to oczy­wi­ście „Pod dacha­mi Ankh-Mor­pork”, ale war­to też wspo­mnieć „Zabierz mnie dale­ko od Ankh-Mor­pork”, „Boję się, że wra­cam do Ankh-Mor­pork” i sta­ry prze­bój „Zara­za z Ankh-Mor­pork”.

A jeśli szu­ka­my środ­ka geo­gra­ficz­ne­go, to jest nim góra Cori Cele­sti. Tam miesz­ka więk­szość bogów i wła­śnie w tym miej­scu toczą oni swo­je gry, w któ­rych staw­ką są dusze śmier­tel­ni­ków. Nikt nie chce grać z Losem.

Los zawsze wygry­wa. Więk­szość bogów rzu­ca kość­mi, ale Los gra w sza­chy i nikt się nie orien­tu­je – dopó­ki nie jest za póź­no – że przez cały czas miał dwie kró­lo­we.

Innym waż­nym miej­scem jest Lan­cre, gór­ska kra­ina, słyn­na ze swo­ich cza­row­nic, gdzie jedy­ny pła­ski kawa­łek grun­tu jest trzy­ma­ny w muzeum. Hen za morza­mi roz­po­ście­ra się, sty­li­zo­wa­ne na feu­dal­ne Chi­ny (z domiesz­ką kul­tu­ry japoń­skiej i rosyj­skiej) Impe­rium Aga­tej­skie, rzą­dzo­ne przez Cesa­rza i pięć potęż­nych rodów: Sun­gów, Tan­gów, Hon­gów, Fan­gów i McSwe­eney­ów.

Wybór był dla Rin­ce­win­da cał­kiem jasny. Z jed­nej stro­ny ist­nia­ło mia­sto Hun­ghung, oble­ga­ne, pul­su­ją­ce rewo­lu­cją i nie­bez­pie­czeń­stwem. Z dru­giej stro­ny była resz­ta świa­ta. Uznał zatem za waż­ne, by wie­dzieć, gdzie leży Hun­ghung, aby przy­pad­kiem tam nie tra­fić. Dokład­nie wysłu­chał wska­zó­wek Save­loya, po czym ruszył w prze­ciw­ną stro­nę.

To tyl­ko kil­ka loka­cji, któ­re war­to odwie­dzić pod­czas podró­ży po Dys­ku. Świat Prat­chet­ta jest nie­zwy­kle boga­ty, two­rząc go, autor peł­ny­mi gar­ścia­mi czer­pał z naszej kul­tu­ry i histo­rii, prze­kształ­ca­jąc zna­ne moty­wy oraz tro­py na swo­ją modłę. Nie jest to tyl­ko post­mo­der­ni­stycz­na zaba­wa, wszyst­kie te nawią­za­nia i paro­die, oprócz wywo­ła­nia śmie­chu u czy­tel­ni­ka, mają też na celu zwró­ce­nie uwa­gi na pew­ne pro­ble­my i mecha­ni­zmy, z któ­ry­mi musi się ście­rać współ­cze­sny czło­wiek.

Jak już mówi­li­śmy, cały cykl to kil­ka­dzie­siąt ksią­żek. Moż­na z nich wyod­ręb­nić kil­ka serii, zwią­za­nych głów­ny­mi boha­te­ra­mi i typa­mi histo­rii, jakie są w nich przed­sta­wia­ne.

Jeśli nie jeste­ście dzi­ki­mi fana­mi fan­ta­sy, to raczej nie pole­ca­li­by­śmy czy­ta­nia „Świa­ta Dys­ku” od począt­ku. Pierw­sze dwa tomy bar­dzo sil­nie sku­pia­ją się na paro­dio­wa­niu kla­sy­ki gatun­ku i nie są jesz­cze tak dobre jak póź­niej­sze doko­na­nia Prat­chet­ta. Nie moż­na nazwać ich zły­mi książ­ka­mi, ale widać w nich jesz­cze, że to dopie­ro począ­tek jego ścież­ki. Tyl­ko, że te dwie to rów­nież pierw­sze czę­ści cyklu o Rin­ce­win­dzie – nie­uda­nym magu, któ­ry cały czas sta­ra się uciec od pro­ble­mów oraz zna­leźć jakieś miej­sce, gdzie nikt nie będzie od nie­go nicze­go chciał. A przy­naj­mniej nie będzie nasta­wał na jego życie. Na szczę­ście bez zna­jo­mo­ści ich kolej­ne pozy­cje z tym boha­te­rem też będą zro­zu­mia­łe, a po prze­czy­ta­niu ich zawsze moż­na wró­cić do tych począt­ko­wych – „Kolo­ru magii” i „Bla­sku fan­ta­stycz­ne­go”.

