Aktualności

Wisłocka. Czyli jak to ze sztuką kochania było.

Powieść Szo­łaj­skie­go, choć opar­ta na fak­tach, jest fan­ta­zją auto­ra na temat Micha­li­ny Wisłoc­kiej i jej słyn­nej książ­ki. Autor ubie­ra tę nie­zwy­kłą bio­gra­fię w atrak­cyj­ną for­mę kry­mi­nal­no-szpie­gow­ską osa­dzo­ną w Pol­sce cza­sów Gier­ka. Ale przede wszyst­kim jest to fascy­nu­ją­ca histo­ria życia kobie­ty, któ­ra potra­fi­ła doświad­cze­nia wła­sne­go, nie­uda­ne­go mał­żeń­stwa wyko­rzy­stać w pod­ręcz­ni­ku dla par. Sztu­ka kocha­nia pomo­gła milio­nom Pola­ków i Polek nie tyl­ko w łóż­ku, ale rów­nież w miło­ści.

Zapra­sza­my do lek­tu­ry frag­men­tu książ­ki, na począ­tek sło­wa od auto­ra!

Jest to histo­ria wal­ki o to, co dziś wyda­je się oczy­wi­ste. Trud­no uwie­rzyć, że nie tak daw­no temu był to jed­nak pro­blem poli­tycz­ny. Trwa­ły poważ­ne dys­ku­sje, czy i jak moż­na osią­gać orgazm w pań­stwie real­ne­go socja­li­zmu. Choć od lat sie­dem­dzie­sią­tych upły­nę­ło nie­speł­na pół wie­ku, zmia­ny, jakie zaszły w naszym życiu, czy­nią tam­tą epo­kę bar­dzo odle­głą. Aż strach to pisać, ale tam­te cza­sy były chy­ba cał­kiem nie­złym okre­sem w histo­rii Pol­ski, a już na pew­no naj­lep­szym w dzie­jach tej, któ­rą okre­śla­no mia­nem „ludo­wej”. Mimo że nadal w orbi­cie radziec­kiej, kraj – kie­ro­wa­ny przez ówcze­sne­go pierw­sze­go sekre­ta­rza PZPR Edwar­da Gier­ka (dziś nawet przez Jaro­sła­wa Kaczyń­skie­go uzna­wa­ne­go za patrio­tę) – stop­nio­wo otwie­ra się na świat. Kościół, choć w pol­skim wyda­niu nadal kon­ser­wa­tyw­ny, zysku­je w tym cza­sie swo­bo­dę dzia­ła­nia; po latach zaka­zów zaczy­na się reli­gij­ny boom budow­la­ny, świą­ty­nie rosną jak grzy­by po desz­czu, a maso­we piel­grzym­ki masze­ru­ją już bez prze­szkód do coraz licz­niej­szych maryj­nych sank­tu­ariów. Nie­ba­wem papie­żem zosta­nie pierw­szy w histo­rii Polak, popu­lar­ny kra­kow­ski kar­dy­nał i zapa­lo­ny nar­ciarz, Karol Woj­ty­ła. I sta­nie się sym­bo­lem prze­mian,
w szcze­gól­no­ści ponow­ne­go złą­cze­nia kra­ju z „cywilizowanym”światem. Jed­nym z ele­men­tów kul­tu­ry Zacho­du, któ­ra w latach sie­dem­dzie­sią­tych coraz moc­niej prze­ni­ka do Pol­ski, pod­ko­pu­jąc „tra­dy­cyj­ne” war­to­ści, jest – ku zgor­sze­niu zarów­no komu­ni­stycz­nej wła­dzy, jak i Kościo­ła – otwar­ty sto­su­nek do sek­su. Tu par­tyj­ni sekre­ta­rze dzia­ła­ją ręka w rękę z bisku­pa­mi, a wspie­ra ich rodzi­ma pru­de­ria. Na pil­nie strze­żo­nych gra­ni­cach cel­ni­cy wycią­ga­ją podróż­nym z baga­ży i kon­fi­sku­ją wszel­kie „świersz­czy­ki”.
W kra­ju cen­zu­ra kon­tro­lu­je wszyst­kie media i pil­nu­je, by oby­wa­te­le PRL nie tyl­ko nie czy­ta­li wywro­to­wej lite­ra­tu­ry, ale też nie mie­li żad­nych „nie­oby­czaj­nych” wzor­ców i żyli
(przy­naj­mniej ofi­cjal­nie) w cno­cie. Socja­li­stycz­ne spo­łe­czeń­stwo trwa w prze­ko­na­niu, że seks to temat tabu, nawet bar­dziej przez pań­stwo chro­nio­ne niż urzę­do­wy kult mark­si­zmu-leni­ni­zmu. Nie­ba­wem ma się to zmie­nić – i to za spra­wą upo­ru jed­nej kobie­ty, porzu­co­nej przez męża i dra­ma­tycz­nie szu­ka­ją­cej odpo­wie­dzi na pyta­nie, dla­cze­go tak się sta­ło. Co dopro­wa­dzi­ło do roz­pa­du jej związ­ku? Korzy­sta­jąc ze swo­jej wie­dzy medycz­nej i oso­bi­stych doświad­czeń, poświę­ca ona mnó­stwo ener­gii bada­niu przy­czyn swo­jej kobie­cej klę­ski, a następ­nie pisa­niu vade­me­cum dla par, mają­ce­go uchro­nić je przed zdra­dą i roz­sta­niem. Stwo­rzo­na przez nią książ­ka oka­że się wkrót­ce pol­skim best­sel­le­rem wszech cza­sów (nakład prze­kro­czy sie­dem milio­nów egzem­pla­rzy!). Odbie­ra­na przede wszyst­kim jako bez­pru­de­ryj­ny porad­nik ero­tycz­ny, dosko­na­ły instruk­taż sek­su, roz­chwy­ty­wa­na będzie przez wszyst­kich niczym pod­ziem­ny samiz­dat. W 1978 roku, pamięt­nym roku wybo­ru Karo­la Woj­ty­ły na papie­ża, uka­że się pierw­sze ofi­cjal­ne wyda­nie Sztu­ki kocha­nia, wcze­śniej roz­po­wszech­nia­nej czar­no ryn­ko­wo na baza­rach, w for­mie odbi­tek. Nie­ba­wem zro­dzi się „Soli­dar­ność”, roz­pocz­nie upa­dek sys­te­mu komu­ni­stycz­ne­go, a dok­tor Micha­li­na Wisłoc­ka nauczy kobie­ty – w ojczyź­nie i kra­jach „obo­zu postę­pu”, od NRD po Chi­ny Ludo­we – jak osią­gać orgazm. Boha­te­ra­mi mojej opo­wie­ści o tym, jak do tego doszło, są zarów­no oso­by auten­tycz­ne, czę­sto wystę­pu­ją­ce pod wła­sny­mi nazwi­ska­mi, jak i posta­ci fik­cyj­ne – wymy­ślo­ne, ale mają­ce
odpo­wied­ni­ki w rze­czy­wi­sto­ści, a nie­kie­dy będą­ce syn­te­zą kil­ku real­nie ist­nie­ją­cych osób. Fabu­ła opar­ta jest na fak­tach, co nie zna­czy, że wszyst­ko musia­ło zda­rzyć się tak, jak to zosta­ło opi­sa­ne. Cho­ciaż mogło…

