Wywiady

Wywiad z Grzegorzem Kalinowskim, autorem cyklu Śmierć frajerom

copyright: Piotr Wachnik Damian Deja

Zapra­sza­my do lek­tu­ry wywia­du z Grze­go­rzem Kali­now­skim, auto­rem cyklu “Śmierć fra­je­rom” któ­re­go akcja dzie­je się w kry­mi­nal­nym pół­świat­ku lat 20. XX wie­ku

Co było Pana głów­ną inspi­ra­cją do napi­sa­nia cyklu „Śmierć fra­je­rom”?

Inspi­ra­cji na pew­no było wie­le. Przede wszyst­kim uwa­ża­łem, że nie uda­ło się War­sza­wie wykre­ować żad­nej serii, któ­ra opi­sy­wa­ła­by mia­sto w pierw­szej poło­wie XX wie­ku i boha­te­ra, któ­ry speł­niał­by rolę cice­ro­ne. Porwa­łem się na coś takie­go, zachę­co­ny suk­ce­sa­mi panów Kra­jew­skie­go i Wroń­skie­go. Para­dok­sal­nie rzecz bio­rąc, jest spo­ro pol­skich miast, któ­re mają poten­cjał do wykre­owa­nia serii i boha­te­ra. Naj­pierw stał się nim Wro­cław (w serii o Eber­har­dzie Moc­ku Mar­ka Kra­jew­skie­go), któ­ry przed woj­ną pol­skim mia­stem nie był, póź­niej Lwów (w serii o Edwar­dzie Popiel­skim), któ­ry po woj­nie nie był już pol­skim mia­stem, no i Lublin (w serii o Zyg­mun­cie Macie­jew­skim Mar­ci­na Wroń­skie­go), któ­ry jest mia­stem zna­nym, ale na pew­no nie­na­le­żą­cym do tych, któ­re szcze­gól­nie pobu­dza­ją wyobraź­nię publicz­no­ści, takich jak Poznań, Kra­ków, Łódź czy War­sza­wa. Tym­cza­sem z tych ostat­nich nie uda­ło się wykre­ować lite­rac­kie­go boha­te­ra na podob­ną ska­lę. Pomy­śla­łem sobie, cze­mu by nie spró­bo­wać. Zwłasz­cza że mia­łem dużą wie­dzę na temat War­sza­wy i wie­dzia­łem, że to jest mia­sto wciąż nie­opo­wie­dzia­ne. Wszy­scy je zna­ją, nie­któ­rzy lubią, nie­któ­rzy nie­na­wi­dzą, ale jako tło od cza­sów Pru­sa czy Tyr­man­da nie wystę­po­wa­ło dość inten­syw­nie.

Rozu­miem, Panie Grze­go­rzu, ale jed­nak w trze­cim tomie prze­niósł Pan akcję do Sta­nów Zjed­no­czo­nych…

Mówi się, że cza­sa­mi autor pro­wa­dzi boha­te­ra, a cza­sa­mi boha­ter pro­wa­dzi auto­ra. Chcia­łem, żeby życie boha­te­ra było jak naj­bar­dziej uroz­ma­ico­ne, zawsze z War­sza­wą w tle, ale nie­ko­niecz­nie przez cały czas. On pro­wa­dzi życie awan­tur­ni­cze i bar­dzo chcia­łem go zmie­rzyć ze śro­do­wi­skiem wiel­kich prze­stęp­ców. Sko­ro w swo­ich książ­kach kreu­ję kogoś, kto jest gang­ste­rem, kto jest kasia­rzem, kto jest zawo­do­wym zło­dzie­jem, to war­to go skon­fron­to­wać z naj­lep­szy­mi. Wia­do­mo, że jeże­li boha­te­rem był­by śpie­wak ope­ro­wy, to nie­chyb­nie musiał­by wylą­do­wać w La Sca­li. Jeże­li był­by makle­rem, to musiał­by się zmie­rzyć z prze­ciw­ni­ka­mi na gieł­dzie w Nowym Jor­ku czy w Lon­dy­nie. Jeże­li był­by spor­tow­cem, to na igrzy­skach olim­pij­skich. A tutaj mamy gang­ste­ra, więc siłą rze­czy tym ryn­kiem, na któ­rym trze­ba było się poka­zać, były Sta­ny Zjed­no­czo­ne. W pierw­szej czę­ści serii „Śmierć fra­je­rom” padło takie prze­kleń­stwo Szpic­bród­ki: „Pamię­taj, Ame­ry­ka to kraj wiel­kich moż­li­wo­ści”. No i sta­ło się.

[śmiech] Czy­li to boha­ter wybrał USA, nie Pan.

Boha­ter, sytu­acja. Ja tak od począt­ku zakła­da­łem, że on powi­nien mieć jakiś epi­zod ame­ry­kań­ski. W koń­cu inspi­ro­wa­ły mnie „Zaka­za­ne Impe­rium” oraz „Al Capo­be i inni” (serial emi­to­wa­ny w Pol­sce w pierw­szej poło­wie lat 70.) oraz „Nie­ty­kal­ni”. Heniek powi­nien szyb­ko zaro­bić pie­nią­dze, zoba­czyć tam­ten świat, i tak się to wszyst­ko skle­ci­ło. Mogę powie­dzieć, że w kolej­nych czę­ściach on zawsze będzie wra­cał do War­sza­wy, ale też zawsze będzie nim rzu­ca­ło po Pol­sce i świe­cie.

To też taki zabieg, któ­ry poka­zu­je, jaka jest War­sza­wa i Pol­ska są na tle świa­ta. Heniek jest war­szaw­skim patrio­tą, kocha to mia­sto, chce tu mie­szać, ale zda­je sobie spra­wę z jego sła­bo­ści. On wie, że ta „kobie­ta”, któ­rą kocha, nie jest ide­al­na. To jest miłość bez­wa­run­ko­wa, ale widzi jej wady. W pew­nym momen­cie myśli o War­sza­wie: „Paryż? Pary­żew, a nie Paryż!”. On zoba­czył Paryż, Ber­lin, Nowy Jork, Chi­ca­go, widział wiel­ki świat. Nie jest czło­wie­kiem zamknię­tym w czte­rech ścia­nach. Nie jest „Tatą Tasiem­ką”, któ­re­mu wyda­je się, że Ker­ce­lak jest cen­trum kosmo­su.

Czy­li, jeśli dobrze rozu­miem, ten wyskok do USA w trze­cim tomie rów­nież ma poka­zy­wać War­sza­wę, tyl­ko z innej per­spek­ty­wy?

Dokład­nie tak.

Bar­dzo cie­ka­wy zabieg!

Zmie­nia­jąc temat, widzę, że w serii „Śmierć fra­je­rom” nie­zwy­kle skru­pu­lat­nie opi­su­je Pan Pol­skę dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­ne­go. Wie­dza prze­cięt­ne­go Pola­ka na temat tego okre­su czę­sto bar­dziej przy­po­mi­na zbiór mitów i legend niż fak­tów…

Jeśli moż­na powie­dzieć pro­sto, wul­gar­nie i bez­po­śred­nio: scho­dy, pió­ra w dupie i kaba­ret. Euge­niusz Bodo pro­wa­dzi na spa­cer w Alej Ujaz­dow­skie swo­je­go doga, Dodek zajeż­dża limu­zy­ną na kon­kurs pięk­no­ści samo­cho­dów, a Ordon­ka mie­rzy nowe futro. Ofi­ce­ro­wie świe­cą „szklan­ka­mi” (czy­li ofi­cer­ka­mi, bo przed woj­ną tak nazy­wa­no ten typ obu­wia), mają szy­kow­ne czap­ki, pięk­ne kobie­ty i to jest to dwu­dzie­sto­le­cie, któ­re część z nas kocha, odrzu­ca­jąc cał­ko­wi­cie komu­ni­stycz­ną pro­pa­gan­dę czy przed­wo­jen­ną publi­cy­sty­kę, poka­zu­ją­cą te gor­sze frag­men­ty życia. To dzię­ki PRL rze­czy­wi­sty obraz został odrzu­co­ny i naro­sły mity. Była komu­na, komu­na była zła, bez­barw­na i te aspi­ra­cje w komu­nie były inne, a dwu­dzie­sto­le­cie to był świat, do któ­re­go się aspi­ro­wa­ło, wszy­scy potem za nim tęsk­ni­li. Każ­de­mu się wyda­wa­ło, że gdy­by nie woj­na, to na pew­no on był­by w tym lep­szym świe­cie. Tak rodzi­ła się legen­da, że „przed woj­ną było wspa­nia­le”. Ja to zja­wi­sko teraz mogę porów­nać do ana­lo­gicz­ne­go, ale póź­niej­sze­go. Przed woj­ną nie żyłem, ale żyłem za Gier­ka. I te cza­sy Gier­ka, komu­ny dosko­na­le pamię­tam. I chce mi się śmiać, jak sły­szę star­szych ludzi, dla któ­rych ten okres to były cza­sy mło­do­ści, cza­sy pew­nych przy­zwy­cza­jeń, być może miło­ści, naj­więk­szych suk­ce­sów życio­wych, mówią: „Za Gier­ka to był raj”. Guzik, a nie raj!

Jeśli cho­dzi o Pana szcze­re przed­sta­wie­nie dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­ne­go, to mam takie pyta­nie: czy spo­tkał się Pan z czy­tel­ni­ka­mi nie­za­do­wo­lo­ny­mi, któ­rym nie spodo­ba­ło się to, jak przed­sta­wił Pan Pol­skę w tym okre­sie?

Jesz­cze się nie spo­tka­łem, ale podej­rze­wam, że nie wszyst­kich taka wizja nęci. Film „Bodo” bliż­szy jest ocze­ki­wa­niom dużej czę­ści publicz­no­ści, ale posta­no­wi­łem, że nie będę schle­biać prost­szym gustom czy ocze­ki­wa­niom, tyl­ko będę pisać, jak było. Oczy­wi­ście mój boha­ter jest wła­śnie taki, choć nie pocho­dzi z same­go dołu spo­łecz­ne­go (będąc synem maj­stra jest z robot­ni­czej ary­sto­kra­cji), ale aspi­ru­je do jesz­cze lep­sze­go świa­ta. Chce prze­sko­czyć pół­kę wyżej, póź­niej następ­ną, a w koń­cu w trze­ciej czę­ści jest człon­kiem socje­ty, a nawet lite­ra­tem. Więc suma sum­ma­rum wska­ku­je na samą górę. Ale dzię­ki temu, skąd pocho­dzi, gdzie ma przy­ja­ciół, jakie ma kon­tak­ty, z jakie­go świa­ta wyrósł, uda­je się poka­zać cały prze­krój ówcze­sne­go spo­łe­czeń­stwa. Tak przy­naj­mniej sądzę.

W pierw­szym tomie poka­zał Pan tak­że obli­cze PPS-u w spo­sób… Powiedz­my, że w taki, w jaki nie uczy się o nim w szko­łach. Poka­zał Pan jego mniej popu­lar­ną stro­nę z Tatą Tasiem­ką, któ­ry do par­tii nale­żał, a po woj­nie wyko­rzy­sty­wał swo­je kon­tak­ty do, deli­kat­nie mówiąc, nie­zbyt czy­stej dzia­łal­no­ści… Jaki ma Pan per­so­nal­ny sto­su­nek do PPS-u? Jak oce­nia Pan ich dzia­ła­nia z tam­te­go okre­su?

