Ciekawostki

Wywiad z Remigiuszem Mrozem

dsc_6562

Czło­wiek, który pomimo zdo­by­cia tytułu dok­tora nauk praw­nych, porzu­cił obie­cu­jącą karierę praw­ni­czą na rzecz pisar­stwa. Choć na rynku lite­rac­kim poja­wił się zale­d­wie 3 lata temu, już zdą­żył opu­bli­ko­wać 17 powie­ści, pod­bić serca czy­tel­ni­ków i otrzy­mać pre­sti­żową Nagrodę Wiel­kiego Kali­bru. Remi­giusz Mróz to jeden z naj­więk­szych feno­me­nów lite­rac­kich ostat­nich lat.


W tego­rocz­nej edy­cji akcji Czy­taj PL, któ­rej patro­nem medial­nym jest por­tal Niestatystyczny.pl, zna­la­zła się Pana książka „Tra­wers” dedy­ko­wana TOPR-owi. Akcja całej try­lo­gii z komi­sa­rzem For­stem dzieje się w górach. Skąd połą­cze­nie kry­mi­nału i gór? Czy Tatry wydają się Panu szcze­gól­nie atrak­cyjne, by osa­dzać w nich histo­rie krwa­wych kry­mi­na­łów?

Powie­dział­bym, że są wprost ide­al­nym tłem dla lite­rac­kiej zbrodni, ale… byłoby to gigan­tyczne nie­do­po­wie­dze­nie. Tatry kradną show do tego stop­nia, że gra­su­jąca na szczy­tach Bestia z Gie­wontu staje się tłem dla nich, a nie odwrot­nie. Ich suro­wość, zło­wiesz­czość i nie­do­stęp­ność spra­wiają, że same biorą na swe barki rolę arcy­groź­nego prze­ciw­nika.
A jed­no­cze­śnie pora­żają swoim pięk­nem, monu­men­ta­li­zmem i tajem­ni­czo­ścią. Krótko mówiąc – są pełne sprzecz­no­ści, a zatem nadają się wprost ide­al­nie do ode­gra­nia głów­nej roli w kry­mi­nale.

Jest Pan nie­wia­ry­god­nie płod­nym pisa­rzem, dodat­kowo z przy­jem­no­ścią obser­wuję Pana aktyw­ność w Inter­ne­cie (pamię­tam, jak bro­nił Pan pisa­rzy publi­ku­ją­cych w tzw. vanity press w cza­sie skan­dalu zwią­za­nego z ostat­nimi nomi­na­cjami do nagrody Zaj­dla). Pro­szę mi powie­dzieć… jak Pan to robi? Kiedy Pan znaj­duje na to wszystko czas?

Odpo­wiedź wła­ści­wie jest banalna – sia­dam rano do kla­wia­tury, pra­cuję kilka godzin, potem robię prze­rwę spor­tową, by się zre­se­to­wać, a pod wie­czór mogę pra­co­wać dalej ze świe­żym umy­słem. Oczy­wi­ście mógł­bym pisać dwie, trzy godziny dzien­nie zamiast ośmiu czy dzie­się­ciu, ale przy­pusz­czam, że odby­łoby się to ze szkodą dla mojego zdro­wia psy­chicz­nego. Wszyst­kie te idee, które kłę­bią mi się w gło­wie, osta­tecz­nie spęcz­nia­łyby do tego stop­nia, że doszłoby do eks­plo­zji, implo­zji, erup­cji, deto­na­cji czy Bóg jeden wie czego… lepiej tego nie spraw­dzać.

Co Pan myśli o akcjach pro­mu­ją­cych czy­tel­nic­two w rodzaju Czy­taj PL?

Przy­pusz­czam, że to, co każdy inny mol książ­kowy – nie ma wielu lep­szych rze­czy od dar­mo­wych ksią­żek! Czy to zachęci kogoś do czy­ta­nia? Trudno powie­dzieć. Czy dzięki temu ktoś spraw­dzi powie­ści autora, któ­rego dotych­czas nie znał? Nie mam poję­cia. Wiem za to, że to świetna ini­cja­tywa, która na pewno wielu się spodoba. I że podob­nych akcji powinno być wię­cej.