PROLOG

– Róż­ne warian­ty sto­sun­ku… Jeże­li czło­nek jest mały, a wej­ście do pochwy duże, kon­takt wza­jem­ny jest sła­by… – podyk­to­wa­ła Micha­li­na i urwa­ła, pocie­ra­jąc czo­ło.

– Nie, nie tak, pocze­kaj…
– I ruszy­ła wzdłuż poko­ju, gwał­tow­nie gesty­ku­lu­jąc.
Była jak zawsze w chu­st­ce; utrzy­my­wa­ła, że cier­pi na krio­aler­gię – nad­wraż­li­wość na zmia­ny tem­pe­ra­tu­ry. Nie­wąt­pli­wie poma­ga­ło to unik­nąć kło­po­tów z fry­zu­rą. Ubie­ra­ła się przy tym w nie­co egzo­tycz­ny, fan­ta­zyj­ny spo­sób: jej strój nie wyglą­dał na kupio­ny w jed­no­st­ce han­dlu uspo­łecz­nio­ne­go, a raczej na wymy­ślo­ny przez peł­ną wyobraź­ni pry­wat­ną kraw­co­wą. Na oko Micha­li­na mia­ła oko­ło pięć­dzie­siąt­ki i roz­pie­ra­ła ją ener­gia – aż trud­no jej było usie­dzieć. Ire­na, sekre­tar­ka, zacho­wy­wa­ła się dla odmia­ny bar­dzo spo­koj­nie. Meto­dycz­nie stu­ka­ła w kla­wi­sze – cier­pli­wie, stro­na po stro­nie. Unio­sła gło­wę znad maszy­ny i patrząc pyta­ją­co na spa­ce­ru­ją­cą po poko­ju lekar­kę, cze­ka­ła na dal­sze instruk­cje. Micha­li­na zaglą­da­ła do nota­tek na biur­ku, to znów patrzy­ła przez okno, jak­by szu­ka­ła inspi­ra­cji.

– Skreśl i napisz tak: Jeże­li czło­nek jest krót­ki, a wej­ście do pochwy dość luź­ne, kon­takt wza­jem­ny jest bar­dzo sła­by. Krop­ka – podyk­to­wa­ła, po czym rzu­ci­ła komen­tarz: – Tak lepiej, bo „mały” brzmi tro­chę nega­tyw­nie, jakoś upo­ka­rza­ją­co. A „krót­ki” będzie dla czy­tel­ni­ka, zwłasz­cza face­ta, łatwiej­sze do zaak­cep­to­wa­nia, praw­da? Ten twój tak by na pew­no wolał, co?
– Chy­ba tak – zgo­dzi­ła się Ire­na. – Ale on ma wszyst­ko aku­rat tak, jak trze­ba.
– Nie każ­dy ma takie szczę­ście jak ty, moja dro­ga. Dalej wykreśl to, co było, i pisz tak: Dodat­ko­wo czło­nek, nie się­ga­jąc szyj­ki macicz­nej, nie może zostać obję­ty przez ścian­ki pochwy…
– Moment… – Ire­na pogu­bi­ła się w popraw­kach, więc skre­śli­ła całe poprzed­nie zda­nie i zaczę­ła aka­pit od nowa. Kobie­tom przy­glą­dał się leżą­cy na fote­lu jam­nik. Ziew­nął,
przy­mknął oczy i zwi­nął się z powro­tem do spa­nia. Ale sprzy­ja­ją­ca drzem­ce cisza trwa­ła tyl­ko moment. Zza okna dobie­ga natar­czy­wy odgłos bicia kościel­nych dzwo­nów. Micha­li­na spo­strze­gła gro­mad­kę w stro­jach komu­nij­nych. Dzie­ci szły Pod­wa­lem, skrę­ci­ły w Pie­kar­ską – zapew­ne zmie­rza­ły do pobli­skie­go kościo­ła św. Mar­ci­na. Dziew­czyn­ki w bia­łych sukien­kach, chłop­cy w zbyt poważ­nych dla nich gra­na­to­wych gar­ni­tu­rach, pod kra­wa­tem, nie­któ­rzy nawet z musz­ką. Jeden z małych ele­gan­tów wygłu­piał się, stro­jąc miny, a trzy­ma­ną w ręce świe­cą machał ener­gicz­nie, pró­bu­jąc pod­no­sić dziew­czyn­kom spód­nicz­ki, jak­by chciał zoba­czyć, jakie mają majt­ki. Micha­li­na uśmiech­nę­ła się i popra­wi­ła chust­kę na gło­wie.
Wra­ca­ła do pra­cy.
– Prze­pra­szam, na czym skoń­czy­łaś? – zapy­ta­ła.
– Nie może zostać obję­ty przez ścian­ki… – odczy­ta­ła Ire­na.
– …pochwy. I dalej pisz tak: Nato­miast u mło­dej kobie­ty w dobrze umię­śnio­nej wąskiej pochwie speł­nia on swo­je zada­nie zupeł­nie pra­wi­dło­wo… Czło­nek bar­dzo dłu­gi wcho­dzi do pochwy nazbyt głę­bo­ko i potrą­ca­jąc szyj­kę, się­ga aż do tyl­ne­go skle­pie­nia.

Kolej­ne strza­ły, któ­re Rafał Domi­niak odda­wał, tra­fia­ły w sam śro­dek tar­czy. Miał oko. Odło­żył broń – ćwi­cze­nia zali­czył z wyni­kiem bar­dzo dobrym.
Prze­czy­ścił pisto­let i ruszył z powro­tem do biu­ra miesz­czą­ce­go się na trze­cim pię­trze w budyn­ku MSW przy uli­cy Rako­wiec­kiej w War­sza­wie. Wciąż nie mógł uwie­rzyć, że mu się tak wszyst­ko uda­je. Chy­ba po pro­stu sprzy­ja­ło mu szczę­ście. Wstą­pił do Służ­by Bez­pie­czeń­stwa zaraz po stu­diach, zachę­co­ny przez ojca mili­cjan­ta per­spek­ty­wą cie­ka­wej pra­cy, znacz­nie bar­dziej eks­cy­tu­ją­cej od bel­fro­wa­nia w liceum. Bo co mógł­by robić jako polo­ni­sta z dyplo­mem Wyż­szej Szko­ły Peda­go­gicz­nej? A teraz, choć nadal wyglą­dał z pozo­ru zwy­czaj­nie, jak każ­dy, był już ofi­ce­rem – porucz­ni­kiem. Miał dostęp do taj­nych infor­ma­cji. Wie­dział wię­cej niż inni. Słu­żył ojczyź­nie jak żoł­nierz, ale do pra­cy cho­dził po cywil­ne­mu – miał nie zwra­cać na sie­bie uwa­gi, gdy reali­zo­wał taj­ne zada­nia wyma­ga­ją­ce dys­kre­cji i ano­ni­mo­wo­ści. Cały czas żył jesz­cze rado­ścią, jakiej doznał, kie­dy dowie­dział się o awan­sie. Napraw­dę miał szczę­ście. Został świe­żo prze­nie­sio­ny do sto­li­cy. W rodzin­nym mie­ście dłu­go sta­rał się wyka­zać. W koń­cu uda­ło mu się zwró­cić uwa­gę prze­ło­żo­nych, gdy dzię­ki ano­ni­mo­we­mu dono­so­wi nakrył szwin­del w cemen­tow­ni pod Opo­lem – poło­wa pro­duk­cji szła na lewo. Z wykra­dzio­ne­go mate­ria­łu powsta­ło w oko­li­cy mnó­stwo jed­no­ro­dzin­nych domów, kil­ka pry­wat­nych chlew­ni i przy­naj­mniej dwa kościoły…Jako dziec­ko Rafał zawsze chciał tro­pić zło­czyń­ców i teraz – w doro­słym życiu – wresz­cie sta­ło się to jego udzia­łem. Skry­cie marzył, by jak Sher­lock Hol­mes roz­wią­zy­wać zagad­ki kry­mi­nal­ne meto­dą deduk­cji. Prze­czy­tał wszyst­kie tomy
Conan Doyle’a, któ­re uda­ło się zdo­być w opol­skich biblio­te­kach: od Stu­dium w szkar­ła­cie po Psa Baskerville’ów. Wyro­bił w sobie nawyk dokład­ne­go ana­li­zo­wa­nia wszel­kich poszlak, nawet naj­drob­niej­szych. Nie był może zbyt lot­ny, ale dzię­ki pra­co­wi­to­ści zyski­wał prze­wa­gę nad kole­ga­mi, bar­dziej skłon­ny­mi do nad­uży­wa­nia trun­ków niż mozol­ne­go sie­dze­nia nad papie­ra­mi. Zdo­był przez to ksy­wę „Mró­wa”, choć wolał, gdy mówi­li o nim „Sher­lock”, nawią­zu­jąc do jego pasji detek­ty­wi­stycz­nej oraz faj­ki, któ­rą kupił, by tak jak Hol­me­so­wi poma­ga­ła mu sku­piać się nad szcze­gó­ła­mi pro­wa­dzo­nej spra­wy. W nagro­dę za spek­ta­ku­lar­ny śled­czy suk­ces w wal­ce z prze­stęp­czo­ścią gospo­dar­czą na Opolsz­czyź­nie dostał z żoną służ­bo­we miesz­ka­nie w sto­li­cy. Wpraw­dzie przy­dział był tyl­ko na kawa­ler­kę, ale auto­ma­tycz­nie gwa­ran­to­wał cen­ny war­szaw­ski
mel­du­nek. Mia­sto zamknię­te, pra­cy bez mel­dun­ku się nie zała­twi, a mel­dun­ku nie spo­sób zdo­być bez war­szaw­skie­go miesz­ka­nia lub zatrud­nie­nia… Zaklę­ty krąg nie­moż­no­ści. Rafał prze­ła­mał ten impas i wie­dział, że teraz oto otwie­ra­ją się przed nim per­spek­ty­wy. Może nawet wyślą go kie­dyś ze spe­cjal­ną misją za gra­ni­cę? I odwie­dzi Muzeum Sher­loc­ka Hol­me­sa przy Baker Stre­et 221b w Lon­dy­nie?

Teraz, wezwa­ny przez sze­fa, raź­nym kro­kiem wszedł do gabi­ne­tu.
– Mel­du­ję się, towa­rzy­szu puł­kow­ni­ku.
Puł­kow­nik Zdzi­sław Macha­ła był jak zwy­kle po cywil­ne­mu, wystro­jo­ny w nie­co sta­ro­mod­ny przy­cia­sny gra­na­to­wy gar­ni­tur z kra­wa­tem. Od począt­ku pra­cy w resor­cie nosił takie ubra­nia, by dodać sobie powa­gi. Karie­rę zro­bił dzię­ki aktyw­ne­mu pięt­no­wa­niu syjo­ni­stów w sześć­dzie­sią­tym ósmym roku – wów­czas to szyb­ko awan­so­wał, prze­ska­ku­jąc w krót­kim cza­sie kil­ka szcze­bli. Dosko­na­le znał regu­ły gry. Przede wszyst­kim nie wol­no pod­paść, bo to ozna­cza kło­po­ty, cza­sem ruj­nu­ją­ce wie­lo­let­nie sta­ra­nia o awans gene­ral­ski, na któ­ry cier­pli­wie cze­kał. Podob­nie jak jego żona, a może ona jesz­cze bar­dziej. Zostać gene­ra­ło­wą – to było­by coś! Zupeł­nie inna pozy­cja. Powta­rza­ła mu to do znu­dze­nia! Nawet poda­jąc obiad, potra­fi­ła o tym tak jakoś niby żar­tem wspo­mnieć – że bar­dziej by im sma­ko­wa­ło, gdy­by on miał na spodniach lam­pa­sy… A w łóż­ku
to lubił, jak szep­ta­ła do nie­go: „Gene­ra­le, do boju!”. Tak się w to wczuł, że rów­nież inne kobie­ty, z któ­ry­mi sypiał na resor­to­wych szko­le­niach, instru­ował, by wła­śnie w ten spo­sób do nie­go mówi­ły. Jakoś mu wte­dy bar­dziej seks sma­ko­wał.

– Towa­rzy­szu puł­kow­ni­ku… – Rafał nie­śmia­ło przy­po­mnia­ło swo­jej obec­no­ści.
Zamy­ślo­ny Macha­ła uniósł wzrok znad papie­rów i patrzył na mło­de­go porucz­ni­ka przez dłuż­szą chwi­lę, zasta­na­wia­jąc się, jak zacząć roz­mo­wę.
– Sia­daj­cie, Domi­niak… Prze­czy­ta­łem wasz raport. Ład­nie napi­sa­ny. Wy jeste­ście z wykształ­ce­nia filo­zof?
– Nie. Filo­log. Magi­ster­kę pisa­łem z lite­ra­tu­ry dwu­dzie­sto­le­cia.
Macha­ła z uzna­niem kiwał gło­wą.
– No… filo­log. I dobrze o was sły­sza­łem… Mówi­li: świet­nie roz­pra­co­wu­je, przy­kła­da się, żad­ne­go szcze­gó­łu nie prze­pu­ści, prze­ni­kli­wy niczym Sher­lock Hol­mes…
Rafał lek­ko się zaru­mie­nił w poczu­ciu zasłu­żo­nej pochwa­ły. Jest szan­sa, że i tu jego zaan­ga­żo­wa­nie zosta­nie zauwa­żo­ne. Puł­kow­nik wziął do ręki raport… i nagle wal­nął nim w stół, aż echo nio­sło się po gabi­ne­cie.
– No i wasze pierw­sze zada­nie kon­cer­to­wo spier­do­li­li­ście. – Macha­ła prze­stał być przy­ja­znym wuj­kiem, a w jego gło­sie dźwię­cza­ło coś bar­dzo nie­przy­jem­ne­go. – Mie­li­ście obser­wo­wać figu­ran­ta, tak?
Zasko­czo­ny nie­spo­dzie­wa­ną zmia­ną nastro­ju Rafał nie bar­dzo wie­dział, co powie­dzieć.
– Tak… Spraw­dzać, co robi i tak dalej… Przez cały pobyt był pod obser­wa­cją. Moją oso­bi­ście lub trzech wywia­dow­ców z przy­dzie­lo­nej gru­py A…
– Wiem, wiem! – prze­rwał puł­kow­nik. – I dobrze, żeście czuj­nie obser­wo­wa­li i noto­wa­li, co je, kie­dy pije, kie­dy ma ocho­tę na dup­cze­nie oraz jak i kie­dy to robi. Ale kto wam
kazał pisać w rapor­cie z kim? I to bez zgo­dy prze­ło­żo­ne­go?
– Nie rozu­miem…
– No, dla­cze­go­ście napi­sa­li, że robił to z towa­rzysz­ką… –puł­kow­nik zawie­sił głos. – Nawet nie chcę jej nazwi­ska wymie­niać! Po co to zro­bi­li­ście?
– Uda­ło mi się namie­rzyć, to poda­łem. Źle? – zdzi­wił się Rafał.
– Wy napraw­dę nie wie­cie, kto to jest?
– Nie… – wyszep­tał Rafał, gorącz­ko­wo myśląc, gdzie popeł­nił błąd, ale nie miał cza­su na dedu­ko­wa­nie, bo puł­kow­nik mówił dalej.
– No to już rozu­miem. Jeste­ście z pro­win­cji. Skąd was prze­nie­sio­no?
– Z Opo­la – wykrztu­sił Rafał, jak­by przy­zna­wał się do zro­bie­nia cze­goś wyjąt­ko­wo nie­sto­sow­ne­go.
– No tak… A ta towa­rzysz­ka, prze­milcz­my nazwi­sko… Powiem tyle, że pra­cu­je dla nas ide­owo i że umie to robić. Lubi te spra­wy i jest w tym nie do zastą­pie­nia, taki samo­rod­ny talent.
Kie­dy ją zerżnie cudzo­zie­miec, naj­le­piej kolo­ro­wy, to ona ma odlot. Teraz rozu­mie­cie?
– Co mam nie rozu­mieć. Z kobie­ta­mi róż­nie bywa.
– Ale chy­ba nie rozu­mie­cie, że jak­by się jej ojciec dowie­dział, to nie było­by dobrze. Dla niko­go. A szcze­gól­nie dla nas.
– A kto jest jej ojcem? – Rafał był wyraź­nie zacie­ka­wio­ny, ale jego docie­kli­wość w tym wypad­ku nie wzbu­dzi­ła w puł­kow­ni­ku entu­zja­zmu.
– Lepiej nawet nie pytaj­cie! – Macha­ła wzniósł oczy w górę.
– Na szczę­ście to nie poszło dalej, bo coś mnie tknę­ło, żeby prze­czy­tać, spraw­dzić… I ura­to­wać dupę sobie i wam! Dobrze, zapo­mnij­my o tym… – zmie­nił ton z powro­tem na grzecz­ny i miły. – Ale szyb­ko prze­pisz­cie ten cho­ler­ny raport tak, żeby tego jej nazwi­ska nie było.
– Dzię­ku­ję, towa­rzy­szu puł­kow­ni­ku, posta­ram się na dru­gi raz…
Puł­kow­nik mach­nął tyl­ko ręką.
– Daruj­cie sobie tę waze­li­nę, Domi­niak, i nie spier­dol­cie nicze­go wię­cej. Rafał ruszył do wyj­ścia, ale zno­wu usły­szał za ple­ca­mi głos puł­kow­ni­ka:
– Aha, mówią, że macie faj­kę, czy to praw­da?
Rafał odwró­cił się.
– Cza­sem zapa­lę. A co w tym złe­go?
– Nic, ale lepiej uwa­żaj­cie, bo to się nie­któ­rym towa­rzy­szom bur­żu­azyj­nie koja­rzy.

Towa­rzysz Jan Malak, sta­ra­jąc się nie wejść w bło­to, ostroż­nie pro­wa­dził dzie­cię­cy wózek wzdłuż dopie­ro powsta­ją­cej uli­cy. Chcąc nie chcąc, poma­gał w ten spo­sób cór­ce. Czę­sto na kil­ka dni tajem­ni­czo zni­ka­ła i Malak przej­mo­wał wów­czas rolę opie­kun­ki dla nie­speł­na dwu­let­nie­go chłop­ca, zadzi­wia­ją­co grzecz­ne­go i nie­spra­wia­ją­ce­go dziad­ko­wi pro­ble­mów. Rok wcze­śniej uda­ło mu się zała­twić to nowe, duże miesz­ka­nie, w któ­rym ulo­ko­wa­li się we trój­kę, gdy doszło do roz­wo­du i cór­ka nie mia­ła gdzie się z dziec­kiem podziać. Pogo­da była na tyle ład­na, że kału­że nie­co powy­sy­cha­ły. Blo­ko­wi­sko na Ursy­no­wie, mimo że sza­ro­be­to­no­we, w słoń­cu wyglą­da­ło nawet dość przy­jem­nie. Był to jesz­cze w dużej mie­rze plac budo­wy, z pra­cu­ją­cy­mi dźwi­ga­mi, war­czą­cy­mi wywrot­ka­mi i robot­ni­ka­mi cho­dzą­cy­mi w kaskach. Roz­mach inwe­sty­cji robił wra­że­nie – od zera powsta­wa­ła tu kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­na nowo­cze­sna dziel­ni­ca. Mimo trud­no­ści w poru­sza­niu się na nie­utwar­dzo­nych ścież­kach szczę­śli­wi loka­to­rzy raź­no drep­ta­li mię­dzy budyn­ka­mi; mie­li nadzie­ję, że nie­ba­wem poja­wią się tu chod­ni­ki i drze­wa, a z cza­sem może nawet i skle­py? Codzien­nie przed pra­cą Malak zabie­rał wnu­ka na spa­cer, duma­jąc przy oka­zji nad swo­im życiem. On, syn nie­pi­śmien­ne­go chło­pa mało­rol­ne­go z Pod­la­sia z ósem­ką dzie­ci i sła­bo­ścią do alko­ho­lu, otrzy­mał dar od losu – jako nasto­la­tek posta­wił na dobrą kar­tę i w 1944 roku wstą­pił do PPR-u. Na począt­ku ofiar­nie pra­co­wał w apa­ra­cie bez­pie­czeń­stwa, umac­nia­jąc wła­dzę ludo­wą. Nie miał żad­nych skru­pu­łów w tępie­niu wro­gów ustro­ju spra­wie­dli­wo­ści spo­łecz­nej i został za to sowi­cie wyna­gro­dzo­ny. Zro­bił matu­rę, ukoń­czył stu­dia, pisząc pra­cę z wybra­nych zagad­nień mark­si­zmu-leni­ni­zmu. Piął się mozol­nie w górę aż po sta­no­wi­ska, o któ­rych wcze­śniej nawet w naj­śmiel­szych snach nie marzył. Par­tia, pro­wa­dzą­ca naród do komu­ni­zmu, była dla nie­go wszyst­kim; zawdzię­czał jej swój nie­wy­obra­żal­ny awans. O tym, że wybra­na dro­ga była słusz­na, świad­czy­ła nie tyl­ko jego bły­sko­tli­wa karie­ra, ale tak­że to szyb­ko budu­ją­ce się, pięk­ne socja­li­stycz­ne mia­sto. Malak był­by szczę­śli­wy, gdy­by nie pro­ble­my pry­wat­ne, z jaki­mi zupeł­nie nie mógł sobie pora­dzić. Z jed­nej stro­ny uwiel­biał i cór­kę, i wnu­ka, z dru­giej – nie potra­fił pogo­dzić się z dość nie­ty­po­wą sytu­acją, w jakiej się zna­leź­li. Zapo­cząt­ko­wa­ła to wszyst­ko żona, ale o niej wolał w ogó­le nie myśleć. Oka­za­ła się zdra­dziec­ką suką i to zamy­ka­ło temat byłej pani Mala­ko­wej. Wszyst­kie uczu­cia prze­lał na wnu­ka Bog­da­na, dzie­dzi­ca nazwi­ska, choć dziec­ko nie do koń­ca było takie, jak by chciał. To wła­śnie spra­wia­ło naj­więk­szy ból. Zło­śli­wy chi­chot hała­stry, któ­ra czę­sto towa­rzy­szy­ła poran­nym spa­ce­rom Mala­ka, nie­ste­ty nie­mal codzien­nie dobit­nie mu
przy­po­mi­nał, że jego uko­cha­ny wnu­czek Boguś jest czar­ny jak smo­ła i zupeł­nie nie wyglą­da na pol­skie, sło­wiań­skie dziec­ko.
– „Murzy­nek Bam­bo w Afry­ce miesz­ka” – rycza­ła ruda dziew­czy­na, a dru­ga, gru­ba i pie­go­wa­ta, wtó­ro­wa­ła jej:
– „Czar­ną ma skó­rę ten nasz koleż­ka!”.
– „Mama powia­da: Chodź do kąpie­li” – wył chu­dy chło­pak, a jego tłu­sty kole­ga pisz­czał:
– „A on się boi…”.
– „…że się wybie­li” – darł się naj­mniej­szy, o wyglą­dzie albi­no­sa.
– „Szko­da, że Bam­bo czar­ny, weso­ły, nie cho­dzi razem z nami do szko­ły” – wrzesz­cza­ły zgod­nym chó­rem małe potwo­ry i rża­ły okrut­nym dzie­cię­cym śmie­chem, póki Malak nie dopadł samo­cho­du, któ­ry wła­śnie pod­jeż­dżał pod blok. Była to jego służ­bo­wa czar­na woł­ga. Dobrze zna­ją­cy swo­je obo­wiąz­ki mło­dy kie­row­ca szyb­ko zło­żył wózek i scho­wał do bagaż­ni­ka. Malak wsiadł z wnu­kiem na tyl­ne sie­dze­nie i ruszy­li. Po dro­dze przy­sta­nę­li przy budyn­ku żłob­ka, w któ­rym mały spę­dzał czas dopó­ty, dopó­ki dzia­dek czy mama go nie ode­bra­li. Na szczę­ście tu wszy­scy przy­zwy­cza­ili się już do odmien­ne­go kolo­ru skó­ry Bogu­sia i nawet lubi­li się z nim bawić. Skąd ten rasizm wśród dzie­ci na nowym socja­li­stycz­nym osie­dlu? – zasta­na­wiał się Malak, dojeż­dża­jąc do pra­cy, Komi­te­tu Cen­tral­ne­go Par­tii. Był tu wyso­kim urzęd­ni­kiem, miał gabi­net, sekre­tar­kę i poczu­cie, że słu­ży wiel­kiej spra­wie, któ­ra wyma­ga nie­ustan­nej czuj­no­ści i pil­no­wa­nia, by wróg kla­so­wy nie spro­wa­dził naro­du na manow­ce, a Mala­ka nie strą­cił z powro­tem
do ugo­rów jego rodzin­nej wio­ski.

Pra­cę zała­twi­ła Joan­nie kole­żan­ka, któ­ra prze­cho­dzi­ła na eme­ry­tu­rę. Robo­ta w kio­sku nie była wyma­ga­ją­ca, trze­ba było odsie­dzieć swo­je i tyle. Tro­chę papier­ko­wej robo­ty z roz­li­cza­niem utar­gu. Poza tym spo­kój. Moż­na obser­wo­wać uli­cę i po cichu odma­wiać róża­niec. Tyl­ko lepiej nie rzu­cać się z tym w oczy, bo to nigdy nie wia­do­mo, co komu do gło­wy przyj­dzie i donie­sie gdzie nie trze­ba. Dys­kre­cja jest waż­na. Joan­na wyda­wa­ła resz­tę, pod­su­wa­ła klien­to­wi gaze­tę i wra­ca­ła do swo­jej cichej modli­twy. To nie to samo co w koście­le, ale zawsze zasłu­ga. Naj­bar­dziej lubi­ła majo­we nabo­żeń­stwa, zwłasz­cza wie­czor­ne. Przy­cho­dzi­ła do kościo­ła w poczu­ciu bez­pie­czeń­stwa, bo odkąd odby­ła pie­szą piel­grzym­kę i zawie­rzy­ła, jakoś wszyst­ko zaczę­ło zmie­rzać w dobrym kie­run­ku. Nawet śmierć męża nie była potem tak strasz­na, jak by się mogło wyda­wać… Ku swe­mu zasko­cze­niu przy­ję­ła ją wręcz z ulgą. Szcze­gól­nie że dzień przed ago­nią upro­si­ła księ­dza – przy­szedł, a bez­boż­ny Jasiek przy­stą­pił do sakra­men­tu poku­ty, cze­go nie robił przez
lata… Przy­jął Pana Jezu­sa. Potem odszedł, uśmiech­nię­ty, prze­pra­sza­jąc za wszyst­ko co złe, co tyle lat robił jej i innym. Ona sama też za mło­du błą­dzi­ła… Sza­tan trium­fo­wał, gdy – odczu­wa­jąc cie­le­sną poku­sę – grze­szy­ła, nie zacho­wu­jąc czy­sto­ści przed zamąż­pój­ściem. Jasiek ją namó­wił… a potem… potem zgo­dzi­ła się na tę strasz­ną rzecz, któ­rą nazy­wa­li zabie­giem. Po tym wszyst­kim dłu­go nie umia­ła zna­leźć dro­gi w życiu… Jed­nak kie­dy spo­tka­ła księ­dza Pio­tra, poczu­ła, że jest ina­czej, lepiej, god­niej… Jego kaza­nia, reko­lek­cje, cier­pli­wość w wysłu­chi­wa­niu spo­wie­dzi, wszyst­ko to poka­za­ło, że świat może być inny od tego, jaki zna­ła. Przez lata Jasiek na prze­mian pił i bił ją, cza­sem po
kie­li­chu zmu­sza­jąc do współ­ży­cia, któ­re­go coraz bar­dziej nie­na­wi­dzi­ła, podob­nie jak jego same­go. Bo wła­ści­wie to były gwał­ty, któ­rym się pod­da­wa­ła, zaci­ska­jąc zęby i  modląc się, żeby szyb­ciej skoń­czył. W dodat­ku uży­wał tych okrop­nych kon­do­mów, przez to i ją przy­wo­dząc do grze­chu. A kara ich spo­tka­ła za to taka, że póź­niej, jak już chcie­li, to potom­stwa nie było. Nie pomo­gły wizy­ty u leka­rzy, zie­la­rzy, zna­cho­rów… Ile na to pie­nię­dzy poszło… i nic. Przez to on pił coraz bar­dziej. Zresz­tą każ­dy pre­tekst był dobry. Ksiądz Piotr pomógł jej zro­zu­mieć, że choć posłu­szeń­stwo w mał­żeń­stwie jest waż­ne, to czy­stość ser­ca powin­na być na pierw­szym miej­scu. A ubez­pład­nia­nie jest naj­gor­sze. Misja prze­ka­zy­wa­nia życia to sens sakra­men­tu mał­żeń­stwa. Ina­czej jest kara, na przy­kład nie ma się dzie­ci. Jak sobie, czło­wie­ku, poście­lesz, tak się wyśpisz. Bóg wszyst­ko widzi i pamię­ta. Joan­na wła­ści­wie od daw­na nie mia­ła żad­nej potrze­by współ­ży­cia. Sko­ro nie była w sta­nie począć, to po co? Tyl­ko z tego wstyd i zgor­sze­nie. Nato­miast czu­ła się dobrze, gdy zamiast cie­le­śnie grze­szyć z Jaś­kiem, zamy­ka­ła się przed nim w łazien­ce i pokor­nie, klę­cząc przy wan­nie, odma­wia­ła róża­niec. Naj­pierw
po cichu, potem gło­śno, by Jasiek tak­że sły­szał… Wte­dy ogar­nia­ła ją praw­dzi­wa radość, nio­są­ca duszę w górę, pro­sto do nie­ba. Modli­ła się i dłu­go roz­wa­ża­ła, jakież to uczyn­ki będą naj­bar­dziej god­ne i Bogu miłe… I dziś, nagle, zro­zu­mia­ła, co ma zro­bić, poczu­ła, że to obja­wie­nie pro­sto od Naj­święt­szej Panien­ki. Obie­ca­ła, że powie­rzo­ną misję zre­ali­zu­je – i wyda­ło jej się, że dostrze­gła uśmiech na twa­rzy Mat­ki Odku­pi­cie­la. Małą kopię obra­zu Pani Jasno­gór­skiej mia­ła bowiem przy­pię­tą od środ­ka do szy­by kio­sku, tuż poni­żej wize­run­ku Pana Jezu­sa Pro­mie­niu­ją­ce­go, a obok Anio­ła Stró­ża i Ducha świę­te­go wyobra­żo­ne­go jako bia­ła gołę­bi­ca. Tak to ich sobie uło­ży­ła, by nikt nie zdo­łał z zewnątrz zoba­czyć, a sama mogła się do nich modlić do woli, dobrze strze­żo­na i zabez­pie­czo­na od wszel­kie­go zła.
Wyję­ła igłę. Spraw­dzi­ła – ostra. Wzię­ła do ręki opa­ko­wa­nie. Ten strasz­ny napis: „Sto­mil Eros”… To było narzę­dzie grze­chu, któ­re przy­czy­nia­ło się do nie­upo­rząd­ko­wa­nia moral­ne­go, przed któ­rym tak prze­ko­nu­ją­co ostrze­gał ksiądz Piotr. Joan­na uklę­kła. Prze­że­gna­ła się. Nakłu­ła pierw­sze opa­ko­wa­nie… Prze­bi­ła ochra­nia­ją­cy pla­stik i ukry­tą w środ­ku ohyd­ną gumę, ale tak, by otwór był malut­ki, prak­tycz­nie nie­zau­wa­żal­ny. Czu­ła, że coś ją jak­by uno­si, sta­wa­ła się coraz lżej­sza i coraz czyst­sza. Ci, któ­rzy potem kupią i uży­ją tego kon­do­ma, choć przez to zgrze­szą, nie będą świa­do­mi, że ich błąd ona wła­śnie odku­pi­ła, zma­za­ła tą poświę­co­ną igłą, któ­rą robi­ła dziur­ki, tak by tyl­ko od Boga teraz zale­ża­ło, czy doj­dzie do poczę­cia życia, czy nie. Prze­dziu­ra­wi­ła następ­ne opa­ko­wa­nie. I następ­ne. Maleń­kie otwo­ry były nie­mal zupeł­nie nie­wi­docz­ne, a prze­cież uchro­nią
ludzi przed nie­pra­wo­ścią.

– Jest pani tam…? – usły­sza­ła i pod­nio­sła wzrok. – Spor­ty i trzy ero­sy popro­szę. Chło­pak stał przed kio­skiem, nawet wca­le nie­spe­szo­ny. Poło­żył bank­not. Joan­na pod­nio­sła się z kolan, poda­ła pacz­kę papie­ro­sów i przez chwi­lę się waha­ła. Mia­ła teraz wła­dzę, pra­wie jak kapłan – mogła uchro­nić mło­de­go czło­wie­ka przed grze­chem. Modli­ła się przez moment… A potem poda­ła chło­pa­ko­wi opa­ko­wa­nie z kup­ki prze­dziu­ra­wio­nych. Niech Bóg zade­cy­du­je, co będzie.
– Tu ma pan dwa zło­te resz­ty – powie­dzia­ła i uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie. Czu­ła się szczę­śli­wa. Dobry uczy­nek – będzie zasłu­ga. Na wie­czor­nej mszy przy­stą­pi­ła do eucha­ry­stii. Nawet się nie spo­wia­da­ła; wie­dzia­ła, że jest w sta­nie łaski. Po nabo­żeń­stwie ksiądz Piotr mówił pięk­nie o ochro­nie życia. Że powo­łu­ją Ruch Obro­ny Dzie­ci Poczę­tych „Gau­dium Vitae” i że trze­ba się zgła­szać. Zachę­cał do dzia­ła­nia.
– Bier­ność jest grze­chem – mówił. – Każ­dy powi­nien bro­nić nie­na­ro­dzo­nych. Naszym obo­wiąz­kiem jest gło­sze­nie wia­ry, czy­sto­ści i miło­ści Bożej. Wte­dy poczu­ła, że zosta­ła powo­ła­na. Zgło­si­ła się, a ksiądz wpi­sał ją na listę. Posta­no­wi­ła, że prze­kłu­je wszyst­kie dia­bel­skie kon­do­my, jakie jej wpad­ną w ręce. I powie mu o tym dopie­ro wów­czas, gdy dokoń­czy dzie­ła. To będzie jej dar dla Naj­święt­szej Panien­ki.

KSIĄŻKA W KSIĘGARNIACH!

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy