Ciekawostki Wywiady

Wywiad z Mają Lidią Kossakowską

Maja Lidia Kos­sa­kow­ska bywała nazy­wana kró­lową pol­skiej fan­ta­styki. Bez wąt­pie­nia jest jed­nym z moc­niej­szych kobie­cych nazwisk na pol­skiej sce­nie – od 2003 roku opu­bli­ko­wała już 18 ksią­żek. Do sprze­daży tra­fiła wła­śnie naj­now­sza z nich, “Bramy świa­tło­ści”, czyli kon­ty­nu­acja serii, z któ­rej pisarka znana jest naj­bar­dziej – aniel­skich opo­wie­ści o Daimo­nie Freyu. Zapra­szamy do lek­tury wywiadu z artystką.

Czy mogłaby Pani opo­wie­dzieć, jak roz­po­częła się Pani przy­goda z pisar­stwem? Sły­sza­łem, że jako dziecko chciała pani zostać reży­serką…

Nie jako dziecko, tylko jako młoda dziew­czyna. Jako dziecko na pewno chcia­łam pisać i pisa­łam. Od siód­mego roku życia, kiedy ledwo nauczy­łam się pisać, lubi­łam prze­le­wać na papier jakieś skom­pli­ko­wane bajki, dziwne opo­wie­ści, które też bogato ilu­stro­wa­łam w zeszy­tach. W wieku jede­na­stu – dwu­na­stu lat moja fascy­na­cja się zmie­niła i zaczę­łam two­rzyć fan­ta­stykę. To były opo­wia­da­nia w stylu hard science fic­tion, mocno naukowe. Oczy­wi­ście wszyst­kie te próby były bar­dzo śmieszne i chyba żało­sne, ale tak, mogę powie­dzieć, że zaczę­łam two­rzyć fan­ta­stykę od twar­dego science fic­tion.

A zacho­wały się jakieś opo­wia­da­nia z tam­tego okresu?

Na szczę­ście wyrzu­ci­łam wszyst­kie.

Tro­chę szkoda. Opo­wia­da­nia H. P. Love­cra­fta z dzie­ciń­stwa też były mocno naiwne, ale jed­nak dzięki nim można wiele powie­dzieć o pisa­rzu i na znaw­cach tematu robiły pewne wra­że­nie.

Moje prze­pa­dły i mam nadzieję, że nikt ich nigdy nie znaj­dzie.

Rozu­miem, choć żałuję. Two­rzy Pani fan­ta­stykę opo­wia­da­jącą o porzu­co­nym przez Boga Kró­le­stwie Nie­bie­skim. A dokład­niej to z tej opo­wie­ści jest Pani naj­bar­dziej znana, bo jest Pani prze­cież autorką wielu innych ksią­żek, m.in. też takich, które odwo­łują się do mito­lo­gii jakuc­kiej, kul­tury japoń­skiej i tak dalej…

Napi­sa­łam też kil­ka­na­ście innych ksią­żek, także odwo­łu­ją­cych się do innych mito­lo­gii. Seria aniel­ska to zale­d­wie część mojej twór­czo­ści.

Oczy­wi­ście, ale to wła­śnie z niej jest Pani naj­bar­dziej znana. Muszę przy­znać, że jako nasto­la­tek to w sumie przez nią pozna­łem Pani twór­czość. Od czego roz­po­częła się Pani fascy­na­cja aniel­skim świa­tem?

