Aktualności

W ciemnym, mrocznym lesie – odważysz się zajrzeć?

Lubi­cie się bać? To dobrze! Do księ­garń tra­fi­ła wła­śnie elek­try­zu­ją­ca i trzy­ma­ją­ca w napię­ciu powieść Ruth Ware – W ciem­nym, mrocz­nym lesie. Podo­ba­ła  się Wam Zagi­nio­na dziew­czy­na Gil­lian Flynn czy Dziew­czy­na z pocią­gu Pau­li Haw­kins? Zatem W ciem­nym, mrocz­nym lesie to książ­ka dla Was!


Nora jest autor­ką kry­mi­na­łów, któ­ra nie­chęt­nie opusz­cza swo­je lon­dyń­skie miesz­kan­ko. Gdy nie­ocze­ki­wa­nie otrzy­mu­je zapro­sze­nie na wie­czór panień­ski przy­ja­ciół­ki, z któ­rą nie mia­ła kon­tak­tu od dzie­się­ciu lat, z opo­ra­mi godzi się na spę­dze­nie week­en­du na wsi. Tam jed­nak wpa­da w szpo­ny prze­szło­ści, przed któ­rą pró­bo­wa­ła uciec przez ostat­nią deka­dę. Uwię­zio­na na odlu­dziu, w zło­wiesz­czym szkla­nym domu, osa­czo­nym przez upior­ną widow­nię mrocz­ne­go lasu, tra­fia w sam śro­dek śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nej intry­gi. Wstrzą­sa­ją­ce wyda­rze­nia spra­wią, że będzie musia­ła sta­wić czo­ło nie tyl­ko mor­der­cy, ale i wła­snej prze­szło­ści.

Kto przy­no­si nała­do­wa­ny pisto­let na wie­czór panień­ski? Wyjąt­ko­wa książ­ka, w sty­lu powie­ści Gil­lian Flynn!
„O Maga­zi­ne”

Ruth Ware napi­sał eks­cy­tu­ją­cą, nie­sa­mo­wi­tą książ­kę, któ­ra na dłu­go zapad­nie w pamię­ci czy­tel­ni­ków.
Peter Straub, autor best­sel­le­rów z list „New York Time­sa”

Tok­sycz­ne przy­jaź­nie, dom na odlu­dziu i mrocz­ny, zasy­pa­ny śnie­giem las… Ucie­le­śnie­nie naj­gor­sze­go kosz­ma­ru i zna­ko­mi­ta recep­ta na peł­ną napię­cia, prze­ra­ża­ją­cą powieść.
Cla­re Mac­kin­tosh, autor­ka książ­ki „Pozwo­lę ci odejść”

Ruth Ware dora­sta­ła w Sus­sex, na połu­dnio­wym wybrze­żu Anglii. Po ukoń­cze­niu stu­diów na uni­wer­sy­te­cie w Man­che­ste­rze prze­pro­wa­dzi­ła się do Pary­ża, po czym osia­dła na sta­łe w pół­noc­nej czę­ści Lon­dy­nu, gdzie miesz­ka z mężem i dwój­ką dzie­ci. Pra­co­wa­ła jako kel­ner­ka, księ­gar­ka, nauczy­ciel­ka języ­ka angiel­skie­go oraz rzecz­nicz­ka pra­so­wa. „W ciem­nym, mrocz­nym lesie” to jej debiu­tanc­ka powieść − tra­fi­ła na listy best­sel­le­rów „New York Time­sa” oraz „Sun­day Time­sa” i była nomi­no­wa­na do wie­lu nagród lite­rac­kich.

Zapra­sza­my do lek­tu­ry frag­men­tu książ­ki! Spe­cjal­nie przy­go­to­wa­ne­go dla WAS!

Spoj­rza­łam na ostat­ni wydruk, mapę w takiej ska­li, że przy­po­mi­na­ła zdję­cie lot­ni­cze. Nie widzia­łam w oko­li­cy innych domów.
–    Jeśli to jest ich dro­ga dojaz­do­wa – oświad­czy­ła Nina, zaci­na­jąc się, pod­czas gdy samo­chód pod­sko­czył na następ­nej kole­inie – to powin­ni lepiej o nią dbać, do cho­le­ry. Jeśli poła­mię zawie­sze­nie w wyna­ję­tym aucie, pozwę kogoś do sądu. Nie obcho­dzi mnie kogo, ale niech mnie dia­bli, jeśli sama za to zapła­cę.
Na szczę­ście po poko­na­niu kolej­ne­go zakrę­tu dotar­ły­śmy na miej­sce. Nina prze­je­cha­ła przez wąską bra­mę, zapar­ko­wa­ła i zga­si­ła sil­nik. Wysia­dły­śmy, gapiąc się na dom.
Sama nie wiem, cze­go się spo­dzie­wa­łam, ale z pew­no­ścią nie tego. Może jakiejś cha­ty kry­tej strze­chą, z bel­ko­wa­niem i niski­mi sufi­ta­mi. Tym­cza­sem na leśnej pola­nie sta­ła nie­zwy­kła budow­la ze szkła i sta­li. Wyglą­da­ła, jak­by jakieś dziec­ko znu­żo­ne zaba­wą mini­ma­li­stycz­ny­mi kloc­ka­mi rzu­ci­ło je nie­dba­le na zie­mię. Tak kom­plet­nie nie paso­wa­ła do oto­cze­nia, że sta­nę­ły­śmy jak wry­te, z otwar­ty­mi usta­mi.
Otwo­rzy­ły się drzwi i gdy zoba­czy­łam błysk jasnych blond wło­sów, wpa­dłam w kom­plet­ną pani­kę. To był błąd. Nie powin­nam tu przy­jeż­dżać. Ale było już za póź­no, żeby się wyco­fać.
W drzwiach sta­ła Cla­re.
Tyl­ko że… była jakaś… inna.
Prze­cież minę­ło dzie­sięć lat, upo­mnia­łam się. Ludzie się zmie­nia­ją, przy­bie­ra­ją na wadze. Czło­wiek w wie­ku lat dwu­dzie­stu sze­ściu kom­plet­nie się róż­ni od swo­je­go szes­na­sto­let­nie­go ja – powin­nam o tym wie­dzieć lepiej niż kto­kol­wiek inny.
Ale Cla­re… Wyglą­da­ła, jak­by coś w niej pękło, jak­by zga­sło w niej jakieś świa­tło.
Potem się ode­zwa­ła i ilu­zja pry­sła. Ten głos nie nale­żał do Cla­re. Był zbyt głę­bo­ki. Cla­re prze­ma­wia­ła gło­sem wyso­kim, dziew­czę­cym i bar­dzo, bar­dzo wytwor­nym.
–    Cześć!!! – zawo­ła­ła dziew­czy­na tonem zdra­dza­ją­cym trzy wykrzyk­ni­ki i jesz­cze zanim zdą­ży­ła się zno­wu ode­zwać, wie­dzia­łam, z kim mamy do czy­nie­nia. – Jestem Flo!
Wie­cie, jak to jest, gdy widzi­cie bra­ta czy sio­strę kogoś sław­ne­go i macie wra­że­nie, że patrzy­cie na odbi­cie tej sław­nej oso­by w krzy­wym zwier­cia­dle? Lustro znie­kształ­ca na tyle sub­tel­nie, że trud­no stwier­dzić, na czym pole­ga róż­ni­ca, wia­do­mo tyl­ko, że ta róż­ni­ca ist­nie­je. Jak­by esen­cja tego czło­wie­ka zosta­ła utra­co­na. Przy­po­mi­na to fał­szy­wą nutę w pio­sen­ce.
Tak wła­śnie wyglą­da­ła dziew­czy­na sto­ją­ca w drzwiach.
–    O mój Boże! Jak dobrze was widzieć! Ty musisz być… – Prze­nio­sła wzrok ze mnie na Ninę i wybra­ła łatwiej­szą opcję. Nina ma metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i jest Bra­zy­lij­ką. To zna­czy jej ojciec pocho­dzi z Bra­zy­lii, mama jest z Dal­ston. Nina uro­dzi­ła się w Reading, ma pro­fil jastrzę­bia i wło­sy Evy Lon­go­rii. – Nina, zga­dza się?
–    Owszem – Nina wycią­gnę­ła dłoń na powi­ta­nie. – A ty jesteś Flo?
–    Yeah!
Nina obrzu­ci­ła mnie takim spoj­rze­niem, jak­by chcia­ła mnie spro­wo­ko­wać do śmie­chu. Nie sądzi­łam, że ludzie napraw­dę uży­wa­ją tego sło­wa, a jeśli nawet, to byłam prze­ko­na­na, że zosta­je ono z nich wytłu­czo­ne w szko­le albo wyśmia­ne na stu­diach. Kto wie, może Flo była twar­dą sztu­ką.
Dziew­czy­na entu­zja­stycz­nie potrzą­snę­ła dło­nią Niny, po czym zwró­ci­ła się do mnie z pro­mien­nym uśmie­chem: – W takim razie ty jesteś… Lee, praw­da?
–    Nora – powie­dzia­łam odru­cho­wo.
–    Nora? – Ścią­gnę­ła brwi, zdez­o­rien­to­wa­na.
–    Mam na imię Leono­ra – wyja­śni­łam. – W szko­le nazy­wa­no mnie Lee, ale teraz wolę imię Nora. Wspo­mi­na­łam o tym w e-mailu.
Zawsze nie­na­wi­dzi­łam zdrob­nie­nia Lee. To męskie imię, imię, któ­re zachę­ca do doku­cza­nia i zło­śli­wych rymo­wa­nek. Lee już nie ist­nia­ła. Przy­naj­mniej taką mia­łam nadzie­ję.
–    Och, jasne! Mam kuzyn­kę o imie­niu Leono­ra! Nazy­wa­my ją Leo.
Powstrzy­ma­łam wzdry­gnię­cie. Nie Leo. Nigdy Leo. Tyl­ko jed­na oso­ba tak mnie nazy­wa­ła.
Mil­cze­nie mię­dzy nami zaczę­ło się prze­cią­gać, aż w koń­cu Flo prze­rwa­ła je nie­co zbyt gło­śnym śmie­chem.
–    Ha! Dobra. Okej. Cóż, będzie­my się świet­nie bawić! Cla­re jesz­cze tu nie ma. Jako jej druh­na uzna­łam, że powin­nam przy­być pierw­sza!
–    No więc jakie okrop­ne tor­tu­ry dla nas przy­go­to­wa­łaś? – zapy­ta­ła Nina, prze­cią­ga­jąc waliz­kę przez próg. – Boa z piór? Cze­ko­la­do­we peni­sy? Ostrze­gam cię, że mam na nie aler­gię, dosta­nę wstrzą­su ana­fi­lak­tycz­ne­go. Nie zmu­szaj mnie do wycią­ga­nia moje­go Epi­Pe­na.
Flo zaśmia­ła się ner­wo­wo. Zer­k­nę­ła na mnie, a potem z powro­tem na Ninę, pró­bu­jąc oce­nić, czy żar­tu­je. Komuś, kto jej nie zna, cza­sem trud­no jest odgad­nąć jej inten­cje. Nina odwza­jem­ni­ła spoj­rze­nie Flo z cał­ko­wi­tą powa­gą. Widzia­łam, że zasta­na­wia się, czy dalej się z nią dro­czyć.
–    Ten dom jest, hm… uro­czy – wtrą­ci­łam, pró­bu­jąc temu zapo­biec, cho­ciaż szcze­rze mówiąc, nie tego sło­wa szu­ka­łam. Dom, choć oto­czo­ny lasem, wyda­wał się bole­śnie obna­żo­ny. Szkla­na fasa­da uka­zy­wa­ła jego wnę­trze oczom całej doli­ny.
–    Praw­da? – roz­pro­mie­ni­ła się Flo, z ulgą powra­ca­jąc do bez­piecz­ne­go tema­tu. – To let­nia sie­dzi­ba mojej ciot­ki. W zimie nie przy­jeż­dża tu za czę­sto, bo dom leży na od­ludziu. Salon jest tutaj…
Popro­wa­dzi­ła nas przez wyso­ki, roz­brzmie­wa­ją­cy echem hall do dłu­gie­go, niskie­go pomiesz­cze­nia, któ­re­go cała jed­na ścia­na była prze­szklo­na i wycho­dzi­ła na las. Salon wyda­wał się dziw­nie nagi. Poczu­łam, jak­by­śmy znaj­do­wa­ły się na sce­nie, odgry­wa­ły swo­je role na oczach widow­ni kry­ją­cej się wśród drzew. Zadrża­łam i sta­nę­łam tyłem do okna. Rozej­rza­łam się po poko­ju. Choć sta­ły w nim dłu­gie mięk­kie sofy, wyda­wał się oso­bli­wie pusty. Dopie­ro po chwi­li zro­zu­mia­łam dla­cze­go. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o mini­ma­li­stycz­ny wystrój – trzy donicz­ki na komin­ku i jeden obraz Mar­ka Roth­ko na ścia­nie – ale o fakt, że w całym pomiesz­cze­niu nie było ani jed­nej książ­ki. To miej­sce nie przy­po­mi­na­ło dom­ku let­ni­sko­we­go – wszę­dzie, gdzie­kol­wiek zatrzy­my­wa­łam się na waka­cje, widy­wa­łam pół­ki peł­ne sczy­ta­nych tomów Dana Brow­na i Aga­thy Chri­stie – lecz raczej dom poka­zo­wy.
–    Linia naziem­na jest tutaj. – Flo wska­za­ła sta­ry tele­fon z tar­czą i słu­chaw­ką na spi­ral­nym kablu, dziw­nie zagu­bio­ny w tym moder­ni­stycz­nym oto­cze­niu. – Trud­no zła­pać tu zasięg, więc nie wahaj­cie się z nie­go korzy­stać.
Ale ja nie patrzy­łam na tele­fon. Nad suro­wym, nowo­cze­snym komin­kiem wisia­ło coś, co wyda­wa­ło się jesz­cze bar­dziej nie na miej­scu: wypo­le­ro­wa­na strzel­ba, zatknię­ta na drew­nia­nych koł­kach. Wyglą­da­ła, jak­by zosta­ła tu prze­nie­sio­na z wiej­skie­go pubu. Czy była praw­dzi­wa?
Zmu­si­łam się, by ode­rwać od niej wzrok, gdy zda­łam sobie spra­wę, że Flo dalej do nas mówi:
–    …a na górze są sypial­nie. Pomóc wam z tymi waliz­ka­mi?
–    Nie, dam radę – powie­dzia­łam w tym samym momen­cie, gdy Nina wypa­li­ła:
–    Cóż, sko­ro pro­po­nu­jesz…
Flo wyglą­da­ła na zasko­czo­ną, ale dziel­nie zła­pa­ła ogrom­ną waliz­kę na kół­kach nale­żą­cą do Niny i zaczę­ła ją wcią­gać po krę­co­nych scho­dach z mato­we­go szkła.
–    Tak jak mówi­łam – wysa­pa­ła, gdy wspi­na­ły­śmy się na górę – są tu czte­ry sypial­nie. Pomy­śla­łam, że ja i Cla­re zaj­mie­my jed­ną, wy dru­gą, Tom oczy­wi­ście będzie musiał mieć wła­sną.
–    Oczy­wi­ście – powtó­rzy­ła Nina, zacho­wu­jąc kamien­ny wyraz twa­rzy.
Ja jed­nak byłam zbyt zaję­ta tra­wie­niem wia­do­mo­ści, że będę dzie­lić sypial­nię z Niną. Mia­łam nadzie­ję na wła­sny kawa­łek prze­strze­ni, miej­sce, w któ­rym będę mogła się ukryć.
–    No i zosta­je jesz­cze Mels, Mela­nie… Wie­cie, ona nie ma niko­go do pary. Ale ma sze­ścio­mie­sięcz­ne dziec­ko, więc pomy­śla­łam, że z nas wszyst­kich naj­bar­dziej zasłu­gu­je na wła­sny pokój.
–    Co? Ale chy­ba nie przy­wo­zi tego dziec­ka tutaj? – Nina wyglą­da­ła na auten­tycz­nie zanie­po­ko­jo­ną.
Flo ryk­nę­ła śmie­chem przy­po­mi­na­ją­cym klak­son samo­cho­du. Zdu­si­ła go z zaże­no­wa­niem, zasła­nia­jąc usta dło­nią.
–    Nie! Ale wie­cie, pew­nie będzie potrze­bo­wa­ła porząd­ne­go snu bar­dziej niż resz­ta z nas.
–    Och, okej. – Nina zaj­rza­ła do jed­ne­go z pomiesz­czeń. – W takim razie któ­ra sypial­nia jest nasza?
–    Te dwie na koń­cu są naj­więk­sze. Ty i Lee może­cie zająć tę po pra­wej, jeśli chce­cie, ma dwa łóż­ka. W tej dru­giej jest podwój­ne łoże z bal­da­chi­mem, ale ja nie mam nic prze­ciw­ko temu, żeby spać w nim z Cla­re. − Zatrzy­ma­ła się na pode­ście, oddy­cha­jąc cięż­ko. Wska­za­ła na drzwi z jasne­go drew­na po pra­wej stro­nie. – Pro­szę.
W środ­ku sta­ły dwa schlud­ne bia­łe łóż­ka i niska to­aletka − wszyst­ko ano­ni­mo­we jak w poko­ju hote­lo­wym − a naprze­ciw­ko łóżek kolej­na upior­na tafla szkła, wycho­dzą­ca na pół­noc, na sosno­wy las. Tutaj trud­niej było zro­zu­mieć prze­szklo­ną ścia­nę. Za domem wzno­si­ło się wzgó­rze, więc nie było tu tak spek­ta­ku­lar­ne­go wido­ku jak z fron­tu. Efekt był raczej klau­stro­fo­bicz­ny – mur zie­le­ni, coraz ciem­niej­szy w zapa­da­ją­cym zmierz­chu. Popa­trzy­łam na cięż­kie kre­mo­we zasło­ny i zwal­czy­łam ocho­tę, żeby natych­miast je zacią­gnąć.
Flo z hukiem upu­ści­ła waliz­kę Niny na pod­ło­gę. Odwró­ci­łam się, a ona uśmiech­nę­ła się do mnie sze­ro­ko. Uśmiech spra­wił, że nagle wyda­ła się nie­mal tak ład­na, jak Cla­re.
–    Jakieś pyta­nia?
–    Owszem – powie­dzia­ła Nina. – Nie masz nic prze­ciw­ko, żebym tu pali­ła?
Mina Flo zrze­dła.
–    Oba­wiam się, że moja ciot­ka nie życzy sobie pale­nia w domu. Ale macie bal­kon. – Przez chwi­lę moco­wa­ła się z drzwia­mi bal­ko­no­wy­mi, zanim uda­ło jej się je roz­su­nąć. – Możesz palić tutaj, jeśli chcesz.
–    Super – ucie­szy­ła się Nina. – Dzię­ki.
Flo sto­czy­ła kolej­ną wal­kę z drzwia­mi, tym razem po to, żeby je zamknąć. Potem wypro­sto­wa­ła się, z twa­rzą zaru­mie­nio­ną od wysił­ku, i otar­ła dło­nie o uda. – Dobra! Cóż, pozwo­lę wam się roz­pa­ko­wać. Zoba­czy­my się na dole, yeah?
–    Yeah! – odpo­wie­dzia­ła Nina entu­zja­stycz­nie, a ja spró­bo­wa­łam zama­sko­wać jej szy­der­stwo, woła­jąc „Dzię­ki!” nie­po­trzeb­nie gło­śno, przez co zabrzmia­ło to dziw­nie agre­syw­nie.
–    Eee, tak! Okej! – skwi­to­wa­ła Flo nie­pew­nie, po czym wyco­fa­ła się z poko­ju i znik­nę­ła w kory­ta­rzu.
–    Nina… – powie­dzia­łam ostrze­gaw­czo, pod­czas gdy ona pode­szła do okna, by spoj­rzeć na las.
–    No co? – rzu­ci­ła przez ramię. Po czym doda­ła: – Zatem ów „Tom” naj­wy­raź­niej jest rodza­ju męskie­go, sądząc po tym, z jaką deter­mi­na­cją Flo sta­ra się odizo­lo­wać jego sza­le­ją­ce chro­mo­so­my Y od naszych deli­kat­nych kobie­cych czę­ści.
Wbrew sobie prych­nę­łam śmie­chem. Tak to już jest z Niną. Czło­wiek wyba­cza jej rze­czy, któ­re innym nie uszły­by na sucho.
–    Pew­nie jest gejem, nie sądzisz? – zauwa­ży­łam. – Ina­czej chy­ba nie został­by zapro­szo­ny na wie­czór panień­ski.
–    Hm, wyobraź sobie, że homo­sek­su­alizm nie wywo­łu­je zmia­ny płci. Tak mi się przy­naj­mniej wyda­je. Cze­kaj… – Zer­k­nę­ła w swój dekolt. – Tak, wszyst­ko w porząd­ku. Cyc­ki na miej­scu, roz­miar się zga­dza.
–    Nie to mia­łam na myśli i dobrze o tym wiesz – rzu­ci­łam wła­sną waliz­kę na łóż­ko, po czym przy­po­mnia­łam sobie, że mam w niej kosme­tycz­kę, i otwo­rzy­łam ją bar­dziej deli­kat­nie. Na wierz­chu leża­ły moje adi­da­sy. Posta­wi­łam je rów­no przy drzwiach. Doda­ją­cy otu­chy sym­bol „wyj­ścia awa­ryj­ne­go”.
–    Wie­czo­ry panień­skie czę­ścio­wo pole­ga­ją na doce­nia­niu męskie­go cia­ła. Wła­śnie to łączy kobie­ty i gejów.
–    Chry­ste, dopie­ro teraz mi to mówisz? To dosko­na­ła wymów­ka. Czy następ­nym razem, gdy zosta­nę zapro­szo­na na wie­czór panień­ski, mogła­byś użyć opcji „odpo­wiedz wszyst­kim” i napi­sać: Przy­kro mi, Nina nie będzie mogła się poja­wić, bo nie doce­nia męskie­go cia­ła?
–    Och, na litość boską! Powie­dzia­łam, że czę­ścio­wo na tym pole­ga­ją.
–    W porząd­ku. – Nina odwró­ci­ła się z powro­tem do okna. Pnie drzew przy­po­mi­na­ły ciem­ne smu­gi w zie­lo­nym zmierz­chu. – Już przy­wy­kłam do tego, że jestem wyrzu­ca­na poza nawias hete­ro­nor­ma­tyw­ne­go spo­łe­czeń­stwa – oświad­czy­ła łamią­cym się gło­sem.
–    Odpieprz się – rzu­ci­łam zrzę­dli­wie, a ona spoj­rza­ła na mnie z uśmie­chem.
–    A tak w ogó­le, to co my tu robi­my? – Pode­szła do swo­je­go łóż­ka i padła na ple­cy. Dwo­ma wyko­pa­mi w powie­trze zrzu­ci­ła ze stóp buty. – Nie wiem jak ty, ale ja nie widzia­łam Cla­re od jakichś trzech lat.
Nie ode­zwa­łam się. Nie wie­dzia­łam, co powie­dzieć.
Po co tu przy­je­cha­łam? Dla­cze­go Cla­re mnie zapro­si­ła?
–    Nina… – zająk­nę­łam się. Mia­łam gulę w gar­dle. Czu­łam, jak mój puls przy­spie­sza. – Nina, za kogo…?
Ale zanim zdą­ży­łam dokoń­czyć, usły­sza­ły­śmy dud­nie­nie docho­dzą­ce z hal­lu.
Ktoś dobi­jał się do drzwi.
Nagle prze­sta­łam być pew­na, czy jestem goto­wa poznać odpo­wie­dzi na swo­je pyta­nia.

W księ­gar­niach!

Reklama

Może też zainteresują cię te tematy