Jak Pan zapa­truje się na nowo­cze­sne formy czy­tel­nic­twa (czy­ta­nie e-booków i audio­bo­oków)?

Są imma­nent­nym ele­men­tem współ­cze­snej lite­ra­tury – natu­ralną wypad­kową kie­runku, w któ­rym roz­wija się czy­tel­nic­two. Nie wydaje mi się, żeby wyparły kie­dy­kol­wiek tra­dy­cyjne książki – bo taką rolę przy­pi­sy­wano już radiu, tele­wi­zji, pły­tom CD i tak dalej, a mimo to druk prze­trwał i radzi sobie wyśmie­ni­cie. Moim zda­niem istotne jest to, by te trzy formy były rów­no­upraw­nione, by pre­miery odby­wały się w tym samym cza­sie, by dostęp­ność była jed­na­kowa i by… VAT na e-booki był tak samo niski, jak na wer­sje papie­rowe. Naj­wyż­szy czas skoń­czyć z trak­to­wa­niem formy elek­tro­nicz­nej jako „usługi”, a tej dru­giej jako „pro­duktu”.

Czy sam znaj­duje Pan czas na czy­ta­nie ksią­żek? Czy kon­su­muje Pan e-książki (czyta e-booki lub słu­cha audio­bo­oki)?

Oczy­wi­ście! Nie­czy­ta­jący pisarz to wła­ści­wie oksy­mo­ron. Każdy dzień koń­czę albo z papie­rową książką, albo z czyt­ni­kiem w ręce – a zanim to zro­bię, czę­sto pod­czas bie­ga­nia lub jazdy samo­cho­dem słu­cham audio­bo­oków. Osta­tecz­nie naj­bar­dziej kom­for­towo czuję się jed­nak prze­wra­ca­jąc kartki, stąd kło­po­tliwy roz­miar mojej fizycz­nej biblio­teczki. Zresztą zda­rza mi się po prze­słu­cha­niu wer­sji audio kupić sobie papie­rową, żeby uczy­nić zadość jakiejś pier­wot­nej potrze­bie zbie­racko-łowiec­kiej.

Czy ist­nieje powieść, którą bar­dzo chciałby Pan napi­sać, ale nie robi tego z powodu popytu na rynku?

Nie. Kie­ro­wa­nie się popy­tem ryn­ko­wym w przy­padku pisa­nia ksią­żek wła­ści­wie mija­łoby się z celem, bo od momentu, gdy wypa­trzy się niszę ryn­kową, do chwili, kiedy książka trafi do dys­try­bu­cji, mija sporo czasu. Poza tym przy­pusz­czam, że pisa­nie „pod rynek” byłoby prze­ży­ciem dość trau­ma­tycz­nym dla autora – grunt bowiem w tym, żeby opo­wia­dał histo­rię, która w jakiś spo­sób go zafa­scy­no­wała, wyklu­wa­jąc się w umy­śle. Wydaje mi się, że w całym tym pro­ce­sie nie ma miej­sca na wyra­cho­wa­nie i kal­ku­la­cje ryn­kowe. Choć z pew­no­ścią są i tacy, któ­rzy pró­bują to robić. Tylko czy komuś udało się w ten spo­sób osią­gnąć suk­ces?

Czy jest pan zado­wo­lony z tego, że poświę­cił karierę praw­ni­czą na rzecz pisa­nia?

Bez dwóch zdań! Pod­ją­łem pewne ryzyko, porzu­ca­jąc wszystko inne jesz­cze przed wyda­niem debiu­tanc­kiej powie­ści, ale dzięki temu robię teraz to, co sobie wyma­rzy­łem. To, bez czego nie wyobra­żam sobie życia. I to, co przy­nosi mi nie­sa­mo­witą satys­fak­cję.

Z Remi­giu­szem Mro­zem roz­ma­wiał Miko­łaj Kołyszko

Może też zainteresują cię te tematy