Od stu­diów i wykła­dów, na które uczęsz­cza­łam – autor­stwa pro­fe­sora Wier­ciń­skiego. Przed­miot nosił nazwę „Antro­po­lo­gia magii i reli­gii”. Ponie­waż zawsze się inte­re­so­wa­łam sza­ma­ni­zmem, magią, reli­giami daw­nych kul­tur, z rado­ścią poszłam na tamte wykłady. Spo­tkała mnie ogromna nie­spo­dzianka. Pro­fe­sor opo­wia­dał o fascy­nu­ją­cym, nie­sa­mo­wi­tym świe­cie magii, w tym CZARNEJ magii, w któ­rej wystę­pują anioły. Byłam tym zupeł­nie zdu­miona i jed­no­cze­śnie zachwy­cona. Oka­zało się, że anioły to nie są takie słod­kie istoty w bia­łych koszul­kach, które pięk­nie śpie­wają, machają zło­tymi skrzy­deł­kami i ogól­nie są miłe i słod­kie, ale też potra­fią być strasz­li­wymi potwo­rami, zdu­mie­wa­ją­cymi stwo­rze­niami, bestiami bożymi. Świat ange­lo­lo­gii, świat wykre­owany przez wyobraź­nię sta­ro­żyt­nych, oka­zał się dla mnie na tyle zdu­mie­wa­jący i fascy­nu­jący, że posta­no­wi­łam zgłę­biać go dalej samo­dziel­nie, poszu­ku­jąc na wła­sną rękę kolej­nych źró­deł pisa­nych. Stwier­dzi­łam, że dosko­nale nadaje się do tego, żeby wyko­rzy­stać go w lite­ra­tu­rze. Napi­sa­łam opo­wia­da­nie „Sól na pastwi­skach nie­bie­skich”, gdzie poja­wił się pierw­szy anioł-boha­ter. W tej opo­wie­ści tkwi zaczą­tek mojego świata, Kró­le­stwa, Głębi i Stref Poza Cza­sem. Opo­wia­da­nie zyskało popu­lar­ność, uka­zało się w piśmie „Fenix”, więc posta­no­wi­łam kon­ty­nu­ować kre­owa­nie aniel­skiego świata. Czu­łam, że jest w nim jesz­cze bar­dzo dużo do opo­wie­dze­nia.

Muszę przy­znać, że kiedy jako nasto­la­tek prze­czy­ta­łem pani opo­wia­da­nie w „Fenik­sie”, to byłem pod dużym wra­że­niem. Mocno na mnie oddzia­ły­wało. Poka­za­łem je mojej polo­ni­stce i ona zupeł­nie nie zro­zu­miała moich odczuć. Pró­bo­wała mi punk­to­wać, dla­czego uważa, że „ta lite­ra­tura” nie jest dobra. Oczy­wi­ście się z nią nie zga­dza­łem, nato­miast nie byłem w sta­nie pod­jąć z nią mery­to­rycz­nej dys­ku­sji. Bo w sumie nie wie­dzia­łem dla­czego Pani opo­wia­da­nie zro­biło na mnie tak wiel­kie wra­że­nie. Potrze­bo­wa­łem aż pię­ciu lat stu­diów reli­gio­znaw­czych, żeby to pojąć. 

Cie­szę się, że się udało.

No tak, jakoś się udało. Widzę, że Bóg w „Siewcy Burz” to jest Deus Otio­sus, czyli ten Bóg, który opusz­cza ludzi. O postrze­ga­niu Stwórcy w ten spo­sób możemy zna­leźć infor­ma­cje na całej kuli ziem­skiej. Można spo­tkać wiele spo­łecz­no­ści, w tym tzw. spo­łecz­no­ści tra­dy­cyj­nych, w któ­rych ludzie czują się takie opusz­cze­nie przez Boga, że twier­dzą, iż nie ma sensu się do niego modlić i należy modły kie­ro­wać do innych istot. Do Boga-Stwórcy nie ma co, bo on rzadko odpo­wiada.

Jeśli cho­dzi o Obja­wie­nie, któ­rego doznaje pro­ta­go­ni­sta w „Siewcy Burz”, to nie bez powodu towa­rzy­szy mu szok. Bóg, który je zsyła, jest irra­cjo­nalny, można by rzec, że wydaje się nie­po­czy­talny – tak jak Bóg ze Sta­rego Testa­mentu czy Apo­ka­lipsy.

Kiedy czy­tam Pani twór­czość, to widzę, że Pani nie­sa­mo­wi­cie dobrze opi­suje tę wizję świę­to­ści, jaka poja­wia się w pier­wot­nych tek­stach reli­gij­nych. Mam wra­że­nie, że ma Pani na biurku dzieło „Świę­tość” Rudolfa Otto i korzy­sta z niego, two­rząc powieść. Przy­pusz­czam, że tak nie jest, acz­kol­wiek chcia­łem się spy­tać, czy…. może się mylę, może tak jed­nak jest. Czy taki kształt Pani serii aniel­skiej to efekt dzia­ła­nia intu­icji, czy to prze­my­ślane i celowe dzia­ła­nie.

Nie, nie, abso­lut­nie nie opie­ra­łam się na żad­nych dzie­łach zna­nych myśli­cieli, choć, oczy­wi­ście, kon­cep­cja Świa­tło­ści w powie­ści jest prze­my­ślana i zasto­so­wana celowo. Wzmian­ku­jąc o Bogu w Siewcy i pozo­sta­łych książ­kach z cyklu mia­łam od razu spójny pomysł na to w jaki spo­sób Go uka­zać . Bóg miał być bar­dziej zna­kiem zapy­ta­nia niż boha­te­rem. Nie korzy­sta­łam z żad­nych filo­zo­ficz­nych czy teo­lo­gicz­nych źró­deł (choć się­ga­łam do źró­deł mito­lo­gicz­nych czy arche­olo­gicz­nych). Nie odwo­ły­wa­łam się do żad­nych kon­kret­nych filo­zo­fii.

Dla­czego aku­rat w moich powie­ściach poja­wia się motyw Boga, który odszedł? Oczy­wi­ście ten kon­cept zwią­zany jest z tym, że ta cała rze­czy­wi­stość i cały świat Kró­le­stwa nie mógłby funk­cjo­no­wać tak jak go opi­sa­łam, gdyby Bóg był tam w jaki­kol­wiek spo­sób obecny.

Taki wła­śnie zabieg został przeze mnie zasto­so­wany też dla­tego, że… w grun­cie rze­czy jestem wie­rzącą osobą i zde­cy­do­wa­nie nie paso­wa­łoby mi opi­sy­wa­nie Boga, który mógłby ist­nieć i funk­cjo­no­wać wśród takich anio­łów, jakich opi­sa­łam. Jak taki Bóg miałby wyglą­dać? Sta­rzec z długą brodą, który naka­zuje różne rze­czy i grozi srogo pal­cem? To od razu nie wcho­dziło w grę.
Żeby wykre­ować świat, tak jak jest on przed­sta­wiony w moich powie­ściach, z bar­dzo ludz­kimi, cza­sami zabaw­nymi a cza­sami żało­snymi boha­te­rami, musia­łam Boga po pro­stu odsu­nąć. Musia­łam spo­wo­do­wać, że będzie (tak samo jak w naszym świe­cie, tak samo jak w naszej rze­czy­wi­sto­ści) wiel­kim i nie­zwy­kłym zna­kiem zapy­ta­nia. I to jest m.in. powód, dla któ­rego boskich postaci, świę­tych, Zba­wi­ciela tam po pro­stu nie ma.

Rozu­miem.

Żeby powieść była fajna, wesoła, żywa, żeby moi anio­ło­wie mogli zacho­wy­wać się jak my, kląć, knuć i prze­szka­dzać sobie nawza­jem, to po pro­stu nie mogło być w tej powie­ści Boga.

Czyli te zacho­wa­nia anio­łów, kiedy oni palą, piją, prze­kli­nają, zdra­dzają, to jest wszystko efekt tego, że nie ma Boga, tak? Że Bóg odszedł i to spo­wo­do­wało ich dege­ne­ra­cję?

Zupeł­nie nie tak. W świe­cie powie­ści to efekt tego, że anio­ło­wie są po pro­stu cały czas przy nas, przy ludziach. To byłoby dziwne, gdyby takie doświad­cze­nie na nich nie wpły­wało. Oni się zmie­niają razem z nami. Więk­szość anio­łów to w końcu anio­ło­wie stróże, a ci są wyjąt­kowo bli­sko czło­wieka. I nasz świat, i świat aniel­ski się wza­jem­nie prze­ni­kają. Oni odzwier­cie­dlają po pro­stu nasze wady, nasze nałogi, nasze dzi­wac­twa, nasze namięt­no­ści.

Czy to ozna­cza, że w Pani powie­ściach anio­ło­wie są ska­żeni przez bli­skość z ludźmi?

W pew­nym sen­sie tak. Choć nie wiem, czy słowo „ska­żeni” jest naj­bar­dziej trafne. W mojej powie­ści, którą jed­nak opar­łam na pew­nych tek­stach źró­dło­wych, więk­szość anio­łów nie miało oka­zji oglą­dać Świa­tło­ści. Jest tylko sied­miu Archa­nio­łów Obec­no­ści, czyli archa­nio­łów, któ­rzy bez wezwa­nia mogą wkra­czać przed Biały Tron i widzieć Boga. Nato­miast pozo­stali już nie. Muszą zostać wezwani przez Pana. Więc ist­nieje moż­li­wość, że cała ta „nie­skoń­czona rze­sza anio­łów” pra­cu­ją­cych na ziemi, tzw. Ptac­two Nie­bie­skie, czyli anio­ło­wie naj­niż­szych chó­rów (hie­rar­chia w ange­olo­gii jest nie­sły­cha­nie mocno zary­so­wana), być może nigdy Boga nie widzieli. Stąd Gabriel w mojej twór­czo­ści jest w sta­nie utrzy­my­wać sta­tus quo.

W sumie to od razu odpo­wie­działa Pani na moje kolejne pyta­nie. Chcia­łem zapy­tać się, dla­czego anio­ło­wie tak bar­dzo przy­po­mi­nają boha­te­rów kry­mi­na­łów noir. Ale teraz rozu­miem. Po pro­stu oni dzielą z ludźmi swoje namięt­no­ści.

Oczy­wi­ście, to także zaczerp­nę­łam z naj­star­szych legend jude­ochrze­ści­jań­skich. Tam wła­śnie anio­ło­wie nie są czy­stym Duchem Bożym – to póź­niej­sze wyobra­że­nie, efekt wkro­cze­nia myśli grec­kiej do chrze­ści­jań­stwa. Nato­miast na początku były to istoty zde­cy­do­wa­nie cie­le­sne, także pod­le­ga­jące róż­nym namięt­no­ściom takimi jak zazdrość, zawiść, miłość, przy­jaźń. W końcu wiemy, że część anio­łów, kiedy zie­mia była jesz­cze młoda, popeł­niło grzech współ­ży­cia z ludz­kimi kobie­tami i z tych związ­ków uro­dziło się poko­le­nie gigan­tów.

Oczy­wi­ście, wzmian­ko­wani nawet w Księ­dze Rodzaju nefi­lim.

No wła­śnie. A żeby z takich związ­ków mogły się uro­dzić jakie­kol­wiek istoty, musiały to być stwo­rze­nia cie­le­sne. W swo­jej twór­czo­ści opie­ram się na tych źró­dłach i wyni­ka­ją­cych z tego zało­że­niach. Dla­tego moi anio­ło­wie są tak podobni do ludzi.