Mój dzia­dek był w PPS-ie, dopó­ki nie zarzą­dzo­no Kon­gre­su Zjed­no­cze­nio­we­go (do PZPR nigdy nie wstą­pił). Więk­szość robot­ni­ków war­szaw­skich sym­pa­ty­zo­wa­ła z PPS-em i oczy­wi­ście nie moż­na gene­ra­li­zo­wać, że wszy­scy byli tacy jak Tasiem­ka – on był pew­ne­go rodza­ju eks­tre­mum. Nato­miast mam jakąś tęsk­no­tę do tego PPS-u, któ­ry napraw­dę był par­tią wal­czą­cą o wol­ność i lep­szy byt ludzi. A więc Tasiem­ka, dok­tor Łokie­tek czy póź­niej­sza rej­te­ra­da czę­ści PPS-owców, któ­rzy sta­nę­li za Sana­cją, nie może tego zmie­nić. War­to zazna­czyć, że Tasiem­ka jest w PPS, ale nie w tym głów­nym, ale w pro­pił­sud­czy­kow­skiej par­tyj­ce PPS daw­na Frak­cja Rewo­lu­cyj­na.

Cie­szy mnie ta odpo­wiedź, bo mój pra­pra­dzia­dek też był w PPS-ie [śmiech]. A jak oce­nia Pan postać Tasiem­ki, jego ewo­lu­cji, to, kim był przed I woj­ną świa­to­wą, a kim stał się po niej? Przy­znam, że kie­dy po raz pierw­szy zetkną­łem się z jego posta­cią, jesz­cze przed lek­tu­rą Pana książ­ki, kie­dy wer­to­wa­łem przed­wo­jen­ne­go „Taj­ne­go Detek­ty­wa”, to jego postać, co by o niej nie powie­dzieć, robi­ła wra­że­nie.

To jest boha­ter tra­gicz­ny. Ktoś, kto wal­czy o Pol­skę, wal­czy o lep­szy byt robot­ni­ków, a póź­niej nastę­pu­je to, co jeden z publi­cy­stów pięk­nie okre­ślił nastę­pu­ją­cy­mi sło­wa­mi: „Jak się już ma brow­nin­ga w ręku, to go póź­niej cięż­ko do kie­sze­ni scho­wać”. Sam znam czło­wie­ka, któ­ry za cza­sów komu­ny dzia­łał w opo­zy­cji i wie­rzył w pięk­ne ide­ały, a za cza­su III RP zaczął nad­uży­wać pra­wa i swo­jej pozy­cji. To jest syn­drom wiecz­ne­go wojow­ni­ka; kogoś, kto po pew­nym cza­sie nie potra­fi się zaj­mo­wać pra­cą, tyl­ko jest zawo­do­wym dzia­ła­czem, zawo­do­wym poli­ty­kiem czy też zawo­do­wym rewo­lu­cjo­ni­stą i, będąc w tym cią­gu, nacho­dzą go róż­ne poku­sy.

Aku­rat Tasiem­ka był czło­wie­kiem nie­skom­pli­ko­wa­nym… Powiedz­my sobie szcze­rze – dość pry­mi­tyw­nym. Był pół­a­nal­fa­be­tą i nie wynio­sła go wiel­ka poli­ty­ka… ale kto wie, co by było, gdy­by histo­ria poto­czy­ła się tro­chę ina­czej. Tasiem­ka był kan­dy­da­tem do sena­tu, tyl­ko się nie dostał. Ale dzia­łał też w Radzie War­sza­wy, więc moż­na powie­dzieć, że tak napraw­dę nie był to gang­ster, tyl­ko mafio­zo. Dzia­łał w świe­cie kry­mi­nal­nym i w poli­ty­ce. Do tego był jesz­cze dzia­ła­czem spo­łecz­nym, związ­kow­cem. Zresz­tą podob­nie jak dok­tor Łokie­tek, któ­ry był jesz­cze bar­dziej bez­względ­ny.
Oni byli przy­wią­za­ni do pew­nej dyna­mi­ki dzia­ła­nia, uza­leż­nie­ni od adre­na­li­ny, któ­ra zagłu­sza inne instynk­ty. Chce się wszyst­kie­go dużo, szyb­ko, moc­no, za wszel­ką cenę…
Tasiem­ka na koniec, jak przy­sta­ło na postać tra­gicz­ną, został ska­za­ny, póź­niej odzna­czo­ny, póź­niej odzna­cze­nia pozba­wio­ny, a w koń­cu w cza­sie woj­ny dzia­łał w ruchu opo­ru – i koło się zamknę­ło. Zmarł w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym na Maj­dan­ku.

Panie Grze­go­rzu, wiem, że był Pan kore­spon­den­tem w cza­sie wojen w byłej Jugo­sła­wii. Czy to, co Pan zoba­czył, w jaki­kol­wiek spo­sób zain­spi­ro­wa­ło Pana do pisa­nia?

Gdy­by mnie to w jaki­kol­wiek spo­sób zain­spi­ro­wa­ło do pisa­nia, to pew­nie bym zwa­rio­wał, jak paru moich kole­gów, któ­rzy się w temat wcią­gnę­li. Woj­na nisz­czy nie tyl­ko uczest­ni­ków, ale i obser­wa­to­rów.

Dla mnie ten etap był waż­ną życio­wą lek­cją. Był praw­dzi­wy strach i czło­wiek wów­czas doświad­cza cze­goś, co ten strach naj­le­piej mate­ria­li­zu­je. Widzia­łem to samo, co teraz poka­zu­je się w uję­ciach ze znisz­czo­ne­go Alep­po – mia­sta nowo­cze­snych blo­ków miesz­kal­nych. Na nikim nie robi wra­że­nia spa­lo­na wieść, w któ­rej domy były sta­wia­ne w ponad­cza­so­wej archi­tek­tu­rze. Nawet Dubrow­nik ostrze­la­ny i pod­pa­lo­ny nie robił takie­go wra­że­nia jak osie­dle blo­ków miesz­kal­nych pozna­czo­nych gra­na­ta­mi, gdzie na chod­ni­kach widocz­ne były wyrwy po poci­skach, gdzie sta­ły współ­cze­sne podziu­ra­wio­ne samo­cho­dy. Wte­dy czło­wiek rozu­miał, że tak skut­ki woj­ny mogły­by wyglą­dać u nas.

Rze­czy­wi­ście, łatwiej czło­wie­ko­wi zro­zu­mieć tra­gizm woj­ny, kie­dy widzi taki obraz, a nie znisz­czo­ne zabyt­ki.

Tak, zaby­tek może­my uznać za nasze dzie­dzic­two, ale nie za wytwór naszych rąk. A blo­ki i osie­dla są tu i teraz.

Prze­cho­dząc na tro­chę lżej­szy temat: jakie są Pana ulu­bio­ne książ­ki?

To jest ogrom­ny roz­rzut. Swe­go cza­su, w okre­sie, w któ­rym naj­in­ten­syw­niej czy­ta­łem, czy­li na prze­ło­mie liceum i stu­diów, byłem zafa­scy­no­wa­ny lite­ra­tu­rą ame­ry­kań­ską i ibe­ro­ame­ry­kań­ską. Na pew­no nie­któ­re z tam­tych dzieł nie prze­trwa­ły pró­by cza­su. Tro­chę się boję zaj­rzeć do Kur­ta Von­ne­gu­ta. Cho­ciaż cie­kaw jestem, jak by ta kon­fron­ta­cja wypa­da­ła po latach… Ale do Jose­pha Hel­le­ra już wra­cam, ale nie do „Para­gra­fu 22”, tyl­ko do książ­ki „Bóg wie”.

Hel­ler wyda­je się auto­rem jed­nej książ­ki (czy­li „Para­gra­fu 22”), ale „Bóg wie” jest moim zda­niem o wie­le lep­sza. Zawsze sta­ram się przy oka­zji wszyst­kich namó­wić do prze­czy­ta­nia innych ksią­żek tego auto­ra i nie koń­czyć przy­go­dy z nim na „Para­gra­fie 22”.

Na pew­no na spo­sób myśle­nia o histo­rii wpły­nął Umber­to Eco. „Imię róży”, któ­re prze­czy­ta­łem, strach powie­dzieć, 30 lat temu! To była taka książ­ka, któ­ra mnie zafa­scy­no­wa­ła. Wspa­nia­ła akcja. Nie dość, że facet był przy­go­to­wa­ny, jeśli cho­dzi o deta­le histo­rycz­ne i po pro­stu się czu­ło, że akcja dzie­je się daw­no temu, że to jest śre­dnio­wie­cze, to na doda­tek jesz­cze zafun­do­wał nam kil­ka zaga­dek, kil­ka rebu­sów, bawił się kon­wen­cja­mi. Sam fakt, że docho­dze­nie pro­wa­dził ojciec Wil­helm z Baske­rvil­le – Eco w ten spo­sób od razu pusz­czał oko do czy­tel­ni­ka i jasne było, że to śre­dnio­wiecz­na wer­sja Sher­loc­ka Hol­me­sa, a ten dru­gi, mło­dy zakon­nik, to musi być dok­tor Wat­son. No i potem ojciec Jor­ge z Bur­gos, któ­ry strzegł dostę­pu do „Poety­ki” Ary­sto­te­le­sa, był nawią­za­niem do argen­tyń­skie­go poety Jor­ge Luisa Bor­ge­sa. Strasz­ną satys­fak­cję mi spra­wia­ło roz­wią­zy­wa­nie kolej­nych zaga­dek i odszy­fro­wy­wa­nie tego typu nawią­zań.

Kie­dy zaczą­łem pisać, pomy­śla­łem sobie, że faj­nie coś takie­go spre­zen­to­wać czy­tel­ni­ko­wi. I też zaczą­łem bawić się nazwi­ska­mi. Jeden poziom, taki bar­dziej zaawan­so­wa­ny, owo­co­wał tym, że nie­któ­rzy zna­jo­mi dzwo­ni­li i mówi­li: „W two­jej książ­ce było takie i takie nazwi­sko. Chy­ba nie­przy­pad­ko­wo…”. Zosta­wia­łem dla każ­de­go z czy­tel­ni­ków kody, zaba­wy, w tym dla kibi­ców pił­ki noż­nej poukry­wa­łem róż­ne­go rodza­ju szy­fry, nazwi­ska, któ­re były zwią­za­ne z klu­ba­mi. To była taka dodat­ko­wa zaba­wa przy pisa­niu. Dzi­siaj jed­na pani napi­sa­ła do mnie „Aki­ro Mifu­ne, czy on ma coś wspól­ne­go z Aki­ro Kuro­sa­wą i Toshi­ro Mifu­ne”. No ma! Tak­że „Imie­niu róży” i Umber­to­wi Eco bar­dzo dużo zawdzię­czam.

Uwiel­biam też lite­ra­tu­rę cze­ską. Może dla­te­go posze­dłem w kie­run­ku two­rze­nia powie­ści awan­tur­ni­czej i chcę, by było w nich weso­ło. Lubię Cze­chów. Był taki moment, w któ­rym Hra­ba­la czy­ta­łem nało­go­wo. Tak­że Haška, Škvo­rec­kie­go, Otę Pavla – to są tacy pisa­rze, któ­rych zawsze powa­ża­łem i sza­no­wa­łem. Może też dla­te­go świet­nie mi się czy­ta repor­ta­że Mariu­sza Szczy­gła o Cze­chach. Zna­ko­mi­ta lek­tu­ra uzu­peł­nia­ją­ca. Jak cze­ski kla­syk pisze tak­że Andrzej Sara­mo­no­wicz („Chłop­cy”), a z kolei „Spi­ski” Woj­cie­cha Kuczo­ka czy­ta się jak ibe­ro­ame­ry­kań­ską powieść, któ­rą ktoś prze­niósł do Buko­wi­ny Tatrzań­skiej.

Pyta­nie na koniec: co Pan obec­nie czy­ta?

Moje obec­ne lek­tu­ry zwią­za­ne są z moim posta­no­wie­niem, by zmie­rzyć się z legen­dą swo­jej mło­do­ści. Jak cho­dzi­li­śmy do liceum, nie­praw­do­po­dob­nie popu­lar­ne były trzy nazwi­ska. To był Sta­chu­ra, Ire­dyń­ski i Krzysz­toń. Krzysz­toń napi­sał taki pol­ski „Lot nad kukuł­czym gniaz­dem”, trzy­to­mo­wą powieść „Obłęd”. I to był obłęd, żeby ją dostać, żeby w biblio­te­ce zapi­sać się po nią w kolej­ce – ist­ne sza­leń­stwo. I dzi­siaj, jeśli się pyta kogoś młod­sze­go o 10, 15, 20 lat, kto to był Krzysz­toń, to naj­czę­ściej robi wiel­kie oczy. Chcia­łem zoba­czyć, co się sta­ło. Czy to fan­ta­stycz­na, zna­ko­mi­ta, ponad­cza­so­wa powieść, któ­ra nie­spra­wie­dli­wie prze­pa­dła, czy też może to było napi­sa­ne tyl­ko dla ludzi z moich cza­sów, aktu­al­ne w latach 70. w PRL i nie da rady tego odczy­tać obec­nie.
Jesz­cze w latach 80. na pew­no Kon­wic­ki był dla mnie bar­dzo waż­ny. Jak już się zała­pa­łem na „Kalen­darz i klep­sy­drę” oraz „Nowy Świat i oko­li­ce”, to przy oka­zji się­gną­łem po „Szu­my, zle­py, cią­gi” Bia­ło­szew­skie­go – to też było takie war­szaw­skie arcy­dzie­ło, któ­re zro­bi­ło na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Wyda­wa­ło­by się, że to o niczym, same impre­sje, ale jed­nak pięk­ny utwór. Potem, może ze wzglę­du na język i nie­po­wta­rzal­ny styl, bar­dzo szyb­ko polu­bi­łem Masłow­ską. Mam sen­ty­ment do war­szaw­skich ksią­żek, do tego co pisze Syl­wia Chut­nik, do wzru­sza­ją­cych minia­tu­rek Micha­ła Ciche­go. Jako autor powie­ści sen­sa­cyj­nych pole­cam przy­go­dy mili­cjan­tów z Pozna­nia Ryszar­da Ćwir­le­ja. To „07 zgłoś się”, Bare­ja oraz Tar­ran­ti­no w jed­nym. No i sie­bie czy­tam (śmiech), wła­śnie skoń­czy­łem nową powieść „Grze­chy głów­ne aspi­ran­ta Stras­bur­ge­ra” i muszę parę rze­czy jesz­cze wygła­dzić. To kry­mi­nał o serii tajem­ni­czy zbrod­ni, roz­gry­wa się w War­sza­wie w roku 1930, a w księ­gar­niach będzie jesie­nią. Jako czy­tel­nik cze­kam na nowy, szpie­gow­sko-przy­go­do­wy cykl Vin­cen­ta Sever­skie­go oraz książ­kę Marii Nurow­skiej. Pomysł jest iście sza­tań­ski, a ja mogę tyl­ko zdra­dzić, że zły i to zły dosko­na­le zna­ny z lite­ra­tu­ry zago­ści na naszym podwór­ku.

Roz­ma­wiał Miko­łaj Kołysz­ko

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy