Wywiady

Wywiad z Małgorzatą Saramonowicz

Pod koniec lat 90. Mał­go­rza­ta Sara­mo­no­wicz opu­bli­ko­wa­ła nie­zwy­kle mrocz­ną powieść “Sio­stra”. Po jej pre­mie­rze szyb­ko zosta­ła okrzyk­nię­ta pol­ską następ­czy­nią E.A. Poe. Ta łat­ka nie była do koń­ca uspra­wie­dli­wio­na, bo Sara­mo­no­wicz ma swój wła­sny, rewe­la­cyj­na i nie­po­ko­ją­cy styl.

Dość powie­dzieć, że jest jed­ną z naj­lep­szych pol­skich pisa­rek gro­zy. Pisar­ka do 2005 roku kon­ty­nu­owa­ła swo­ją karie­rę jako twór­cy lit. gro­zy… i nagle ją prze­rwa­ła na 10 lat.

W zeszłym roku wró­ci­ła z sagą Xię­gi Nefa­sa przez wydaw­cę okre­śla­ną jako histo­rycz­ne dark fan­ta­sy.

Od poło­wy lat 90. do 2005 roku napi­sa­łaś trzy świet­ne powie­ści gro­zy, któ­re dobrze zosta­ły przy­ję­te w śro­do­wi­sku jej miło­śni­ków i zapew­ni­ły Ci moc­ną pozy­cję wśród twór­ców tego gatun­ku. Two­ją twór­czość fani wyno­si­li pod nie­bio­sa i wte­dy… na 10 lat prze­sta­łaś pisać powie­ści. Dla­cze­go?

Rze­czy­wi­ście, napi­sa­łam „Sio­strę”, „Lustra” i „Sana­to­rium”, a potem z róż­nych powo­dów ode­szłam od lite­ra­tu­ry. Myślę, że w dużym stop­niu sta­ło się tak dla­te­go, że były to bar­dzo wyma­ga­ją­ce, cięż­kie książ­ki. Pra­ca nad nimi bola­ła. Dla­te­go, gdy nada­rzy­ła się oka­zja, chęt­nie prze­su­nę­łam swo­ją aktyw­ność do świa­ta fil­mu. Nie zre­zy­gno­wa­łam jed­nak cał­kiem z pisa­nia i wymy­śla­nia histo­rii – zosta­łam współ­sce­na­rzyst­ką seria­lu „Tan­go z anio­łem”, fil­mów: „Lej­dis”, „Jak się pozbyć cel­lu­li­tu”, zaję­łam się też pro­duk­cją. Z per­spek­ty­wy cza­su widzę, że dla mojej psy­chi­ki była to nie­zbęd­na pau­za. Kie­dy zatę­sk­ni­łam za lite­ra­tu­rą, wybra­łam powieść znacz­nie lżej­szą gatun­ko­wo – histo­rycz­ne fan­ta­sy. Cho­ciaż mam w gło­wie kolej­ną mrocz­ną histo­rię i zbie­ram siły, aby się z nią zmie­rzyć.
Jeśli już roz­ma­wia­my o gatun­kach lite­rac­kich, to zasta­no­wi­ła mnie jed­na rzecz. Nazwa­łeś moje książ­ki powie­ścia­mi gro­zy, ale kie­dy zaczy­na­łam pisać, więk­szość kry­ty­ków, może prócz jed­ne­go Jan­ka Gon­do­wi­cza, nie uży­wa­ła wobec moich ksią­żek takie­go okre­śle­nia a raczej pozy­cjo­no­wa­ła mnie w prze­strze­ni tzw. „lite­ra­tu­ry kobie­cej”. Ku moje­mu zdzi­wie­niu do tego wor­ka bez dna wrzu­ca­no wte­dy wszyst­ko, co wyszło spod piór pisa­rek bez wzglę­du na to czy był to romans, powieść oby­cza­jo­wa, psy­cho­lo­gicz­na, histo­rycz­na, czy kry­mi­nał. Tra­fi­ły tu i Olga Tokar­czuk, Mag­da­le­na Tuli, Manu­ela Gret­kow­ska, Han­na Sam­son, Iza­be­la Fili­piak, Zyta Rudz­ka i ja tak­że. Całą naszą twór­czość wepchnię­to do nic nie zna­czą­cej, pustej, ale ówcze­śnie mod­nej kate­go­rii. To był taki inte­lek­tu­al­ny wytrych, któ­ry pozor­nie miał uła­wiać odkry­wa­nie sen­sów, a fak­tycz­nie niwe­lo­wał róż­no­rod­ność i two­rzył fik­cję. W moim rozu­mie­niu, nie ma cze­goś takie­go jak „lite­ra­tu­ra kobie­ca” czy „lite­ra­tu­ra męska”. Są gatun­ki, tema­ty, boha­te­ro­wie i nar­ra­cje. Czy w kry­mi­na­le ma jakieś zna­cze­nie, że autor jest płci męskiej, czy żeń­skiej? A w powie­ści scien­ce fic­tion? Dla­te­go cie­szę się, że współ­cze­śnie ulo­ko­wa­no moją twór­czość w prze­strze­ni lite­ra­tu­ry gro­zy, bo to wresz­cie kon­kret­na wska­zów­ka dla czy­tel­ni­ka, znacz­nie lep­sza niż nic nie­zna­czą­ca kate­go­ria „lite­ra­tu­ry kobie­cej”.