Ale też, z dru­giej strony, nie ukry­wam, że cho­dziło o zasto­so­wa­nie pew­nego zabiegu lite­rac­kiego. Faj­nie, że dzięki podo­bień­stwu do ludzi anio­ło­wie staną się peł­no­krwi­stymi posta­ciami, a będą tacy, kiedy nie zostaną spor­tre­to­wani jako bez­wolne i bez­myślne „boże mane­kiny”. Takimi boha­te­rami można mani­pu­lo­wać, można nada­wać im różne cechy, mogą pod­le­gać prze­róż­nym emo­cjom. Dopiero z takiego mate­riału można zbu­do­wać dobrych, inte­re­su­ją­cych, peł­no­krwi­stych boha­te­rów.

No tak, jakby wszy­scy byli ide­alni, czyli według myśli grec­kiej, byliby bli­sko świata idei, to byliby naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nudni i prze­wi­dy­walni.

Nie byłoby o czym pisać. Mam na myśli, że anioła zło­żo­nego z samej „woli Bożej” da się co naj­wy­żej opi­sać, ale nie pisać o nim, bo on nie miałby żad­nej oso­bo­wo­ści. A czy można mówić o dobrym boha­te­rze lite­rac­kim bez oso­bo­wo­ści?

A czy mogłaby Pani spre­cy­zo­wać, jakimi dokład­nie tek­stami sta­ro­żyt­nymi się inspi­ro­wała? Oczy­wi­ście oprócz Biblii.

Tych tek­stów jest bar­dzo wiele. Bar­dzo ciężko wymie­nić choć część, bo mówimy o tytu­łach, które gro­ma­dzi­łam przez lata. W tek­stach, z któ­rych korzy­sta­łam, o anio­łach i Kró­le­stwie Nie­bie­skim bywały czę­sto zale­d­wie wzmianki. Zda­rzają się całe trakty poświę­cone anio­łom, ale musia­łam poszu­ki­wać też poje­dyn­czych zdań z tek­stów Ojców Kościoła, misty­ków, świę­tych czy teo­lo­gów. A także alche­mi­ków, magów, wróż­bi­tów – bo i do nich trzeba zaj­rzeć, jeśli chcemy znać pełne wyobra­że­nie o anio­łach.

Na pewno apo­kryfy biblijne mają bar­dzo duże zna­cze­nie, jak na przy­kład Księga Tobia­sza. Pisma teo­lo­giczne dru­gie Pseu­do­dio­ni­zego Are­opa­gity – tam jest wiele infor­ma­cji na temat anio­łów. Oczy­wi­ście, jeśli cho­dzi o aniel­skie hie­rar­chie, to należy zapo­znać się z dzie­łami św. Grze­go­rza Wiel­kiego. Przede wszyst­kim trzeba się­gnąć do tych tek­stów źró­dło­wych.
Korzy­sta­łam też z róż­nych kom­pi­la­cji, jak np. „A Dic­tio­nary of Angels” Gustava David­sona – wyborna pozy­cja.

Oczy­wi­ście nie wolno zapo­mi­nać o star­szych źró­dłach – o mito­lo­gii, nie tylko hebraj­skiej, ale także syryj­skiej, babi­loń­skiej. Znaj­dziemy tam opisy istot, które mogły w świa­do­mo­ści ludz­kiej wyewo­lu­ować w wyobra­że­nia anio­łów. Wystę­pują tam duchy opie­kuń­cze w postaci skrzy­dla­tych bóstw i pół­bó­stw, które towa­rzy­szą ludziom. Istotne są też różne opo­wie­ści pocho­dzące z mito­lo­gii chal­dej­skiej, sta­ro­ba­bi­loń­skiej a nawet hetyc­kiej. Ponie­waż o anio­łach pisano także w Isla­mie i muzuł­ma­nie także bar­dzo mocno w nie wie­rzą, nie­które legendy, które stwo­rzył świat arab­ski (na przy­kład o dżi­nach, doty­czące Gabriela, Michała i innych anio­łów), także mi pomo­gły w pracy.

Pro­szę mieć świa­do­mość, że mówimy o ogrom­nej ilo­ści źró­deł, a ange­olo­gia jest bar­dzo obszerną dzie­dziną wie­dzy. Nie można zapo­mi­nać też o misty­kach, także o tych z XVIXVII wieku, jak choćby Swe­den­borg, nie można zapo­mi­nać o cza­ro­dzie­jach i alche­mi­kach pokroju Johna Dee, któ­rzy bar­dzo dużo pisali o anio­łach. Się­ga­łam też po grimoire’y, m.in. „Więk­szy Klucz Salo­mona” – tam też są prze­różne wzmianki na temat anio­łów i ich roli. Warto też cię­gnąć do ksiąg opi­su­ją­cych demony (czyli upa­dłe anioły), więc w grę wcho­dzi także tak ważna pozy­cja jak „Goetia”.
Tego jest naprawdę bar­dzo dużo. Wymie­niam teraz dro­bia­zgi, które przy­cho­dzą mi do głowy. Kiedy czło­wiek sie­dzi w tema­cie od kil­ku­na­stu lat, to naprawdę trudno sobie przy­po­mnieć wszyst­kie źró­dła.

Cza­sem tak jest, że istotne dla mnie były drobne wzmianki z nie­któ­rych źró­deł i z nich musia­łam szyć cały świat, jak pat­chwork.

Sły­sza­łem też o Pani fascy­na­cji mito­lo­gią hetycką. I teraz jak patrzę na okładkę książki „Mito­lo­gia Hetycka” pro­fe­sora Macieja Popko, to od razu przy­cho­dzi mi na myśl pani cykl aniel­ski. Czy docze­kamy się jakie­goś opo­wia­da­nia, powie­ści opar­tego na mito­lo­gii hetyc­kiej?

Mia­łam oka­zję poznać pro­fe­sora Popko. To był wspa­niały czło­wiek, naprawdę fan­ta­styczny. Nato­miast co do książki opar­tej na mito­lo­gii hetyc­kiej… Od wielu lat o niej myślę, nato­miast napawa mnie ona swo­istym lękiem. Poświę­ci­łam pięć lat stu­diów Hety­tom i oba­wiam się, czy dam sobie radę. Jest tyle szcze­gó­łów, detali, boję się, że coś istot­nego mogła­bym pomi­nąć, coś pomy­lić… Nie chcia­ła­bym dać plamy. Ale nie porzu­ci­łam tego pomy­słu i wciąż roz­wa­żam, czy napi­sać tę powieść.

Połą­cze­nie Pani stylu z mito­lo­gią hetycką, która z jed­nej strony jest, oczy­wi­ście, sakralna, a z dru­giej bar­dzo cie­le­sna – to byłoby coś naprawdę nie­sa­mo­wi­tego.

Mito­lo­gia hetycka jest bar­dzo pier­wotna, nie­sły­cha­nie nośna i inte­re­su­jąca. Zwłasz­cza, że to ona jest matrycą, na któ­rej powstała mito­lo­gia sta­ro­żyt­nej Gre­cji. Kiedy Grecy przy­byli do Azji Mniej­szej i tam zało­żyli swoje kolo­nie, zetknęli się z hetycką mito­lo­gią, która natchnęła ich do stwo­rze­nia wła­snej. To jest bar­dzo widoczne, jeśli zna się jedną i drugą.

Przy­znam, że czy­ta­jąc źró­dła hetyc­kie zawie­ra­jące ich mito­lo­gię, naj­bar­dziej poru­szały mnie źró­dła, która były nie­do­koń­czone. Kiedy Bogini Isz­tar widzi wyła­nia­ją­cego się z morza strasz­li­wego potwora, a któ­rego opis się nie zacho­wał, to naprawdę prze­raża. Jedyne, co o nim wiemy, to słowa ucie­ka­ją­cej bogini: „boję się węży”.

To prawda, te mity nawet kiedy są nie­pełne, mają w sobie nie­sa­mo­witą, pier­wotną moc. Kiedy się czyta coś tak nie­sły­cha­nie sta­rego, to dzieje się coś naprawdę nie­sa­mo­wi­tego. Czło­wiek odczuwa, jak bar­dzo odle­głe w cza­sie są to opo­wie­ści. A jed­no­cze­śnie jak bar­dzo… typowe, intry­gu­jące. Zawie­rają motywy, które znamy, które są nam bli­skie. Miłość. Zazdrość. Walkę. Przy­jaźń. Prze­zna­cze­nie. Po pro­stu, są opo­wie­ściami, któ­rych chce się słu­chać.

Dokład­nie. Mam też pyta­nie doty­czące Pani kolej­nej powie­ści, kon­ty­nu­ują­cej cykl aniel­ski. Czy zdra­dzi nam Pani jakieś jej szcze­góły?

Mogę tyle zdra­dzić, że „Bramy Świa­tło­ści” będą histo­rią inspi­ro­waną książ­kami przy­go­do­wymi, awan­tur­ni­czymi. Będzie to w pew­nym sen­sie „awan­tura orien­talna”. Poznamy inne prze­strze­nie opi­sy­wa­nego świata. Z Kró­le­stwa wyru­szy ogromna wyprawa badaw­cza do Stref Poza Cza­sem. Tyle mogę powie­dzieć.

Brzmi intry­gu­jąco.

Mam też jesz­cze jedno pyta­nie. Śro­do­wi­sko miło­śni­ków fan­ta­styki bywa postrze­gane jako silne zma­sku­li­ni­zo­wane, nie­kiedy wręcz sek­si­stow­skie. Moje pyta­nie brzmi: czy była Pani kie­dyś gorzej albo po pro­stu ina­czej trak­to­wana niż pisa­rze płci męskiej?

Nie, abso­lut­nie nie. Zawsze byłam trak­to­wana zupeł­nie nor­mal­nie, przy­jaź­nie, nikt mi nie wypo­mi­nał, że jestem kobietą, nikt nie insy­nu­ował mi, że piszę gor­szą, bab­ską prozę. Poza tym obec­nie jest bar­dzo dużo auto­rek. Myślę, że pogląd, że śro­do­wi­sko fanów fan­ta­styki jest zma­sku­li­ni­zo­wane, jest obec­nie abso­lut­nie fał­szywy. Dużo dziew­czyn, dużo star­szych i młod­szych kobiet fan­ta­stykę czyta, fan­ta­stykę two­rzy. Śro­do­wi­sko jest obec­nie bar­dzo mocno prze­mie­szane pod wzglę­dem płci. Wystar­czy pójść na kon­went, żeby zoba­czyć, jak naprawdę wygląda.

Czy mogłaby Pani powie­dzieć, co Pani obec­nie czyta?

Kur­ty­zana z Wene­cji” autor­stwa Sarah Dunant. Rzadko czy­tuję tego typu rze­czy, ale ta książka wyjąt­kowo przy­pa­dała mi do gustu. Jest nie­źle napi­sana i dobrze osa­dzona histo­rycz­nie. Wycią­gnę­łam też ostat­nio zaku­rzony egzem­plarz „Lalki na łań­cu­chu” – to moja ulu­biona powieść Ali­sta­ira Mac­Le­ana. Kiedy ją czy­tam, znów czuję się jak nasto­latka. No i wyśmie­nita „Droga serca” Micha­ela Johna Har­ri­sona. To fascy­nu­jąca podróż w głąb nie­zwy­kłej, skom­pli­ko­wa­nej jak frak­tal mistyki śre­dnio­wiecz­nej. Zro­biła na mnie wra­że­nie.

Dzię­kuję za nie­zwy­kle inte­re­su­jący wywiad.

Z Mają Lidią Kos­sa­kow­ską roz­ma­wiał Miko­łaj Kołyszko.

Może też zainteresują cię te tematy