Szcze­gól­nie war­te prze­czy­ta­nia książ­ki o Rin­ce­win­dzie:

Cie­ka­we cza­sy”. Jed­na z naj­lep­szych powie­ści za „Świa­ta Dys­ku”, w któ­rej boha­ter prze­no­si się do wspo­mnia­ne­go już impe­rium Aga­tej­skie­go. Cza­sy dla tego pań­stwa są o tyle cie­ka­we, że w każ­dej chwi­li może wybuch­nąć rewo­lu­cja, a na teren kra­ju prze­nik­nę­ła Srebr­na Orda – gru­pa bar­dzo sta­rych bar­ba­rzyń­ców, dowo­dzo­nych przez sta­re­go zna­jo­me­go Rin­ce­win­da, Dżyn­gis Cohe­na.

Nie­do­świad­czo­ny wię­zień natych­miast rzu­cił­by się do uciecz­ki. Ale Rin­ce­wind ukoń­czył stu­dia dok­to­ranc­kie na kie­run­ku pozo­sta­wa­nia przy życiu. Wie­dział, że w takich sytu­acjach naj­lep­szym roz­wią­za­niem jest uwol­nie­nie wszyst­kich więź­niów. Potem nale­ży klep­nąć każ­de­go z nich w ramię, szep­nąć “Szyb­ko! Idą po cie­bie!”, a następ­nie usiąść w miłym i spo­koj­nym miej­scu, dopó­ki pogoń nie znik­nie w odda­li.

Bez­po­śred­nią kon­ty­nu­acją jest „Ostat­ni kon­ty­nent”, w któ­rym boha­ter tra­fia na legen­dar­ny ląd Czte­rik­sy, gdzie spo­ty­ka mnó­stwo posta­ci i moty­wów zwią­za­nych z Austra­lią. Kra­ina wyda­je się być o tyle dziw­na, że deszcz trak­to­wa­ny jest jak mit, a czas bie­gnie w bar­dzo spe­cy­ficz­ny spo­sób – prze­szłość nie­ustan­nie mie­sza się z teraź­niej­szo­ścią. Tym­cza­sem inni cza­ro­dzie­je z Nie­wi­docz­ne­go Uni­wer­sy­te­tu zosta­ją prze­nie­sie­ni w odle­głą prze­szłość i pozna­ją Boga Ewo­lu­cji (któ­ry sam uwa­ża się za ate­istę).

- Będzie dobrze. Nie ma zmar­twie­nia.
To była zadzi­wia­ją­ca fra­za. Prak­tycz­nie rzecz bio­rąc, magicz­na sama w sobie. Po pro­stu… spra­wia­ła, że wszyst­ko sta­wa­ło się lep­sze. Rekin odgryzł ci nogę? Nie ma zmar­twie­nia. Popa­rzy­ła cię medu­za? Nie ma zmar­twie­nia! Jesteś tru­pem? Będzie dobrze, nie ma zmar­twie­nia. Co dziw­ne, to chy­ba dzia­ła­ło.

Wątek wie­ko­wych bar­ba­rzyń­ców kon­ty­nu­owa­ny jest w „Ostat­nim boha­te­rze”. To książ­ka róż­nią­ca się for­mą od innych pozy­cji ze Świa­ta Dys­ku – wyda­na w for­ma­cie A4 i boga­to ilu­stro­wa­na przez Pau­la Kidby’ego (któ­ry nota­be­ne jest też auto­rem wie­lu okła­dek do innych powie­ści z tego cyklu). Fabu­ła opo­wia­da o tym, jak to roz­cza­ro­wa­ny życiem Cohen i jego kole­dzy chcą doko­nać ostat­nie­go boha­ter­skie­go czy­nu. Pierw­szy boha­ter zasły­nął tym, że wykradł bogom ogień. Teraz ostat­ni boha­te­ro­wie chcą go im zwró­cić. Z pro­cen­tem.

Bar­dzo sta­ry­mi boha­te­ra­mi – popra­wił histo­ryk. – To tyl­ko ozna­cza, że mają bar­dzo duże doświad­cze­nie w osią­ga­niu tego, co zamie­rzy­li.

Inne książ­ki, w któ­rych wystę­pu­je Rin­ce­wind: „Cza­ro­dzi­ciel­stwo”, „Eryk”, „Nie­wi­docz­ni Aka­de­mi­cy” i wszyst­kie czę­ści „Nauki Świa­ta Dys­ku”.

Czy­taj dalej o pozo­sta­łych tytu­łach Mistrza Prat­chet­ta

Dla miło­śni­ków kry­mi­na­łów noir odpo­wied­nim począt­kiem będzie cykl o Stra­ży Miej­skiej, dzia­ła­ją­cej w Ankh-Mor­pork. W pierw­szej czę­ści (“Straż! Straż!”) pozna­je­my kapi­ta­na Samu­ela Vimes, cynicz­ne­go gli­nę, któ­ry nie ma więk­szych nadziei na zmia­nę cze­go­kol­wiek w mie­ście oraz dwóch jego pod­ko­mend­nych – nie­zbyt bystre­go sier­żan­ta Fre­da Colo­na i kapra­la „Nobby’ego” Nob­b­sa, któ­ry jako jedy­ny czło­wiek na świe­cie musi nosić papie­ry zaświad­cza­ją­ce o jego przy­na­leż­no­ści do gatun­ku ludz­kie­go. Sytu­acja stró­żów pra­wa ule­ga znacz­nej zmia­nie, kie­dy do służ­by zacią­ga się Mar­che­wa Żela­zny­włads­son, czło­wiek wycho­wa­ny przez kra­sno­lu­dy (i przez to bar­dziej przy­wią­za­ny do kul­tu­ry kra­sno­ludz­kiej). Jego uczci­wość, pro­sto­li­nij­ność oraz brak zna­jo­mo­ści ukła­dów panu­ją­cych w mie­ście spra­wia­ją, że Straż Miej­ska zaczy­na się zmie­niać. A przy oka­zji poko­nu­je smo­ka.

Poza tym Straż z zasa­dy nie mie­sza się do bójek. O wie­le pro­ściej jest wkro­czyć póź­niej i aresz­to­wać wszyst­kich nie­przy­tom­nych.

Ewo­lu­cja Stra­ży trwa w „Zbroj­nych”, kie­dy to dzię­ki zarzą­dze­niu Patry­cju­sza do Stra­ży dołą­cza­ją mniej­szo­ści gatun­ko­we: kra­sno­lud Cud­dy, wil­ko­łak Angua i troll Detry­tus. Nowi rekru­ci są jak naj­bar­dziej potrzeb­ni – w mie­ście gra­su­je mor­der­ca, posłu­gu­ją­cy się nie­zna­ną wcze­śniej bro­nią. Przy oka­zji czy­tel­nik pozna­je zawi­ło­ści trol­lo­wej mate­ma­ty­ki oraz sekre­ty kuch­ni kra­sno­lu­dów.

Żyły wystą­pi­ły Mar­che­wie na kar­ku. Pod­parł się pod boki.
– Młod­szy funk­cjo­na­riusz Detry­tus! — ryk­nął. — Zasa­lu­to­wać!
Wie­le godzin usi­ło­wa­li go tego nauczyć. Mózg Detry­tu­sa potrze­bo­wał cza­su, by przy­swo­ić sobie zasa­dę, kie­dy jed­nak już tam tra­fi­ła, nie zni­ka­ła pręd­ko.
Zasa­lu­to­wał. Ręką peł­ną kra­sno­lu­da.

Łups!” jest naj­mniej zabaw­ną powie­ścią z całe­go cyklu. To mrocz­na, ponu­ra histo­ria, w któ­rej humor jest tyl­ko dodat­kiem. Samu­el Vimes pro­wa­dzi tutaj śledz­two, któ­re sil­nie zwią­za­ne jest z legen­dar­ną bitwą w doli­nie Koom, pod­czas któ­rej obie stro­ny (trol­le i kra­sno­lu­dy) nawza­jem wcią­gnę­ły się w zasadz­kę. Jeśli zagad­ka śmier­ci mło­de­go kra­sno­lu­da nie zosta­nie pręd­ko roz­wią­za­na, w mie­ście może wybuch­nąć woj­na na tle gatun­ko­wym.

Jeże­li ludzie pró­bu­ją cię zabić, to zna­czy, że robisz coś, jak nale­ży.

Pozo­sta­łe książ­ki, gdzie cen­tral­ny­mi posta­cia­mi są straż­ni­cy: „Na gli­nia­nych nogach”, „Bogo­wie honor, Ankh-Mor­pork”, „Pią­ty Ele­fant”, „Praw­da”, “Straż noc­na”, “Potwor­ny regi­ment” i “Niuch”.