Szcze­rze mówiąc, jak ja myślę o lite­ra­tu­rze kobie­cej, to widzę przed ocza­mi takie autor­ki jak Mag­da­le­na Kor­del, Anna Fic­ner Ogo­now­ska czy Kata­rzy­na Micha­lak…

No i to jest wła­śnie pułap­ka uprosz­czo­ne­go kate­go­ry­zo­wa­nia. Prze­strze­gam przed tym. W latach 90. lite­ra­tu­rę pisa­ną przez kobie­ty, w któ­rej poja­wia­ły się np. tema­ty doj­rze­wa­nia, sek­su czy cie­le­sno­ści usi­ło­wa­no zde­fi­nio­wać nawet jako „lite­ra­tu­rę men­stru­acyj­ną”. Było to śmiesz­ne, bo według mnie, naj­bar­dziej „men­stru­acyj­ną” powie­ścią oka­za­ła się „Pan­na Nikt” – książ­ka napi­sa­na przez face­ta – Tom­ka Try­znę.

Rozu­miem, że pra­cu­jesz jesz­cze nad powie­ścią w sty­lu „Sio­stra”, „Lustra” czy „Sana­to­rium”, tak?

To praw­da. Mam ją cały czas roz­grze­ba­ną w kom­pu­te­rze. Co jakiś czas usi­łu­ję się z nią zmie­rzyć, zaglą­dam do pli­ku, pod­rzu­cam nowe pomy­sły i wycho­dzę. Wiem, że to bez­względ­na, wyma­ga­ją­ca histo­ria, któ­ra zażą­da poświę­ce­nia z mojej stro­ny. I chy­ba jesz­cze nie jestem na to goto­wa. Dla­te­go pozwa­lam prze­szka­dzać sobie innym pro­jek­tom i odry­wać się od pra­cy nad nią.

Dla­cze­go pisa­nie thril­le­rów psy­cho­lo­gicz­nych jest dla Cie­bie tak cięż­kie?

Cóż, gatun­ko­wo to, co piszę to thril­le­ry psy­cho­lo­gicz­ne czy – jeśli ktoś woli takie okre­śle­nie – lite­ra­tu­ra gro­zy, ale jest w tym też pew­ne pęk­nię­cie. Tema­tycz­nie doty­ka­ją bar­dzo bole­snych spraw, np. prze­śla­do­wa­nia sek­su­al­ne­go, wojen­nych traum, lęku przed śmier­cią, sta­rze­niem się, fobii. Bar­dzo trau­ma­tycz­nych, trans­gre­syj­nych momen­tów życia. Pisa­nie o nich wyma­ga utoż­sa­mia­nia się, inten­syw­ne­go współ­od­czu­wa­nia z boha­te­ra­mi. To bole­sne. To dzia­ła tro­chę tak, jak w przy­pad­ku mojej boha­ter­ki z powie­ści „Sana­to­rium”. Anna ma dar przej­mo­wa­nia cudzej roz­pa­czy. Ludzie przy­cho­dzą do niej jak do spo­wie­dzi, ale nie po to, by wyznać swo­je grze­chy i uzy­skać roz­grze­sze­nie, ale po to, by zrzu­cić na nią swo­je cier­pie­nie. Opo­wia­da­jąc o nim, uwal­nia­ją się, oczysz­cza­ją. Ona zaś absor­bu­je całe zło, któ­re dotknę­ło innych. Z moim pisa­niem jest podob­nie. Two­rząc, pozwa­lam prze­ni­kać do sie­bie trud­nym, prze­ra­ża­ją­cym rze­czom – a to po pro­stu wyma­ga siły.

Czy­li po 10 latach zebra­łaś siły i powró­ci­łaś do powie­ści, ale to nie był typ powie­ści, któ­rą pisa­łaś wcze­śniej, tyl­ko wła­śnie dark fan­ta­sy histo­rycz­ne…

Tak. Z peł­ną świa­do­mo­ścią wró­ci­łam do pisa­nia poprzez zupeł­nie inny gatun­ko­wo utwór. Przy „Xię­gach Nefa­sa” zarów­no przy­go­to­wy­wa­nie się, zbie­ra­nie mate­ria­łów, jak i samo pisa­nie były bar­dzo przy­jem­ne. Taka pra­ca to czy­sta fraj­da.
Po pierw­sze, stric­te histo­rycz­na prze­strzeń jest dla mnie fascy­nu­ją­ca. Czy­ta­nie źró­deł, opra­co­wań histo­rycz­nych, szpe­ra­nie w biblio­te­kach, oglą­da­nie zabyt­ków, buszo­wa­nie w muze­ach nigdy mnie nie nuży. Nale­żę do ludzi, któ­rych prze­szy­wa dreszcz, gdy mogą fizycz­nie dotknąć prze­szło­ści np. sta­re­go etru­skie­go muru w Peru­gii czy pozo­sta­ło­ści pala­tium Wła­dy­sła­wa Her­ma­na w Płoc­ku, w któ­rym mógł prze­cież uro­dzić się Bole­sław Krzy­wo­usty. Przy­znam też, że cza­sem musia­łam się wręcz przy­wo­ły­wać do porząd­ku: – Dość już tego zako­py­wa­nia się w histo­rii, dość czy­ta­nia, pora zabrać się do pra­cy.
Po dru­gie, two­rze­nie powie­ści przy­go­do­wej, to rodzaj zaba­wy. Moż­na wrzu­cić boha­te­ra w wir wyda­rzeń, złych i dobrych pery­pe­tii; moż­na czer­pać z histo­rii, mito­lo­gii, kul­tu­ry ludo­wej, wła­snej wyobraź­ni… To jest pisar­ska dzia­łal­ność, któ­ra daje radość. Tym więk­szą, że sama jako czy­tel­nik lubię powie­ści histo­rycz­ne i fan­ta­sy, wycho­wy­wa­łam się na książ­kach Duma­sa, Sien­kie­wi­cza, Wal­ta­ri czy Tol­kie­na.

Czy­li pisa­nie tego typu powie­ści nie było dla Cie­bie takie cięż­kie?

Nie, to w ogó­le nie było cięż­kie. Wręcz prze­ciw­nie. To był rodzaj wyma­rzo­nej pra­cy. Cho­ciaż przy­zna­ję, że to z pew­no­ścią etap pośred­ni.

No, ale jed­nak Two­je fan­ta­sy… nie jest takie „zwy­kłe”. Jed­nak jest tam spo­ro „mro­ku”.

[śmiech] No tak. Nie wyprę się. Mimo prób, by wpu­ścić do moje­go pisa­nia wię­cej sło­necz­ne­go świa­tła, lek­ko­ści i pogo­dy, nie uda­je mi się. Wiem już teraz, że nie da się tego zro­bić na siłę. Kie­dyś zade­kla­ro­wa­łam, że napi­szę powieść dla dzie­ci i wyszło mi z tego „Sana­to­rium” [śmiech]. Teraz już nawet nie pró­bu­ję dzia­łać wbrew swo­jej wła­snej oso­bo­wo­ści, bo wiem, że mi nie wyj­dzie. W „Xię­gach Nefa­sa” jest więc dużo auten­tycz­ne­go mro­ku, tajem­nic, dzia­łań sił nad­przy­ro­dzo­nych i bar­dzo kon­kret­nych, moc­nych wyda­rzeń, któ­rych spraw­ca­mi są źli ludzie….

… i bogo­wie.

I bogo­wie [śmiech]. Tak widocz­nie już musi pozo­stać w moim świe­cie. Nawet w tym „lżej­szym”.

Dla­cze­go Nefas stał się boha­te­rem Two­ich powie­ści fan­ta­sy? Jak sobie myślę o pro­fe­sjach ludzi śre­dnio­wie­cza, któ­rych moż­na przed­sta­wić w inte­re­su­ją­cej powie­ści, to mnich piszą­cy kro­ni­ki wyda­je mi się naj­mniej atrak­cyj­ny. Poka­za­łaś, że to błęd­ne myśle­nie. U Cie­bie Nefas jest posta­cią nader inte­re­su­ją­cą, ale nigdy bym nie wpadł na pomysł przed­sta­wie­nia śre­dnio­wiecz­ne­go mni­cha w taki spo­sób!

Wiesz, ja nigdy o nim tak nie myśla­łam. Gal Ano­nim, któ­ry jest pier­wo­wzo­rem posta­ci Nefa­sa, wyda­wał mi się zawsze posta­cią nie­zwy­kłą, a do tego jed­ną, ogrom­ną zagad­ką. Do dziś nie jeste­śmy w sta­nie odkryć, kim był i skąd pocho­dził. Kon­cep­cji odpo­wia­da­ją­cych na to pyta­nie jest spo­ro, ale praw­do­po­dob­nie nigdy nie będzie­my w sta­nie roz­strzy­gnąć, czy któ­ra­kol­wiek z nich zbli­ża nas do praw­dy. Dla auto­ra taka tajem­ni­ca to kuszą­cy, intry­gu­ją­cy temat.
Poza tym, gdy przyj­rzeć się temu, co pisał i o kim pisał, musi­my dojść do wnio­sku, że Gall Ano­nim był posta­cią bar­dzo zna­czą­cą na dwo­rze Bole­sła­wa Krzy­wo­uste­go. Musiał być bli­sko zwią­za­ny zarów­no z księ­ciem, z kle­rem i moż­no­wład­ca­mi. Dzię­ki temu wie­dział dużo rze­czy i mógł mieć też dostęp do nie­zna­nych nam źró­deł. Praw­do­po­dob­nie miał bez­po­śred­ni wpływ na podej­mo­wa­nie decy­zji przez księ­cia. Myślę też, że dość świa­do­mie two­rzył kro­ni­kę, któ­ra była narzę­dziem budo­wa­nia potę­gi wład­cy i pań­stwa, czy­li w sumie robił coś nie­sa­mo­wi­cie współ­cze­sne­go.

Spe­cja­li­sta od PR Bole­sła­wa Krzy­wo­uste­go [śmiech].

No tak! I to też mi się wyda­wa­ło nie­zwy­kłe. Gall Ano­nim musiał mieć świa­do­mość siły tek­stu pisa­ne­go i umiał to wyko­rzy­stać do swo­ich celów. Czy­li jed­nym sło­wem umiał mani­pu­lo­wać prze­ka­zem. A prze­cież nikt nigdy nie gwa­ran­to­wał, że kro­ni­karz musi pisać praw­dę.

Gdy­by rze­czy­wi­ście brać wszyst­ko, co opi­sa­ne w pol­skich kro­ni­kach za praw­dę, nale­ża­ło­by uznać, że w Kra­ko­wie pod Wawe­lem rze­czy­wi­ście żył smok – jak pisał Win­cen­ty Kadłu­bek.

[śmiech] No wła­śnie! Sam widzisz, jaka to cie­ka­wa postać. Wystar­czy­ło dodać do niej tro­chę przy­gód, walk, zagro­żeń, pości­gów, starć z potę­gą pogań­skich bogów i wiel­ką miłość, aby wyszedł napraw­dę fra­pu­ją­cy boha­ter.

Skąd czer­pa­łaś infor­ma­cje o epo­ce Bole­sła­wa Krzy­wo­uste­go? Tzn. wie­my, że znacz­ną część z Kro­ni­ki Gala Ano­ni­ma, to jest oczy­wi­ste, ale przy­pusz­czam, że do tego się nie ogra­ni­cza­łaś.

Mam, szcze­rze mówiąc, dwa wyso­kie rega­ły ksią­żek poświę­co­nych śre­dnio­wie­czu, więc chy­ba nie chcesz, abym wymie­ni­ła tu kil­ka­set pozy­cji. Pod­sta­wą były oczy­wi­ście źró­dła. Naj­waż­niej­sze dla mnie były kro­ni­ki. Oprócz Gal­la, inne tomy dzie­jo­pi­sar­skie: Kadłu­bek, Jan­ko z Czarn­ko­wa, Dłu­gosz, Kro­ni­ka Wiel­ko­pol­ska, „Kro­ni­ka Sło­wian” Hel­mon­da, Kro­ni­ka Mistrzów Pru­skich, Thiet­mar, Ibra­him Ibn Jakub, Rocz­ni­ki Kapi­tu­ły Kra­kow­skiej. Do tego opra­co­wa­nia doty­czą­ce histo­rii, reli­gii, życia spo­łecz­ne­go, kul­tu­ry, ryce­rzy, pozy­cji kobiet, archi­tek­tu­ry, medy­cy­ny czy kuli­na­riów Euro­py i Pol­ski, poczy­na­jąc od fun­da­men­tal­nych prac Jacqu­esa Le Gof­fa, poprzez „Odle­głe zwier­cia­dło” Bar­ba­ry Tuch­man, „Jesień śre­dnio­wie­cza” Joha­na Huizin­gi, dzie­ła Hen­ry­ka Sam­so­no­wi­cza, Paw­ła Żmudz­kie­go, Gerar­da Labu­dy, Aro­na Gurie­wi­cza, Jerze­go Besa­li, a na szcze­gó­ło­wej mono­gra­fii gro­du warow­ne­go w Gło­go­wie koń­cząc. Do tego moje ulu­bio­ne pereł­ki takie jak „Hul­ta­je, zło­czyń­cy, wsze­tecz­ni­ce w daw­nym Kra­ko­wie” czy „Kuglarz. Legen­dy śre­dnio­wiecz­ne” i… Dobrze, już koń­czę. Spo­ro cie­ka­wo­stek znaj­do­wa­łam w Inter­ne­cie, na forach poświę­co­nych histo­rii, gdzie toczą się bar­dzo cie­ka­we dys­ku­sje. Odręb­ną inspi­ra­cją była też kul­tu­ra ludo­wa, w któ­rej moim zda­niem, zacho­wa­ło się wie­le śla­dów pogań­skich w rytu­ałach, obrzę­dach, baśniach i pie­śniach. Do tego źró­dła mate­rial­ne, pozo­sta­ło­ści budow­li, bro­ni, biżu­te­rii, obra­zów, reli­kwia­rzy. Tego wszyst­kie­go z cza­sów pol­skie­go XII wie­ku jest oczy­wi­ście bar­dzo mało, ale jeśli dla histo­ry­ków to dra­mat, to dla pisa­rza jest to oko­licz­ność sprzy­ja­ją­ca. To cze­go nie wie­my, mogłam bowiem zastą­pić fik­cją, nie nara­ża­jąc się na zarzut odbie­ga­nia od praw­dy.

Czy czy­ta­jąc śre­dnio­wiecz­ne kro­ni­ki, natra­fi­łaś na coś takie­go, co by Cię szcze­gól­nie zasko­czy­ło?

Na przy­kład to, że żona Bole­sła­wa Chro­bre­go, jak pisał Gall, kobie­ta mądra i roz­trop­na, ukry­wa­ła ludzi ska­za­nych przez kró­la pochop­nie na śmierć, by póź­niej w spo­koj­nych oko­licz­no­ściach uczto­wa­nia zapy­tać męża, czy nie żal mu owych pozba­wio­nych życia.  A gdy Chro­bry przy­zna­wał, że owszem żal i bole­je, że roz­ka­zał ich stra­cić, żona przy­zna­wa­ła się do pod­stę­pu i ura­to­wa­nia więź­niów od kaź­ni. Wów­czas popę­dli­wy król z ulgą daro­wy­wał winę ska­za­nym. Naj­wi­docz­niej, naj­ła­twiej było dotrzeć do nie­go, kie­dy był roz­luź­nio­ny winem i zaba­wą i mógł pozwo­lić sobie na sła­bość. Kie­dy bowiem sie­dział w zbroi na koniu, czy na tro­nie z wszyst­ki­mi atry­bu­ta­mi wła­dzy, musiał być suro­wy i bez­względ­ny zgod­nie z funk­cją, któ­rą peł­nił – potęż­ne­go wład­cy. W znacz­nie bar­dziej nie­for­mal­nej sytu­acji kąpie­li czy uczto­wa­nia mógł sobie pozwo­lić na bycie wyro­zu­mia­łym czło­wie­kiem.

Nigdy wcze­śniej tak o tym nie myśla­łem.


W dru­giej czę­ści Xiąg Nefa­sa jest napraw­dę nie­sa­mo­wi­ty opis Nawii. Czy Ty napi­sa­łaś go pod natchnie­niem, czy zaczerp­nę­łaś skądś opis?

Nie wiem, czy powin­nam o tym mówić… Bar­dzo dużo czy­ta­łam o nar­ko­tycz­nych wizjach po grzy­bach psy­lo­cy­bi­no­wych, ropu­szym jadzie, mucho­mo­rach i to było pod­sta­wo­wa inspi­ra­cja do opi­sa­nia doświad­czeń Nefa­sa w prze­strze­ni Nawii. Wyszłam po pro­stu z zało­że­nia, że sło­wiań­scy, przed­chrze­ści­jań­scy kapła­ni, któ­rzy kon­tak­to­wa­li się z tym dru­gim świa­tem z pew­no­ścią uży­wa­li sub­stan­cji psy­cho­ak­tyw­nych. Zresz­tą wie­my, że po takie sub­stan­cje ludzie się­ga­li od zawsze, od kie­dy tyl­ko czło­wiek zaczął two­rzyć kul­tu­rę. Korzy­sta­łam też z opra­co­wań doty­czą­cych sza­ma­ni­zmu sybe­ryj­skie­go. To jest nie­zwy­kle fascy­nu­ją­cy temat opi­sa­ny m.in. przez Mirce’a Elia­de­go w „Sza­ma­ni­zmie i archa­icz­nych tech­ni­kach eks­ta­zy” czy Andrze­ja Wier­ciń­skie­go w „Magii i reli­gii”. Obaj bada­cze pre­cy­zyj­nie przed­sta­wi­li eta­py sza­mań­skiej ini­cja­cji, czy­li dro­gi prze­cho­dze­nia w zaświa­ty i zdo­by­wa­nia nad­przy­ro­dzo­nej mocy od odej­ścia od spo­łe­czeń­stwa, poprzez gło­dów­ki, brak snu, depry­wa­cję sen­so­rycz­ną, pozor­ną śmierć i odro­dze­nie, dozna­nia abs­trak­cyj­ne, halu­cy­na­cje entop­tycz­ne, syne­ste­zje, magicz­ną wal­kę, dozna­nia psy­cho­dy­na­micz­ne, oko­ło­po­ro­do­we aż po holi­stycz­ne odczu­wa­nie świa­ta. Wystar­czy­ło roz­bu­do­wać to o sło­wiań­ską mito­lo­gię i popro­wa­dzić Nefa­sa przez wszyst­kie te sta­dia.

Pierw­sza część Xiąg Nefa­sa była mrocz­na, ale była bar­dzo histo­rycz­na i sta­wia­łaś w niej na intry­gi, ale w dru­giej czę­ści jest tego mro­ku znacz­nie, znacz­nie wię­cej. Co się sta­ło, że pomię­dzy obie­ma czę­ścia­mi widać tak wyraź­ną róż­ni­cę?

Tak jest? Nie zwró­ci­łam na to uwa­gi, ale po pierw­sze na pew­no wyni­ka to z akcji – znacz­ną część dru­gie­go tomu zaj­mu­je Nawia i zej­ście Nefa­sa  w zaświa­ty. Prócz tego ciem­ne, nie­ziem­skie siły prze­ni­ka­ją do nor­mal­ne­go świa­ta szu­ka­jąc zemsty i roz­prze­strze­nia­jąc mrok.

Po dru­gie, jak się teraz nad tym zasta­na­wiam, to może wypły­wać bez­po­śred­nio z mojej mrocz­nej i depre­syj­nej oso­bo­wo­ści (śmiech). To mi przy­po­mi­na sytu­ację, kie­dy z mężem mie­li­śmy napi­sa
sce­na­riusz do… tele­no­we­li. Nie bar­dzo wie­dzie­li­śmy, jak się do tego się zabrać, ale uzna­li­śmy, że wystar­czy, że w każ­dym odcin­ku jakiś boha­ter powie „kocham cię”. No i trzy­ma­li­śmy się tej zasa­dy przez trzy odcin­ki, od czwar­te­go mie­li­śmy ser­decz­nie dość i zaczę­li­śmy pisać według sie­bie. Skoń­czy­ło się tym, że Andrze­ja wezwa­ła sta­cja pro­du­ku­ją­ca serial i zada­ła mu kil­ka pytań: – Czy pań­stwo zda­ją sobie spra­wę, że zakrzy­wia­nie cza­so­prze­strze­ni to nie jest typo­wy tele­no­we­lo­wy motyw? oraz – Skąd tytuł „Tan­go z Anio­łem”? – Bo jed­na z boha­te­rek jest anio­łem – odpo­wie­dział Andrzej. – W sen­sie meta­fo­rycz­nym? – Nie, dosłow­nym – odparł. I tak skoń­czy­ła się nasza przy­go­da z tele­no­we­lą.

Być może więc moje wyra­zi­ście widocz­ne w pierw­szych powie­ściach prze­chy­le­nie w mrocz­ną stro­nę świa­ta nie daje się w żaden spo­sób okieł­znać i powścią­gnąć. Chy­ba taka już po pro­stu jestem. Mrocz­na i to nie w sen­sie meta­fo­rycz­nym, ale jak naj­bar­dziej dosłow­nym.

Z Mał­go­rza­tą Sara­mo­no­wicz roz­ma­wiał Miko­łaj Kołysz­ko.


Reklama

Może też zainteresują cię te tematy