Czy­taj dalej o pozo­sta­łych tytu­łach Mistrza Prat­chet­ta

Wspo­mi­na­łem wcze­śniej o Lan­cre i tam­tej­szych cza­row­ni­cach. Tak­że one mają kil­ka powie­ści sobie poświę­co­nych i rów­nież wśród nich znaj­du­je się parę pozy­cji wybi­ja­ją­cych się ponad (i tak wyso­ki) poziom dys­ko­wych ksią­żek. Cykl sku­pia się na trzech wiedź­mach, pasu­ją­cych do arche­ty­po­wych ról cza­row­nic. Mło­da, nie­śmia­ła Magrat jest Dzie­wi­cą (nawet po wyj­ściu za mąż), rubasz­na Nia­nia Ogg, posia­dacz­ka olbrzy­miej rodzi­ny peł­ni rolę Mat­ki, a Bab­cia Weather­wax, naj­po­tęż­niej­sza i naj­bar­dziej sza­no­wa­na wiedź­ma w oko­li­cy to… ta trze­cia. Cza­row­ni­ce, mimo iż obda­rzo­ne potęż­ną mocą magicz­ną, sta­ra­ją się jej jed­nak nie sto­so­wać zbyt czę­sto, uwa­ża­jąc, że praw­dzi­wa sztu­ka to wie­dzieć, kie­dy magii nie uży­wać. Pole­ga­ją głów­nie na swo­im zdro­wym roz­sąd­ku, spry­cie, psy­cho­lo­gii i doświad­cze­niu.

Naj­lep­sze książ­ki o tych posta­ciach sil­nie inspi­ro­wa­ne są Szek­spi­rem. W „Trzech wiedź­mach”, nawią­zu­ją­cych przede wszyst­kim do „Mak­be­ta”, kowen zaj­mu­je się ochro­ną syna zamor­do­wa­ne­go wład­cy, a w „Panach i damach” (tu widać głów­nie „Sen nocy let­niej”) muszą powstrzy­mać najazd elfów z inne­go świa­ta.

- Chcesz powie­dzieć, że zasa­da nie­wtrą­ca­nia się to coś w rodza­ju zło­że­nia ślu­bu, że nie będzie się pły­wać. I abso­lut­nie nigdy nie łamiesz tej przy­się­gi, dopó­ki nie znaj­dziesz się w wodzie?
- Lep­sze to niż uto­nąć – stwier­dzi­ła Nia­nia Ogg.

Pozo­sta­łe książ­ki o wiedź­mach: „Rów­no­uma­gicz­nie­nie”, „Wypra­wa cza­row­nic”, „Maska­ra­da”, „Car­pe Jugu­lum”. Cykl powie­ści o Tif­fa­ny Obo­la­łej rów­nież sku­pia się na wie­dzą­cych kobie­tach, jed­nak posta­cie Bab­ci Weather­wax i Nia­ni Ogg wystę­pu­ją tam tyl­ko epi­zo­dycz­nie.

Czy­taj dalej o pozo­sta­łych tytu­łach Mistrza Prat­chet­ta

Rów­nież bar­dzo cie­ka­we są książ­ki, w któ­rych cen­tral­ną posta­cią jest Śmierć. Jak sam sie­bie okre­śla, jest „antro­po­mor­ficz­ną per­so­ni­fi­ka­cją ludz­kich wyobra­żeń na swój temat”. Zawsze mówi WIELKIMI LITERAMI. Pil­nu­je, żeby ludzie umie­ra­li jak nale­ży i prze­pro­wa­dza ich na dru­gą stro­nę (czym­kol­wiek ona jest). Zda­rza mu się jed­nak odczu­wać coś na kształt ludz­kich emo­cji, któ­rych jed­nak za bar­dzo nie rozu­mie. Ale kocha kot­ki.

Z tej pół­ki szcze­gól­nie dobrym tytu­łem jest „Mort”, opo­wia­da­ją­cy o tytu­ło­wym chło­pa­ku, któ­ry został przy­ję­ty przez ŚMIERĆ na cze­lad­ni­ka. W sie­dzi­bie ponu­re­go żni­wia­rza pozna­je jego przy­bra­ną cór­kę i szy­ku­je się by ewen­tu­al­nie zająć miej­sce mistrza. Ale czy to kie­dy­kol­wiek nastą­pi?

- Moja bab­cia mówi­ła, że umrzeć to jak­by zasnąć – oświad­czył Mort z odro­bi­ną nadziei w gło­sie.
TRUDNO MI TO STWIERDZIĆ. NIE ZDARZYŁO MI SIĘ ANI JEDNO, ANI DRUGIE.

Z kolei w „Kosia­rzu” (rów­nie uda­nym) Śmierć uda­je się na urlop i pod imie­niem Bill Bra­ma zatrud­nia się na pew­nej far­mie. Jego absen­cja wywo­łu­je sze­reg pro­ble­mów – głów­nie z tego powo­du, że ludzie nagle prze­sta­ją umie­rać, a w Ankh-Mor­pork nie­spo­dzie­wa­nie poja­wia­ją się super­mar­ke­ty. W tej powie­ści debiu­tu­je też Śmierć Szczu­rów.

Śmierć zre­zy­gno­wał z ogni­stych wierz­chow­ców i koń­skich szkie­le­tów, bo stwier­dził, że są nie­prak­tycz­ne. Zwłasz­cza te ogni­ste. Sta­le pod­pa­la­ły wła­sną ściół­kę, a potem sta­ły w środ­ku poża­ru z zakło­po­ta­ną miną.

Śmierć poja­wia się w pra­wie wszyst­kich książ­kach ze Świa­ta Dys­ku, jed­nak szcze­gól­ną rolę ma (oprócz wyżej opi­sa­nych) w „Wiedź­mi­ko­ła­ju”, „Muzy­ce duszy” i „Zło­dzie­ju cza­su”.

Czy­taj dalej o pozo­sta­łych tytu­łach Mistrza Prat­chet­ta

Kolej­ną waż­ną posta­cią, któ­ra na sta­le zago­ści­ła w Świe­cie Dys­ku jest Moist von Lipwig. To drob­ny (ale bar­dzo sku­tecz­ny) oszust, któ­re­go nie­cne talen­ty są wyko­rzy­sty­wa­ne przez Patry­cju­sza do rato­wa­nia pod­upa­da­ją­cych insty­tu­cji miej­skich.

Po raz pierw­szy poja­wił się w powie­ści „Pie­kło pocz­to­we”, gdzie, jak sam tytuł wska­zu­je, objął funk­cję naczel­ni­ka pocz­ty. A pocz­ta jest w napraw­dę kiep­skim sta­nie – panu­je tu marazm, cha­os, a nie­do­star­czo­ne listy zale­ga­ją tona­mi w każ­dym pomiesz­cze­niu budyn­ku. Są też ludzie, któ­rym zale­ży, żeby taki stan się utrzy­mał. Moist będzie musiał użyć całe­go zesta­wu swo­ich nie-do-koń­ca-uczci­wych zagrań, by osią­gnąć cel, a przy oka­zji wyna­leźć fila­te­li­sty­kę.

Zawsze pamię­taj, że tłum, któ­ry okla­sku­je two­ją koro­na­cję, jest tym samym tłu­mem, któ­ry będzie okla­ski­wał two­ją egze­ku­cję.

Świat finan­sje­ry”. Po pocz­to­wym suk­ce­sie los umiesz­cza Moista za ste­ra­mi Kró­lew­skiej Men­ni­cy i ban­ku. Bo men­ni­ca naj­wy­raź­niej też może przy­no­sić stra­ty – oka­zu­je się, że pro­duk­cja pie­nię­dzy jest droż­sza niż ich nomi­nal­na war­tość. Sytu­acji nie uła­twia fakt, iż wła­ści­cie­lem całe­go inte­re­su jest pies, a gro­no poten­cjal­nych spad­ko­bier­ców zro­bi wszyst­ko, by prze­jąć mają­tek. Czy roz­wią­za­niem mogą być papie­ro­we pie­nią­dze?

Nale­że­li do kla­sy zwa­nej “sta­ry­mi pie­niędz­mi”, co ozna­cza­ło, że zaro­bi­li je tak daw­no, by ciem­ne czy­ny, któ­re napeł­ni­ły ich kufry, sta­ły się histo­rycz­nie nie­istot­ne. Zabaw­ne, że czło­wiek zwy­kle trzy­ma w tajem­ni­cy ojca rabu­ją­ce­go na gościń­cach, ale przy kie­lisz­ku por­to prze­chwa­la się pra­pra­pra­dziad­kiem będą­cym han­dla­rzem nie­wol­ni­ków.

Para w ruch” to kolej­na część rewo­lu­cji prze­my­sło­wej w Świe­cie Dys­ku. Tak, nastał czas pocią­gów. I zno­wu Patry­cjusz skła­da Moisto­wi pro­po­zy­cję nie do odrzu­ce­nia. Cwa­niak, któ­ry już zaj­mu­je się pocz­tą, men­ni­cą i ban­kiem musi teraz na doda­tek zarzą­dzać kole­ja­mi. Co oczy­wi­ście nie jest pro­ste, zwłasz­cza, że nie­któ­rym pocią­gi się nie podo­ba­ją i sta­ra­ją się zro­bić wszyst­ko, by nie dopu­ścić do ich roz­wo­ju. Fabu­ła nie ogra­ni­cza się do oko­lic Ankh-Mor­pork, ale wie­dzie czy­tel­ni­ka aż do dale­kie­go Über­wal­du.

Mia­ła cał­kiem nie­win­ną minę – jak góra, któ­ra rok po roku nie robi nic groź­ne­go, naj­wy­żej tro­chę dymi, aż pew­ne­go dnia spra­wia, że cała cywi­li­za­cja sta­je się insta­la­cją arty­stycz­ną.

W przy­pad­ku, gdy ktoś nie jest pew­ny, czy Świat Dys­ku jest dla nie­go odpo­wied­ni i nie chce się wplą­ty­wać w dłuż­sze cykle (choć tak na dobrą spra­wę każ­dą książ­kę z danej „serii” moż­na czy­tać osob­no), to infor­mu­ję, że kil­ka tytu­łów nie jest zwią­za­nych z żad­nym z nich. I wciąż pozo­sta­ją świet­ny­mi powie­ścia­mi.

Weź­my na przy­kład „Pomniej­sze bóstwa”. W tej książ­ce Prat­chett bie­rze na warsz­tat kwe­stię reli­gii i roz­pra­wia się z nią z całą swo­ją ate­istycz­ną gra­cją. Czy­tel­nik pozna­je reli­gię Omnian – bar­dzo potęż­ny i fana­tycz­ny kult, któ­ry pozo­sta­je mono­te­istycz­nym, mimo iż cała resz­ta Dys­ku dosko­na­le sobie zda­je spra­wę z ist­nie­nia mno­go­ści bóstw. Wbrew wszyst­kim wie­rzą też, że świat ma kształt kuli, a teo­rie o pła­skim dys­ku trak­tu­ją jak groź­ną here­zję. Nie­ste­ty, sam wszech­po­tęż­ny Om nie czu­je się zbyt dobrze. Bóg stra­cił więk­szość swo­ich mocy, kie­dy oka­za­ło się, że wła­ści­wie nie ma wyznaw­ców, a jedy­ną oso­bą, któ­ra napraw­dę w nie­go wie­rzy jest nie­zbyt bystry klasz­tor­ny nowi­cjusz – Bru­tha.

Kie­dy się jest bogiem, kło­pot pole­ga na tym, że nie ma się do kogo modlić.

Inną god­ną pole­ce­nia książ­ką tego typu są „Pira­mi­dy”. To histo­ria następ­cy tro­nu pań­stwa wzo­ro­wa­ne­go na sta­ro­żyt­nym Egip­cie. Mło­dy Tep­pic koń­czy wła­śnie pre­sti­żo­wą szko­łę dla skry­to­bój­ców, kie­dy dowia­du­je się, że jego ojciec wła­śnie umarł i musi wra­cać do kra­ju, by objąć tron. Spra­wo­wa­nie wła­dzy nie jest jed­nak łatwe, zwłasz­cza w pań­stwie tak przy­wią­za­nym do tra­dy­cji jak Dje­li­bey­bi, gdzie pira­mi­dy są napraw­dę waż­ną spra­wą.

Przy oka­zji: wbrew popu­lar­nym wie­rze­niom, pira­mi­dy nie ostrzą żyle­tek. Po pro­stu prze­no­szą je w cza­sie do chwi­li, kie­dy jesz­cze nie były tępe. Przy­czy­ny tego fak­tu są praw­do­po­dob­nie kwan­to­we.

Prat­chett może rów­nież zain­te­re­so­wać oso­by, któ­re z lite­ra­tu­rą fan­ta­stycz­ną nie mają za wie­le do czy­nie­nia, a za to inte­re­su­ją się nauką. Czte­ry czę­ści „Nauki Świa­ta Dys­ku” zosta­ły napi­sa­ne wspól­nie z Jac­kiem Cohe­nem (bio­lo­giem) i Ianem Ste­war­tem (mate­ma­ty­kiem). Histo­rie o magach (któ­rzy w Świe­cie Dys­ku są odpo­wied­ni­kiem śro­do­wisk nauko­wych) prze­pla­ta­ne są przez arty­ku­ły popu­lar­no­nau­ko­we, wyja­śnia­ją­ce zagad­nie­nia z dzie­dzi­ny fizy­ki, bio­lo­gii i mate­ma­ty­ki. Prat­chett jak zwy­kle nie zawo­dzi. Podob­nie naukow­cy – to nie tyl­ko mądrzy ludzie, zna­ją­cy się na rze­czy, ale też zdol­ni popu­la­ry­za­to­rzy nauki, umie­ją­cy prze­ka­zać swo­ją wie­dzę.

Uni­wer­sy­te­to­wi zawsze opła­ca się mieć Coś Bar­dzo Wiel­kie­go. Zaj­mu­je ono młod­szych pra­cow­ni­ków, dając ulgę tym star­szym (zwłasz­cza, jeśli CBW usy­tu­owa­ne jest w pew­nej odle­gło­ści od cen­trum naucza­nia), oraz zuży­wa dużo pie­nię­dzy, któ­re w prze­ciw­nym razie leża­ły­by tyl­ko i spra­wia­ły kło­po­ty lub były wyko­rzy­sta­ne przez wydział socjo­lo­gii albo, praw­do­po­dob­nie, jed­no i dru­gie.

Czy­taj dalej o pozo­sta­łych tytu­łach Mistrza Prat­chet­ta

Twór­czość Prat­chet­ta to jed­nak nie tyl­ko „Świat Dys­ku”. W swo­jej karie­rze autor napi­sał sze­reg powie­ści, któ­re nie są zwią­za­ne z jego naj­waż­niej­szym cyklem.
Jeśli lubi­cie Neila Gaima­na, to prze­czy­taj­cie „Dobry Omen” – książ­kę, nad któ­rą obaj dżen­tel­me­ni pra­co­wa­li wspól­nie. To zakrę­co­na opo­wieść o Apo­ka­lip­sie, gdzie nic idzie tak jak iść mia­ło. Anioł i dia­beł są naj­lep­szy­mi kum­pla­mi, Anty­chryst zosta­je wycho­wa­ny przez nie tę rodzi­nę, przez któ­rą powi­nien, a jedy­na praw­dzi­wa prze­po­wied­nia nie jest zbyt zro­zu­mia­ła dla współ­cze­sne­go czło­wie­ka.

- Nie rozu­miem, co jest tak faj­ne­go w stwo­rze­niu ludzi jako ludzi, a potem robie­niu awan­tur, że się zacho­wu­ją jak ludzie – prze­rwał suro­wo Adam. – A poza tym, gdy­by­ście prze­sta­li mówić ludziom, że będzie ze wszyst­kim zro­bio­ny porzą­dek, jak już umrą, to by może spró­bo­wa­li zro­bić porzą­dek, póki jesz­cze żyją.

Tro­chę młod­szym czy­tel­ni­kom moż­na pole­cić „Opo­wie­ści o John­nym Maxwel­lu”. Wydaw­nic­two Rebis opu­bli­ko­wa­ło jakiś czas temu w jed­nym tomie wszyst­kie trzy książ­ki wcho­dzą­ce w skład tej serii. Tytu­ło­wy boha­ter to typo­wy angiel­ski nasto­la­tek, któ­ry wraz ze swo­imi kole­ga­mi musi zmie­rzyć się z bar­dzo nie­ty­po­wy­mi pro­ble­ma­mi. Podró­żu­ją­ca w cza­sie sta­rusz­ka, posta­cie z gry kom­pu­te­ro­wej, mają­ce dość roz­le­wu krwi, zmar­li, któ­rzy nie zga­dza­ją się na likwi­da­cję ich cmen­ta­rza – absur­dal­ne pomy­sły znaj­du­ją u Prat­chet­ta odpo­wied­nie roz­wi­nię­cie, przez co histo­rie o John­nym czy­ta się pra­wie tak dobrze jak „dys­ko­we” powie­ści.
Ist­nia­ły dwie szko­ły gło­szą­ce co zro­bić z tym wie­żow­cem. Pierw­sza postu­lo­wa­ła, żeby wysie­dlić miesz­kań­ców i zbu­rzyć budy­nek, nato­miast dru­ga żeby zbu­rzyć budy­nek.

Dobrym począt­kiem jest też „Dywan”. To kolej­na pozy­cja, któ­rą spo­koj­nie moż­na dać mniej doświad­czo­nym czy­tel­ni­kom. Prat­chett przed­sta­wia tutaj dosyć typo­wą histo­rię z gatun­ku fan­ta­sy, jed­nak całą akcję umiesz­cza mię­dzy wło­sa­mi dywa­nu i fasze­ru­je ją solid­ną daw­ką swo­je­go absur­dal­ne­go humo­ru.

Na począt­ku była jedy­nie nie koń­czą­ca się pła­skość. A potem stał się Dywan…

Prat­chett napi­sał też kil­ka ksią­żek scien­ce-fic­tion. To wła­śnie w powie­ści „Dysk” (inne tłu­ma­cze­nie tytu­łu: „War­stwy wszech­świa­ta”) zade­biu­to­wa­ła pła­ska pla­ne­ta. Nie jest to jed­nak książ­ka uwa­ża­na za część „Świa­ta Dys­ku” – roz­wią­za­nia w niej zasto­so­wa­ne znacz­nie róż­nią się od tych z póź­niej­szych powie­ści. „Dysk” to jed­na z wcze­śniej­szych ksią­żek Prat­chet­ta – po raz pierw­szy zosta­ła wyda­na w 1981 roku.

Two­rze­nie nie jest czymś, co robią bogo­wie. Jest czymś, czym oni są.

Śwież­szym przy­kła­dem jest „Dłu­ga Zie­mia”, cykl (a tak­że tytuł pierw­szej książ­ki z tej serii) napi­sa­ny wspól­nie ze Ste­phe­nem Baxte­rem. Auto­rzy wzię­li na warsz­tat tema­ty­kę świa­tów rów­no­le­głych, z któ­rych każ­dy róż­ni się w jakiś spo­sób od pozo­sta­łych. Odkry­cie spo­so­bu prze­miesz­cza­nia się mię­dzy nimi daje począ­tek gorącz­ce kolo­ni­za­cyj­nej – żad­na bowiem z odkry­tych rze­czy­wi­sto­ści nie jest zamiesz­ka­ła przez ludzi. Jed­no­cze­śnie bar­dzo zmie­nia się sytu­acja w naszym świ­cie. Głów­ny boha­ter, pra­cu­ją­cy dla kor­po­ra­cji, któ­rej współ­wła­ści­ciel­ką jest sztucz­na inte­li­gen­cja wyru­sza na misję, któ­ra ma go zapro­wa­dzić tam, gdzie nikt jesz­cze nie dotarł. Cykl liczy pięć tomów, pozo­sta­łe to: „Dłu­ga woj­na”, „Dłu­gi Mars”, „Dłu­ga uto­pia” i „Dłu­gi kosmos”.

Pamię­taj­my jed­nak, że nauka to tyl­ko ciąg pytań, któ­re pro­wa­dzą do kolej­nych pytań…

Księ­gi Nomów” to kolej­na pozy­cja prze­zna­czo­na dla młod­szych czy­tel­ni­ków. Skła­da­ją­cy się z trzech czę­ści („Nomów księ­ga wyj­ścia”, „Nomów księ­ga kopa­nia” i „Nomów księ­ga odlo­tu”) cykl wyda­ny jakiś czas temu w jed­nym tomie. Seria opo­wia­da o małych stwor­kach, któ­re odkry­wa­ją, że ich rasa roz­bi­ła na Zie­mi przed wie­lo­ma laty. Teraz, świa­do­me swo­je­go kosmicz­ne­go pocho­dze­nia, będą sta­ra­ły się wezwać sta­tek ratun­ko­wy i wró­cić do domu.

Sam się prze­ko­nasz, że naj­waż­niej­szą cechą przy­wód­cy nie jest to, czy ma rację, czy się myli, ale to, czy jest pewien swe­go. Ina­czej ci, któ­rym prze­wo­dzisz, nie będą wie­dzie­li, co myśleć. Natu­ral­nie, jeśli ma się przy tym rację, to wybit­nie poma­ga.

Nie­waż­ne jak zacznie­cie, dobrze radzi­my – czy­taj­cie Prat­chet­ta. Po pierw­sze – jeste­śmy prze­ko­na­ni, że będzie­cie się dobrze bawić, pod dru­gie – pod tą całą war­stwą fan­ta­stycz­ne­go humo­ru kry­ją się napraw­dę mądre tre­ści, dużo mówią­ce o funk­cjo­no­wa­niu spo­łe­czeń­stwa i natu­rze czło­wie­ka. Opi­sa­ne wyżej książ­ki to tyl­ko mały wyci­nek z boga­tej biblio­gra­fii auto­ra.

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy